poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Camera obscura [DL 2002, nr 7-8 (189-190)]


■ W „Wysokich Obcasach” (nr 16) ukazał się obszerny szkic biograficzny o Misi Godebskiej-Sert podpisany nazwiskiem Małgorzaty Czyńskiej. Autorka przytacza w nim liczne opinie o swej bohaterce - Cocteau, Mallarmégo, Maillola, Prousta... Erudycja zaiste imponująca. Sęk w tym, że wszystkie te cytaty zostały odpisane z jednego źródła – które zapewne jest także źródłem pozostałej wiedzy p. Czyńskiej o Misi Sert – z książki Ewy K. Kossak „W stronę Misi z Godebskich”, co łatwo udowodnić, bo tłumaczenie jest identyczne. Ale o książce Ewy Kossak, która zapewne jest źródłem także pozostałej wiedzy p. Czyńskiej, autorka (?) nie raczyła wspomnieć ani jednym słowem. (hm)

Mówił kiedyś melancholijnie prof. Pigoń: „Minie niewiele lat i studenci nie będą rozróżniać Pigonia od Pilata...” Z pewną modyfikacją powiedzenie to się spełnia. Oto czytamy w haśle „Edytorstwo naukowe” w „Wielkiej Encyklopedii PWN” (t. VII), że na zjeździe im. Kochanowskiego w r. 1884 Roman Pollak wygłosił referat „Jak należy wydawać dzieła pisarzy polskich XVI i XVII w.” Oczywiście - referentem był Roman Pilat, nie Pollak (którego jeszcze nie było na świcie). Przy pisaniu każdy może się pomylić, ale że pomyłki tej nie dostrzegli redaktorzy wydawnictwa, sprawdzający każdą linijkę tekstu - to dziwne. (hm)

Piotr M. Majewski w zakończeniu recenzji z książki Normana Daviesa „Metropolis” („Gazeta Wyborcza” nr 112) pisze: „niekiedy Davies podporządkowuje fakty efektownej tezie i formuje koncepcje, których na gruncie wiedzy źródłowej nie można udowodnić”. Ale - dodaje - „może właśnie na tym polega dobrze rozumiana popularyzacja historii”. Osobliwie dobra to popularyzacja, która nie liczy się z faktami i wysuwa koncepcje, których udowodnić się nie da... (hm)

W krakowskim przedstawieniu „Mistrza i Małgorzaty” aktorzy wymawiają przydomek Joszui jako „Nokri” z głoską k. Widocznie nikomu nie przyszło do głowy, że trzeba dowiedzieć się, co to słowo znaczy. A znaczy ono po prostu - Nazarejczyk. Hebrajska nazwa Nazaret to Noceret, więc głoska k jest błędna. (hm)

Michał Paweł Markowski opowiada w „Przekroju” (nr 29), jak to „docent Kurz z wrodzoną sobie uprzejmością pozwolił łaskawie Ricie Gombrowicz, wdowie po pisarzu wydać pierwszych dziewięć tomów dzieł wprowadzonym przez siebie Wydawnictwie Literackim”. Można różnie oceniać działalność Andrzeja Kurza jako dyrektora Wydawnictwa Literackiego, ale w tym wypadku gryząca ironia M. Markowskiego jest - mówiąc oględnie - niezrozumiała. Kurz musiał przezwyciężyć wiele przeszkód (m.in. trudności ze strony Rity Gombrowicz, która długo nie chciała się zgodzić na jakiekolwiek cenzuralne skreślenia, wówczas nieuniknione), trochę jako dyrektor wydawnictwa ryzykował, za co więc w tym wypadku mu Markowski dokopał? (hm)

Mieczysław Grydzewski radził, by sprawdzać w encyklopedii nawet datę bitwy pod Grunwaldem. Okazuje się, że miał rację. Oto w „Przekroju” (nr 28) Michał Wójcik opowiada, jak to „14 lipca 1410 wieczorem Jagiełło miał wszystkiego dosyć. Po dziewięciu godzinach rzezi wyczerpany król padł na zaimprowizowane łoże z gałęzi”. Jest to historyczna rewelacja, bo ze znanych dotąd źródeł i opracowań wynika, że 14 lipca Jagiełło przygotowywał się dopiero do bitwy, która rozegrała się dopiero nazajutrz. W numerze 30 „Przekroju” tenże autor twierdzi, że dopiero po porwaniu Stanisława Augusta przez konfederatów w r. 1771 wkroczyły do Polski – „niby w obronie majestatu, niby dla ratowania porządku, niby w dobrej wierze wojska rosyjskie”. Tymczasem wojska te od dawna już w Polsce przebywały, a od r. 1768 walczyły tu z konfederacją barską. (hm)

Ryszard Marek Groński („Polityka” nr 30) powołując się na Pawła Hertza przypisuje wyrażenie „serce nienasycone” Piłsudskiemu. Tymczasem - metafora ta to tytuł książki o Żeromskim Stanisława Adamczewskiego (1930). (hm)

Z kolei według Marty Gibińskiej i Elżbiety Tabakowskiej („Tygodnik Powszechny” nr 30) „dulce et utile” to maksyma renesansowa. W rzeczywistości „utile dulci” (bo tak brzmieć powinna ta formuła) pochodzi ze „Sztuki poetyckiej” Horacego, jest więc o 15 wieków wcześniejsza. (hm)

Zbyt sroga jest Maria Janion („Żyjąc tracimy życie”, s. 66), gdy nazywa „karygodnym” pomieszanie „pamiętnika z dziennikiem”, którego następstwem jest tytuł „Z pamiętnika” nadany wydanemu w r. 1901 wyborowi tekstów z Amiela (tłumaczką była Aleksandra Kordzikowska). Wyrazu „pamiętnik” używano wówczas często na oznaczenie „journal intime”. Potwierdza to „Słownik warszawski”. Wszak i Płoszowski - z woli Henryka Sienkiewicza - zapowiada na początku „Bez dogmatu”, że będzie pisał pamiętnik, a prowadzi - dziennik. Dziennikami były również utwory Zapolskiej „Z pamiętnika młodej mężatki” i Reymonta „Z pamiętnika”. (hm)

Czy wiecie, co było przyczyną śmierci Janka Muzykanta? Ni mniej, ni więcej, tylko „nieprawidłowość w użyciu ludowego kodu”. Dlaczego? Ano, bo stójka Stach źle zrozumiał, co znaczą słowa, że „trzeba chłopcu coś dać na pamiątkę”. A jak należy interpretować interwencję karbowego, który przerywa Jankową kontemplację głosów przyrody, bijąc go rzemykiem? „Czyste signifiant zostaje zaanektowane, wymazane i unieważnione przez społeczne signifié”. Tako rzecze Stefan Szymutko w artykule „Trud pokrzepiania serc albo samotność pozytywisty” (w tomie „Maski współczesności. O literaturze i kulturze XX wieku”, Instytut Badań Literackich PAN). Widocznie można, a może nawet i trzeba takim językiem interpretować literaturę. Chyba jednak nadal należy liczyć się z faktami. Nie powinno się więc pisać (jak to czyni Szymutko), że „ostatnie małżeństwo tego starucha [Sienkiewicza] z młódką skończyło się skandalem (nie skonsumowany związek)” - bo jak to było z owym skonsumowaniem nie wiadomo (sam Sienkiewicz domagał się ekspertyzy lekarskiej), pisarz zawierając to małżeństwo miał lat 47, a więc nawet jak na owe czasy staruchem nie był, a przede wszystkim było to jego drugie małżeństwo, a nie ostatnie. Ostatnie małżeństwo zawarł Sienkiewicz (w r. 1903) nie z młódką, lecz czterdziestoletnią już Marią Babską. Orzeszkowej z kolei nie należało przedstawiać jako „nobliwej damy z binoklami na nosie”, bo na żadnej z licznych jej fotografii (np. umieszczonej w książce Edmunda Jankowskiego) binokli nie widać; Szymutko najwidoczniej pomylił ją z Konopnicką. Oczywiście dla całości wywodów Szymutki oba te anegdotyczne szczegóły są nieistotne, ale po co autor fantazjuje? Istotniejsza jest kwestia inna: autor zbyt pochopne wnioski wysnuwa z tego, że matka nazywa Janka „odmieńcem”, gdy pisze, że odmieniec to dziecko diabła, „dziecko Rosemary”. Po pierwsze - według wierzeń ludowych odmieniec to tylko brzydkie, upośledzone dziecko zamienione przez boginki (także - znajda, bękart), szerzej - dziwak, dziwoląg. Po drugie - Janek bez przeszkód został ochrzczony i narrator nazywa go bez zastrzeżeń „duszą chrześcijańską”. Szatan nie był tu czynny. (hm)


Co się nie zmieściło w „Camerze”

Nakładem Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie ukazały się pierwsze dwa tomy „Dziennika wypadków” Karola Estreichera jra, obejmujące lata 1939 -1960. Na pewno wiele będzie się o tych książkach pisało, bo sporo w nich sensacji, plotek i kontrowersyjnych sądów. Ale dzieło to na pewno ważne. Przykro tylko, że przygotowane zostało do druku bez należytej kompetencji i staranności. Przykro tym bardziej, że deszyfracja dzienników wykonana została bezinteresownie, jako dar dla Towarzystwa Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie. Dokonała jej p. Anna Maria Joniak, jak wynika ze wstępu - konserwator sztuki. Nie ma ona jednak przygotowania ani historycznego, ani filologicznego, a praca jej rzeczywiście ogromna, przez żadnego z fachowców nie została skontrolowana.
Rezultaty są przygnębiające. Oba wydane tomy roją się od błędów w nazwiskach. Część została być może zawiniona przez korektora. Część przypisać można autorowi, który np. pisał: Jan Dębowski (zamiast Dembowski), albo Jerzy Stępowski (zamiast Stempowski), być może on to także pomylił się nazywając asystentkę Uniwersytetu Warszawskiego M. Rzewuską, zamiast Rzeuską. Edytorka nie tylko jednak tych błędów nie poprawiła, ale dodała wiele nowych, znacznie jaskrawszych, a wynikłych stąd, że napotykając nieznane sobie, a niezbyt czytelnie zapisane nazwiska - beztrosko fantazjowała, choć z reguły kontekst wskazuje wyraźnie o kogo może chodzić. Błędnie odczytała również niektóre inne wyrazy. W rezultacie czytamy na przykład, że Sikorski mówi: „zawsze spomiędzy senatorów wyrekrutują jakąś kanalię: to Kałowski, to Berling” (2, 588 - oczywiście chodzi o sanatorów i o Leona Kozłowskiego); „Szopkę krakowską” wydali bracia Estreicherowie pod pseudonimem Jan Krzyski (2, 318 - w rzeczywistości Krupski); w ZSRR giną polscy komuniści: Bruno Jasierzowski i Dąbol (2, 71 - Jasieński i Dąbal); we Lwowie aresztowano literata Wacława Grabińskiego (1, 269 - powinno być: Grubińskiego); szwagier Mariana Dąbrowskiego nazywa się Dolija (1, 44 - zamiast Dobija); Stefania Kossowska jest z domu Smolejówna (2, 212 - zamiast Szurlejówna); znakomity badacz baroku to Wifflin (2, 588 - zamiast Wölfflin); Erenburg pisze o Łunaczewskim (2, 771 - zamiast Łunaczarskim); córka Feliksa Kona występuje jako Uświejewicz (2, 508 - zamiast Usijewicz), no a piękne ustępy erotyczne zawiera „Lolita” niejakiego Halukowa (2, 667). Jak widać nawet o Nabokowie edytorka nie słyszała...
Podobne horenda są wśród cytatów obcojęzycznych. Edytorka beztrosko umieszcza takie ich odczytania, wśród których figurują słowa w danym języku w ogóle nieistniejące, np. „Les rept misleris” zamiast „Les sept miseres” (1, 386); „high blood pressive” (2, 558 - zamiast „pressure”); „Krauzprinz” (1, 787 - zamiast „Kronprinz”). W znanej anegdocie występuje „Santa Piwa de Werha” zamiast „de Warka” (2,71). Edytorka nie zna łacińskiego wyrazu „capacitas”, skoro odczytuje go jako „capocitos” (2, 158) i opatruje znakiem zapytania.
Przykłady można wielokrotnie mnożyć. Smutno.


Pod nieścisłym tytułem „Intymny portret uczonych” (nieścisłym - bo to autoportret) Elżbieta Neyman przy konsultacji Marii Ofierskiej wydała korespondencję Marii i Stanisława Ossowskich, nakładem wydawnictwa „Sic!”. Niestety, niedbale. Po pierwsze dość czytelny (jak widać z umieszczonych w książce fotokopii) tekst korespondencji w wielu miejscach jest zniekształcony przez mylne odczytanie. Piłsudski figuruje na fotografii nie z „Raffim”, lecz z Achillesem Rattim (późniejszym papieżem Piusem XI), czego łatwo się domyśleć skoro podpis głosił: „Głowa Kościoła i jego bohaterski obrońca” (s. 260). W r. 1946 Ossowska czekała w Paryżu nie na jakąś „p. Szutek-Vistr”, lecz na Marię Szurek-Wisti (wówczas sekretarza Stacji Naukowej PAU, s. 917). We wrocławskim kongresie intelektualistów uczestniczył nie Leonitiew, lecz pisarz Leonid Leonow (s. 464, jeśli to błąd Ossowskiego, należało zaznaczyć); Ossowska czytała nie powieść Karius Michaelis „Matta Trap”, lecz powieść Karin Michaelis „Mette Trap” (s. 268). Skoro Ossowski chce wysłać żonie: „wheat, oat, rice, been” to nie są to enigmatyczne „cercalia” (dwukrotnie powtórzone!), lecz „cerealia” (s. 583). Na pewno też w swoim dzienniku z r. 1926 Ossowski nie zastanawiał się, czy przewrót majowy był dokonany „pro salu Reipublica” (s. 745; powinno być pro salute Reipublicae). Biorąc to wszystko pod uwagę - aż strach pomyśleć, ile błędów może kryć się w odczytaniach nazwisk zagranicznych uczonych - czasem mało znanych!
Po drugie - w korespondencji i w dołączonym do niej dzienniku Ossowskiego wiele osób występuje tylko pod swymi imionami (Danka, Józik, Janek itd.) - w tekście dziennika dodano w nawiasach kwadratowych ich nazwiska, w korespondencji - o tym zapomniano, co oczywiście pożytek z lektury dla wielu czytelników znacznie umniejsza. Po trzecie - objaśnienia są nieliczne, przypadkowe, niektóre zbędne (np. anegdotka o kokieterii Ossowskiej w młodości, s. 219), inne mylne. Czytamy np., że właściwą pisownią wyrazu „pikelhauba” jest „piekielhauba” (s. 291). Gorzej, że kiedy Ossowska chce porozmawiać w r. 1928 o tenorze, objaśnienie poucza, że to „słynna ballada” Gottfrieda Augusta Bergera. Oczywiście powinno być „Burgera”, ale Ossowska pisała nie o owej balladzie, lecz o cz. 1 cyklu Kadena Bandrowskiego „Czarne skrzydła”. Tym łatwiej było się tego domyśleć, że kilka stron dalej Ossowski informując, że czyta „Lenorę”, dodaje, że trzeba kupić „Tadeusza” - a taki był tytuł drugiego tomu owego cyklu Kadena... Po czwarte - i to już chyba wina wydawnictwa - zrezygnowano z indeksu nazwisk (choć został opracowany!) - co w edycji tego rodzaju jest wręcz barbarzyństwem. (hm)

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas