poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JENS-FIETJE DWARS
Zarathustry powrót ostatni. Z papierów Johanna Friedricha Querkopfa (fragment)
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


Panu nie wolno tu wejść. Nie przeczytał pan szyldu? Znajduje się Pan w klinice. Człowieku, niech pan tak nie krzyczy.
 – Ale ja muszę pójść do niej.
Mężczyzna w białym fartuchu przeszedł obok.
 – Panie ordynatorze – portier próbował go zatrzymać. – Panie ordynatorze, ten człowiek nie daje mi spokoju. Koniecznie chce widzieć się z pewną pacjentką.
 – Z kim, jeśli wolno zapytać?
– Ona stoi w oknie, ta dziewczyna na trzecim piętrze na prawo.
– Czy pan jest jej krewnym?
Lustrował mnie ze szczególnym pomieszaniem ciekawości, pogardy i rutyny.
– Nie. Co jej dolega?
– Niestety, nie wolno mi udzielić panu informacji. Przecież o tym pan wie, jakie ona ma nazwisko?
– Nazwiska brzmią Schall i Rauch. Niech pan posłucha – usiłowałem go przekonać. – Ona mnie zna. Opowiedziałem o naszym spotkaniu nad rzeką. – Z pewnością myli mnie z kimś innym. Ale ten inny musi być dla niej bardzo ważny. Bo niby dlaczego miałaby się tak mnie wystraszyć? Niech mnie pan puści do niej.

Moja relacja nie podziałała na lekarza. Tylko usta lekko mu drgnęły, kiedy poprosił mnie do swego gabinetu.

 – Chcę być z panem szczery. Ona nie mówi od lat. Dokładniej mówiąc, od sześciu lat i jedenastu miesięcy, odkąd jest u nas. Rodzice ją porzucili. Ojciec latem w osiemdziesiątym dziewiątym uciekł przez Węgry na Zachód. Kiedy wrócił, ktoś inny zajął już jego miejsce, nie wyszło mu też z żoną, a do tego choroba Katarzyny. Po miesiącu już go nie było. Urząd socjalny ścigał go z powodu alimentów. Do dziś nie ma po nim śladu, jeśli w ogóle ktoś go jeszcze szuka. Potem matka straciła pracę, została sama z dzieckiem, w które całymi dniami wpatrywała się milcząc. Aby nie zwariować, zaczęła pić, biła córkę, potem przywiozła ją do nas i znikła, jak jej mąż.

Sięgnął po papierosy, wyjął ostatniego i zapalił go małą, złotą zapalniczką, wciągnął szybko dym i zmiął paczkę.

– Żadna terapia się nie udała. Nie przyniosła najmniejszego rezultatu. Ona nadal milczy, kiedy siedzi i kiedy stoi. Poza tym jest w stanie całkowitego czuwania. Nie potrzebuje pomocy, ubiera się sama, przynosi sobie jedzenie z przedsionka i na pewno rozumie każde słowo. Czasem, kiedy siedzi przede mną, tak jak pan teraz, mam wrażenie, że mogłaby patrzeć przeze mnie. Nie tylko przeze mnie, jakbym był ze szkła, ale w ogóle niczym, jak większość tutaj. Bo do nich się mówi, a oni widzą tylko ścianę. Z nią jest inaczej. Mam wrażenie, że mogłaby czytać moje najskrytsze myśli. Bez najmniejszego poruszenia, jak plan jazdy czy tablicę rozdzielczą.

Papieros kurczył się przy każdym pociągnięciu. Zaczynał tlić się już filtr, kiedy zdusił go w popielniczce. Wstał nagle, podszedł do szafy, grzebał w płaszczu szukając nowej paczki, nie znalazł.

– Na początku kazaliśmy jej malować. Zastosowaliśmy najprostszą, ale i najpewniejszą metodę, by nawiązać pierwszy kontakt, jak to zawsze robimy, gdy pacjent chowa się w swoim wnętrzu. Kiedy szuka schronienia we własnym piekle, zamiast schwycić rękę, która chce mu pomóc.
– Co namalowała?
 – Nic poza czarnymi kartkami. Ciągle to samo: czarne kartki. Proszę, niech pan zobaczy. Wyjął teczkę z biurka i podał mi stertę papierów.
 – Próbowaliśmy zmieniać format, barwić tło, nic to nie dało. Jak dawaliśmy jej pudełko farb bez czerni, zaczynała krzyczeć i przestawała dopiero wtedy, gdy otrzymała czarną farbę.
– Od samego początku tylko czarne powierzchnie?
 – Przyglądałem się jej setki razy: zakreślała na czarno dwa koła, które obejmowały trzecie. Zamalowywała je po kolei na czarno, a na końcu pokrywała czernią całą kartkę. Próbowaliśmy jej przerwać. Bardzo łagodnie pytałem ją, czy nie chciałaby ofiarować mi ten piękny rysunek z kołami. Popatrzyła na mnie i krzyczała, kiedy po niego sięgałem.
– Czerń pochłaniała koła jak noc, albo śmierć.
 – Oczywiście, też tak myśleliśmy. Dzieci malują ludzi o wielkich głowach. Dziecko bardzo uzdolnione mogłoby zredukować ich do postaci kół. Ale w rodzinie nie było żadnego przypadku śmierci. A rodzina ostatecznie rozpadła się dopiero później, kiedy ona już była niema. Być może czuła, że ten największy, obejmujący krąg spajał ze sobą dwa mniejsze. A jednak ta trójka była powoli i stale rozkruszana. Ta oczywista trauma musiała mieć źródło w jakimś szczególnym wydarzeniu. Tylko, że o tym nie chce mówić.
 – I pan sądzi, że jej przerażenie moją osobą mogłoby prowadzić do tego właśnie wydarzenia? – Nic nie sądzę. Jestem lekarzem, uczonym, a nie myślowym spekulantem.
– Oczywiście, panie doktorze...
– Rezolopp. Bez niego nic się nie da zrobić.
– I komu pan to mówi. A więc: może spróbujemy, czy puści mnie pan do niej?
 – Tylko spokojnie, młody człowieku. Nie muszę chyba panu mówić, dojrzałemu mężczyźnie, że coś takiego wymaga przygotowania. Jeśli zdarza się wreszcie szansa po siedmiu latach, to nie wolno jej zmarnować. Znowu otworzył teczkę.
– Spotkał pan Katarzynę przed trzema dniami? Nie czekając na moją odpowiedź, mówił dalej: – To coś niecoś wyjaśnia. Ona wtedy „zrobiła sobie wolne”. Tak nazywamy jej wyskoki. Od czasu do czasu przechodzi przez płot. Pierwszym razem zaalarmowaliśmy policję. Znaleźli ją w pobliżu cmentarza. Krzyczała jak przypiekana na rożnie, kiedy mundurowi chcieli ją z powrotem przyprowadzić. Przez wiele dni nie można było potem do niej podejść. Taka sytuacja nie mogła się już powtórzyć. Ale czy mieliśmy ją zamknąć? Zleciłem jednemu z pielęgniarzy, by miał ją na oku, i szedł za nią niezauważony, gdyby znowu próbowała uciekać. Tym sposobem miałem nadzieję, że zaprowadzi nas do miejsc, które więcej opowiedzą o jej traumie niż czarne kartki. Nie liczyłem się jednak z jej inteligencją. Musiała od razu zauważyć tropiciela, w każdym razie zrobiła z nim pięć rund po mieście, po tym samym kole, zanim wieczorem wkroczyła do swego pokoju, przechodząc obok portiera. Z uśmieszkiem, jak mi się zdawało. A pielęgniarz skradał się za nią, przeklinając, wyczerpany. Od tego czasu pozwalamy jej wychodzić. I zawsze wraca. Tylko przed trzema dniami wyglądała jak zaszczuta. Spała niespokojnie, przeszkadzała innym współmieszkańcom, godzinami wystawała w oknie i nie chciała wyjść do parku.
– Proszę pozwolić mi pójść do niej, to najwyższa pora.
 – Czy ma pan pokój w mieście?
– Nie.
– To może pan tu zostać. Będzie pan moim prywatnym pacjentem. Jutro zobaczymy się znowu.

***

Siostra zaprowadziła mnie do pokoju. Oddano mi cały pokój do dyspozycji. A dziś rano dostałem śniadanie do łóżka. Czułem się jak we śnie. Nie wiedziałem tylko, czy to jest zły, czy dobry sen, i jak powinien się zakończyć.

Dr Rezolopp wszedł do pokoju ostrym krokiem wojskowym. Jakby sprawdzał, gdzie jestem, czy aby nie potrzebuje pomocy, o tej porze będąc jeszcze w łóżku. Nie sprawiał wrażenia kogoś, kto mógłby oczekiwać na jej reakcję. Nie zmrużył nawet oka, wszystko w najdrobniejszych szczegółach było przemyślane, każdy krok starannie zaplanowany. I mówił nie przerywając, podczas gdy ja nakładałem ubranie. Było mi nieprzyjemnie, że stanowiło taki ciemny kontrast wobec bieli ścian, łóżek i lekarskich kitlów. Ale doktor był już u drzwi. Powinienem teraz powoli wycofać się. Bez emocji, tak po prostu. A przy tym lekko drżały jego palce, którymi wskazywał mi korytarz. Na jego drugim końcu miała zaraz zjawić się ona. Mieliśmy więc wiele czasu, by obserwować jej reakcje, czy przestraszy się mnie, czy też, wręcz przeciwnie, pobiegnie w moje ramiona, także z tym powinniśmy się liczyć.

 – Czy pan jest gotów?          
 – Tak – powiedziałem, stojąc już na zewnątrz, w korytarzu. Był na dwa metry szeroki, na dwadzieścia długi. A może na pięćdziesiąt, sto? Chodnik pod moimi stopami zdawał się rosnąć, im bardzie wpatrywałem się w niego, jak język kameleona, który wyciąga się po insekty. Miałem może siedem czy osiem lat, kiedy ojciec pokazywał nam to zwierzę. Wszyscy już je widzieli, bo to była atrakcja jarmarku. Na coś takiego nie mamy pieniędzy! – gderał ojciec. Ale jednak poszedł z nami, z całą rodziną, w odświętnym stroju. Nawet matka dziwiła się, jak to „wstrętne bydlę” potrafi zmieniać barwę, kiedy jego właściciel przenosił je z jednego szklanego pojemnika do innego. Patrzcie tylko – wołał ojciec zadowolony – co to za perfekcyjne dopasowywanie się. Tak się idzie przez życie. A ja widziałem tylko potworny jęzor, który wystrzeliwał z pyska z szybkością błyskawicy, gdy tylko jakaś mucha znalazła się w pobliżu.

Nigdy potem nie wracałem do tego obrazu, aż do tego właśnie momentu. Ściany wibrowały, światło spływało z sufitu mlecznymi falami w dół, powietrze pęczniało, oplatało ciało pancerzem, czułem, jak moje nogi stawały się owadzimi mackami, a moje ramiona przeźroczystymi skrzydłami.

Wtedy otwarły się drzwi na końcu korytarza. Patrzyła na mnie wielkimi oczami, wąskimi ustami, które powoli zaczynały się otwierać.

– Ty żyjesz.
– Dlaczego nie miałbym żyć?
– Ponieważ – powiedziała cicho i cofnęła się o krok – on ciebie zabił.
 – Kto – kto – mnie – za – bił? – zapytałem i ostrożnie zbliżałem się do niej wraz z każdą sylabą o jeden malutki krok.
– Przecież dobrze wiesz – krzyknęła.
– Nie – odparłem, ciągle powoli idąc w jej kierunku, aż stanąłem tuż przed nią – Powiedz mi.

Drżała na całym ciele. Lęk, zwątpienie, gniew drgały w jej spojrzeniu. Chciałem zamknąć ją w moich ramionach, uspokoić. Doktor podniósł się. Zbliżałem się ku niej. Ale on powstrzymał mnie.

– Ona mówi, czy pan to rozumie, ona mówi – powiedział z promienną twarzą, niemal obejmując mnie z tego szczęścia.

– Teraz nie wolno nam zanadto się spieszyć, mamy czas, bardzo wiele czasu. Proszę pamiętać, jak długo czekaliśmy na ten dzień. Niech się pan nim cieszy. Proszę pójść sobie do parku, tam jest pięknie.

Ten człowiek miał rację, rzeczywiście był piękny dzień. Kto wie, może ostatni tak piękny tego lata. Ale czy mogę ją tak zostawić? Właśnie teraz, kiedy zaczęła mówić?

***

Milczała znowu. I krzyczała. Stałem pod jej drzwiami. Nie wpuszczano mnie do środka. Czułem ból. Nie do opisania.


Jens-Fietje Dwars

Tłumaczyła Gabriela Matuszek    

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas