poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GABRIELA MATUSZEK
Erotyka i polityka, czyli o prozie polskiej i niemieckiej ostatnich lat
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


 1.

Literatura, czy godzimy się z tym, czy też nie, wystawia jednak świadectwo: pisarzowi, narodowi i epoce, choć skala przedmiotów, czy może raczej: przymiotów, jest niewątpliwie bardziej rozległa niż w zwykłym dokumencie dojrzałości. Literatura wyraża coś więcej niż prywatne doświadczenia i wyobraźnię pisarza. Jest także świadectwem doświadczeń wspólnoty, jej kulturowej świadomości i podświadomości, a zarazem obnażaniem samowiedzy: indywidualnej, narodowej, egzystencjalnej. Wielka literatura jest jak światłoczuła taśma sejsmografu, rejestrująca drgania epoki: zmiany wrażliwości, wychylenia wskazówki historycznej busoli (bowiem historia – wbrew diagnozom niektórych myślicieli – jeszcze się nie skończyła), natężenia konfliktów i zbiorowych emocji, a także poziom zrozumienia, samouświadomienia, dojrzałości. I tę poli-wiedzę wprowadza w toczący się nieustannie dialog kultur.

Czy polskiej literaturze ostatnich lat – okresu niezwykle ważnego przełomu, zapoczątkowującego nowy paradygmat polityczny i kulturowy – udaje się sprostać temu zadaniu? Marcel Reich-Ranicki, nazywany papieżem niemieckiej krytyki, rozprawił się, jak wiadomo, z polskimi powieściami prezentowanymi w 2000 roku na Międzynarodowych Targach Książki we Frankfurcie (1). Czy słusznie? Pytanie to z rozmaitych powodów – nie tylko polskiej patriotycznej political correctness, ale także potrzeby obszernej dowodowej eksplikacji, przekraczającej ramy tego eseju – nie będzie przedmiotem moich rozważań; przynajmniej w ich powierzchniowej warstwie.Chciałabym natomiast na wybranych, znaczących przykładach przyjrzeć się temu, czy i w czym współczesna proza polska różni się od literatury niemieckiej. Być może nawet taka pobieżna konfrontacja stanie się nie tylko okazją do przybliżenia nieco odmiennych form odczuwania i wyrażania świata, literackiego modelowania rzeczywistości, ale stanie się zarazem ważną lekcją zrozumienia Innego (bliskiego sąsiada), a może nawet... niespodziewaną lekcją pokory? W tle rozważań postawione zostanie istotne pytanie: czy literatura potrafi jeszcze podejmować wielkie problemy moralne i obnażać prawdę prywatnej i zbiorowej biografii, czy o sprawach najważniejszych umie mówić swoim własnym głosem, a nie cudzymi językami, tak modnymi dziś wielopiętrowymi cytatami czerpanymi z wielkiego światowego muzeum literackiego.

Próba takiego porównania jest możliwa do przeprowadzenia, ponieważ głośne powieści polskie i niemieckie ostatnich lat pozostają w stosunku do siebie w relacji zaskakująco symetrycznej: „Weiser Dawidek” (1987) Pawła Huelle i „Utracony” (1998) Hansa-Ulricha Treichela opowiadają o fantomach dzieciństwa, które miały wpływ na całe dalsze życie bohaterów, „Lektor” (1995) Bernharda Schlinka oraz „Madame” (1998) Antoniego Libery to powieści o inicjacji erotycznej młodych chłopców, która staje się zarazem inicjacją w szeroko rozumianą politykę, „Im Krebsgang” (2002, „Rakiem”) Güntera Grassa łączy z „Hanemannem” (1995) Stefana Chwina nie tylko zatopiony „niemiecki Titanic” – są znakami procesu zbliżenia i pojednania, jaki dokonuje się w naszej części Europy, świadectwem dojrzałego dopełniania europejskiej „pamięci zbiorowej”. Podobieństw jest zresztą znacznie więcej. Po pierwsze, każda z tych powieści (za wyjątkiem „Hanemanna”) jest próbą rozrachunku z własną biografią, a zarazem biografią pokolenia i historią własnego kraju. Po drugie, są to powieści- wyznania, intymne zapisy (męskiego podmiotu) własnych doświadczeń ujmowanych z odległej perspektywy, odsłaniające dzieciństwo („Utracony” i „Weiser Dawidek”), młodość („Lektor” i „Madame”), a zatem te etapy życia, które wyznaczają kształty dojrzałości. Po trzecie, metoda konstruowania fabuły przypomina detektywistyczne praktyki – to metodologia śledztwa. Po czwarte, podobne są nawet schematy fabularne: w powieściach Treichela i Huellego tropione są ślady zaginionych dzieci (brata i kolegi), u Schlinka i Libery tajemnice życia dojrzałej kochanki/ukochanej, u Chwina – niemieckiego profesora anatomii, a u Grassa – kilku splecionych ze sobą prawdziwych i fikcyjnych życiorysów. Po piąte, skrywane tajemnice stają się zarazem wielkimi metaforami ludzkiej egzystencji i parabolami zbiorowego (narodowego) losu. Po szóste wreszcie – co nie jest tu bez znaczenia – we wszystkich powieściach rozsypane są wielorakie znaki naszej wspólnej, polsko-niemieckiej historii.

Powieści te, mimo tak wielu zbieżności i podobieństw, są jednak całkowicie różne. Jak różna jest mentalność narodowa Polaków i Niemców, historia obydwu narodów i... coś jeszcze, co może wyłoni się podczas przeprowadzanej tu wiwisekcji kilku wzorcowych niemal fragmentów biografii.

Bernhard Schlink, profesor prawa na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie, powiedział po ukazaniu się swej książki-wyznania, która stała się największym niemieckim bestsellerem od czasów „Blaszanego bębenka” Günthera Grassa i „Pachnidła” Patricka Süßkinda: „Musimy ciągle na nowo pisać nasze biografie”. Zadajmy zatem pytanie, jak je piszemy po tej i po tamtej stronie demontowanej, bo niepotrzebnej już granicy. Czym jest owo pisanie: procesem szczerego aż do bólu rozrachunku z własnym losem i historią, czy nostalgiczną mityzacją rzeczywistości, bolesną psychoterapią czy ucieczką w mistyfikacje wyobraźni?

Wybrane powieści są szczególnie interesującym materiałem dla tego typu refleksji. Jeśli zakończenie Wojny Światowej potraktować jako punkt zerowy nowej fazy europejskiej historii, która dziś, jak wiemy, wkracza w etap politycznej dojrzałości, to przywołane powieści znakomicie ilustrują traumy jej dzieciństwa, lęki, tęsknoty i niespełnienia młodości, a także wielkie pytania, z którymi musi zmierzyć się wiek dojrzały.

2.

 Zacznijmy zatem od dzieciństwa. Zarówno powieść Hansa-Ulricha Treichela „Utracony”, jak i „Weiser Dawidek” Pawła Huellego przedstawiają historię dzieciństwa z późnych lat 50. Dzieciństwa rozgrywającego się po obu stronach kurtyny, zbudowanej z doświadczeń wojny i holocaustu. Ofiarą wojny jest bowiem zarówno niemiecka rodzina wypędzona z Prus Wschodnich (z polsko-niemieckiego Rakowca), której zniszczone życie poddaje drobiazgowej wiwisekcji niemiecki pisarz, jak i Dawidek Weiser, żydowski sierota, który zginął, eksperymentując z wojennymi niewypałami. O ile jednak polski utwór żyje w świecie mitów i wyobrażeń, to powieść niemiecka zmaga się z własną historią i z powojenną rzeczywistością, dokonując wnikliwej analizy niemieckiej obsesji winy i wstydu.

Utwór Treichela jest zapisem jednostkowego „niemieckiego losu” dokonanym z perspektywy naiwnego, dziecięcego narratora, a zarazem głębokim rozpoznaniem uwikłania prywatnej biografii w oplatające konteksty historii. Tragedia rodzinna odsłania dramat narodowy, opowieść o doświadczeniach dzieciństwa staje się analizą niemieckiej samoświadomości opartej na wstydzie i doświadczeniu straty. Niezwykłość tej książki polega między innymi na tym, że jest to opowieść szczera aż do bólu, a zarazem subtelnie balansująca pomiędzy powagą a komizmem; dziecięca tragedia odrzucenia ociera się o ironiczno-humorystyczną parabolę „utraconego syna”. Owo „naiwne” widzenie rzeczywistości przekształca, w sposób pozornie niezamierzony, świat (świat zniszczony przez dorosłych) w dość absurdalną groteskę.

Treichel opowiada bowiem o obsesyjnym poszukiwaniu przez rodziców pierworodnego syna, utraconego podczas ucieczki przed Rosjanami w styczniu 1945 roku, które prowadzi do nieodwracalnych zmian w psychice drugiego syna, zaniedbywanego i pozbawionego miłości. Starszy brat Arnold, który nie umarł z głodu, jak brzmiała pierwsza wersja rodzinnej opowieści, lecz został zbyt pochopnie oddany w cudze ręce, kiedy Rosjanie „robili matce coś strasznego”, stanie się fantomem, który zniszczy szczęście dzieciństwa narratora opowieści.

Książka poraża swoją szczerością od pierwszych stron i aż po końcowy akapit daje niezwykłe sprawozdanie z dziecięcej traumy, jaką stały się trwające kilka lat próby ustalenia tożsamości dziecka 2307 nieznanych rodziców, odnalezionego przez Czerwony Krzyż, które mogło być poszukiwanym Arnoldem. Podczas procedur indentyfikacyjnych (szczegółowo tu zaprezentowanych, wraz z cytowanymi in extenso wynikami antropologiczno- biologicznej oraz biomatematycznej ekspertyzy) młodszy syn doświadcza rozmaitych upokorzeń, wszystkie stosowane ówcześnie praktyki, łącznie z antropologicznymi badaniami czaszki, stóp i innych części ciała, skrupulatnie rejestrowane są przez małoletniego świadka i uczestnika tej rodzinnej psychozy rozpaczy, winy i wstydu.

Dziecięcy bohater nosi w sobie niezrozumiałe dla niego samego poczucie winy i wstydu: „zupełnie nie umiałem sobie wytłumaczyć, dlaczego ja, który byłem tylko niewinnym dzieckiem, muszę się wstydzić, ba, nawet mieć poczucie winy z powodu kawałka mięsa albo jednego kartofla. Tak samo nie umiałem sobie wytłumaczyć, dlaczego muszę się czuć winny słuchając radia, jeżdżąc na rowerze lub na wycieczce z rodzicami”. Młody bohater czuje się winny, kiedy matka jest smutna i kiedy złodzieje obrabowali chłodnię ojca. Wstydzi się kształtu własnej czaszki, usianej guzami i nierównościami, czarnej opaski na rękawie po śmierci ojca, ponieważ „śmierć była chorobą i była zaraźliwa”, odczuwa paraliżujący wstyd oglądając z matką przed telewizorem intymne sceny, bowiem sfera erotyczna u wszystkich członków rodziny jest zablokowana. Seksualny gwałt staje się zarazem znakiem politycznego gwałtu, po którym normalne życie nie jest już możliwe.

Prywatna historia przeżyć i doświadczeń chłopięcego narratora staje się zarazem historią narodu próbującego wyzwolić się z poczucia winy i wstydu, zapamiętale budując nowe życie. Akcja powieści mocno osadzona została w realiach młodej Bundesrepubliki, w okresie niemieckiego cudu gospodarczego, co doskonale widać na przykładzie awansu ekonomicznego ojca, który z pruskiego chłopa przekształca się w wielkiego hurtownika mięsa. Ale podczas gdy coraz miększe były siedzenia kolejnych samochodów ojca, coraz bardziej zbierało się na wymioty cierpiącemu na chorobę lokomocyjną, odrzuconemu synowi.

Powieść Treichela daleka jest jednak od uproszczonych alegorii politycznych. Nie analizuje politycznych mechanizmów, nie poddaje krytyce śmiercionośnych ideologii. Pokazuje życie jednej, konkretnej rodziny, zniszczone przez ich macki. I na tym polega wielkość tej znakomitej książki – współczesnej paraboli utraconego syna, utraconego domu, zagubionej tożsamości.

Pytanie o tożsamość bohatera pojawia się także w podtekstach powieści Pawła Huellego „Weiser Dawidek”, również książki o fantomie dzieciństwa, który wpłynął na całe późniejsze życie bohatera- narratora. Heller, tak jak matka narratora z powieści Treichela, nie chce zaakceptować tego, że Dawidek Weiser – przyjaciel, a właściwie tajemniczy żydowski Mesjasz jego dzieciństwa – zginął w sprokurowanym przez siebie wybuchu. Po 23 latach rozpoczyna powtórne, tym razem prywatne śledztwo, które – podobnie jak w niemieckiej powieści – nie może zakończyć się powodzeniem.

 Żydowski sierota, który wprowadzał swoich rówieśników w świat wykreowanego przez siebie cudu, staje się dla Hellera mitem utraconego raju dzieciństwa, zaledwie raz uchyloną szczeliną ku transcendencji, której wrota zamknięte zostały bezpowrotnie wraz z jego tajemniczym zniknięciem. Powieść polskiego autora chce zatem dotknąć Tajemnicy (nie tylko los Weisera, lecz sam Weiser – tytułowy mędrzec – jest tu wszak tajemnicą), wskrzesić marzenie o omnipotencji człowieka, bronić za wszelką cenę przewagi metafizyczności nad fizycznością.

Debiutancka powieść Huellego wywołała ogromne zainteresowanie polskiej krytyki. Czytano ją jako powieść inicjacyjną, polityczną parabolę, lekcję genezy i morfologii mitu, a nawet dostrzegano w niej ślady teologicznego traktatu. Pisano, że jest to „powieść o bezradności wobec własnej biografii, o niezrozumiałości losu” (Marek Zaleski). Ale bohater Huellego nie ma biografii, czytelnik niewiele wie o jego dorosłym życiu, ślady konkretności zjawiają się w tej powieści jakby na zasadzie ornamentu. Rozproszone w tekście i pozbawione fabularnego znaczenia są wzmianki o audycjach Wolnej Europy, dobiegające z radia przemówienia Gomułki, informacje o budowie pomnika pamięci stoczniowców. Metafikcyjna biografia Hellera zdaje się nic nie mieć wspólnego ani z biografią pokolenia, ani )      narodu. Zamiast namacalnej Historii jawi się tu rzeczywistość przeniknięta Tajemnicą. Nie wiemy, co skrywa się za jej zasłoną (być może pustka niekończącego się tunelu znaczeń...), ale zasłona ta zdaje się być utkana z cudzych mitów i komponowana wedle wzorów intertekstualnej gry z wielką biblioteką światowej literatury, m.in. tekstami Grassa.

Bohater Huellego bowiem tak naprawdę nie przeżywa swego czasu, jego egzystencja nie została zakotwiczona ani w wymiarze rodzinnym, ani społeczno- politycznym. Miejsce doświadczania świata zajęła rekonstrukcja mitu dzieciństwa. Do rekonstrukcji tej wykorzystał Huelle, podobnie jak Treichel, fabulacyjny model prozy detektywistycznej. Ale podczas gdy u niemieckiego pisarza próba rozsupłania tajemnicy wiedzie przez gąszcz namacalnych faktów, u Huellego podejrzany jest sam świat – śledztwo nie dotyczy faktów, lecz znaczeń. Może to prawda, że świat jest palimpsestem i wszystko mieści w sobie skryty sens. By jednak dotrzeć do ukrytego pisma, trzeba, jak sądzę, wpierw odczytać diagram wybity na powierzchni. To jest sprężyna uruchamiająca mechanizm multiplikacji kolejnych, coraz bardziej uniwersalizujących, odczytań.

Zakończenie obydwu powieści nie przynosi żadnych definitywnych rozstrzygnięć. W powieści Treichela ma to konkretne przyczyny traumatyczno-psychologiczne: młody bohater identyfikuje siebie z postacią Heinricha, niedoszłego brata, ponieważ sam czuje się „utraconym”. W powieści Huellego pojawia się retoryczna figura przyszłego losu narratora, losu zawieszonego w takiej samej próżni, w jakiej rozgrywało się jego życie. Rozpamiętywanie przeszłości okazało się czystym zabiegiem hermeneutycznym. Bo sens ostateczny, jak się zdaje, bez odczytania namacalnych sensów pośrednich, rozszyfrować się nie da.

Tęsknota do omnipotencji człowieka bywa znakiem egzystencjalnej impotencji. Syn robotnika ze stoczni, któremu dane było w dzieciństwie zetknąć się z obdarzonym niezwykłą charyzmą żydowskim chłopcem, poprzez mitologizację zdarzeń z dzieciństwa próbował nadać swemu życiu jakiś (meta)fizyczny sens. Ale czy zaklinanie zwierząt w ZOO, lewitowanie i inne rzekomo nadprzyrodzone właściwości Weisera mogą być tropami ostatecznej tajemnicy? Niejasne doświadczenia dzieciństwa najważniejszymi etapami w poszukiwaniu własnej tożsamości? Cudza biografia tropem wiodącym ku odpowiedzi na pytanie „kim jestem”?

Pustce własnej biografii i pustce historii towarzyszy w powieści Huellego pustka erotycznych niespełnień. Coitus z Elką, mający miejsce w jej mieszkaniu w Hamburgu (pod nieobecność męża-Niemca), który miał być repliką metafizycznego przeżycia Dawidka i Elki na pasie startowym Żarnowca, kiedy nieznana siła podniosła czerwoną sukienkę, a voyeur Heller dostrzegł przez artyleryjską lornetkę magiczny czarny punkt między nogami, zakończył się kolejną klęską wyobraźni. „Gra o Weisera była skończona – powie Heller. – Nie wyszedłem z niej czysto, ani zwycięsko.”

Czym była zatem gra o Weisera? Grą o czystość mitu niewinności? O wyższość tego, co niepojęte i transcendentne nad tym, co codzienne i trywialne? O wyobraźnię nieskażoną materialnością świata? Jeśli tak, to czy warto było prowadzić tę grę? Być może, bo gra to atrakcyjna i bezpieczna. Bez ryzyka dotykania zbyt bolesnych ran i z nadzieją metafizycznego walkoweru. Niewymagająca takiej odwagi, jakiej wymaga zmierzenie się z fizycznością egzystencji. Przed tymi wyzwaniami uchroniła nas historia. Pozostawmy retorycznym pytanie, czy na pewno?

Można by rzec tak, pozwalając sobie na częściową konkluzję, do której przyjdzie jeszcze wrócić: jeśli polska powieść oddaje się poszukiwaniu sacrum, chce wyjść poza banał zwyczajnego życia w sfery dostępne wybranym, budując raj niewinności dzieciństwa, to powieść niemiecka przedstawia dziecięce piekło niezawinionej winy i wstydu. I zanurza się aż po dno w tym, co prawdziwe, szczere i bardzo bolesne. Sięga do konkretu, ale poprzez jego namacalną prawdę odsłania takie wymiary życia, które nigdy nie będą dostępne tym, którzy zbyt łatwo zawierzyli wyimaginowanym rajom.

3.

Poszukiwania mitycznych rajów w polskiej literaturze dotyczą nie tylko dzieciństwa. Także młodość poddawana bywa procedurom mitologizacyjnym, czego najlepszym przykładem jest „edukacyjna powieść” Antoniego Libery „Madame”, w której autor prowadzi swego bohatera nie przez gąszcz konkretnych życiowych doświadczeń, ale poprzez wykreowane nad nimi przestrzenie iluzji, które odgradzają go nie tylko od prawdziwego życia, ale także od samego siebie (już Przemysław Czapliński przenikliwie odczytał tekst Libery jako narracyjną analizę najpotężniejszych blokad bezpośredniości i powieść o poszukiwaniu spełnień pośrednich). Teraźniejszość istnieje tu o tyle, o ile da się w nią wkomponowywać wzorce przeszłości, i o ile ma w sobie potencję kreowania kolejnych mitów. Podobnie jak w powieści Pawła Huellego, bohater nie przeżywa swego czasu, „mroczne czasy komunizmu” skwitowane zostają kilkoma retorycznymi akapitami, przeżycie wojny domowej w Hiszpanii w latach 30. jest dla polskiego licealisty bardziej ekscytujące niż to, czego dotyczą audycje słuchanego przez rodziców radia Wolna Europa.

A przecież zamysł powieści był znakomitym stelażem, zdolnym unieść ciężar historii prywatnej i zbiorowej, w soczewce chłopięcego doświadczania świata skupić rozmaite nici rzeczywistości, a może nawet spróbować odczytać utkane z nich wzory. Śledztwo prowadzone przez licealistę zakochanego w nauczycielce francuskiego mogło otworzyć nie tylko kartę prywatnej biografii urodzonej w Alpach kobiety, którą dziwne zrządzenia losu przygnały do komunistycznej Polski, ale i wielką księgę biografii zbiorowej. Tytułowa Madame miała szansę stać się ucieleśnieniem zarówno Erosa, jak i Historii, a romans edukacyjny odsłonić subtelne psychologiczne mechanizmy wprowadzania chłopca w erotykę i politykę, przechodzenia ze stanu niedojrzałości ku świadomej dorosłości.

W powieści Libery nic takiego jednak się nie dzieje. Zamiast cielesnej inicjacji bohater uprawia voyeuryzm: stać go tylko na podglądanie – w przenośni i dosłownie – życia swej ukochanej. Niby pragnie zmysłowego spełnienia, ale od czuwając lęk przed zderzeniem wyobraźni z wulgarną rzeczywistością woli pozostać w sferach iluzji. Bardzo znaczący jest tu passus dotyczący odbioru przez bohatera erotycznego malarstwa Picassa, kiedy stawia fundamentalne pytanie, „kim jest człowiek nagi?” i skłania się ku odpowiedzi, że „Prawdziwie ludzki to taki, który jest odziany”. W co odziany – zapytajmy – w nieodzowny gorset kultury, czy fałszywe teatralne stroje? Można by zapytać również, dlaczego dojrzewający młody mężczyzna nad prawdziwe ciepło innego ciała przedkłada chłód nostalgicznej wyobraźni możliwych spełnień? I czy warto w ogóle stawiać takie pytanie? Myślę, że nie tylko warto, ale nawet trzeba.

Jeśli przyjmiemy, że wszystkie sfery ludzkiej ekspresji wyprowadzane są z tego samego źródła – jakiegoś bieguna magnetycznego wyznaczającego kierunki naszej aktywności – to można przypuszczać, że zarówno formy ekspresji erotycznych i uczuciowych potrzeb, jak i historycznej świadomości czy politycznych działań splecione są ze sobą mocnymi nićmi porozumienia. Supozycję tę potwierdza niejako powieść Libery, w której zablokowanej sferze erotycznej odpowiada blokada autentycznego przeżywania codzienności: bohater z nostalgiczno-melancholijną rozkoszą zanurza się w mity stworzone przez swą wyobraźnię, która na dodatek żywi się niemal wyłącznie cudzą przeszłością, albo zastępuje autentyczne przeżywanie świata wyobrażeniami na jego temat, bowiem ten „zarozumiały” (choćby to była tylko maska) licealista wszystko już wie o głupocie i zbrodniczości komunizmu i zamiast własnego rozpoznawania oraz definiowania rzeczywistości posługuje się gotowymi ideologicznymi frazesami. Bohater „Madame” nie potrafi (a właściwie: nie chce) żyć prawdziwie, prawdziwie kochać i prawdziwie doświadczać teraźniejszości. Wybiera spełnienia zastępcze, wierząc w wyższość procedur idealizacyjnych, co jest, niestety, dość wyrazistą sygnaturą polskiej literatury.

Antoni Libera powiada – i jest to przeświadczenie bardzo mocno, jak sądzę, zakotwiczone w polskiej świadomości – że „mityzowanie świata leży w naturze człowieka”. Powieść niemieckiego autora, Bernharda Schlinka „Lektor”, podobnie jak wcześniej wspomniany „Utracony” Treichela, proponuje inną drogę: punktem wyjścia czyni nie tęsknotę za mitem, lecz konkret, prawdziwe, indywidualne przeżycie świata.

Książka Schlinka jest książką-wyznaniem napisanym z perspektywy dojrzałego mężczyzny, na którego całym życiu zaważyło spotkanie ze starszą o dwadzieścia lat kobietą. Niemiecki piętnastolatek z dobrego, profesorskiego domu przeżył romans, jaki podobno jest marzeniem każdego dorastającego chłopca: dojrzała kochanka przez kilka miesięcy wprowadzała go w arkana sztuki miłosnej. Bohater na całe życie uzależniony został od miłosnego rytuału (głośne czytanie, wspólna kąpieli, kochanie się), od gestów i ruchów Hanny, sposobu nakładania pończoch, zapachu jej ciała, których nigdy już nie odnalazł w żadnej kobiecie. Mistrzostwo niemieckiego autora polega jednak na tym, że pikantna historia pewnego nietypowego związku miłosnego przeobraża się w polityczny rozrachunek z niemiecką przeszłością, a erotyczno-polityczna psychodrama nabiera uniwersalnych znaczeń egzystencjalnego dramatu winy i przeznaczenia.

Proza Schlinka jest klarowna, precyzyjna, mądra i pełna taktu. Narracja pierwszoosobowa, podobnie jak u Libery, sprzyja introspekcji i stwarza atmosferę intymności. Lakoniczna dokładność zapisu własnych przeżyć (jak u Treichela), rezygnacja z wyszukanej metaforyki i obrazowania sprawiają, że ten monolog- wyznanie staje się precyzyjnym protokołem jednostkowych uczuć, oddając zarazem uniwersalny wymiar doświadczenia „niemieckiego losu”. Niemieckiemu pisarzowi udało się bowiem to, co nie udało się polskim autorom: wiarygodnie opowiedzieć historię jednego ludzkiego życia, wpisać ją w konkret historii i zbiorowej przestrzeni pamięci oraz nadać jej uniwersalne kody.

Fabuła, podobnie jak we wcześniej analizowanych powieściach, ukształtowana została wedle detektywistycznokryminalnych wzorców. Także i ten narrator, jak opowiadacze przywoływanych tu powieści, poszukuje tajemnicy cudzego życia, a zarazem tajemnicy mechanizmów historii i polityki, a wreszcie – losu („Niezależnie od tego, co zrobiłem albo czego nie zrobiłem, co ona mi zrobiła – tak potoczyło się po prostu moje życie”, powie na końcu bohater). Autor nie tylko umiejętnie stopniuje napięcie (napisał wcześniej trzy niezłe kryminały), ale i w sposób mistrzowski poszerza w każdej z trzech części obszary znaczeń. Romans nieletniego syna profesora filozofii z tramwajową konduktorką i – jak się okaże później i co będzie miało ogromne znaczenie także dla parabolicznego odczytania tej powieści – analfabetką, to pierwsza część książki, po której nastąpią jeszcze dwie i każda z nich będzie zaskoczeniem nawet dla bardzo wyrafinowanego czytelnika, obeznanego z rozmaitymi fabularnymi wariantami. Bohater bowiem po wielu latach, już jako student prawa i uczestnik seminarium poświęconego nazistowskiej przeszłości spotyka swoją dawną kochankę. Tym razem widzi ją podczas procesu w roli oskarżonej SS-manki z obozu w Brzezince. Młodzieńcza inicjacja erotyczna staje się teraz prawdziwą inicjacją polityczną.

Oryginalność ujęcia tego absolutnie centralnego dla niemieckiej tożsamości problemu winy i ciągle podejmowanych prób przezwyciężania przeszłości w ujęciu Schlinka polega na tym, że narrator obnaża psychologiczny mechanizm rozrachunku swego pokolenia z przeszłością. Sądzi bezkrytyczność synów, którzy zbyt szybko i zbyt tryumfująco potępili ojców i zmazali w sobie winy, których wszak do końca zmazać się nie da. Bohater powieści Schlinka mógłby czuć się niewinny – jego ojciec nie brał udziału w zbiorowej zbrodni narodu niemieckiego. Ale związek z kochanką staje się ciężarem na całe życie. Kochał zbrodniarkę. Michael Berg chce zrozumieć zbrodnię Hanny i ją potępić, ale obydwie te możliwości wykluczają się nawzajem.

Powieść ta stawia zatem wielkie moralne pytania. Jest to powieść o winie i wstydzie, o miłości i odpowiedzialności, o próbie przezwyciężenie przeszłości i akceptacji tego, że przeszłości przezwyciężyć się nie da. Można ją tylko poznać.

To także powieść o tęsknocie za Domem, który nie będzie „ślepy”, i za światem, który nie będzie „martwy”. Współczesna Odyseja prowadzi przez piekło zniszczonego świata (moralnego analfabetyzmu) i zniszczonego jednostkowego życia (wzorzec pierwszych seksualnych kontaktów – nieco sado-masochistyczny, bowiem Michael poddaje się całkowicie dominacji Hanny – staje się wzorem wszystkich późniejszych zachowań). Powieść ta daje jednak nadzieję. Hanna nauczyła się w więzieniu czytać. Czy powiesiła się dlatego, że po lekturze wielkich dzieł niemieckiej klasyki oraz książek o obozach koncentracyjnych i holocauście nie czuła się godna ułaskawienia? I czy jej świadoma śmierć oznacza zamknięcie czarnej karty przeszłości?

Kultura jest przestrzenią pamięci, teraźniejszość zawsze przesycona jest śladami przeszłości. Literatura może (powinna?) odczytywać łączące je mosty. Małoletni kochanek konduktorki-analfabetki został pisarzem tak, jak pisarzem został narcystyczny wielbiciel pachnącej perfumami Chanel nr 5 Madame. I obydwaj po latach spisali swoje historie. Polski bohater został pisarzem, by „układać historie wzięte z rzeczywistości, lecz od niej powabniejsze”. Niemiecki narrator powiada, że próbował wielu wersji opowiedzenia tej historii. Spisał tę, ponieważ jest najbardziej prawdziwa.

4.

 Wielka literatura niemiecka ostatnich lat jest jak rak: ale nie ten, który tocząc zabija, lecz ten, który posuwa się do tyłu, by móc pójść do przodu. „Rakiem” („Im Krebsgang”) nazwał Günther Grass swoją ostatnią książkę, która ukazała się cztery miesiące temu i stała się kolejnym wielkim rozrachunkiem z niemiecką przeszłością i kolejnym niemieckim bestsellerem. Niemieccy komentatorzy nazwali książkę Grassa „aktem przywracania pamięci”, wkomponowującym się znakomicie w prowadzoną od kilku lat „debatę odciążającą”, a nawet dostrzegając w niej (jak Thomas Medicus) ostatni akt niemieckiego rozliczania z przeszłością. Bardziej złośliwi krytycy powiadają, że książką tą niemiecki Noblista złamał tabu, które kiedyś sam stworzył, bowiem temat wypędzonych, zbombardowanych podczas alianckich nalotów czy pasażerów zatopionego przez sowieckie torpedy „Wilhelma Gustloffa” był zawsze obecny w niemieckiej literaturze (pisali o tym m.in. Horst Bieniek, Heiner Müller, Christa Wolf czy Marion Dönhoff). I zarzuty W. G. Sebalda (esej „Naloty i literatura”, 1999), imputującego swoim rodakom amputację „drażliwej” pamięci, nie były do końca słuszne.

O czym jest powieść Grassa? O zatopieniu niemieckiego „Tytanika”? O losach jednego z dziewięciu tysięcy pasażerów, którzy umierali w nocy 30 stycznia 1945 roku w lodowatym Bałtyku? Zamiast pasjonującej, melodramatycznej fabuły autor funduje czytelnikowi powieść w znacznej mierze dokumentalną, początkowo nużącą zarówno przez swą dokładność rekonstruowania biografii patrona statku, Wilhelma Gustloffa, jego zabójcy, żydowskiego studenta Dawida Frankfurtera, komendanta sowieckiej łodzi podwodnej, Aleksandra Marineski i jeszcze paru innych postaci wplątanych w rekonstruowaną historię, jak i precyzję w opisach technicznych detali statku, historii jego budowy i eksploatacji. Ale ta drażniąca (także i tu – „detektywistyczna”) metoda skrywa niezwykle głęboki zamysł: tworzenia tkaniny historii z kilku równolegle prowadzonych, autentycznych wątków prowadzić może do odkrycia wzoru. Bowiem wszystko, co w tej powieści najważniejsze, zawarte zostało w zamykającym „Rakiem” zdaniu: „To nigdy się nie skończy. Nigdy to się nie skończy.” Przeszłość, przyszłość i teraźniejszość są bowiem jedną całością, warunkowaną przez geny biologiczne i kulturowe. W historii, tak jak w przyrodzie, nic nie ginie; pozostają puste skorupy, w które nieświadomie wchodzimy. Każdy wątek jest ważny, każdy może powrócić. Feralna data 30 stycznia, widomy znak ironii losu (Gustloff utonął w rocznicę przejęcia władzy przez Hitlera i w dzień narodzin patrona statku) zawiera w sobie uniwersalne pytanie: w co gra z nami los i historia?

Nie tylko zatem o historię Niemiec w tej opowieści chodzi, choć „praca nad pamięcią” oraz rozrachunek z przeszłością stanowią tu główny wątek i osnowę. W powieści Grassa toczy się również – jak u Schlinka – proces. Ale Grass stawia przed sądem nie tylko pokolenie Ojców (Matek), ale także Synów i Wnuków, choć to ten ostatni, „normalny, miły chłopiec, pijący sok zamiast piwa”, skazany zostaje na siedem lat więzienia za zamordowanie rówieśnika. Grass wytacza proces babce, demonicznej Tulli Pokriefce, uratowanej z tonącego Gustloffa, omamionej tęsknotą za faszystowską Trzecią Rzeszą i stalinowską NRD, która przekazała swemu wnukowi geny zemsty. Wytacza proces powojennemu pokoleniu, papierowym lewicowym liberałom, którzy – jak oportunista i życiowy nieudacznik Paul Pokriefke – nie potrafili wychować własnych synów. I wreszcie – co wydaje mi się w tej powieści najważniejsze – wytacza proces teraźniejszości. I to nie tylko neofaszystowskim ideologiom, odradzającym się w Niemczech, ale pustce epoki internetu, w której zamiast nawiązania autentycznych rodzinnych więzi, ojca stać tylko na podsłuchiwanie na czacie syna, i w której samotność w sieci sprzyja fascynacji śmiercionośnymi ideologiami. Ofiara i kat spotkali się bowiem w cyberprzestrzeni, wyposażeni w kostiumy „złej” historii i odwrócili dramat sprzed kilkudziesięciu lat: współczesny Wilhelm Gustloff zabił współczesnego Dawida Franfurtera, w którego rolę wcielił się młody niemiecki filosemita. Konrad Pokriefke zabójstwa dokonał nie z nienawiści, lecz... dla zasady. „Strzelałem – powie dumny przed sądem – ponieważ jestem Niemcem i ponieważ przez Dawida przemawiał wieczny Żyd.”

Książka tropiąca z rzeczową precyzją losy zwykłych uczestników historii otwiera zarazem perspektywy uniwersalne. Narrator powieści, Paul Pokriefke, który nienawidzi matki za to, że nie wiedziała, z jakim mężczyzną go poczęła, i że urodziła go, kiedy tonął statek, wyzna: „Ja, pozbawiony ojca, sam nie zostałem ojcem.” Czy rzeczywiście ten łańcuch przemocy, fascynacji nazistowskimi ideologiami „nigdy się nie skończy?” Co mogłoby położyć mu kres? Grass pozostawia to pytanie – niezwykle trudne – otwartym. Zdaje się jednak sugerować, że owo „spłukiwanie klozetu historii”, jak to nazbyt dobitnie nazywa narrator powieści, może udać się tylko wówczas, kiedy oczyszczaniu pamięci zbiorowej towarzyszy poczucie wspólnej rodzinnej tożsamości. Można by powiedzieć, że najpierw trzeba odbudować własny Dom (o czym marzył w snach bohater Schlinka), a dopiero potem budować wspólne (europejskie) miasta.

Warto tu podkreślić, że w Polsce owa „ewolucja pamięci” zaczęła się parę lat wcześniej. To już w znakomitej powieści Stefana Chwina „Hanemann” historia niemieckiego „Tytanika” znalazła interesujące i sprawiedliwe przedstawienie. Także polski autor tworzył tkaninę historii z kilku – choć wyłącznie fikcyjnych – wątków, okruchów życia tych, którzy wsiedli 30 stycznia 1945 roku na ów feralny statek. Chwin niezwykle czule przedstawia opuszczone przez uciekinierów „Domy”, zamyka i unieśmiertelnia „cudze” przedmioty w pajęczynie subtelnych, zmysłowych opisów. Odciski palców na porcelanowych filiżankach i włos wpleciony w pachnącą substancję mydła spotykają się ze zgrzebnymi rzeczami przywiezionymi do Gdańska przez uciekinierów ze Wschodu. Ludzkie losy mijają się, ale Historia trwa. Jej łącznikiem, pomostem między przeszłością i teraźniejszością, jest tytułowy bohater, który, znieczulony przez pasmo osobistych rozczarowań i raniące odpryski Historii, nie ma już sił przed nią uciekać. Książka Chwina jest mądra, taktowna i piękna. Kto wie, może nawet za piękna – rozkoszowanie się zmysłowym urokiem świata oddala od drastyczności historycznych przemian, roztrząsanie tajemnic duchowych procesów od okrutnej przecież rzeczywistości czasów „wielkiej transformacji”. Chwin niby pokazuje świat, który rozpadł się w gruzy i który powoli zaczyna składać się na nowo, już z zupełnie innych puzzli. Ale Hanemann, ów świadek Historii, łącznik dwu światów i dwu kultur, żyje w gruncie rzeczy „egzystencją zastępczą”. Także i ta, jedna z najlepszych polskich powieści, zbyt przechyliła języczek wagi od Prawdy ku Pięknu. Szkoda też, że jest ona tak mało „polska”...

5.

 Zaprezentowany fragment literackiej przestrzeni – aczkolwiek ważny i znaczący – na pewno nie upoważnia do jednoznacznych podsumowań. Zwłaszcza, że do jej oglądu zastosowane zostały – co trzeba tu wyraźnie podkreślić – dość szczególne kryteria. Odważmy się jednak zadać sobie to trudne pytanie: cóż wynika z tej skrótowej wiwisekcji polskiego i niemieckiego dojrzewania do prywatnej i narodowej tożsamości?

Powieści niemieckie rozdrapują rany, rozliczają własną historię, polskie – dokonują efektownego ślizgu po gładkiej powierzchni. Doświadczenie samowiedzy bywa bolesne, być może dlatego współczesna literatura polska (poza wyjątkami) unika trudnych tematów, ucieka w procedury mityzowania świata, prowadzi intertekstualne gry z cudzymi kulturami i bibliotekami, przechwala się zręcznością w sprawnym żonglowaniu nieskończonymi możliwościami pastiszowymi. Tak naprawdę bardziej interesuje ją forma budowana z wielopiętrowych cytatów czy nostalgiczne manipulowanie obrazami przeszłości, niż „naga” – bo czekająca na rozpoznanie i nazwanie – rzeczywistość.

 Może jednak także w Polsce pojawi się powieść, która stopi w jednym alchemicznym tyglu wszystko to, co w życiu najważniejsze: erotykę i politykę, naszą małą prywatną biografię i wielką historię, drobny, obdarzony zapachem i barwą konkret z wielką parabolą życia.

Post scriptum

 Gdybym pisała ten tekst dla Niemców, napisałabym go z pewnością inaczej. Bowiem przywołane tu powieści polskie mają dużo uroku, nieznanego literaturze niemieckiej. Powiedziałabym wtedy, że trzeźwy zapis rzeczywistości warto wzbogacić o tunele znaczeń otwierające się ku transcendencji, jak to z kunsztem zrobił Paweł Huelle. Że fascynacja niedostępną, piękną i mądrą kobietą wyzwala – co w niezwykle subtelny sposób pokazał Antoni Libera – takie pokłady intelektualnej potencji i otwiera takie sfery odczuwania, jakie nigdy nie będą dostępne tym, którzy zbyt łatwo wpadają w ramiona analfabetek. Że zmysłowy zachwyt światem – którego można uczyć się od Stefana Chwina – odczytywanie zapisu piękna na popękanej od wielkich i małych wstrząsów skorupie ziemi czasem bywa konieczne, bo chroni przed rozpaczą pustki. Tekst ten przybrał jednak, świadomie, inny kształt. Moim bowiem zamiarem było, jeśli nie wyraziste przesunięcie wskazówek busoli, to przynajmniej wprowadzenie jej w rodzaj niepokojącego drgania.

Gabriela Matuszek

(1) Nieco łagodniej ocenia polską literaturę w wydanej niedawno książce „Erst leben, dann spielen. Über polnische Literatur” („Najpierw żyć, potem się bawić”), Wallstein Verlag, Göttingen 2002. W niniejszym eseju opieram się na tekstach: Hans-UIrich Treichel, „Der Verlorene”, Shurkampf Verlag, Frankfurt am Main 1998 (polski przekład Agnieszki Kowaluk, „Utracony”, ukazał się w 1999 w Czytelniku); Bemhard Schlink, „Der Vorleser”, Diogenes Verlag, Zurich 1995 (polski – bardzo niedobry – przekład Marii Podlasek-Ziegler, „Lektor” ukazał się w Wydawnictwie Polsko-Niemieckim, Warszawa 2001); Günther Grass, „Im Krebsgang. Eine Novelle”, Steidl Verlag, Göttingen 2002; Paweł Huelle, „Weiser Dawidek”, Wydawnictwo Puls, Londyn 1996; Antoni Libera, „Madame”, Znak, Kraków 1998; Stefan Chwin, „Hanemann”, Marabut, Gdańsk 1996.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas