poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HUBERT SCHIRNECK
Dzień nieustannego księżyca
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


Zadanie, które nałożyła na mnie starszyzna, na początku nie wydawało mi się specjalnie trudne. Drobnostka w porównaniu z tym, jakie korzyści mogłoby mi przynieść. W wydanym oświadczeniu brzmiało to tak: „Chcemy dni w naszym kraju uwolnić od powszedniości. Nie wystarczy już nam, że dwanaście czy trzynaście dni wyróżnionych zostało z powszedniego upływu czasu. Każdy dzień niech będzie w przyszłości dniem świątecznym! Ponieważ jednak, ze zrozumiałych względów, nie możemy zrezygnować z naszej codziennej pracy, a zarazem nasze twórcze siły nie mogą być niewykorzystane, chcemy więc przede wszystkim czcić pracę. Najwyższą naszą radością byłoby takie nieustanne święto...”

Należało zatem oznaczyć wszystkie świąteczne dni, by je oficjalnie legitymować, i właśnie mnie wybrano po to, abym wymyślił owe nazwy.

Uradowałem się niesłychanie. Tańczyłem z radości. Czułem się jak szczęściarz, wybraniec bogów, kierowany ostrożnie przez potężnych mandatariuszy. Zlecenie otrzymane z najwyższego urzędu! To znaczy, że dostanę tyle pieniędzy, że aż do końca moich dni wyzwolę się od trosk finansowych...

Zrezygnowano z bliższych instrukcji dając mi wolną rękę. Oznaczało to, że nazwa każdego dnia ma być zewnętrzną oznaką tego, że mieszkańcom naszego kraju wiedzie się dobrze, dowodem na mądrość starszyzny. To oznaczało również, że mieli do mnie zaufanie, wierzyli w moją pomysłowość, moją fantazję, moją lojalność. Z zapałem zabrałem się do pracy. Spędzałem dni w wielkich bibliotekach, przeglądałem książki historyczne w poszukiwaniu zwycięstw w naszej przeszłości, historycznych momentów, o których musiały być przecież wzmianki. Szukałem wielkich nazwisk. Pomnikowych postaci. Czynów. Jak opętany przegrzebywałem nieskończone szeregi książek. Rano przychodziłem pierwszy, wychodziłem wieczorem ostatni. Ale mój notatnik pozostawał pusty i zaczynałem wątpić w możliwość zrealizowania tego przedsięwzięcia. Moje uniesienie zanikało wraz z nadzieją na zwycięstwo, na wielkie czyny, na bohaterów. Ostatecznie zadowoliłbym się nawet klęską. Bardzo późno uświadomiłem sobie, że my w ogóle nie mamy żadnej przeszłości. Że zaczęliśmy swoją egzystencję przed momentem, wczoraj, dziś. Przypuszczalnie owych poszukiwanych 365 dni nigdy nie było, co nie ułatwiało mojej misji. Byłem przygnębiony. Nieoczekiwana zmiana, szczęśliwa chwila w moim życiu pierzchła gdzieś, ustępując miejsca rezygnacji, głębokiej rozpaczy, jakiej dotąd jeszcze nie doświadczyłem. Opuściłem bibliotekę i włóczyłem się cały dzień po parku, ale mój stan się nie poprawiał. Obserwowałem zwady kaczek, rozmawiałem z kretami, podsłuchiwałem łamiące się gałęzie. Ziemia była wilgotna i osamotniona. Z ciężkim sercem udałem się do starszyzny i przyznałem się, że nie dorosłem do tego zadania. Przysłuchiwali się w milczeniu. Widocznie spodziewali się moich zarzutów. Po wysłuchaniu mnie, bez żadnej narady, podniósł się najmłodszy z nich, wziął mnie pod ramię i wyprowadził z sali. Szedłem za nim przez miasto. Zatrzymał się przed dawnym klasztorem, który od dziesięcioleci nie był zamieszkały. Zawsze był zamknięty i zadawałem sobie nieraz pytanie, jaki cel ma do spełnienia. Nikt nie umiał mi odpowiedzieć, nigdy też nie widziałem, by ktokolwiek opuszczał to miejsce, choć czasem godzinami stałem na czatach. Tajemnica miała widocznie zostać wyjawiona, gdyż mój przewodnik otworzył furtę i weszliśmy do środka. Ogród był zdziczały, ścieżka między ostami i pokrzywami ledwo co widoczna. Szliśmy przez krużganek, który zdawał się nie mieć końca, potem skręciliśmy. Chłodne korytarze były słabo oświetlone, światłem dziennym, które nie wiadomo skąd tu przenikało. Nie było bowiem ani okien, ani otworów strzelniczych w murze. Szliśmy na lewo, jeszcze raz na lewo, potem na prawo, coraz głębiej wchodząc w cielsko budynku, który z zewnątrz wydawał się o wiele mniejszy. A może szliśmy niepostrzeżenie pod górę? Nie mógłbym stwierdzić tego z całą pewnością, podobnie jak nie wiedziałem, jak długo byliśmy w drodze. Mój przewodnik w końcu zatrzymał się, otworzył wąskie drzwi i wpuścił mnie do środka. Nadal nic nie mówił, a ja nie stawiałem pytań. Z torby wyjął paczkę papieru i pióro i położył na stole. Potem skinął głową i odszedł. Drzwi zamknęły się z lekkim zgrzytem. Znalazłem kałamarz napełniony atramentem. W celi było cieplej niż w korytarzach na zewnątrz. Naprzeciw drzwi rozpoznałem mały otwór strzelniczy, ale mur był tak zakrzywiony, że nie mogłem wyglądać na zewnątrz.

Położyłem się na pryczy i zacząłem rozmyślać.

Dlaczego ja? Dlaczego tutaj? Dlaczego nie wolno mi było odrzucić tego zadania? Co zamierzali ze mną zrobić? A może nie byłem jedyny? Może podobną misją obarczyli jeszcze dziesięciu innych, by na końcu dokonać odpowiedniego wyboru? Myślałem o nagrodzie, jaka na mnie czekała. Myślałem o mojej przyszłości. Co by było, gdybym odmówił?

Powoli naciągałem na siebie kołdrę. Panowała cisza. Kiedy obudziłem się, na stole stała miska zupy. Jadłem ostrożnie, kosztując powoli każdą łyżkę, jakby w tej zupie skrywał się pomysł, twórczy impuls. Nie powiedzieli mi, ile dają mi czasu na wymyślenie świątecznych dni. Ale sam mogłem sobie to wyliczyć. Był czternasty wrzesień, a nowa regulacja miała obowiązywać od nowego roku.

Odstawiłem miskę na bok, ułożyłem papiery i zasnąłem, trzymając ołówek w podniesionej prawej ręce. Ocknąłem się, czując ból w karku i pieczenie w oczach. Jak długo mogłem spać? Godzinę? A może cały dzień? Światło w celi zdawało się być takie samo. Tylko miska znikła. Na jej miejscu pojawiła się filiżanka czarnej herbaty, obok talerzyk z chlebem i serem. Powtarzała się jedna reguła, której mogłem być pewny: podczas snu przynoszono mi coś do jedzenia. Potrzebowałem ruchu; musiałem oswobodzić moją głowę. A może on (albo ona) nie zamknął drzwi? Nacisnąłem klamkę i drzwi się otworzyły. Na zewnątrz poczułem znowu ów chłód i delikatny przeciąg. Zdecydowałem się pójść na lewo. Nie byłem w stanie zrekonstruować drogi; zbyt często skręcaliśmy. Prawdopodobnie błąkałem się godzinami. Wszystkie korytarze wyglądały podobnie, nie wiedziałem, czy idę w dół, czy w górę, i w końcu moim najgorętszym życzeniem stał się powrót do celi. Skąd się wziął ten labirynt w klasztorze? Gdzie naprawdę się znajdowałem? Wyczerpany, z ołowianymi członkami, usiadłem w jednej z rozlicznych nisz. Pomyślałem przy tym, że niektórzy ludzie cierpią na przewlekłe zmęczenie, dolegliwość, z jaką dotąd nigdy się nie zetknąłem. Szukać dalej! – powiedziałem sobie. Nie chciałem zasnąć na korytarzu, ponieważ robiło się coraz zimniej. Oparłem głowę o mur i już o mało co miałem zrezygnować z wysiłku zmagania się z sennością, kiedy naprzeciw zobaczyłem moje drzwi. Oddalone zaledwie o trzy metry. Podniosłem się z trudem, po omacku dotarłem do celi i rzuciłem się na pryczę.

Czy to był trzeci dzień? Czwarty? Szósty? Jedzenie na stole, jak zwykle. A jednak coś się zmieniło. Na jednej z kartek było napisane: Dzień śniącej gazeli.

Czyżbym to ja wymyślił we śnie tę nazwę? Zapisałem ją przed zaśnięciem, podczas snu, a może uczynił to ktoś inny? Nie byłem tego pewien, ponieważ moje pismo można łatwo podrobić. Na próbę dopisałem obok nazwy dnia: „Być ciężkim i lekkim jak ziarno. Nie sięgać wyżej niż stepowa trawa. Elegancja podróżujących nasion. Lekkonoga radość sąsiadów. Melancholia jest bronią tego kontynentu”.

Porównałem charakter pisma. Ani jednak tytuł, ani dopisek, nie zainspirowały mnie do niczego, dlatego kwestia autorstwa była w gruncie rzeczy bez znaczenia.

Czy oczekiwano ode mnie, że nazwy świątecznych dni przyporządkuję konkretnym datom? Nie miałem przy sobie kalendarza. Jednakże – czy można dzień śniącej gazeli obchodzić kiedy indziej niż w sierpniu?

Drzwi znowu nie były zamknięte. Wyszedłem na zewnątrz i załatwiłem naturalną potrzebę w jednej z nisz. Tym razem nie odważyłem się zbyt daleko oddalić od celi. Przeszedłem około stu metrów bez zbaczania i powróciłem.

Każdego ranka znajdowałem nazwę nowego święta. Aby nie być bezczynnym, nie czuć się całkiem niepotrzebnym dopisywałem za każdym razem komentarz. Gotowe kartki kładłem na półce na książki.

Dzień ptaka, którego nie można nie usłyszeć.

„W innych miejscach naradzały się zadziwione krajobrazy z nomadami. W obszarze sztuki latania wywołane wibracje były rejestrowane w odległych rejonach, jakby panował tam inny czas, jakby przyszłość spajała się z porządkiem szerokości i długości geograficznej, dali i bliskości. Wymierzona w milimetrach zmiana miesiąca. Macie tutaj, jeśli chcecie, inny rodzaj września”.

 Policzyłem kroki aż do punktu, w którym korytarz zmieniał kierunek. Po obydwu jego stronach, na prawo i lewo, odległość wynosiła sto siedemdziesiąt kroków. Znajdowałem się w środku. W środku czego?

Dzień człowieka-wilka.

„Jego odnalezienie było szczęśliwym trafem dla nauki, choć nie dla niego. Nikt nie rozumiał jego mowy, natomiast jego zmysł węchu był znakomity. Jego maniery przypominały wilka. Przeprowadzano na nim badania, filmowano go, brano miary. Nauczono go nosić spodnie, siadać do stołu i wypowiadać słowo „głód”.

 Kiedy nie spałem lub nie zajmowałem się pisaniem komentarzy, leżałem na pryczy i oddawałem się rozmyślaniom. Przypominałem sobie mało ważne rzeczy. Spędzanie bydła z hal, co przeżyłem jako dziecko. Kostyczne rysy nauczyciela chemii. Kuriozalny zegar elektryczny na rynku: najpierw chodził źle, potem stanął, a na końcu odpadły mu wskazówki.

Dzień drżącego zwątpienia.

„W końcu lawa wystrzeliła z kominów. Zrozpaczone koty przeobraziły się w gwiazdy. Dwie chmury o barwach państwowych zaanonsowały swoje przybycie późnemu sobotniemu popołudniu. Działa są ustawiane”.

 Kim są moi konkurenci? Jak jest ich wielu? Czy są starsi ode mnie? Młodsi? Sławniejsi? Znam ich osobiście? Byli też w klasztorze? W jednym klasztorze?

Dzień domu mniszka.

„Wchodzić i wychodzić. Wchodzić jako nie dostrzeżony karaluch, nikła fotografia fauny ściśnięta pod pancerzem. Wychodzić jako tylne światła ciężarówki, rano o piątej trzydzieści”.

Nic nie słyszałem i nic nie widziałem oprócz mojej celi. Czasem otrzymywałem zamiast czarnej herbaty sok jabłkowy. Mało mięsa. Chleb. Ser. Różne zupy, które mi smakowały. Przed każdym pójściem spać (myślałem: „każdego wieczora”) miałem zamiar obudzić się, jeśli ktoś wejdzie do środka. Nigdy mi się to nie udało.

Dzień drugiej rzeczywistości.

„Książka, którą można czytać od początku i od końca. Książka pozbawiona akcji. Początek nowego rozdziału jest zasłonięty chmurami. Czytelnik przypomina nietoperza, który pragnie poddać się kolistym ruchom wiatru. Później chodzi tam i z powrotem w swym ośmiokątnym pokoju, zważając na sidła wonnych słów”.

 Chętnie zobaczyłbym śnieg. Objąłbym moje buki. Siedziałbym w moim gnieździe, z podniesionym kołnierzem, czapką zsuniętą na czoło, kierując wzrok w stronę odległych gałęzi...

Dzień odpoczywających maszyn.

„Położyli delikwentowi sztuczną dłoń na czole. Położyli go na stole w domu z gliny. Podłączyli mu cewnik dla snów. Sny zaniesiono do chłodni”.

 Przez parę dni dręczył mnie ten sam sen. To była rozmowa z lawiną śnieżną, która nie mogła się zdecydować, by spełnić swe przeznaczenie. Ociągając się, metr po metrze sunęła w stronę doliny, w każdym śnie nieco dalej. Próbowałem ją przekonać, aby wreszcie zdecydowała się spaść na dół. Czyż nie jest w końcu lawiną śnieżną? Dlaczego każe się prosić? W odpowiedzi zapytała, z jakiego powodu tak się nią interesuję. Wzruszyłem ramionami. Marianna, moja towarzyszka, zmierzyła drewnianą linijką skąpe postępy lawiny i wpisała dane starannie do notesu.

Dziś jest Dzień nieustannego księżyca. Data nie jest mi znana. Podano kartofle, gotowaną marchewkę i mały kawałek mięsa. Sądząc z barwy, to wieprzowina. Dziś uświadomiłem sobie jedno, jak bardzo to życie różni się od tego, które wcześniej prowadziłem. Nie chciałem oceniać, które z nich jest lepsze. Kartki na regale utworzyły już całkiem dużą stertę, z jakiegoś jednak powodu nie ośmielam się ich przeliczyć. Oczywiście chętnie bym się dowiedział, jak bardzo zbliżyłem się do końca, do celu, do doskonałego roku, roku nieustannego święta.

Chciałbym wiedzieć, jak długo już zajmuję się tym wielkim zadaniem. Chciałbym wiedzieć, jaki to miesiąc, jaka jest pora roku, który rok. Chciałbym wiedzieć, jak bardzo się zmieniłem.

Przynieście mi lustro.



Tłumaczyła Gabriela Matuszek

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas