poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
YORK SAUERBIER
Srebrzyki (fragmenty)
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


BULIMIA

 Gregory Tomov, ty jesteś jedynym heteroseksualnym mężczyzną na tym świecie, który po jedzeniu wsadza palec do gardła. Jesteś chory. Pozbieraj się i zrób coś z tym.

Wlepiłem wzrok w klop Heleny i obserwowałem znikający wir moich wymiocin zmieszanych z wodą. Zza bulgoczącego szumu dochodził szept srebrzyków (1) :

– Weź sobie jedną Wrigley’s i oczyść oddech, który zatruwa kwasem powietrze. Na zewnątrz czeka Helena z kawą, ty książkowy Casanovo.

O Boże, znowu oddaję głos tym małym gnębicielom! Widocznie moja praca powoli pozbawia mnie rozumu. Gdzie tylko spojrzę, wszędzie przemykają srebrzyki. Moja rodzina, całe moje życie jest nimi zakażone. Tak mi się przynajmniej zdaje, ponieważ od pewnego czasu rejestruję stopniowy, ale konsekwentny proces wymazywania wszystkich danych, które zgromadzone zostały pod moim loginem.

Wyciągam z opakowania kawałek gumy, wrzucam papier do kosza na podpaski i wygładzam spodnie na kolanach, zanim opuszczę łazienkę. Helena nie może zauważyć nawet śladu po moich islamskich modłach nad klopem.

Moje ręce jeszcze drżą trochę. Chyba jestem blady na twarzy.

Helena pyta, otwierając szeroko oczy:

– Co ci się tak nagle stało?

Poczułem, że natychmiast muszę wrócić do łazienki. Kąciki ust skrzywiły się w lekkim grymasie.

– Nie mam pojęcia. Może to ze zdenerwowania, że tak siedzę naprzeciw ciebie. Może się ciebie boję.
– Bardzo zabawne.
 – A może drżenie wywołuje niepokój, który zawsze powala mnie, zanim mnie zgwałcisz.
 – Masz już całkiem bzika?
 – Ee, chciałem powiedzieć....
– Co?
Że chciałbym choć raz spać z tobą spokojnie.
– Nic.
Podniosła nieco lewą brew i nalała sobie kawy.
– Tobie, zdaje się, nie służy samotność.
Miałem ochotę zapaść się pod ziemię.

Potem Helena poszła do łazienki, a ja trzymałem kciuki, żeby przypadkiem nie zauważyła na podłodze śladów jagnięcych żeberek.

Po minucie wróciła do stołu i zaczęła mieszać kawę.

Szepnąłem:
 – Heleno, cukier... Popatrzyła na mnie.
– Aha.

Uśmiechnęła się i sięgnęła po cukierniczkę. Wybaczyła mi zatem i nic nie zauważyła. Kamień spadł mi z serca i popędziłem do łazienki, by wydalić resztki zalegające mój żołądek.

Klozet Heleny znajduje się tuż pod małym lustrem, tak że mogłem klęcząc wpatrywać się w światła podwórza. Betonowa ściana domu naprzeciwko jest teraz, o zmroku, całkiem czarna. Tylko kilka słabych pasem świateł i wywietrzniki windy przecinają dużą, mroczną powierzchnię.

New York City widziane od tyłu.

Taki widok nie otwiera się ani z powietrza, ani z Liberty Island, ani z jakiegokolwiek miejsca dostępnego turystom.

Ten widok należy do mnie, jak te wynędzniałe szczury wokół, tylko dlatego, że kocham to miasto.

Moje oczy ugrzęzły w ciemnej masie, aż zakręciło mi się w głowie, palcem wskazującym nacisnąłem na tylną część języka, ostra woń przeszyła przegrody nosowe i dwie porcje kolacji wydostały się przez przełyk na światło dzienne.

Nauczyłem się już trzymać usta tuż nad lustrem wody, by nie spowodować zdradzieckich rozprysków. Gorzej jednak było, przy takich wstrząsach nie wydawać głośnych odgłosów.

Przypominam sobie bardzo dokładnie mego ojca, który nie tolerował większych ilości alkoholu. Zawsze, kiedy wypił ponad swoją miarę, ryczał do klopa.

I znowu przy wielkim, szklanym stole Heleny nalewam sobie końcówkę ‘Lynch Bages’ rocznik ’89 i kołyszę kieliszkiem przed oczyma.

Uspokajając nozdrza uwodzącym zapachem wina, wysysam rozkosz wszystkimi organami i ciepła fala krwi ożywia moje lędźwie. Muszę ją mieć. Bez względu na koszty. Chodzi tylko o to, by dociąć Bernadecie.

Najlepiej by było, gdyby Helena zaszła ze mną w ciążę. Tym chętnie bym zapłacił.

Odkąd Bernadeta wyrzuciła mnie przed dwoma miesiącami, przestałem być człowiekiem. Właściwie to przestałem być już od dawna.

Dręczyła mnie. Podporządkowywała swojej woli.

Ale czy mógłbym ją porzucić?

Była dla mnie i jest, tą kobietą, owym ideałem, który każdy mężczyzna ma w swojej głowie i którą spotyka nadzwyczaj rzadko podczas tego krótkiego intermezzo na ziemi.

Być może moja głowa nigdy nie wyzwoli się od myśli o Bernadecie.

A jednak z jej powodu straciłem wiarę w coś takiego jak wieczność, na przykład w rozdeptane srebrzyki, które odtąd mnie prześladują.


One jedne zdają się mieć prawo do wieczności, przeżyły wszystkie okrucieństwa natury i jeszcze przeżyją. Jeśli tylko nie zniszczą wszystkiego, co kocham i co jest mi drogie. Nawet pod wycieraczką w samochodzie znalazłem puste pancerze tych dręczących prześladowców. (....)
 

TRANSATLANTYK

Tooth chciał się ze mną spotkać na lotnisku.

Siedzę w domu na spakowanych walizkach, rozmyślam i próbuję dociec, czy aby nie cierpię na manię prześladowczą i czy tego wszystkiego sobie nie uroiłem.

Dochodzi wpół do trzeciej. Na wpół do trzeciej zamówiłem taksówkę.

Wkrótce zjawia się w drzwiach taksówkarz i pyta, czy ma coś znieść. Daję mu moje dwie torby podróżne mówiąc, żeby poczekał w samochodzie. Zaraz przyjdę.

 Ostatnie kroki w ojczyźnie kieruję do podziemnych garaży. Postanowiłem nie zakrywać samochodu plandeką, aby markować moja obecność w mieście, ale jednak zmieniłem zdanie. Odłączam akumulator i mocuję gumowymi sznurami ciemnoniebieski materiał do bocznych pokręteł.

Na lotnisku nie poszukuje mnie jeszcze policja, ale nie ma też Tootha.

W hali jest tłok. Manewruję w kierunku kasy Lufthansy i próbuję, mówiąc po niemiecku, kupić na mój niemiecki paszport bilet na najbliższy samolot do Niemiec. Jako Amerykanin już nie egzystuję.

Urocza dama przy komputerze wskazuje mi miejsce i pyta, czy płacę kartą. Potrząsam głową zaczerwieniony.

– Gotówką.
– To nie jest przyjęte, panie Tomov – zaświergotała dama.
Pochylam się lekko w jej kierunku.
– Mam wstręt do plastikowych pieniędzy.
– Och, naturalnie mogę wziąć też czek.
Trudno mi znaleźć argument uzasadniający, dlaczego na tym kontynencie ktoś o czystym sumieniu powinien mieć przy sobie wyłącznie gotówkę.
– Wie pani, jestem trochę staromodny.
 – W pańskim wieku?
– Dziękuję, że pani jest miła, ale moi rodzice... proszę mnie zrozumieć.
Lekko pochyla głowę i patrzy na mnie ostro.
 – Chwileczkę.
Dzwoni gdzieś i ja wiem, że muszę w tym momencie uciec, ale moje stopy są jakby wbetonowane w podłoże Potomac River.
– Płaci pan w dolarach? Zagraża mi omdlenie ze szczęścia.
– Tak, oczywiście.
– To miło z pana strony. Czy pan kupuje bilet tylko w jedną stronę?
– Dlaczego? Ach tak. Tak, tak. Nie, nie.
– Słucham?
 – No tak, będę musiał kiedyś wrócić.
– Dobrze. Na kiedy mam zarezerwować powrót?
– Tego jeszcze nie wiem.
– To nie problem. Ale cena biletu będzie inna.
 – To obojętne.
– O.K. To byłoby zatem....
 – Później.
– Proszę?
– Pani musi mi zarezerwować bilet na krótki termin. Zapłacę później. Ona stara się być nadal miła, a ja robię się coraz bardziej niespokojny.
 – Czekam na mojego ojca, który chciał mi zafundować lot z okazji egzaminu. Rezerwacja jest dla mnie naprawdę bardzo ważna.
– Gratuluję panu, ale ja mam związane ręce.
Moje desperackie spojrzenia szybują po hali odlotów. Jak hala długa i szeroka nie widać pokrzywionego człowieczka, który mógłby wybawić mnie z kłopotu.
– Proszę posłuchać, on musi się zjawić lada moment. Na pewno kupię bilet. Jak nie wsiądę do tego samolotu, to moja matka, która czeka na mnie we Frankfurcie, a która ma słabe serce, będzie ofiarą.
– Ach tak? A było panu dość obojętne, którym samolotem pan poleci. Chce mnie pan nabrać? – Jeśli wówczas zrobi pani rezerwację...
 – Mister!
– Przykro mi, ale proszę zrozumieć, jak ważna dla mnie jest pani przychylność. Przechyla się i spogląda skonsternowana na mój prawy łokieć. Patrzę na nią, potem rozglądam się niepewnie wokół i odkrywam w kąciku oka okrągłą łysinę Herberta Tootha.
 – Wreszcie pan jest – syknąłem do niego.

 Dama zdziwiona zwraca spojrzenie w moim kierunku. Czuję się przyłapany i głupio się uśmiecham.

– Czy mogę przedstawić mego ojca?

Ścisnęła usta, w oczach dostrzegam wyrzut. Tooth nic nie rozumie, ale prostuje się, by podać oziębłej blondynie swą małą, przeźroczystą rękę. Nie odwzajemnia gestu, oddając tylko przelotny uśmiech, który zamiera na ustach wraz ze spojrzeniem skierowanym w moim kierunku. Mówię:

– Chwileczkę – i nachylam się do Tootha.
 – Gdzie się pan podziewał? Wpędził mnie pan w poważne tarapaty.
– Tomov, niechże się pan pozbiera. Nie wiem, skąd się wziął pański nagły pośpiech. Ale ja już jestem. Niech się pan cieszy i nie wciąga mnie w żadne kabały, które mnie nie obchodzą. Jasne? W przeciwnym razie nasze przedsięwzięcie umrze już na samym początku.
 – Pan chyba zwariował. W żadnym wypadku. To nic takiego. Niech się pan nie martwi. Przecież się cieszę, że pan tak szybko się zjawił.

Bolał mnie kręgosłup i chciałem przykucnąć, by łatwiej z nim rozmawiać. Ale odegnałem te myśli, bo nic łatwiej nie mogłoby mnie zdradzić, niż takie wpadające w oczy zachowanie.

 Tooth bez słowa wsadził mi do kieszeni kurtki całą garść dolarów i zniknął w cieniu okienka.

Jak Clint Eastwood doprowadziłem do końca moją służbową rozmowę kącikami ust z atrakcyjną pracownicą Lufthansy i bez pozdrowienia skierowałem się w stronę kafeterii.


Przyniosłem sobie sandwicha i filiżankę, która, gdy wyczerpany padłem na krzesło, napełniona został przez uzbrojoną w dzbanki kawy młodocianą pomocnicę o tęgiej twarzy i szerokich biodrach. Na jej mosiężnej tabliczce napisane było: Jane.

Powiedziałem: – Dzięki, Jane.

Jadłem i zmiękczałem kawą zawartość ust. Takim sposobem wszystko zbyt szybko spłynęło w dół i musiałem przynieść sobie jeszcze jedną kanapkę, by zaspokoić apetyt obciążeniem całego żołądka.

 Kiedy intensywnie poszukiwałem toalety, która ulżyłaby moim chorobliwym mdłościom, zapowiedziano mój samolot.

Przerażony przerwałem poszukiwania i z obydwoma torbami popędziłem do miejsca odpraw. Przede mną było już ponad dwudziestu niemieckich turystów i musiałem czekać, odczuwając coraz większy ucisk w żołądku. Do startu pozostało jeszcze siedemdziesiąt minut.

Szybciej niż sądziłem przyszła moja kolej, ale znowu pojawiły się kłopoty, bo na pytanie, czy w samolocie otrzymam moją torbę, z uśmiechem zaprzeczono.
– Nie ma pan oddzielnego bagażu ręcznego?

Przyglądam się osłupiały parze przy okienku, która z pewnością nie stanowi pary.

– Czy chciałby pan wyjąć coś ze swego bagażu? Otrzyma go pan dopiero we Frankfurcie.

Zastanawiam się i niemal wierzę przez moment, że jestem terrorystą. Rozglądam się wokół i widzę za mną kilku ortodoksyjnych Żydów, którzy z górą waliz i pakunków czekają w kolejce. Bojąc się, że znów będę musiał się tłumaczyć, rzucam torby na taśmę.

 Moje mienie odjechało. Przy sobie mam tylko tyle, co na własnym ciele, w tym bilet, dwa paszporty, a w kieszeni pieniądze, i nawet nie wiem, ile.

Czuję mdłości, ale najpierw chcę znaleźć właściwe przejście do odlotu, zanim oddam się sprawom ciała. Błądzę bez orientacji po hali i chcę spytać jakiegoś pracownika lotniska o drogę.

Jeden z nich głaszcze dłonią małą elektryczną zamiatarkę i potrząsa głową.

– Nie mam pojęcia. Niech pan zapyta w informacji.

Minął mnie i pojechał swoją drogą, zostawiając wilgotny ślad.

Z głośników dowiaduję się tego, co chcę wiedzieć i staję zdyszany do kontroli paszportowej.

Ostrożnie wyjmuję mój niemiecki paszport z wewnętrznej kieszeni marynarki i staram się wyglądać poważnie, wywijając materiał na zewnątrz, by widoczna była wszyta etykieta ‘Boss’. Pracownik służby granicznej przygląda się dokumentowi i stwierdza:

– Jak możemy pana wypuścić, skoro nigdy pan tu nie wjechał? W pańskim paszporcie nie ma żadnego stempla wjazdu. Był pan na urlopie w Stanach?

– Bullshit. Jestem amerykańskim obywatelem.

Urzędnik wachluje się moim paszportem i patrzy na mnie z niedowierzaniem. Przestraszyłem się samego siebie i uznałem się za największego dyletanta od czasu, kiedy Zbawiciel przestał istnieć.

– Czy zechce pan nam to wyjaśnić? Jak zbity wyjąłem mój amerykański paszport będąc przekonanym, że moja próba ucieczki zakończyła się fiaskiem.
– Po prostu pomyliłem paszporty.


Urzędnik nie widział w tym nic zabawnego i z dwoma paszportami w ręce zaczął czegoś szukać w komputerze. Nie musiał ich odkładać, ponieważ jednym palcem szukał na klawiaturze litery po literze, by wpisać moje nazwisko. Porównywał moje personalia, coś wydrukował i przedłożył mi z kamienną twarzą formularz do podpisu.

 – Grać może pan w Las Vegas, Mister Tomov. Pańskie obywatelstwo niemieckie straciło ważność, kiedy skończył pan osiemnaście lat. Konfiskuję pański niemiecki dokument. Zapłaci pan karę w wysokości dwustu dolarów.

W gardle poczułem ucisk klusek ziemniaczanych, jakie gotowała na niedzielę moja prababka.

Blady złożyłem podpis i wyciągnąłem z pliku banknotów od Tootha żądaną sumę. Potem otrzymałem z powrotem mój amerykański paszport.

Urzędnik rzucił na koniec „miłej podróży”, patrząc na stojących za mną podróżnych.

Mechanicznie przesuwam się do przodu i wpadam na szyld z napisem ‘Duty Free’, co oznacza, że jestem już w pomieszczeniu tranzytowym.

Bije moje serce. Zostało jeszcze czterdzieści minut, zanim zamkną się za mną ochraniające drzwi samolotu.

Ostrożnie rozglądam się we wszystkie strony, szukając agentów Undercover pośród tych, co siedzą, stoją, albo robią zakupy.

By się uspokoić, kupuje sobie małą butelkę ‘Bellsa’.

 Z torebką pod pachą zmierzam powoli w stronę toalety. To zalatujące zapachem pomieszczenie ma dla mnie zamykaną kabinę, do której wkraczam i przekręcając klucz znikam z zewnętrznego świata.

Nie potrzebuje nawet wsadzać palca do ust, bowiem natychmiast napiera na mnie ciśnienie z wnętrza mego ciała. Jest mi obojętne, jak głośne odgłosy wydaję, muszę odreagować i pozwalam memu żołądkowi wywrócić się na zewnątrz.

 Po ataku wymiocin czuję się lepiej. Siedzę na zamkniętej klapie sedesu, odchylam głowę do tyłu, przymykam oczy i wsuwam lewą rękę w kieszeń spodni, by wytrzeć chusteczką pot z twarzy. Kieszeń jest pusta i po przeszukaniu wszystkich kieszeni spodni i kurtki odwijam trochę papieru toaletowego. Chusteczki razem z moim bagaże rozpłynęły się w nirwanie.

 Pierwszy łyk whisky sparzył przełyk, aż oczy wyszły na wierzch. Biorę większe łyki, by zbyt często nie odczuwać tego bólu i już przy czwartym znika połowa półlitrowej butelki.

 Kiedy otwieram oczy, moje źrenice zaczynają powoli reagować. Zakręcam z powrotem butelkę.

Na płynnym pożywieniu lepiej niż ja zna się mój dziadek John.


York Sauerbier

1.) Chodzi o rybiki cukrowe, insekty zamieszkujące spiżarnie lub łazienki (przyp. tłumaczki).


Tłumaczyła Gabriela Matuszek.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas