poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
EWA HEARFIELD
Sto lat recenzji
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


John Walter, mieszkający w osiemnastowiecznym Londynie handlarz węglem, postanowił radykalnie zmienić swój zawód i w 1785 zaczął wydawać gazetę, której w styczniu 1788 roku nadał nazwę „The Times”. Walter był postacią o wątpliwym morale. Znaczna część jego późniejszych dochodów pochodzić miała od rozmaitych wpływowych osobistości, usiłujących powstrzymać go przed wydrukowaniem zdobytych na ich temat informacji. Skazany na dwa lata więzienia za publikację materiałów szkalujących rodzinę królewską nie zaprzestał swej działalności i z więziennej celi kierował dalej swą gazetą. W roku 1850 „The Times” ukazywał się już w 40 tysiącach egzemplarzy. Pozostał w rękach rodziny Walterów przez następne 125 lat i mimo nie najlepszej reputacji jej założyciela w połowie dziewiętnastego wieku gazeta miała ustaloną pozycję najbardziej wiarygodnego źródła informacji w całym Królestwie Brytyjskim. Do tego stopnia, że to właśnie z „Timesa” członkowie rządu brytyjskiego dowiedzieli się w czasie wojny krymskiej o rosyjskiej propozycji rokowań pokojowych.

Od roku 1822 zaczął towarzyszyć „Timesowi” specjalny dodatek niedzielny „The Sunday Times”. Jednakże pod koniec dziewiętnastego wieku złe zarządzanie i skandal spowodowany opublikowaniem (w dobrej wierze) fałszywych materiałów politycznych spowodował  spadek popularności gazety. W tym trudnym okresie zbawienne okazało się powołanie zdolnego dziennikarza trojga imion Charlesa Frederica Moberly Bella do jej zarządu. Zajął się on „Timesem” bardzo energicznie, zreorganizował go, kładąc zwłaszcza nacisk na dział korespondencji zagranicznej oraz utworzył dwa dodatki, ukazujące się co tydzień: „Times Literary Supplement” w roku 1902 i „The Times Educational Supplement” w 1910.


Taki był skromny początek słynnego „Times Literary Supplement”, zwanego najpierw zdrobniale „Lit Supp” a obecnie po prostu TLS. Święci on w tym roku sto lat swego istnienia jako jeden z najbardziej prestiżowych kulturalnych tygodników brytyjskich w całości nieomal poświęcony recenzjom. Po raz pierwszy TLS ukazał się w piątek, 17 stycznia 1902 roku (TLS, jak na brytyjskie czasopismo przystało, podtrzymuje tradycję i po stu latach nieodmiennie ukazuje się w piątki). Początkowo miał postać wkładki do głównego wydania „Timesa”, dopiero od 1914 roku można go było kupić osobno, jak zwykły tygodnik.

 Ów pierwszy, ośmiostronicowy zaledwie numer dodatku literackiego składał się z działów poświęconych recenzjom literackim, wynalazkom technicznym i sztuce, przynosił także recenzje ze sztuk teatralnych, najnowszą poezję kobiecą oraz dział muzyczny. W pierwszym numerze, pozbawionym jeszcze ilustracji, czytelnicy mogli przeczytać między innymi recenzje z książki na temat osiemnastowiecznych pisarzy szkockich, z historycznej pracy o kampanii Napoleona w latach 1806–1807 i dzieła na temat intelektualnej historii Chin. Na końcu znalazło się też miejsce na kącik szachisty i na listę nowości wydawniczych, których redaktorzy nie uznali za wystarczająco ważne, aby poświęcić im osobną recenzję (zwyczaj publikowania takiej listy przetrwał wiele lat – redaktorzy TLS nazywali ją po cichu między sobą „cmentarzem”).

Już od samego początku zawartość pisma była kwestią budzącą wiele kontrowersji. Bo dlaczego pisać o jednych, a pomijać inne nowości wydawnicze? Jakim kryterium wyboru się kierować? Tygodnik przyjął zasadę, że omawiać będzie się w nim książki ze wszystkich dziedzin, takie, które redakcja uzna za interesujące i ważne. Jeśli jednak pierwszy numer TLS przypominał coś w rodzaju intelektualnego grochu z kapustą, to przynajmniej był to groch serwowany w małej miseczce. Dla porównania: sto lat późniejszy TLS z 11 stycznia 2002 to trzydzieści dwie gęsto zadrukowane strony. I nie jest to wyjątek – czasem tygodnik osiąga objętość czterdziestu kilku stron.

Zazwyczaj w TLS królują tematycznie ułożone recenzje z wydawnictw naukowych i popularno–naukowych. W numerze z 11 stycznia 2002 pierwsze miejsce zajmują nauki przyrodnicze. Artykuły poświęcone problemom ewolucji i wymierania gatunków przechodzą płynnie w recenzje z książek o lataniu, o granicach wiedzy, o biologicznych teoriach ras ludzkich oraz kwestii eksperymentów genetycznych. Biografie, komentarze, ciekawostki i nowinki z akademickiego świata, wreszcie (moje ulubione) kapiące jadem listy od czytelników – literackie policzki wymierzane bezlitośnie recenzentom i innym czytelnikom, autorom wcześniejszych listów (w tym numerze między innymi kolejny poirytowany głos w dyskusji na temat moralności i życia seksualnego Michela Foucaulta).

A przecież jesteśmy dopiero na szesnastej stronie – tu zaczynają się recenzje z książek o sztuce, odrobina poezji, no i teksty poświęcone najnowszej beletrystyce. A nawet małe polonicum – omówienie powieści Carla Tighe „The Burning Worm”, której akcja rozgrywa się w Polsce lat siedemdziesiątych (dla zainteresowanych dodam, że recenzent chwali powieściowy debiut Tighe’a, interesującą, intrygującą, miejscami groteskową, a miejscami wzruszającą narrację skonstruowaną z fragmentów notatek i pamiętnika powieściowego bohatera, Eugene Hinksa, nauczyciela angielskiego w Krakowie).

Po wyczerpujących omówieniach kilku najnowszych powieści współczesnych przechodzimy do strony dwudziestej drugiej, gdzie kolej na recenzję pozycji wydanej za granicą (w tym numerze to książka Hélene Merlin-Kajman „L'Excentricité académique.” poświęconej członkom Akademii Francuskiej). Kolejno: więcej poezji współczesnej i dział recenzji z prac historycznych i religijnych. Ogłoszenia i nieśmiertelna krzyżówka zamykają ten styczniowy numer TLS. Podobny rozkład odnaleźć można w każdym numerze, także kolejnym, z 18 stycznia 2002, który wyróżniał się jedynie okładką przypominającą o stuleciu TLS i dwustronicowym artykułem naczelnego Ferynanda Mounta, poświęconym historii tygodnika (charakterystyczną cechą TLS jest skromność jego redaktorów naczelnych – artykułu Mounta z okazji tej okrągłej rocznicy nie umieszczono wcale na pierwszej, ale dopiero na czternastej stronie). Poza tym TLS wyglądał jak zwykle. Całość, czyli 48 imponujących stron drobnego druczku skondensowanej wiedzy, dogłębnych analiz, rzeczowych opinii i obiektywnej krytyki prezentowała to samo intelektualne wyzwanie, przed którym TLS stawia swoich czytelników z morderczą regularnością, w każdy piątek, już od stu lat.

Stulecie istnienia – ileż tu miejsca na nieoczekiwane zdarzenia, zawirowania historii, intrygi i plotki. Jednak owo sto lat okazało się dla TLS nadzwyczaj stabilne. Przez cały ten okres TLS miał tylko ośmiu naczelnych redaktorów, sterujących TLS-em przez morza niezbyt burzliwe, na których jedyne niebezpieczeństwo przedstawiały rafy kolejnych kryzysów ekonomicznych. (Jakże to wydaje się niewiele w porównaniu z doświadczeniami sytuacji rozbiorów, wojen, okupacji i reżimu komunistycznego, przez które przeszło polskie życie intelektualne w ciągu ostatnich stu lat!)

Początkowo TLS miał być podobno tylko chwilowym eksperymentem. Jednak pierwszy naczelny, Bruce Richmond (1903–37), któremu TLS zawdzięcza swój specyficzny, intelektualny ton, rozpoznawalny wciąż po stu latach istnienia, rządził w redakcji aż 35 lat. Bruce Richmond to postać niezwykła. Absolwent dwóch spośród najbardziej wówczas prestiżowych edukacyjnych instytucji brytyjskich, prywatnej szkoły w Winchester i Uniwersytetu Oksfordzkiego (w obu wypadkach również ich stypendysta), nie był za życia postacią znaną brytyjskiemu czytelnikowi, choć jego działalność została zauważona i doceniona oficjalnie – w 1935 roku otrzymał tytuł szlachecki. Przyczyna tego tkwiła w jego wyjątkowej skromności i niezwykłej decyzji, którą podjął jako naczelny TLS. Richmond zadecydował oto, że zarówno on sam, jak i wszyscy autorzy publikowanych recenzji pozostaną anonimowi.

Richmond wierzył w ideę dziennikarstwa jako służby. TLS miał stać się jednolitym, obiektywnym, nadającym ton życiu kulturalnemu, zdystansowanym i autorytatywnym głosem elity intelektualnej. Grupa współpracowników przemawiać miała jednomyślnie i pozostać niewidoczna. Dla czytelnika liczyć się miało nie znane nazwisko, lecz jakość argumentów recenzenta, jego wiedza i zdolność osądu. Nie było tu miejsca dla ekscentrycznych indywidualistów; w istocie do dziś dnia najbardziej namiętne głosy w dyskusji na łamach tygodnika to listy od czytelników. Choć trudno w to uwierzyć, anonimowość piszących recenzentów utrzymała się aż do 1974 roku. Wciąż nie ma zresztą w tygodniku stopki z nazwiskami zespołu redakcyjnego.

Pierwszy naczelny redaktor starał się w ten sposób również chronić swych współpracowników za tarczą TLS; jego zdaniem powinni oni byli czuć się swobodni i nie być skrępowani żadnymi obawami w wypowiadaniu swych opinii. Jednak charakter ludzki skłonny jest do słabości – w takich cieplarnianych warunkach łatwo też wyhodować autorów, poddających się pokusie przeprowadzenia ataku, za który nie trzeba przyjmować imiennej odpowiedzialności. W niektórych wypadkach dochodziło do rozmaitych drobnych oszustw. Znana jest historia pułkownika S. H. Hoopera, który w 1911 najpierw anonimowo wydał swą książkę, a później również anonimowo zrecenzował ją pozytywnie na łamach TLS. Po drugiej wojnie światowej ogólny spadek zaufania do autorytetów spowodował rosnące niezadowolenie i ataki na TLS za ową kontrowersyjną anonimowość recenzentów.

Dopiero jednak, gdy na stanowisku naczelnego redaktora znalazł się John Gross, po 72 latach istnienia tygodnika zrezygnowano z reguły anonimowości. Gross, tłumacząc swą decyzję we wstępnym artykule, argumentował: „Przede wszystkim krytyk musi być przygotowany do poniesienia odpowiedzialności za to, co pisze (...) Odpowiedzialność musi być naszą pierwszą zasadą.” Od tego przełomowego momentu wszyscy autorzy recenzji publikowanych w TLS podpisują się pod tekstem.

Przedostatni naczelny TLS, Jeremy Treglown podjął się natomiast przeprowadzenia innego zadania, zaiste tytanicznego, a mianowicie udostępnienia zainteresowanym czytelnikom, studentom i akademikom kompletnych archiwów TLS-u w systemie elektronicznym wraz z indeksem nazwisk wszystkich autorów. Autorzy z przeszłości mieli zostać ujawnieni na podstawie zachowanych egzemplarzy „redaktorskich”. Gigantyczna praca przeniesienia setek papierowych stron i dokumentów na strony internetowe możliwa była dzięki finansom z Leverhulme Trust. Dziś wszystkie numery TLS dostępne są w internecie dla prenumeratorów – oczywiście za opłatą.

TLS był poważnie zagrożony w swym istnieniu jedynie kilka razy. W ciągu kilku pierwszych lat wątłego jeszcze istnienia TLS obawiał się głównie konkurencji. Co najmniej dziesięć innych wpływowych angielskich magazynów kulturalnych walczyło z TLS na początku dwudziestego wieku o rząd umysłów. Niekiedy współpracujący z TLS pisarze i dziennikarze odchodzili, by stworzyć własne magazyny literackie, jak zrobił to T. S. Eliot, który w 1922 rozpoczął wydawanie swego „Criteriona”. Jednak TLS zyskiwał coraz więcej czytelników i już w 1914 sprzedawany był w 40 tysiącach egzemplarzy. Tygodnik miał od początku swe charakterystyczne cechy – jedną z nich, odróżniających go od innych tego typu wydawnictw, były regularne recenzje z książek francuskich. Tak na przykład kolejne tomy „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta omawiane były w TLS natychmiast po tym, jak ukazywały się we Francji.

Zmieniający się właściciele koncernu zarządzającego „Timesem” (których w ciągu ostatniego stulecia było sześciu) nie wtrącali się do polityki redaktorów naczelnych dodatku literackiego. Najgorzej wspomina się panowanie lorda Northcliffa, który odkupił upadającego „Timesa” od rodziny Walterów w 1905 roku. Nieznośny lord Northcliff urodził się jako Alfred Harmsworth w roku 1865. Szybko wspiął się po szczeblach kariery, najpierw był dziennikarzem, później wydawcą własnego dziennika. Twórca i król taniej, szukającej sensacji prasy ilustrowanej oraz pierwszych magazynów dla kobiet, znany był z nieustępliwości i arogancji. Wprowadzał nawet niekiedy prywatną cenzurę w wydawanych przez siebie dziennikach. Na przykład, będąc wielkim fanem motoryzacji zabronił w pewnym okresie swym gazetom publikowania informacji o jakichkolwiek wypadkach samochodowych... To on właśnie zamierzał przerwać ukazywanie się TLS jako niezależnego dodatku i przyłączyć go na stałe do „Timesa”. Lord Northcliff, który nigdy nie przegapił okazji do zrobienia dobrego interesu, nie był zadowolony, że sprzedający się świetnie TLS odciąga od głównego wydania gazety kilkadziesiąt tysięcy czytelników.

Podstępny plan był gotowy w roku 1922, telegramy rozesłane i TLS ocalił tylko dziwny przypadek – czy może raczej celowe wykorzystanie niedociągnięć systemu administracyjnego. Faktem jest, że ogłoszenie, iż TLS ma wyjść po raz ostatni nie ukazało się drukiem. Lord był niezadowolony, ale zajęty innymi sprawami nie mógł osobiście doglądnąć zamknięcia TLS, wkrótce zresztą rozchorował się i zmarł. Rok 1922 był chyba najbardziej dramatycznym momentem w historii TLS.

Szczegóły tej historii oraz dzieje pisma przeczytać można w jubileuszowej księdze – liczącym 600 stron tomiszczu „Critical Times: The History of the Times Literary Supplement” autorstwa Derwenta Maya, byłego współpracownika TLS. Księga ukazała się pod koniec zeszłego roku. May nie tylko opisał w niej dzieje pisma, ale i zanalizował jego pozycję w życiu kulturalnym Wielkiej Brytanii. Autor nie waha się wskazać na potknięcia recenzentów i najważniejsze pomyłki w ocenie wartości opublikowanych książek. Najsłynniejszą taką pomyłką redaktorów tygodnika było kompletne zignorowanie „Ulissesa” Joyce’a. Śmierć Czechowa skwitowano sentencją „być może był, a być może nie był geniuszem”, a recenzent uroczej bajki o zwierzętach, dziś klasyki literatury dziecięcej, „Wiatru w wierzbach”, Kennetha Grahame’a, stwierdzał, że książka „nie jest ani zabawna, ani przekonująca oraz, że wkład autora w nauki przyrodnicze jest nieistotny.”

W ciągu stu lat istnienia TLS przestał ukazywać się tylko dwa razy. Po raz pierwszy w 1947 roku, kiedy nie ukazał się z powodu braków w dostawie węgla. Po raz drugi zniknął aż na rok, kiedy to pomiędzy listopadem 1978 i listopadem 1979 roku cały „The Times” w ogóle przestał wychodzić. Ta długa przerwa była spowodowana sprowadzeniem przez właścicieli koncernu prasowego nowych maszyn drukarskich, co spowodowało protesty związków zawodowych i długotrwały strajk robotników, powodujący zawieszenie działalności wydawniczej. Konkurencja czuwała i w czasie owej rocznej przerwy popularność zyskały nowe magazyny – „London Review of Books” i „Literary Review”. Redaktorzy tych pism nie pragnęli jednak zająć miejsca TLS, ale raczej uplasować się gdzieś obok niego. To dlatego, iż w miarę upływu czasu autorytatywność głosu redaktorów TLS wyrobiła mu opinię niedostępnego, elitarnego klubu, charakteryzującego się swoistym „ważniactwem”, nawet czegoś w rodzaju masonerii literackiej. Sam naczelny Ferdinand Mount przytacza w swym artykule opinię Rebeki West, znanej ze swych liberalnych poglądów pisarki i dziennikarki brytyjskiej (zmarłej w 1983), która nazwała TLS „tą parafialną gazetką, której woda sodowa uderzyła do głowy”. Tego właśnie pragnęli uniknąć redaktorzy nowych pism literackich – chcieli uczynić swe magazyny przystępniejszymi dla szerszej rzeszy czytelników. TLS jednak, jak się wydaje, nie pragnie czytelników szukających lekkiej lektury. Przeciwnie, jeden z redaktorów naczelnych otwarcie się przechwalał, że uczynił TLS znowu pismem trudnym do czytania.

A jednak czytanym. W latach dwudziestych i trzydziestych nakład pisma wahał się między 20 i 30 tysiącami egzemplarzy. W latach czterdziestych wzrósł, osiągając w roku 1950 aż 50 tysięcy. Tygodnik nigdy później nie odzyskał tej poczytności i już pod koniec lat pięćdziesiątych jego nakład spadł do 40 tysięcy. W latach osiemdziesiątych nakład był mniejszy niż 30 tysięcy i dopiero pod rządami obecnego naczelnego powrócił do 35 tysięcy.

Dziś więcej niż połowa czytelników TLS mieszka poza granicami Wielkiej Brytanii, podobnie jak wielu współpracowników tygodnika. Jest to spora zmiana w stosunku do pierwszych lat istnienia TLS, kiedy to większość współpracowników (a zapewne i czytelników) była absolwentami Oksfordu, Cambridge i wyższych uczelni londyńskich. Świadczy to rosnących ambicjach TLS, który z tygodnika brytyjskiego zamienia się w tygodnik o rosnącym prestiżu międzynarodowym. Sto lat – a wcale nie antyk. I ani odrobinki intelektualnego kurzu.

Ewa Hearfield

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas