poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
LANDOLF SCHERZER
Ria S. (lat 43): „Nie skoczyłam... Płakałam tylko”
Tłumaczyła Gabriela Matuszek

Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)


Moje spotkanie z Rią S. było przypadkowe. W bloku przy ulicy Allendego na osiedlu w Salzungu zapytałem, ilu mieszkańców domu to bezrobotni. Mniej więcej połowa, powiedział dozorca. Kiedy chciałem się dowiedzieć, z kim z nich mógłbym pogadać, nie wymienił nazwisk. Przestrzegł mnie tylko, by nie iść na ostatnie piętro, do Rii S. Typ aspołeczny! – zamruczał. Poszedłem na górę. Na jej skrzynce na listy widniała naklejka zakazująca wkładania reklam. I odręczny dopisek pod spodem: „Zabronione wrzucanie brudu i śmieci”. Na drzwiach mieszkania wisiała tabliczka: „Rozmaitym rzecznikom wstęp wzbroniony”.

Ria S. jest chuda. Ma głęboko osadzone oczy. Kosmyki ciemnoblond włosów związane w kucyk. Ani śladu makijażu. Ma czworo dzieci. Najstarsza córka już poszła z domu, inna, osiemnastoletnia mieszka u niej z przyjacielem. Do tego najmłodszy dwuletni syn i starszy, który poprzedniego dnia, w poniedziałek 20 września, obchodził ósme urodziny.

„Nie zaprosiliśmy żadnych dzieci na urodziny, ode mnie dostał dwie pary rajtuz i czekoladę, od swego ojca, który czasem daje paczki do urzędu opieki nad nieletnimi, koszule i też czekoladę. W styczniu ’91 ojciec musiał się stąd wyprowadzić na polecenie tego urzędu. Nie tylko mnie bił. Był i jest pijakiem, dlatego też wyrzucili go z kolei. Wciąż tylko chlał... Ja nigdy nie piłam. Nigdy nie piłam, ani nie paliłam. Ale zawsze miałam pecha do moich chłopów. Pierwszy, robotnik w hucie, zaczął chlać po kursie dla rezerwistów w Lipsku, kiedy przeżył śmierć przyjaciela, który zastrzelił się podczas czyszczenia broni. Rozwiodłam się z nim, długo żyłam sama z córkami. Nie byłyśmy bogate, ale było nas stać na urlop, a raz nawet pojechałyśmy we trójkę na Węgry. Najpierw pracowałam w fabryce sztucznych włókien we Freibergu, tam też ukończyłam naukę. Od dziecka często chorowałam, taka historia z nerkami, ciągle się pogarszało. Przekwalifikowałam się więc, poszłam na kolej, tam byłam odprawiaczką pociągów. Obsługiwałam telegrafy, umiałam pisać na maszynie, składałam wagony towarowe i dzwoniłam potem do Freitalu, że taki a taki numer wagonu muszą wypiąć, a inne jadą dalej do Drezna. I robili to, co powiedziałam. To były piękne czasy. Jasne, że nie mieliśmy bananów, ale mieliśmy pracę, nawet jak się chorowało. Żyło się bez strachu, bo zawsze można było znaleźć jakąś robotę.

Kiedy moi rodzice przyjechali tu na leczenie, poznali mojego przyszłego męża. Przeprowadziłam się do niego i pracowałam w Salzungu na stacji. Ale potem ogarnął mnie lęk, bałam się chodzić między torami i pociągami. Miałam zawroty głowy. We Freibergu byłam świadkiem, jak jeden znajomy między zderzakami... Lekarka kolejowa powiedziała, że nie powinnam już pracować jako odprawiaczka pociągów. Wtedy zostałam sprzątaczką, tu włókien sztucznych nie było. To był rok 1986. Najpierw pracowałam w służbie zdrowia, potem w gazecie. Po zjednoczeniu zlikwidowano stanowisko sprzątaczki w gazecie, pracę tę zlecono prywatnej firmie. Wtedy też nie najlepiej się działo z moim synkiem, który często chorował. W niedziele roznosiłam „Bild”. Kiedy w szóstym miesiącu nie mogłam już tak chodzić po schodach w dół i w górę, siadłam na ulicy, synek bawił się koło mnie w śmieciach, a ja sprzedawałam gazety. Dlatego zna mnie wielu ludzi z osiedla. Czasami miałam po pięć kotów w domu, ludzie przynosili mi je na przechowanie i dawali parę marek... Do 13 czerwca tego roku dostawałam miesięcznie 138,80 marek bezrobocia. Potem minął rok i ja znowu złożyłam wniosek o zasiłek, ale ponieważ byłam na zwolnieniu do 15 lipca, wniosek okazał się nieważny. Od tego czasu żyjemy tylko z zasiłku na dzieci. Lekarze mówią, że starszy jest fizycznie całkiem zdrowy, ale ponieważ często patrzył, jak mnie jego ojciec bił, nie może normalnie mówić, od dwóch lat chodzi do szkoły specjalnej w Bad Liebenstein. Zawożę go tam i przywożę, bo kierowca się skarżył, że chłopak za głośno zachowuje się w autobusie. Kupiłam za 500 marek w takim salonie samochodowym trabanta. To było w zeszłym roku. Ale nikt mi nie powiedział, że jest cały przerdzewiały i że w tym roku nie dostanę zgody na jego używanie.

Małego biorę ze sobą, gdy odwożę starszego, nie mogę załatwić mu przedszkola. Pieniądze za opiekę by mi zwrócili, ale nie za jedzenie. 127 marek miesięcznie. Trzeba mu kupować jeszcze pieluchy, najtańsze kosztują 25 marek za 68 sztuk. Ja sama nie musze dużo jeść, ważę tylko czterdzieści pięć kilo, ale dzieci muszą. Niedawno jego klasa była na wycieczce, pojechali do Baśniowej Jaskini w Walldorf. Wycieczka kosztowała 30 marek. Nie miałam pieniędzy, a ponieważ się wstydziłam, poszłam z nim tego dnia do lekarza, żeby mieć wymówkę. Często się wstydzę, także dlatego, że to mieszkanie tak nędznie wygląda. Znalazłabym czas na sprzątanie. Ale mi się nie chce. Bo po co tu sprzątać? Siedzę i rozmyślam, a wieczorem biorą tabletkę, by zasnąć. Wszystko to nie ma sensu, to czemu miałabym pucować okna? Czasami przed południem robię zakupy dla starych ludzi. Nie dla tych, którzy mieszkają w naszej klatce, bo niektórzy z nich odwracają się, kiedy mnie widzą. A w czasach NRD siadywaliśmy ze sobą, świętowali. Dziś nikt już się z nikim nie spotyka. Jest tylko obojętność i nienawiść.

Wrzucali mi śmieci i różne gówna do skrzynki na listy. Psie łajno albo zużyte prezerwatywy. W końcu przyszli ci z urzędu dla młodzieży, bo dostali anonimy, że źle traktuję moje dzieci. Musiałam je rozebrać, by przekonać lekarza, że nie mają żadnych sińców na ciele. Jeden policjant doradził mi, żebym wynajęła prywatnego detektywa, to sprawdzi, kto te listy pisze. Ten jego dobry znajomy, prywatny detektyw, niejaki K., pracował wcześniej w komitecie SED w Suhl. I on stwierdził, że... no cóż, że ktoś z krewnych pisał te listy. A potem przysłał rachunek na 2500 marek. Mogłam mu go płacić w ratach... W naszym domu jest wielu bezrobotnych, ale my za sobą nie rozmawiamy. Pode mną mieszka samotna kobieta z dzieckiem, której też jest ciężko, ale ona jest bezrobotną medyczno-techniczną asystentką, a ja tylko bezrobotną sprzątaczką. Już tu był komornik.

Mój mąż nie płaci czynszu, na dole w mieście, za tę swoją klitkę. A poza tym tak jak córka – która uczyła się na sprzedawczynię w centrum handlowym Olimpia w Salzungu, ale to centrum splajtowało i ją zwolniono – zamawiał ciągle nowe rzeczy z katalogów. Mąż nie tylko jest pijakiem, jest także zbieraczem, zbiera broń  i znaczki, same drogie rzeczy. Nic nie jest pozapłacane i nic nie można wziąć w zastaw. Właścicielowi gospody „Rhönblick” dałam ostatnie drobne i zapytałam, czy nie wziąłby też znaczków. Wziął znaczki i obiecał, że nie da mężowi już nic na kredyt. Razem to jest około 20 000 marek długów. I wszyscy chcą ode mnie pieniądze. Ale ja przecież niczego nie zamawiałam. Gdybym choć jedną rzecz dostała na moje zamówienie! Zrobiłabym wszystko. Za wyjątkiem oczywiście tego jednego, tego bym nie zrobiła! Ale mogłabym być pomocnicą w jakimś sklepie albo w składzie, albo sprzątaczką. Byle tylko znowu pracować, przynajmniej mieć nadzieję. W urzędzie pośrednictwa pracy wszyscy są mili. Ale mówią, że dla mnie coś znaleźć jest trudno. Także z powodu dzieci...

Już kiedyś stałam na balkonie z małym na ręku, byłam już na zewnątrz, na tym wąskim gzymsie. Ale jednak nie skoczyłam, półżywa padłam na podłogę i płakałam.

W poradnictwie dla zadłużonych powiedzieli mi, że byłaby dla mnie jeszcze jedna szansa. Razem z moją siostrą próbowałam, jak miałyśmy piętnaście lat, uciec na Zachód. Wtenczas skazali nas na cztery lata aresztu dla młodocianych. Prawie dwa lata odsiedziałyśmy. I gdybym teraz chciała domagać się odszkodowania – wyrok został unieważniony – może mogłabym z tego zapłacić długi. Tak mi powiedzieli tam w urzędzie.

Gdy zadzwoniłem do urzędu pracy, żeby się dowiedzieć, czy fakty się zgadzają, potwierdzono, że dla Rii S. z powodu wykształcenia i dzieci trudno będzie znaleźć jakąkolwiek pracę. Ale jej prośba o zasiłek dla bezrobotnych została w międzyczasie pozytywnie rozpatrzona.

Chciałem zadzwonić do Rii S., by przekazać jej tę nowinę, ale jej telefon jest wyłączony.

Landolf Scherzer 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas