poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WULF KIRSTEN
Wiersze
Dekada Literacka 2002, nr 5-6 (187-188)
WULF KIRSTEN, ur. w 1934 w Klipphausen w Saksonii. Pracował jako pomocnik budowlany, księgowy, lektor w różnych wydawnictwach. Ukończył studia pedagogiczne w Lipsku. Mieszka w Weimarze. Laureat wielu prestiżowych nagród literackich, m.in. Joahnnes-R.-Becher-Preis (1985), Peter-Huchel-Preis (1987), Marie-Luise-Kaschnitz-Preis (2000). Autor wielu znakomitych tomików poetyckich, m.in. „Die Erde bei Meissen” (1986), „Stimmenschotter” (1993), tomów prozy (m.in. „Die Prinzessinen im Krautgarten”, 2000) oraz esejów (m.in. „Textur. Reden und Aufsätze”,1998).

Wiersze publikowane pochodzą z tomu „Wettersturz”, Amman Verlag Zürich 1999.



Los

wczoraj nadal jeszcze ślepo żyłem
na jednym i tym samym kawałku ziemi, wędrując
między śladami kół, siedząc zaskorupiały gliną
na brzegu pola, wyciągając z obnażonej ziemi
nakrapiane brązem jaja skowronka,
zataczając się za pługiem, zbierając
kartofle, wierzbowy kosz wykrzywiał
ramiona, powszechna plaga od niepamiętnych
czasów, mrowie polnych myszy, wtedy jak i dziś
wiem, dzień wrześniowy połyskuje jedwabiście,
nie wiem, kto z kim igra powaloną miedzą,
wielkie koło pługa brnie w bruzdę, wymachując
szypułkowatym  rylcem ostu, by nie wystrzeliło w górę
żadne zielsko, zakała ziemi, którą należy wytępić,
jak jednak schwycić w trawie gwałciciela łąk, euphrosinum,
te plamy od rdzy o metrowych korzeniach, pospolite
cierpienie dla udręki rolnika uprawiane przez
niewidzialną rękę, głębokie fale pagórków,
w dół i w górę zbocza, śpi chłop,
diabeł sieje chwasty, ze sprzeciwem doczesnym,
pożerając z wora na obrok, na stałe
wtłoczony w zapadłą dziurę, gdzie już inni w swym losie
zatopieni są jak muchy w maślance.


Rozsypywać

tylko nic nie mów, nie byłbyś wierzącym ziarnem
gorczycy, wstępującym do zakonu tych, którzy
opętani szaleństwem kaleczą świat,
nie musisz wpadać sobie w słowo, teraz,
kiedy grusza zniszczona została,
dziecko wpadło do studni,
i tylko twa mowa, nad którą nie ma już większej
mowy, samowładcze aklamacje
samowychwalania, okraszone trudnym, mocnym
językiem, nagły przewrót w lewo,
nagły przewrót w prawo, ciągle
chętny do dopasowania, czemu nie,
kto jeszcze wie, kto jeszcze chciałby
wiedzieć, biegacz na szczudłach przez własne
bagno, co nie chce poznać
niczego, trudno pojmuje
drogi petrogenezy, zacięty i zakuty
w świetle wieczności, niezłomny
po nazwaniu każdego wersu, trzeba być
młynarzem kłamstw, drukarzem sakwojaży,
wysoko nosić głowę, obwieszczać obieg
księżyca i skąd wieje wiatr, ramiona
królów ciągle są najszersze,
niebo i piekło oddały się swemu rękodziełu,
każde swemu, stemplowane worki mąki
z ręki mistrza do ręki mistrza,
tkwić wewnątrz systemu niezmiernie przyjemne inkaso


Tylko to jedno nie

drzwi zamknięte, poczta wysłana,
nie pytałem o nic, co jeszcze
można by stracić
w Potschappel, żaden pociąg
nie odjedzie już z tej wyjątkowo
obrzydliwej stacji, przez całą
noc wlokłem walizę przez zapadnięte
w sobie wioski, chodnikowy laufer
na nieskończonym gościńcu,
z każdym metrem kosztując zimna,
na górze Sachdorf przy każdym kroku
zapadając się w śnieg
po kolana, mozół kroków
na zasypanej ulicy, i tylko
jedna jedyna myśl
czuwała, tylko to jedno nie
ugrzęznąć w śniegu
wraz z walizą, brązową fibrą wulkanizowaną,
ta droga, która już nie była drogą,
nie służyła nikomu innemu tej nocy,
z każdym krokiem, zapadającym w śnieg,
wyciągać nogę
i myśleć przy tym, by znaleźć się poza
górą Sachdorf,
tylko to jedno nie...

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas