poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ZBIGNIEW WŁODZIMIERZ FRĄCZEK
Leśmian mój i wasz, czyli o wyższości butów nad kapeluszem
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)

Chleb najlepiej streszcza egzystencję, buty są symbolem wyższych aspiracji. Cukier krzepi, a kapelusz chroni przed upałem, choć bywa także oznaką ekstrawagancji.

Dobrze jest założyć nowe buty, nienajgorzej kiedy przychodzi nacisnąć na głowę elegancki kapelusz. Otwierają się nowe perspektywy. Ale kiedy kapelusz zjedzony przez mole ląduje na śmietniku, a taki sam los spotyka złachane kapcie, powinien nadejść czas refleksji. Warto się może zastanowić, czy w czasie paradowania w poniechanym już kapeluszu i znoszonych kamaszach wykorzystało się wszystkie życiowe szanse.

„W mgłach daleczeje sierp księżyca,
Zatkwiony ostrzem w czub komina,
Latarnia się na palcach wspina,
W mrok, gdzie kończy się ulica.
Obłędny szewczyk kuternoga
Szyje, wpatrzony w zmór odmęty
Buty na miarę stopy Boga,
Co mu na imię – Nieobjęty!”

 Ten szewczyk-kuternoga, obłędny człeczyna, ma swego partnera-Boga, bo  przecież nie klienta. Praca, czy lepiej może rzec: zadanie, które sobie postawił, czyni go mędrcem i mistykiem.

To poezja – ktoś powie – inny świat. To metafizyka, a ten wiersz to traktat filozoficzny. Ale to także miniatura poematu epickiego skojarzonego z ludową gawędą. Ta fantazyjna gawęda ma jednak swoje ostro zakreślone granice. Gdyby zamiast szewca pojawił się krawiec bądź czapnik, szyjący kapelusz dla boskiej osoby – powiałoby groteską.

A tak na marginesie: Leśmian tworzy słowa i światy. To rzecz znana. Słowa, słynne neologizmy, w tym fragmencie wiersza choćby owo „daleczeje”, to potęgowanie ekspresji języka. A światy? To także baśń ludowa, jakiś pra-czas przyrody, czy daleczejący czas fantazji. Jednak czy takie słówko „obłędny”, to nie tyle co nasz współczesny „odlotowy”?

Leśmian napisał „Szewczyka” w Hrubieszowie, w maleńkiej mieścinie leżącej dziś nad wschodnią granicą, nad rzeczułką Huczwą.

Zamieszkał tam w roku 1918 po otrzymaniu notariatu. Wiersz znalazł się w tomie „Łąka”. Sława tego tomu opromieniała rejenta Lesmana już jako mieszkańca Zamościa. A to co znowu za mieścina, ktoś westchnie. Zbyteczne żachnięcie. W tymże to mieście Jan Zamoyski stworzył Akademię Zamoyską, muzy zaś były tu już łaskawe dla Sebastiana Klonowica i Szymona Szymonowica, a to przecież jedni z pierwszych i największych mistrzów polskiego pióra! I z fantazją. Rzec można – niespotykaną! Szymonowic uwiecznił choćby w poezji związek małżeński swego mecenasa Zamoyskiego z Barbarą Tarnowską. Rzecz nazwał „Repotia Zamosciana” („Poprawiny zamojskie”). Nikt już chyba nie sięga po to dziełko, przypomnieć więc należy, iż zawiera ono obrazki nimf wdzięcznie pląsających w podzamojskiej rzece Wieprz, a także kolejną pochwałę Zamoyskiego wygłoszoną przez starego wodnika, ojca owych wieprzańskich rusałek. Zamość do dzisiaj ma swój indywidualny klimat. „Tworzy go jakaś koncentracja tradycji i współczesności. Już z oddali wieża ratusza niby ogromny wskazujący palec przykuwa uwagę”. Zdanie takie zapisał Wacław Gralewski, nietuzinkowy poeta, przedwojenny przyjaciel wielkiego Józefa Czechowicza, w swych zwierzeniach o Leśmianie umieszczonych w tomie „Wspomnienia” (Wydawnictwo Lubelskie 1966). Tom zawiera nie tylko refleksje Gralewskiego. Zdzisław Jastrzębski, redaktor książki, zebrał opinie, wspomnienia, pamiątki, uwagi, refleksje osób, które znały poetę-rejenta. Wśród tego grona znaleźli się przyjaciele, krewni, sąsiedzi. To oni biesiadowali z poetą, przyjaźnili się, pożyczali pieniądze i książki, ale także popadali w kłótnie i sprzeczki. Różnie go też zapamiętali. Jedni powiadali o autorze „Łąki” – Leśmian, mały, zabawny faun! Drudzy zaś mówili – Niski i słaby jak skrzat polny!

– Chrabąszcz! – powiadał wspomniany już Gralewski. – Chrabąszcz, który lubił się odziewać w wizytowe ubrania!

Czemu jednak chrabąszcz?

Bo filigranowa postać wyrażała lekkość i lotność.

W tomie opracowanym przez Jastrzębskiego znaleźć można również wypowiedź Zygmunta Klukowskiego, cenionego lekarza sprzed wojny, partyzanta, a po wojnie historyka i prozaika. W przedwojennym Zamościu Klukowski był założycielem Koła Miłośników Książki. We „Wspomnieniach” zapisał: „nadzwyczaj cennym dla nas przybyszem okazał się Bolesław Leśmian, przeniesiony z Hrubieszowa na stałe do Zamościa, na stanowisko rejenta. Jakże ciekawa była to postać! Bardzo małego wzrostu, szczuplutki, drobniutki, o rysach wybitnie semickich, rudawy, szpakowaty, łysiejący z nieproporcjonalnie wielkimi stopami. Pisano o nim dużo jako o poecie, omawiano jego twórczość, ale pomijano milczeniem jego charakterystyczne cechy”.

Zdzisław Jastrzębski prace nad książką o Leśmianie rozpoczynał jako nauczyciel języka polskiego szkół zamojskich, kończył zaś jako wykładowca Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Los zrządził, że znalazłem się w gronie studentów doktora Jastrzębskiego. Był to mężczyzna szczupły, dość wysoki, nerwowy, także roztargniony. Do sali wykładowej wbiegał spóźniony o kilkanaście minut. Studenci wiedzieli, że Leśmian w Zamościu to temat absorbujący naszego wykładowcę. Doktor z emfaza mówił o latach międzywojennych, upajał go moment odzyskania wolności w roku 1918, z błyskiem w oku dowodził rozkwitu poezji i życia literackiego w wolnej Polsce. Lecz cóż, nam dziewiętnastolatkom, najwyżej dwudziestolatkom, tamten okres wydawał się tak odległy, iż twórcom tamtej epoki odbierał wymiar realny. Leśmian zdawał się tak daleki, jak Wyspiański, Miciński, Kasprowicz. Był jak z praczasu. Był bajkowy.

Mija 25 lat od śmierci Leśmiana – napisał Jastrzębski we wstępie do „Wspomnień” o autorze „Napoju cienistego”. W tym roku mija 25 lat od śmierci doktora Jastrzębskiego i 62 lata od śmierci Leśmiana. Zmieniły się czasy, zmieniła się moja perspektywa patrzenia na ludzi, historię i poezję. Również i ja miałem szczęście zetknąć się z osobą pamiętająca poetę-rejenta. Był to Andrzej Kołaczkowski, poliglota, tłumacz literatur skandynawskich. To na pogrzebie Jastrzębskiego powiedział do mnie Kołaczkowski: „Nasz doktor zmarł podobnie jak szewc, który szył buty Leśmianowi. Oczywiście, pan pamięta tego garbatego Żydka z Hrubieszowa?”

 Nie mogłem pamiętać. Ale siedemdziesięcioletni wówczas Kołaczkowski jeszcze dwadzieścia lat później zwykł traktować wszystkich jak rówieśników. Przed wojną w Hrubieszowie szewcy rozlokowali się nie tylko przy ulicy Szewskiej, ale także przy Krótkiej, Zamojskiej i Łąkowej. U Kowalskiego z Łąkowej obstalowywali buty ziemianie, u Tarki na Krótkiej oficerowie, urzędnicy zaś zamawiali buty u Cutrynbluma i Chaima Mordki z Zamojskiej. – A co mam nie pamiętać – mówi Leokadia Szymura, osiemdziesięcioletnia, korpulentna osoba urodzona w Hrubieszowie. – Garbaty był, a zakład miał w suterenie. Pomarł jesienią, już za Niemca. Śmierć szewca odkryto dopiero po iluś dniach, ponoć nawet po dziesięciu. Siedział za stołem, opary o kopyto, z młotkiem w ręku. I mówili, że nie spostrzeżono jego śmierci, bo przez te wszystkie dni z sutereny dobiegało stukanie. Czyżby szył buty jeszcze po śmierci?

„Boże obłoków, Boże rosy,
Naści z mej dłoni dar obfity,
Abyś nie chadzał w niebie bosy
I stóp nie ranił o błękity!
Niech duchy, paląc gwiazd pochodnie,
Powiedzą kiedyś w chmur powodzi
Że tam, gdzie na świat szewc przychodzi
Bóg przyobuty bywa godnie”.

 Ten Leśmianowski Bóg – bardziej może, jak chce Przyboś buddyjski niż chrześcijański – jest na wskroś Bogiem rzeczywiście Leśmianowskim. Może nawet raczej by trzeba mówić nie o Bogu, lecz o bogach, albo nawet o bogach i Bogu, nie przypadkiem wszak to słowo Leśmian pisze raz małą, a raz wielką literą. Chaim Mordka, szewc hrubieszowski, kiedy już skroił przyszwy, kapki, podeszwy, cholewki, wyciął obcasy i języki do butów kierownika szkoły, naczelnika poczty, drogomistrza, przedzierzgał się w szewca-mistyka i zaczynał szyć buty dla Boga. Może przy tej pracy zdołał podpatrzeć go Leśmian.

Żona Leśmiana była malarką, szczególnie lubiła malować kwiaty. Realistyczne obrazy, najczęściej w kolorze żółtym i bladoróżowym wypełniały duże zamojskie mieszkanie Leśmianów, znajdujące się w Domu Centralnym. Okna wychodziły na kościół OO Redemptorystów i uliczkę z księgarnią Pomarnickiego. Ogród botaniczny i księgarnia to były najczęściej odwiedzane miejsca przez rejenta Lesmana. Dziś pomieszczenia po księgarni Pomarnickiego zajmuje Ośrodek Informacji Turystycznej czy też może biuro podróżnicze Tramp. W latach studenckich zaciągnąłem się do akademickiego bractwa piechurów, przedreptałem polskie Tatry, Beskidy, zajrzałem w Alpy i Apenininy. Brałem także udział w studenckich rajdach po Roztoczu i zdarzyło się, że w dawnej księgarni Pomarnickiego, którejś pięknej jesieni, wpięto mi w klapę marynarki niezwykle cenioną w pewnych kręgach obieżyświatów odznakę zwaną „Kwiatem Roztocza”. Bladoróżowy kwiatuszek, jakaś miodunka na żółtawobrunatnym tle. To od Leśmianów – pomyślałem wtedy, a dzisiaj jestem o tym głęboko przekonany.

„Niedaleko Damaszku siedział
 Diabeł na daszku w kapeluszu
 Czerwonym...”

 W końcu lat osiemdziesiątych w kręgach globtroterów nastała moda na wyprawy. Nie podejmuję się już wyjaśniać szczegółów organizacyjnych, powiem jedynie, że chodziło o pokonywanie pewnych, rzecz jasna, dużych odcinków przestrzeni nieznanych krajów w stosunkowo krótkim czasie. O paszport było znacznie łatwiej niż jeszcze kilka lat wcześniej, wyruszano więc do Mongolii, Chin, Indii, na Bliski Wschód. I ja nie oparłem się tej pokusie. W ciągu miesiąca miałem dotrzeć z Damaszku do Istambułu. Czy to daleko? Jak z Gdańska do Sofii, no, może do Budapesztu. Miałem już za sobą dwa tygodnie samotnej podróży, chwilami odnosiłem wrażenie, że wędruję tak od początku świata i wędrował będę do jego kresu. Trudno o piękniejsze odczucie. W sobotnie przedpołudnie, gdzieś na skrzyżowaniu dróg, wysiadłem z ciężarówki zmierzającej z Ankary do Izmiru, by z kolejnym życzliwym kierowcą pomknąć w stronę Istambułu. W tamtej dość pustej okolicy nie sposób było nie zainteresować się przydrożnym barem, nie większym jednak niż przyczepa każdej z czterech stojących w pobliżu ciężarówek. W środku niewielkiego pomieszczenia były zaledwie trzy koślawe stoliczki i pół tuzina równie sfatygowanych krzesełek, ale bufet był obficie zaopatrzony. Serwowano tam napoje całego świata! Przed niedomkniętymi, tekturowymi drzwiami zsunąłem kapelusz z czoła, obciągnąłem kamizelkę, przetarłem wpiętą w nią odznakę „Kwiatu Roztocza” i przekroczyłem próg. Przyglądało mi się czterech kierowców najwyraźniej znużonych podróżą. Po pierwszym zdaniu wiedziałem, że są z Polski.

 – Widzisz go, gieroja! – zainteresował się mną pierwszy, najmłodszy i najgrubszy.
 – W kapeluszu! I to w jakim! Pewnie Amerykaniec z Teksasu!
– O, żesz ty! – zgodził się drugi, niewiele starszy i też gruby. – W kapeluszu! Dobrze gadasz, chyba z Teksasu!
– Widzisz go, gieroja! – znowu mówił ten pierwszy. – Z polska odznaką.
– O, żesz ty! – drugi też wykazał zainteresowanie. – Z polską! Pewnie dostał. Albo ukradł.
– Dałbyś w ucho takiemu gierojowi, żeby kapelusz spadł mu na podłogę?
– O, żesz ty! – podchwycił temat tamten drugi, niewiele szczuplejszy od pierwszego. – Jemu w ucho, a kapelusz na podłogę. Już próbuję!

 I wtedy musiałem coś powiedzieć.

– Jeśli się podniesiesz – oznajmiłem spokojnie – dostaniesz tak, że spadną ci buty!

Zamilkli. Spadanie butów po uderzeniu w ucho robi jednak większe wrażenie niż spadanie kapelusza po prztyczku w nos. I to jest jeden z dowodów na wyższość butów nad kapeluszem.

W Istambule, w wyznaczonym miejscu i czasie, odszukałem pozostałych trampingowców. Tam poznałem też panią Wandę. Miała opaloną twarz i smukłe, zgrabne nogi. Pachniała pustynią. Zapach pustym może kojarzyć się z wonią wielbłądziej sierści i potu tych zwierząt, może przypominać gorzkawy kurz pustynnego pyłu oraz wszechobecny w powietrzu swąd pieprzu. Pani Wanda pachniała chałwą i daktylami. W czasie podróży statkiem do Konstancy, przez morze Czarne, zawiązała się między nami nić sympatii. W Konstancy, pod pomnikiem Owidiusza, piliśmy rumuński koniak „Triumph” i recytowałem jej owidiuszowską „Sztukę kochania”. Pewnie improwizowałem, bo przecież wierszy Owidiusza nigdy nie wyuczyłem się na pamięć.

Po powrocie do kraju, gdzieś po tygodniu, zabrzęczał w moim mieszkaniu telefon. Dzwoniła pani Wanda. – Chcę ci powiedzieć – szeptała – że było mi dobrze. Jeszcze tamtego dnia żona wyrzuciła na śmietnik moje buty zużyte azjatycką włóczęgą. Kapelusz ocalał. Ale to przecież nie dowodzi jego wyższości nad obuwiem.

Pora na pointę.

Minęły dwa lata od czasów azjatyckiej eskapady. Zdążałem autobusem ze Lwowa przez Hrubieszów do Zamościa. Topniał śnieg, czuło się nadchodzącą wiosnę. W pewnych miejscach, na rozległych przestrzeniach i pustych polach, znajdowały się jeszcze obszary śniegu, lecz pozostawał zszarzały i zlodowaciały od wiatru. Zając w takim nie odciśnie tropu, człowiek nie zostawi śladu, a jednak odniosłem wrażenie, że czyjś potężny but wgniótł ten zszarzały śnieg w rozmiękającą wiosenną ziemię. A tak, przede mną, z okna autobusu, mignął mi na bezkresnych hrubieszowskich polach odcisk olbrzymiego buta. To był bez wątpienia ślad Bożej stopy.

Pointa druga.

Była noc, kiedy dotarliśmy do Zamościa. Zapragnąłem napić się piwa, ale dworcowy bar był już od dawno zamknięty. Na szczęście toaleta była jeszcze otwarta i czystej, zimnej zamojskiej wody w kranie nie brakowało. Dostrzegłem, że obok pustej ławki stała para zniszczonych butów. Poświęciłem im chwilę życzliwej uwagi. Przypomniał mi się wszak pewien obraz Hasiora. Prosty, jasny, sugestywny. Na kamieniu, ot, pospolitym polnym narzutowym głazie, sfatygowane dziecięce buciki. I równie krótki podpis: „Wniebowstąpienie”.

Lubię momenty zagadkowe i wzniosłe. Chciałbym wierzyć, że dziecko, którego buty odmalował Hasior, zostało wniebowzięte. Ale natura prześmiewcy kazała mi podejrzewać, iż – w rzeczy samej – jakiś łobuziak musiał się ukryć za tym wielkim kamieniem. Niestety, tego na obrazie sprawdzić przecież nie można. W Zamościu mogłem obejrzeć podobną kompozycje. I cóż, że bez podpisu. Przecież podpis pamiętałem. A teraz nagle i niespodziewanie miałem przed sobą odtworzoną sytuację z płótna artysty. Na obrazie nie mogłem zajrzeć za kamień, tu mogłem zajrzeć za ławkę. Zajrzałem i upewniłem się, że nie byłem w błędzie. Na rozłożonych gazetach, niczym na najwygodniejszym materacu, spał znużony wędrowiec. Kto go tam wie, może handlarz z Ukrainy, może Amerykanin z Teksasu? Jedno było tylko pewne. O żadnym wniebowstąpieniu na zamojskim dworcu mowy być nie mogło.

Jestem przekonany, że do kapelusza pozostawionego czy też położonego na kamieniu trudno byłoby wymyślić równie intrygujący tytuł, do kapelusza z dworcowej ławki – także. I jak tu nie można nabrać pewności o wyższości butów nad kapeluszem? A którejś nocy przyśnił mi się Leśmian. Był jak zawsze wystrojony, przystanął pod schodami zamojskiego ratusza, dostrzegł mnie, zdjął słomkowy kapelusz i pomachał mi nim przyjaźnie.

Zbigniew Włodzimierz Fronczek 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas