poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Być pisarzem polskim w Niemczech
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)

Redakcja „Dekady Literackiej" zwróciła się do pisarzy polskich, żyjących w Niemczech z pytaniem: „Co znaczy być pisarzem polskim w Niemczech?”

Poprosiliśmy też o refleksje na temat zachowania polskiej tożsamości, inspiracji obcą kulturą, stosunku do Polski widzianej „z dystansu", mechanizmów literackich funkcjonujących w obydwu krajach itp.
 


NATASZA GOERKE:

Choć Polska jest krajem dużym, pisarz polski, podobnie jak pisarz estoński, fiński, islandzki czy albański, musi być z racji swego języka pisarzem prowincjonalnym i nie podbije świata bez pomocy dwóch niezbędnych czynników: zbiegu sprzyjających okoliczności oraz dobrego tłumacza. Dobrych tłumaczy jest wszak równie niewielu, jak dobrych pisarzy, a sprzyjające okoliczności zbiegają się niezwykle rzadko. Droga do światowych bibliotek jest bowiem śliska i wysłana milionami cierni, a pisarz, choćby był prorokiem w swoim własnym kraju, w wymiarze światowym z reguły skazany bywa na przykre nieistnienie. Pisarzy takich jest wielu. Na pociechę pozostaje im lokalna sława, lokalna poczytność i lokalne laury. Czasami jednak bywa, że pisarz mieszka poza krajem, w którego egzotycznym języku pisze swoje książki. Nawet często tak bywa, wszak ludy od wieków wędrują i nie są to koniecznie wędrówki za chlebem. Ja, Natasza, wywędrowałam z Polski nie za chlebem siedemnaście lat temu. Piszę po polsku, ale zamieszkałam w wolnym hanzeatyckim mieście Hamburg. Hanzeatycka wolność Hamburga polega między innymi na tym, że w tym mieście – w przeciwieństwie do Monachium – mieszają się w miarę swobodnie wszystkie rasy, a co za tym idzie, wszystkie kultury i języki. Coś na kształt Wieży Babel, i choć dom mój jest bardzo polski, to ów cocktail obyczajów i tęcza dziwactw za oknem sankcjonują od lat moją kosmopolityczną codzienność. Choć od Polski dzieli mnie jedynie 400 kilometrów.

Polska – bliskość i odległość, dwa w jednym, plusy i minusy nieobecności we własnym kraju.

Wielkim plusem jest moja dziewicza nieświadomość tego, o czym w Polsce się aktualnie mówi, czy też co się przemilcza – nie znam lokalnych trendów ani tabu, spontanicznie łamię więc wszelkie aktualne konwencje. A także, co równie ważne, nie uczestniczę w adorującym się wzajemnie życiu literackim. Minusami są za to bez wątpienia język, od którego jestem odcięta, a który zmienia się jak pogoda w kwietniu, oraz kontakt z czytelnikami, który sprowadza się w moim przypadku do trzech spotkań i kilkudziesięciu listów w ciągu minionych lat.

Bardzo blisko i bardzo daleko, ta moja Polska.

A w Niemczech? Ach, w Niemczech to ja w ogóle nie myślę o tym, że jestem pisarką. Wydałam tu dwie książki, które sprzedały się nieźle dzięki pomocy tłumaczy oraz dzięki zbiegowi szczęśliwych okoliczności. Główną były frankfurckie targi. I tyle. Targi minęły, Polska przestała być modna, życie toczy się dalej. To znaczy, ja dalej sobie piszę, ktoś to tu następnie przetłumaczy i ktoś wyda, ktoś to potem pewnie przeczyta i wszyscy będziemy zadowoleni, bo jak na prowincjonalną pisarkę odnoszę wszak sukces. Nakłady są jednak malutkie, bo duże nakłady, prócz pani Rowling, mają tu jedynie nobliści, pisarze lokalni oraz autorzy takich książek, które czyta się beztrosko w pociągu z Hamburga do Kilonii.

 I dobrze. Tak było zawsze i nigdy przecież nie będzie inaczej. Pisarz polski w Polsce, pisarz polski w Niemczech, pisarz jakikolwiek i gdziekolwiek. Pisarz to status niemal tak podejrzany, jak poeta, i choć literaci czynią świat piękniejszym, to niech w formularzach wizowych całego świata, w rubryce zawód, dla własnego dobra wpisują słowo „dziennikarz”.


BRYGIDA HELBIG:

Dokucza mi brak bezpośredniego kontaktu z polską kulturą. Przede wszystkim jednak brak mi tak zwanego „środowiska” zaprzyjaźnionych pisarek i pisarzy, krytyczek i krytyków, z którymi niemalże na co dzień mogłabym wymieniać poglądy, polecać sobie wzajemnie lektury, organizować publiczne i prywatne imprezy, wspierać się w trudnych chwilach. Kontakt z takim środowiskiem bywa inspirujący – miałam okazję wielokrotnie przekonać się o tym, odwiedzając przyjaciół w Polsce. W Berlinie mamy, owszem, „Klub polskich nieudaczników”, tudzież zrzeszonych tam poetów oraz pisarzy, głównie płci męskiej, których bardzo lubię i cenię. Jest to jednak grupa bardzo specyficzna, a alternatywnych, równie pulsujących życiem praktycznie brak.

Pozytywnym aspektem sytuacji polskiej pisarki w Niemczech jest fantastyczna możliwość przeżywania obcej kultury od wewnątrz. To niesłychanie ubogaca, o ile nie jesteśmy zamknięci na inność, nie myślimy o świecie sztywnymi, stereotypowymi kategoriami. Luksusowa i twórczo płodna jest sytuacja, w której – poznawszy od wewnątrz obie kultury – nabieramy swoistego dystansu do jednej i drugiej, i jesteśmy w stanie patrzeć na nie z pozycji obcego. Jest to sytuacja, którą niejeden i niejedna z nas opłacił(a) zapewne ciężkimi depresjami, ale – zapewne było warto. Jeśli chodzi o kwestię zachowania polskiej tożsamości, to wydaje mi się, iż wysiłek zmierzający do zachowania jej na siłę nie jest pożądany. Po kilku latach zanurzenia się w tutejszej rzeczywistości nie można zachować tożsamości typowo „polskiej”. Powstaje nowa tożsamość człowieka z jednej strony wykorzenionego, a z drugiej podwójnie zadomowionego, choć w obu kulturach już tylko jedną nogą.

Dla czytelnika niemieckiego pozostajemy oczywiście swoistym kuriozum, którym można się zainteresować z powodu, na przykład, bliżej nieokreślonej sympatii dla Polski (jeśli ma się, dajmy na to, polską żonę lub polskich przodków). Na ogół jednak nie sięga on czy ona po polską książkę, bo chce sobie „po prostu” poczytać. Polska literatura to – przynajmniej na razie – nie „po prostu literatura”. W sposób funkcjonowania mechanizmów literackich w obu krajach nie jestem na razie wtajemniczona na tyle, ażeby podjąć rzetelną próbę ich porównania. Zdobędę się jedynie na bardzo ogólnikowe spostrzeżenie. W Polsce wszystko jeszcze jest w ruchu, rozwija się na naszych oczach. Jest to sytuacja z jednej strony obfitująca w ciekawe pomysły, a więc pewnie bardziej twórcza i elastyczna niż tutaj, z drugiej zaś nieco chaotyczna, która na pewno nie daje pisarzom poczucia jakiejkolwiek stabilności.


MARIA KOLENDA:

Raz w miesiącu, w niedzielę, spotykam się z grupą pisarzy różnych narodowości, którzy mieszkają w Berlinie. Czytamy własne teksty po niemiecku, rozmawiamy i czasem organizujemy wspólne wieczory literacko-kulinarne. Wtedy Ramadan z Palestyny serwuje humus, pastę z gotowanego grochu mocno przyprawioną czosnkiem, i czyta opowiadanie o poszukiwaniu wody na pustyni. Karim, poeta irański przyrządza świetną mokkę i dźwięcznie recytuje wiersze o kobietach podobnych do kwiatów. Ja robię bigos i raczę słuchaczy humoreską o socjalizmie, albo kupuję francuskie wino i czytam teksty o obsesjach erotycznych taksówkarzy w Berlinie. Wszystko przebiega radośnie dopóki harmonii naszego spotkania nie zakłóci Obcy. Czyli słuchacze, którzy pojawiają sie na wieczorach literackich Grupy Autorów Międzynarodowych. Ci, którzy zadają pytania. Co miał Ramadan na myśli, kiedy długo i niezrozumiale czytał tekst o studni? No jak to co! My, grupa, wiemy doskonale, o co chodzi. Tę historię opowiadał nam Ramadan wielokrotnie, zachłystując się z emocji, gestykulując histerycznie, przy piwie pitym z kubka, dla zmylenia żony i Allaha.

Słuchacz skarży się, że nie rozumie, może przez ten bełkotliwy akcent, proponuje więc, żeby pisarz Ramadan popracował nad wymową niemiecką, albo składnią. I w ogóle. Obrażamy się solidarnie. Karim patetycznie wymienia nazwiska wielkich poetów Orientu, którzy pisali tylko o kwiatach i kobietach. Ja, co prawda prozaistka, ale proszę nie zapominać o skarbcu polskiej poezji. Słuchacz rozpromienia się, a jakże, słyszał, nawet czytał, tylko jakże się oni nazywają, jakoś Szczrsksz... Podpowiadam mu nazwiska pełna dumy.

Dobrze być polskim pisarzem w Niemczech. Trzeba spełnić tylko jeden warunek: znakomicie pisać po niemiecku, albo mieć genialnego tłumacza. Kiedy to się nie uda, polecam, zwłaszcza dla natur komicznie uzdolnionych folklor literacki. Zapotrzebowanie na stereotyp też jest duże. Dla kobiet-literatek wdzięczny jest model czarującej słowiańskiej poetki, dla piszących mężczyzn – wiecznie żywy – typ zbuntowanego prozaika, alkohol mile widziany. A poza tym, Polska przecież za miedzą.


KRZYSZTOF NIEWRZĘDA:

Dla piszącego po polsku pisarza odpowiedź na pytanie: „Jak być polskim pisarzem...?” wydaje się oczywista. Nawet w Niemczech. Jak nim bowiem nie być, skoro język ojczysty prawie zawsze pozostaje przez całe życie językiem wewnętrznym każdego z nas. Mieszkając od kilkunastu lat w Niemczech, zastanawiam się więc raczej nad tym, czy ktoś, kogo ukształtował język polski, może zostać niepolskim pisarzem. Często przywoływane przy tej okazji nazwisko Josepha Conrada nie jest tu wbrew pozorom odpowiedzią. Już prędzej – Jerzego Kosińskiego. Bo chociaż Conrad był Korzeniowskim – do Francji wyjechał mając szesnaście lat. A potem stykał się na co dzień już tylko z językiem angielskim. Pisać zaczął natomiast dopiero po trzydziestym piątym roku życia. Joseph Conrad swoim życiem, a potem dziełem potwierdza zatem tezę o zamknięciu pisarza w języku jego życiowych inicjacji. A co z Kosińskim? Szczerze mówiąc, nie wiadomo. Zbyt zagadkowe jest to wszystko, co powiedziano i napisano o jego (bądź nie jego) twórczości.

Można oczywiście próbować tezę tę obalić, powołując się na pisarzy pochodzących z innych krajów. Można wspomnieć o Nabokovie tworzącym w języku rosyjskim i angielskim, czy Kunderze piszącym po czesku i francusku, albo o Brodskim, który próbował odnaleźć się w literaturze amerykańskiej. Można. Ale w każdym z tych przypadków mamy do czynienia z wyjątkami. Poza tym, uważa się, iż tak naprawdę wyłącznie Nabokov osiągnął wyżyny pisarstwa w obu językach. A więc tylko on jest właściwie wyjątkiem. Przy tym nie powinno się zapominać, iż Nabokov od dziecka był dwujęzyczny, dzięki temu, iż jego guwernantka była Angielką.

Przywiązanie przebywającego poza krajem urodzenia pisarza do ojczystego języka można z pewnością wytłumaczyć jeszcze inaczej. Zresztą nie tylko pisarza. Dla ludzi, którzy opuścili swój kraj, język ojczysty jest przecież najważniejszym elementem zapewniającym nieprzerwaną więź z tym wszystkim, co jest podłożem nostalgii. Nie chcę w tym momencie próbować udowodnić, iż język polski jest dla polskich pisarzy w Niemczech jakąś szczególną jaskinią – pustelnią, do której chowają się oni, aby uniknąć zalewu niemczyzną. W pierwszych latach pobytu poza Polską ta jego rola miała jednak dla mnie spore znaczenie. Ale wtedy trochę inne były czasy.

Obecnie sytuacja się zmieniła. Przede wszystkim teraz w Niemczech dużo łatwiej jest być Polakiem. Język polski stał się bardziej akceptowany między Odrą i Renem, a przez to częściej słyszany. Poza tym, od kilku lat przekraczanie granicy na Odrze i Nysie dla nikogo nie jest już problemem. Do tego dochodzi jeszcze telewizja satelitarna, dzięki której można oglądać polskie programy. Polski pisarz w Niemczech nie ma zatem potrzeby stwarzania sobie jakiegoś murszejącego, językowego matecznika. Tym więc, co pozostaje dla niego istotne w języku jest już tylko (albo aż) emocjonalne rozumienie znaczeń. A ono wciąż może się pogłębiać. Polscy pisarze mieszkający w Niemczech nie muszą już bowiem swojego języka marynować, ponieważ mogą mieć stały kontakt z najświeższą polszczyzną.

W takich warunkach trudno oczywiście uważać się za emigranta. Trudno nawet wyzwolić się od uczucia, że żyje się właściwie w Polsce, mimo iż mieszka się w Niemczech. I to nie tylko dlatego, iż można oglądać polskie programy telewizyjne, lub czytać polską prasę codzienną korzystając z internetu. Przede wszystkim ze względu na to, iż przebywając w Polsce czy w Niemczech coraz trudniej wykazać różnice między „tu” i „tam”. Zacierają się one nie tylko w sferach społecznych, ale po części także w kulturowych. Aby to zobaczyć, wystarczy przyjrzeć się samochodom jeżdżącym po niemieckich i polskich drogach, wejść do supermarketu lub sklepu z płytami kompaktowymi, albo udać się do kina. Myślę więc, że emigracja jest dla nas raczej doświadczeniem minionym i czymś w rodzaju soczewki, po którą można sięgnąć, by lepiej przyjrzeć się wyobcowaniu jednostki we współczesnym świecie. Z pewnością przyczynia się do tego także możliwość zdystansowania się wobec problemów, które są nieistotne w momencie, gdy patrzy się na nie z oddalenia. Bez względu na to czy dotyczą one realiów polskich, czy niemieckich. Tak samo zresztą, jak możliwość czerpania z jednej i drugiej rzeczywistości pozwalająca na większe uogólnienie.

Można byłoby na tym poprzestać. W czasach wspólnej Europy dryfowanie między Polską i Niemcami tworzy doskonałą puentę. Tak naprawdę jednak dopiero w tym momencie ukazuje się prawdziwa sytuacja polskiego pisarza w Niemczech, który w Polsce paradoksalnie wciąż traktowany jest jak pisarz emigracyjny. Nic więc dziwnego, że powstająca między Odrą i Renem literatura polska nie może liczyć na większe zainteresowanie. Wydawcy w kraju zasłaniają się odległością, polskie instytucje kulturalne w Niemczech bliskością, a wydawnictwa emigracyjne zostały zamknięte, jak tylko wygasła legenda towarzysząca ich działalności. Być może od polskich pisarzy w Niemczech oczekuje się zatem, że korzystając z zawieszenia między dwoma sąsiadującymi ze sobą krajami, zaczną tworzyć kulturowe koktajle à la Andrzej Szczypiorski, które można będzie serwować zarówno polskim, jak i niemieckim czytelnikom. Nikt nie kwapi się jednak do przejęcia tej roli. Taki stan rzeczy spowodował natomiast, iż niektórzy postanowili zostać pisarzami niemieckojęzycznymi. I nawet zdobyli w Niemczech pewne uznanie. Na ile jednak ucierpiało na tym ich pisarstwo, wiedzą tylko oni sami.


JANUSZ RUDNICKI:


Być polskim pisarzem w Niemczech jest łatwiej – stosunkowo – niż być niemieckim pisarzem w Niemczech. Niemiecki pisarz w Niemczech, od wielkich nazwisk abstrahując, jest tylko niemieckim pisarzem w Niemczech, nikim więcej. Za to ja, polski pisarz w Niemczech, wzbudzam tu zainteresowanie gdzieś od dziesięciu do dwunastu razy w roku, jeśli jakikolwiek Dom Literatury lub jakikolwiek instytut dostanie fundusze na kogoś takiego jak ja. Na spotkanie z polskim lub wschodnioeuropejskim pisarzem. Mają wtedy podwójny ze mnie pożytek.

Po pierwsze: dostarczam im czegoś w rodzaju alibi na polsko-niemieckie zbliżenie. Próbują przecież, starają się, nieprawda? I mogą to udowodnić, stoi przecież w programie.

Po drugie: udaje mi się zadowolić prawie wszystkich. Publiczność jest zadowolona, bo egzotyczny pisarz z Polski jakoś nie był nudny. Organizatorzy są zadowoleni, bo publiczność była zadowolona. I ja jestem zadowolony, bo zadowoleni byli organizatorzy i mogą mnie dzięki temu polecić innym.

Zresztą, w Polsce jako polskiemu pisarzowi z Niemiec też mi łatwiej – stosunkowo – niż polskiemu pisarzowi w Polsce. Polski pisarz w Polsce, od wielkich nazwisk abstrahując, jest tylko polskim pisarzem w Polsce, nikim więcej. Za to ja, Polski pisarz z Niemiec, wzbudzam w kraju zainteresowanie, wszyscy są zadowoleni i tak dalej.

Reasumując: w Niemczech jestem polską zupą z niemiecką wkładką. " W Polsce jestem niemiecką zupą z wkładką polską. Dlatego być polskim pisarzem w Niemczech stosunkowo łatwo jest.

Pytanie o refleksje na temat zachowania polskiej tożsamości, inspiracji obcą kulturą itd. dotyczyć może Polaków mieszkających w Kazachstanie. Lub w Australii. Lub Brazylii. Ja mieszkam w Niemczech. W Hamburgu. Do Szczecina jadę niewiele ponad cztery godziny. Do Wrocławia sześć. Zwracam się do Was z gorącą prośbą, popatrzcie na mapę Europy Środkowej i wyciągnijcie z niej wnioski!

W kraju jestem tak często, że zapominam, że w nim jestem. Ja nie widzę już Polski z „dystansu”. I nie muszę polskiej tożsamości „zachowywać”. Ona wystaje mi z każdej kieszeni. !

MAREK KĘDZIERSKI:

Za każdym razem, kiedy jestem w Berlinie, zwłaszcza zimą, czuję już polskie powietrze. Przypominają mi się odpowiednie fragmenty „Dzienników” Gombrowicza. Zima we Fryburgu jest inna, deszcze i wichury docierają tu z zachodu, parę godzin po przejściu nad Paryżem. Już od dwudziestu lat, z regularnymi przerwami na Francję i Amerykę (oraz Polskę), obserwuję Niemców i Polaków w Niemczech, wciąż zadając sobie pytanie: dlaczego tak się różnimy, skoro warunki naturalne (klimat, przyroda i geografia, tradycje kulinarne, nawet budowa ciała i sposób poruszania się przechodniów na ulicach) predestynują nas raczej do powinowactwa ze środkowoeuropejskimi sąsiadami niż z dalszym Zachodem. Z Berlina do granicy Polskiej jest niespełna sto kilometrów, ale wydaje się, że łatwiej znaleźć kogoś spontanicznie zainteresowanego literaturą polską w Paryżu niż w Berlinie, mimo że, owszem, Berlińczycy zatrudniający pomoc domową mówią o polskich „Magdach” z takim uznaniem jak ongiś, za czasów Theodora Fontane. Na frankfurckie targi książki przetłumaczono setkę polskich „pozycji”, co jest równie chwalebne jak fakt istnienia tzw. Biblioteki Polskiej, inicjatywy międzywydawniczej, w ramach której dostarczono wiele solidnie przetłumaczonych i skomentowanych tomów (Francja mogłaby pozazdrościć). Ale dostarczono głównie do księgarń i bibliotek, gdzie zbiera się na nich kurz. Odnoszę wrażenie, że nikt literatury polskiej tak dla przyjemności nie czyta, wyjąwszy ‘a happy few’, grupkę bezinteresownych zapaleńców tudzież tych, co do czytania zobligowani są obowiązkami swej profesji. Z drugiej strony, o sukcesie czytelniczym (liczonym niekoniecznie w ilości sprzedanych egzemplarzy) Heinricha Bölla za Gomułki czy Gierka, mogliby w dzisiejszych czasach tylko marzyć współcześni pisarze niemieckojęzyczni. Na pocieszenie można dodać, że literatury francuskiej też nikt w Polsce nie kupuje, a gdyby nie fundusz Boya-Żeleńskiego wydawca warszawski nie naraziłby się na ryzyko publikacji takich autorów jak Marguerite Duras, której (trudne) książki we Francji rozchodziły się niekiedy w milionowych nakładach.

Moje niemieckie doświadczenia wskazują, że nawet pośród osób czynnych w tzw. sferze kultury (z kręgów, ogólnie mówiąc, teatralnych oraz medialnych) wielkim wyjątkiem jest ktoś, kto ma w domu książki Biblioteki Polskiej. Jeszcze rzadziej zdarza się taki, co przypomina sobie, że je czytał. Jedna wypowiedź telewizyjna „papieża” krytyki Reicha-Ranickiego, który na całej literaturze polskiej (a zna ją przecież) jeżeli nie wiesza psy, to na pewno kładzie pieczęć czegoś bardziej niż przeciętnego, zniechęci do tej literatury więcej czytelników niż zjednają do niej wieloletnie wysiłki tłumaczy z Darmstadtu i wielkiego Berlina. Tak naprawdę literatura polska to dla (kulturalnych) Niemców Stanisław Lem oraz Andrzej Szczypiorski. Czytelnicy „Solaris” nie zawsze pamiętają, że autor „mieszka i tworzy w Krakowie”, natomiast dla miłośników „Początku” ważne jest, że tematycznie powieści Szczypiorskiego wzorowo współbrzmią z tonacją oczekiwań, tym bardziej, że stylistycznie, w czym wielka zasługa tłumaczy, brzmią one lepiej po niemiecku niż w oryginale. Oprócz „klasyków współczesności”, Mrożka i Różewicza, autorom polskim niepomiernie trudno zaistnieć choćby w antologiach. Proza Olgi Tokarczuk (obok, na przykład teatralnych kreacji Piotra Tomaszuka) po części wychodzi wprawdzie naprzeciw pewnym oczekiwaniom niemieckich czytelników, pragnących w ‘sui genem’ ludowej chędożności ujrzeć ‘differentia specifica’ literatury polskiej (tak samo jak typowo polska kuchnia to bigos i ruskie pierogi, specjalnością polskiej literatury miałaby być siermiężna ludowość), jednakże ich zapały bardzo ostudził Reich- Ranicki.

Na uniwersyteckiej polonistyce studenci (duża ich część ‘de facto’ polskiego pochodzenia) często lepiej znają tzw. realia polskie niż ich profesorowie, przynajmniej w sensie, „praktycznym” – to bezpośredni rezultat lat „zimnej wojny”. W ostatnich latach, rzecz jasna, wiele się robi odgórnie. Wykaz inicjatyw na rzecz współpracy kulturalnej między Polską a Niemcami jest coraz bardziej imponujący. Ale na rezultaty trzeba będzie jeszcze poczekać, wiele doświadczeń, spotkań, „roboczych” związków na pewno czymś zaowocuje. Zwłaszcza w Niemczech nie można ujmować znaczenia inicjatywom odgórnym, powstającym za biurkami urzędników od kultury – tym bardziej, że Polska nie ma tzw. dobrej prasy, w rankingach nielubianych nacji z renomowanych pism w rodzaju tak nam (nie)przychylnego „Der Spiegel”, Polacy ubiegają się o palmę pierwszeństwa z Turkami.

Może nie dzieje się tak zawsze (i może dzieje się tak również poza Niemcami), ale w moim mniemaniu można mówić o pewnej typowej w stosunku do Polaków postawie. Mam wrażenie, że – w odróżnieniu na przykład od Francuza czy Brytyjczyka – przy pierwszym kontakcie jestem wyłącznie okazem jakiegoś dobrze znanego gatunku zwanego Polakiem, wraz z całym zespołem przypisywanych temuż – zresztą bez nazbyt głębokiej refleksji – atrybutów. Zazwyczaj dopiero później mogłem reprezentować specyficzne indywiduum opatrzone jakże trudnym do wymówienia nazwiskiem. W kontaktach profesjonalnych (a więc literackoteatralno- medialnych) wielokrotnie słyszałem najpierw pytanie, dlaczego właściwie chciałbym przygotować na przykład program radiowy o Ameryce, skoro jestem Polakiem. Albo informowano mnie, że jako Polak może powinienem najpierw przedstawić mój projekt nie w Stuttgarcie, tylko w Radio Brandenburg, które specjalizuje się w problematyce wschodniej, nawet wtedy, gdy projekt takiej problematyki nie podejmował. Reżyser mojego słuchowiska zastanawiał się, czy jego bohaterowie (para nowojorskich imigrantów, ale nie wiadomo skąd) powinni może mówić po niemiecku z polskim akcentem. W Berlinie pytano mnie, dlaczego jako Polak miałbym organizować festiwal Irlandczyka Becketta. Muszę jednak przyznać, że jeżeli po takich pytaniach zaczynała się realizacja jakiegoś przedsięwzięcia, współpraca przebiegała na ogół bardzo dobrze. Zrodziło się z tego nawet wiele przyjaźni – po latach w szczerych rozmowach dowiadywałem się, z jakim zdziwieniem owi moi przyjaciele patrzyli wokół siebie, przyjeżdżając po raz pierwszy do Krakowa czy Zamościa: Renesans w Zamościu?

 Na ogół jednak nikogo specjalnie do Polski nie ciągnie. Jeżeli tak, jeżeli z powodu kultury, to w mniejszym stopniu z inspiracji literackich niż muzycznych czy teatralnych. Polski teatr ma od lat tzw. dobrą markę. Pamiętam tę fascynację intensywnością sceniczną polskich spektakli w Berlinie, Frankfurcie czy Karlsruhe. Natomiast wioząc kiedyś z lotniska we Frankfurcie na polonijny wieczór artystyczny jednego z nestorów polskiego aktorstwa, przestraszyłem się niemal jego tyradą o tym jak niesmaczny, brutalny, obcesowy jest w ogóle teatr niemiecki. Owo „w ogóle” uzmysłowiło mi, że również po polskiej stronie nie brak obiegowych stereotypów, nawet w najlepszym towarzystwie. Zapytany o konkrety nestor H. powiedział w końcu coś o obcości, jakim napawał go Berliner Ensemble.

Parę lat później, dyrektor Kunsthalle w Baden-Baden (na tej kulturalnej prowincji instytucja to prawdziwie światowa – jeszcze w latach 80. na murawie przed budynkiem lądowały helikoptery z Mitterandem i Kohlem), który przymierzał się do prezentacji współczesnych polskich plastyków w ślad za zorganizowaną wcześniej wspólnie z krakowskim Muzeum Narodowym wystawą sztuki polskiej z przełomu (ubiegłych) wieków, dzieląc się ze mną wrażeniami z tej pierwszej wystawy niemal nabożnie powiedział, że niby europejskie, ale „jakże obce”. Byłem bardzo zaskoczony, wystawy wprawdzie nie widziałem, ale od znajomych Polaków słyszałem o niej pochlebne opinie. Przekonani byli, że to, co pokazano, jest dowodem młodopolskiej i małopolskiej obecności w życiu kulturalnym (zachodniej) wielkiej Europy. Polacy woleliby, żeby postrzegano ich jako naród, który wydał Chopina, Marię Skłodowską czy Kopernika, ale stereotypy, którymi karmiono skutecznie Niemców, zwłaszcza od 1870 r., są trudne do wykorzenienia. To one bardziej namacalnie odbijają się na życiu codziennym pisarza polskiego w Niemczech niż wspomnienia o zamku w Hambach. 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas