poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROMAN MACIUSZKIEWICZ
Pamięć
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)

TELEFON

Beniamin B. postanowił dzisiaj nie wychodzić z domu. Nie dlatego, że czuł się źle; czuł się źle codziennie i dzisiejsze samopoczucie Beniamina nie było ani gorsze, ani lepsze niż zazwyczaj. Postanowił, że nie wyjdzie z domu, bo czeka na ważny telefon. Mógł włączyć automatyczną sekretarkę, która jedwabistym głosem jakiegoś innego Beniamina, nieznanego Beniaminowi B., głosem pozornie oschłym, ale z nutą zagadkowości, głosem pozornie beznamiętnym, ale sunącym płynnie, lekko, jedwabiście, układającym się w słowa pełne obietnic, zachęty, pokusy, poinformuje, że to numer taki a taki, mieszkanie tego a tego, że ten a ten w tej chwili nie może, ale jak tylko będzie mógł, to z pewnością, bez wątpienia oddzwoni. Lecz Beniamin nie włączył sekretarki, bo bardzo czekał na ten telefon i chciał odebrać go osobiście. Wiedział, że za chwilę, za parę minut, za pół albo najdalej za godzinę jego telefon odezwie się; wtedy pozwoli mu najwyżej na dwa, góra trzy dzwonki, podniesie powoli słuchawkę i spokojnym, może nawet nieco jedwabistym, ale na pewno opanowanym głosem, powie: „tak, słucham?”

Na razie telefon milczał. Beniamin usiadł przy oknie, zapalił papierosa, zerknął ukradkiem na słuchawkę aparatu telefonicznego (czasami słuchawki źle lądują na swoim miejscu, wtedy telefonujący słyszy ciągły sygnał – nie ma nikogo w domu, myśli dzwoniący – i wychodzi do sklepu, albo włącza telewizor, albo idzie do łazienki, a gdzieś jakiś Beniamin czeka nadaremnie, wpatruje się w nieprzydatne do niczego, kalekie urządzenie międzyludzkiej komunikacji i zaczyna w tę międzyludzką komunikację wątpić, bo nie wie, że to nie obojętność, niechęć lub zapomnienie, ale przypadek i nieuwaga, niezręczność zaledwie, drobiazg w sumie, niedokładność tylko) i poprawił, dla świętego spokoju, poprawioną już raz dzisiaj słuchawkę telefonu, sprawdzając przy okazji, czy jest sygnał (no, bo może się zdarzyć, że na skutek awarii, chwilowej konserwacji urządzeń, zwykłego złodziejstwa albo niewybrednego żartu zidiociałych dowcipnisiów, linia telefoniczna gdzieś się przerywa, znika, zawiesza i choć wszystko, z pozoru, wydaje się w porządku – aparat telefoniczny jest na swoim miejscu, dobrze osadzona słuchawka również, przewody biegną do gniazdka, tkwią w nim mocno i pewnie, gniazdko tkwi bezpiecznie w ścianie, schowane w rogu pokoju – to gdzieś niżej, dalej, poza ścianami, murami, bez kontroli i sprawdzania, wystawiona na pastwę złej pogody, głodnych szczurów i złych ludzi, komunikacja międzyludzka zostaje definitywnie przerwana.

Ale sygnał w słuchawce był i Beniamin uważnie umieścił ją, po raz trzeci dzisiejszego poranka, na swoim miejscu. I wtedy poraziła Beniamina niezwykle odkrywcza myśl – przecież mógłby kupić sobie telefon komórkowy. Nie musiałby martwić się stanem przewodów telefonicznych, wyobrażać sobie szukających awarii, zlanych potem lub marznących, pracowników Telekomunikacji Międzyludzkiej S.A; nie musiałby sprawdzać prawidłowego odłożenia słuchawki, no i mógłby wyjść w każdej chwili z domu. No tak, ale przecież mógłby telefon zgubić, albo mogli mu go ukraść, mógłby też wyczerpać baterie, albo znaleźć się poza zasięgiem operatora. W każdym razie warto zastanowić się nad tym pomysłem; póki co ma jeden telefon, telefon ten milczy, a jemu, Beniaminowi B., skończyły się papierosy. Patrzył przez okno, widział kiosk, w którym niemal codziennie kupował gazetę i papierosy, i zaczął zastanawiać się, co by takiego się stało, gdyby szybko do tego kiosku się udał, kupił co trzeba i równie szybko, albo jeszcze szybciej, wrócił do domu. Rozważał i kalkulował taką możliwość, licząc, że telefon lada chwila zadzwoni. I telefon zadzwonił. Beniamin podbiegł do niego – trwało to jeden dzwonek. Odczekał drugi i podniósł słuchawkę: – Tak, słucham – powiedział spokojnym, może nawet nieco jedwabistym, ale na pewno opanowanym głosem. – Jadzia? Nie, Stefan? – Niestety, pomyłka. – Oooo, sory.

Trzask w słuchawce, przerywany sygnał. Może by teraz? Na dół po papierosy, cztery piętra w dół, dwadzieścia metrów w linii prostej, jakieś sześćdziesiąt w sumie, plus powrót. Albo nie, przecież nie chciało się jeszcze Beniaminowi tak bardzo palić. Przecież wytrzyma, cóż to za problem. Patrzył na kiosk, nikogo przy nim nie było. Może jednak? A jeśli zadzwoni? Włączy sekretarkę. I na dół. Beniamin narzucił marynarkę, zerknął na telefon, jakby chciał go sprowokować albo raczej powstrzymać, wcisnął guzik przywołujący Beniamina o jedwabistym głosie, otworzył drzwi i runął cztery piętra w dół, poleciał na łeb na szyję, plącząc nogi, muskając dłonią poręcz, pędząc po instrumenty niezdrowego, kaszlącego nałogu, po zgubną używkę, po raka płuc albo krtani, po niewydolność układu krążenia, po zawał, po śmierć. Biegł po schodach, myśląc o pozostawionym bez opieki telefonie, który może właśnie teraz dzwonił, włączał automatycznego, bezdusznego i nieprawdziwego Beniamina, jego nieprawdziwy, zalotny głos, jego nieszczerość i przymilną aksamitność. Pod kioskiem stało troje – troje! – ludzi i Beniamin gotów był zawrócić, zrezygnować z palenia – co tam papierosy, kiedy być może teraz, w tej chwili, pod jego stopami, w kablach, przewodach biegnie sygnał, mkną słowa, na które przecież czeka; może trochę zwolnią, wpinając się na czwarte piętro, wtedy je dogoni, wyprzedzi, zdąży. I Beniamin ruszył z powrotem. Przeskakiwał po kilka stopni naraz, pokonywał oporną przestrzeń, lewą ręką rozgarniał powietrze, a ustami je wciągał. Potknął się kilka razy, z trudem panował nad oporem tej wielostopniowej, geometrycznej przestrzeni; jej zmultiplikowanego, skomplikowanego układu. W połowie czwartego piętra, już niemal u celu, usłyszał dzwonek swojego telefonu. Wiedział, że nie zdąży. Poddał się. „Dzień dobry. Mieszkanie Beniamina B. Niestety nie mogę teraz z tobą rozmawiać, zostaw więc wiadomość, a oddzwonię na pewno”. Obleśnie przymilny Beniamin skończył, dał znać krótkim sygnałem, że jest gotowy i czekał. Beniamin B. wszedł do mieszkania i usłyszał kobiecy głos: „Posłuchaj, Beniaminie. Wiem, że tam jesteś, ale to bez znaczenia. Dzisiaj mijają trzy lata, więc należy to uczcić. Będziesz dzisiaj czekać i będziesz dzisiaj cierpieć”.

Beniamin stał nad telefonem i żałując, że nie kupił papierosów, usiłował zrozumieć. A właściwie wygrzebać z zakamarków pamięci właścicielkę głosu i swoje życie.
 

SEN

Beniamin mieszkał samotnie w wynajętej kawalerce na przedmieściach. Wieczorami często siadał przy otwartym oknie i, jeśli akurat nie miał nic do roboty, obserwował ulicę, słuchał odgłosów zza ściany lub czytał. Usiłował sobie przypomnieć, jak długo tu mieszkał i dlaczego. Ale jego kaleka pamięć rozpaczliwie miotała się w czasie, próbując uporządkować strzępy jesiennych wieczorów, zimowych poranków, sterty papieru i jakieś okruchy rozmów telefonicznych. Pamiętał kobietę mieszkającą z nim – kiedy? Być może było to podczas choroby, gdy, leżąc nieruchomo, godzinami oglądał sufit tego pokoju, śledził każdą jego nierówność, delikatne załamania światła, białe pejzaże i białe twarze, na które co jakiś czas nakładały się, pochylając nad nim, niebieskie oczy, kształtny nos i czerwone, mocno zarysowane usta wypowiadające jakieś słowa, wyginające się w zatroskany uśmiech i znikające, uciekające daleko w nieokreśloną, lepką przestrzeń snu. Sny pamiętał. Szczególnie ten z ogniem.

W ciemny, zimny i nieprzyjazny urodzinowy poranek Beniamin leżał w łóżku, wpatrując się w sufit znany mu tak dobrze, ale przynoszący co jakiś czas nowe obrazy. Tym razem sufit drgał refleksami płomienia ogrzewającego pokój. Kładł na nim chybotliwe plamki, delikatne cienie, pełgające ogniki. Spokojne, rozbłyskujące tylko co jakiś czas jaśniejszą iskrą, podsycone kroplą żywicy lub słoną łzą. Beniamin zamknął na chwilę oczy, kiedy otworzył je ponownie, sufit płonął. Spadał czerwoną, rozżarzoną powierzchnią, płaską taflą wściekłej czerwieni, pękającą nabrzmiałymi bąblami, syczącą odrywającymi się żagwiami, przelatującymi obok Beniamina z szyderczym dźwiękiem; niektóre, zatrzymane w pół drogi, wracały, by za chwilę runąć w dół z jeszcze większym impetem, z jeszcze większą zawziętością. Sufit oszalał. Był teraz jednym wielkim ogniem rozchodzącym się, uciekającym symetrycznie na boki, ściekającym po ścianach kaskadami strumieni, czerwonych całą czerwienią świata, jej esencją, blaskiem wszystkich blasków, jasnością niepohamowaną, zamkniętą w niebywałej jednorodności i zmienności zarazem. Eksplodował kolorem, jakiego Beniamin nie znał, płonął gorącem, jakiego nie znał. Widział i czuł jasność czerwonego świata, Wielki Wybuch, wszystkie płomienie ognisk, praogień, dziki ogień wszystkich wojen, ogień wszelkich kataklizmów, ogień szaleństwa, strachu i śmierci, chybotliwy żar gorących pragnień, namiętności, płomienne fale emocji, gorączkę płonących ust i rozpalonych policzków, rozświetlone płomieniem umysły, fajerwerki pomysłów i ogień choroby. Widział ruchliwe języki, niecierpliwe, naglące; widział sedno koloru, słyszał krzyk powietrza i czuł podmuch płonącego wiatru. Nic nie trwało w stanie spoczynku – wszystko wirowało, pulsowało w piekielnym tańcu. I nagle pamięć Beniamina drgnęła, zabolała i spłonęła do końca. Jej zetlałe resztki, kruche i spopielałe, rozsypały się na pościeli. Płomień zgasł.

W końcu Beniamin wyzdrowiał, ale nie pamiętał niczego dokładnie poza uporczywymi telefonami i kobiecym płaczem w słuchawce. Pamiętał jesienny, deszczowy dzień, gdy trzyma na kolanach gazetę otwartą na stronie z nekrologami i, patrząc na coraz bardziej mokry i niewyraźny świat, pije ciepłą wódkę wprost z butelki. Kiedy to było? Dlaczego moja pamięć jest tak kaleka? – pomyślał Beniamin.
 

PRZYGOTOWANIA

– No tak – powiedział głośno i usiadł przy stole. Rozejrzał się po swoim pokoju i nie znalazł niczego, co pomogłoby mu uporządkować pamięć i przypomnieć kobietę. Postanowił zatem uporządkować pokój. Ochoczo zabrał się do sprzątania. Po co mu właściwie tyle papieru? Sterty zapisanych – to jeszcze całkiem zrozumiałe – kartek poniewierały się wszędzie, przykrywały biurko – miejsce swoich narodzin, stół z resztkami jedzenia, podłogę; sterty pustych, poukładane w nierówne sześciany, wspinały się na ściany, zastępowały nogę szafy, zastępowały krzesło, wieszak. Beniamin zaczął segregować te zapisane, ale gubiła mu się ich kolejność, nie mógł ich poukładać jak należy, zbyt dużo czasu zajęłoby szukanie strony 573-ciej, bo taka powinna nastąpić po 572-giej, gdy tymczasem natrafił na 47-ą, a wzrok przykuła mu 284-ta z jakimś wykresem, którego w ogóle nie rozumiał. Postanowił nie przejmować się na razie kolejnością, zbierał więc kartki jak popadnie, układał je w małe stosiki na biurku wokół maszyny do pisania, pod biurkiem i wokół niego, zataczał coraz większy krąg, oddalał się od epicentrum wybuchu – od czarnej maszyny do pisania marki Berlietti. Wpadł w jakąś mechaniczność, dziwnie regularną systematyczność układania. A działo się tak dlatego, że Beniamin przez cały prawie czas myślał o telefonie. To był telefon, na który tak czekał od rana, który nie pozwolił mu zjeść śniadania, kupić papierosów, ale który przede wszystkim poruszył zetlałą pamięć, kazał cofnąć się i choć, jak na razie, nie przyniosło to żadnych konkretów (Beniamin nie wiedział, kto do niego dzwonił, nie pamiętał jak długo tu mieszka, co oznaczają trzy lata, kiedy i po co zaczął pisać), to przecież kazało pamięci Beniamina wziąć się w garść. Kiedy poszedł na chwilę do łazienki i popatrzył na swoją twarz odbitą w popstrzonym przez muchy lustrze, oświetloną słabą żarówką dyndającą mu tuż nad głową, postanowił nie tylko się ogolić, ale wziąć kąpiel, może nawet pójść do fryzjera? Patrzył na swoje odbicie, patrzył na Beniamina B., na Beniamina o jedwabistym głosie, na Beniamina, który zapisał kilkaset stron papieru, na Beniamina, który zapomniał o papierosach, na Beniamina czekającego na telefon, na Beniamina myślącego o kobiecie, na Beniamina, który nie pamiętał tej kobiety, i który nie pamiętał swojego życia. Patrzył na zmierzwione włosy, wielodniowy zarost, zmarszczki wokół oczu, dwie bruzdy, schodzące od nosa w dół i żłobiące twarz niczym dwa ślady noża. Długo mydlił twarze wszystkich Beniaminów, a potem jeszcze dłużej zeskrobywał tępą żyletką zarost, próbując odsłonić twarz prawdziwego Beniamina. Odkręcił kurek z ciepłą wodą, chwilę patrzył jak wanna spływa brudną krwią zardzewiałych rur. Zatkał odpływ i wrócił do pokoju, by skończyć układankę z wielu zapisanych stron. Tuż przy maszynie do pisania znalazł kilka, sklejonych zaschniętą plamą kawy, kartek. Zaczął czytać.
 

     DZIENNIK

2.02. Nie składa się. Rozsypuje, ulatuje, jakoś się rozdrabnia. Nerwowo i pospiesznie. Chwilami wydaje się, że jest lepiej. Wtedy mniej ucieka – zatrzymuje się, zamiera, zastyga. Trwa. Ale i tak beznadziejnie, chwilowo i lękliwie. Tak jakoś. Wypisuję setki niepotrzebnych słów. Składam wyrazy w zawiłe i karkołomne zdania bez sensu. Nadymam się nimi i puszę. Numeruję skwapliwie każdą stronę i upajam się bełkotem.

5.02 Wydaje mi się, że świat nie ma nic do powiedzenia, przestał istnieć, zachłysnął się z wrażenia, zgasił światło i tak pozostał.

 8.02. Boli mnie głowa. Oderwała się od tułowia bezgłośnie, lekko i frywolnie. Dotknęła sufitu, obejrzała pajęczyny i wróciła. Szukam słów i kolorów pocieszenia, ale w takich przypadkach to nic nie pomaga. W każdym razie niewiele.

9.02. Wymiotowałem od rana. Nerwowo i pospiesznie. Tak jakoś uciekało ze mnie wszystko. Nie składało się. Bałem się. Zamierało, zastygało, a potem i tak uciekało.

 11.02. Poukładałem od nowa kartki papieru i nic. Cisza odśrodkowa. Pustka wręcz i tylko odliczanie. Nerwowe i pospieszne. Takie jakieś. Tęskno choćby za karkołomnymi zdaniami bez sensu. Za nadęciem i napuszeniem.

16.02. Kupiłem niepotrzebny przedmiot niewiadomego pochodzenia. Ustawiony na oknie wydaje z siebie przeciągły, cichy świst. Przestaje, gdy na niego patrzę. Taki dziwny. Kiedy zasypiałem świat nadal nie miał nic do powiedzenia. Światło było zgaszone i ktoś drzemał w kącie pokoju. Szukałem słów pocieszenia.

19.02. Stłukłem butelkę z jakimś żrącym płynem. Jego drobiny zakropliły mi oczy. Boleśnie i piekąco, niefortunnie i niepotrzebnie, żałośnie i fatalnie. Na długo. Rozpaczliwie. Bez chusteczki i innej pomocy z zewnątrz. Ale za to odespałem niechcąco zagubioną noc. Tak jakoś ją zgubiłem. Nerwowo i pospiesznie na początku. Później leniwie. Sensualnie. Kolorowo. Synkopowo. Ale odespałem. Bezbarwnie.

28.02. Byłem daleko. Pojechałem popatrzeć. Spróbować. Posmakować. Spokojnie. Nic nie uciekało. Trwało, pełzało. Leniwie. Spokojnie. Pięknie i daleko.

02.03. Znalazłem dużo papieru. Jakoś przypadkiem. Pod szafą razem z tenisówkami. Pobiegłem w nich do parku. Pospiesznie, szybko. Wróciłem do papieru. Ułożyłem równo, foremnie, blokowo, sześciennie.

 03.03. Nie składa się. Rozsypuje, mąci, przeszkadza i ulatuje.

08.03. Nie pamiętam początku. Pewnie go nie było. Albo był, ale bez wyrazu. Na pewno będę pamiętał koniec. Pamiętam wszystkie zakończenia wszystkich historii. A najbardziej tych złych. Boleśnie.

13.03. Na przedmieścia spadł samolot. Gorący podmuch powietrza rozsypał ułożony sześciennie papier. Zaczynam od nowa. Nikt mi nie wierzy.

22.03. Dawno nie wymiotowałem. Może dlatego, że dużo biegam w znalezionych pod szafą tenisówkach. Są trochę za duże. Wpycham do nich kartki papieru. Sześcian odrobinę zmalał. Pachnie stęchlizną. Świat wokół.

26.03. Przyszedł jakiś pies. Z daleka. Biedny, chory, powolny. Wypił mleko i zwymiotował. Ale został. Śpi pod moim łóżkiem i w nocy zlizuje z sierści poprzednie życie.

1.04. Zgubiłem jeden dzień. Wypadł z mojego życia rano, zaraz po śniadaniu. Tak jakoś. Szkoda. Czekałem na ważny telefon, miało nie padać i zapowiedziała się A. Szkoda. Uciekło też kilka kartek papieru. Zapisane razem z pustymi. Żal mi i jednych, i drugich.

05.04. Pies odszedł. Zostawił pod łóżkiem wyrzygane całe swoje życie. Mam na co patrzeć. Niemiło.

09.04. Był M. Idiota. Ale poczciwy. Zostawił gazetę. „Czternastu bojowników islamskich przeszło na stronę izraelską”. Zacznę czytać gazety. Nagłówki.

13.04. Pamięć jest coraz bardziej bolesna, choć coraz mniej pamiętam. Dobrze, że piszę. Mam już dwa sześciany. Pusty z lewej i zasobny z prawej strony. W słowa, litery, znaki, cyfry. W myśli. W idee. Coraz mniej bełkotu. Nie wiem – cieszyć się, czy martwić. Robię to na przemian. Tak jakoś.

 16.04. Mniej biegam. Znowu wymiotuję.

 20.04. Sprzedałem przedmiot wydający dźwięk. Dokupiłem dużo papieru. Znowu biegam. W tenisówki wpycham przeczytane gazety przynoszone przez M. „Wampir w potrzasku kłusownika”, „Wojska najemników libijskich atakują Oslo”, „Nie ma zgody Watykanu na małżeństwa białych z czarnymi”. Powiem M., żeby przychodził częściej.

26.04. M. w szpitalu. Nie mam gazet. Przestałem biegać. Szkoda mi papieru. Ale nie wymiotuję.

01.05. Zauważyłem dziwne poruszenie za oknami. M. wyzdrowiał. Na wiosnę. Odżył. Ma zielone oczy. Teraz to zauważyłem. Może to chlorofil? Mam gazety. Przestałem je czytać, używam tylko do biegania. Zapomniałem o A. Zgubiła się skutecznie. Razem z tamtym dniem. Może zadzwonić? Nie mam telefonu. Dlaczego? Zdaje się, że wyniósł go M.

 08.05. Kupiłem telefon. Komórkowy. Leży pomiędzy sześcianami i milczy. M. znikł.

12.05. Miałem sen. Bardzo zły. Jak wszystkie zresztą. Śniłem upadek. Własny. Fizyczny, psychiczny i moralny. Na całej linii sennego frontu. Stałem bezradny z za dużymi tenisówkami w ręku. Nie miałem nic. Płakałem i rozglądałem się po pustym świecie.

 14.05. Rano wyrzuciłem dużo pisania. Tak jakoś. Bez przekonania, ale słusznie.

 15.05. Odtworzyłem prawie wszystko. Całą noc. Z przekonaniem.

29.05. Przyszedł M. Blady, ale w nowej marynarce. Powiedziałem o telefonie. Nadął się, naburmuszył i zabrał wszystkie gazety. Potknął się na schodach. Zdenerwowany jakiś.

 03.06. Nie chce mi się wstać. Leniwie. Ciężko. Unisono. Zajrzałem pod łóżko. Wyrzygane życie tliło się jeszcze. Ciekawe, co szary pies porabia. Może dorwał sukę?

10.06. Zadzwoniłem do A. Cisza. Znikła. Nie pamiętam jej twarzy. Była ładna. Bardzo.

12.06. Mam dużo papieru. Nie biegam, ale i nie wymiotuję. Myślę o A. O pięknie. O jego kategoriach, kryteriach i konsekwencjach. Piękno boli. M. nie przychodzi. Nie mam gazet. Myślę o sprzedaniu tenisówek.

18.06. Oblewanie mieszkania znajomych. Znajomi znajomych. Głównie nieznajomi i nieznajome.

19.06. Boli. Głowa, oczy, język. Zgubiłem telefon. W łóżku znalazłem kolczyk.

 21.06. Zjawił się M. W starej marynarce, ale z telefonem i gazetami. Jak tylko wyszedł zatelefonowałem do A. Cisza. Wieczorem biegałem. Bardzo długo.

25.06. W nocy burza. Wściekła, nienormalna, czarna i rycząca. Trochę deszczu wlało mi się przez okno. Zmoczyło sześciany. Czekam na M.

29.06. Składam mozolnie. Systematycznie, równo, kaligraficznie. Nic nie skreślam. Ważę. Bełkot zniknął. A. też.

03.07. Nie składa się jednak. Znowu rozsypuje. Rozdrabnia. Składam myśli sześciennie. Pospiesznie. Biegam i wymiotuję. Zgubiłem jedną tenisówkę. Już ich nie sprzedam. A. nadal nie ma w domu. M. nie przychodzi. Nie składa się, ulatuje. Tak jakoś.

05.07. Przyszedł sąsiad. Mieszka nade mną. Pytał, czy nie przeszkadza mi w nocy hałas. Bo dużo telefonuje za granicę, źle słychać, więc krzyczy. Niech krzyczy. Spytałem go o gazety. Ma dużo kolorowych magazynów. Niech będą.

 09.07. Nie wiem, co się stało z M. O A. zapominam. Powoli. Nierówno.

12.07. Brakuje mi muzyki.

15.07. Wielki porządek rzeczy. Niezmienność. Trwałość. Kosmogonia. To musi się rozsypywać, by nagle układać. Płynąć. Wynikać. Jedność w chaosie? To o tym piszę. A właściwie pisze się samo. Doświadczam niebywałej łaski. Dlaczego ja? I co mam z tym zrobić? Dlaczego przychodzi i znika M.? Kim on właściwie jest? Przecież nic o nim nie wiem. A A.? No, A. poznałem całkiem przypadkiem... nie, nie przypadkiem. Poznał nas M. Ale A. jest bez znaczenia. Najwyraźniej. Wielki porządek rzeczy.

19.07. Wrócił szary pies. Zadbany, w dobrej formie. Przyniósł w pysku gazetę. Pomyszkował po kątach, zajrzał z niechęcią pod łóżko, polizał mnie i poszedł sobie.

20.07. Co z M.?

 21.07. Pies należy do M.! Miał przy obroży breloczek, który widziałem u M. Pisałem całą noc. Świt w lecie. Banalne piękno. Układa się nawet. Potoczyście i równo. Zapisałem duży sześcian papieru. Leży po prawej stronie stołu i oddycha zadowolony. Patrzę na niego. Zasypiam. Śpię i patrzę. Sześcian zaczyna świecić, fosforyzować. Blado, błękitnie i dostojnie. Porusza się. Unosi się lekko, kołysze i zastyga. Świeci coraz mocniej. Śpię i patrzę. Już to chyba gdzieś widziałem.

25.07 Przyszedł M. Zapytałem o psa. Zmieszał się, zaprzeczył i wychodząc potknął na progu. Za chwilę wrócił i zapytał o coś do poczytania. Dałem mu gazetę, którą przyniósł pies. Chyba się rozczarował.

28.07. Wpadł sąsiad. Przyniósł kolorowe magazyny i rachunek za telefon. Pochwalić się. Ma dużo znajomych. Pokazałem mu w rewanżu dogorywające pod łóżkiem resztki poprzedniego życia szarego psa. Był zafascynowany. Pobiegł telefonować.

 02.08. Od dawna nie wymiotuję, nie biegam i nie dzwonię do A. Tak jakoś. Ale dobrze.
 

A.

„Beniamin poszedł wziąć kąpiel. Kim była A.? Kim był M.? Gorąca woda, lekko zabarwiona na brązowo, odmoczyła strzęp Beniaminowej pamięci. W jej nagłym przebłysku ujrzał w rozświetlonej łazience piękną, śmiejącą się kobietę, jej długie włosy rozsypujące się na nagich plecach. Zobaczył swoje odbicie w lustrze i zdziwiła go własna wesołość. Za chwilę obraz znikł – spowiła go najpierw para, później szarość, później jeszcze czerń i Beniamin zanurzył głowę pod wodę, jakby tam chciał odnaleźć zgubiony obraz.

Postanowił usystematyzować to, co dotychczas wiedział o A. Wycierając się w ogromny, brudny ręcznik kąpielowy, jeszcze raz przeglądał dziennik.

„1.04. Czekałem na ważny telefon, miało nie padać i zapowiedziała się A. Szkoda.”

„12.05. Myślę o A. O pięknie. O jego kategoriach, kryteriach i konsekwencjach. Piękno boli.”

„10.06. Zadzwoniłem do A. Cisza. A. znikła. Nie pamiętam jej twarzy. Była ładna. Bardzo.”

„21.06. Jak tylko wyszedł, zatelefonowałem do A. Cisza.”

„09.07. O A. zapominam. Powoli. Nierówno.”

„02.08. Od dawna nie wymiotuję, nie biegam i nie dzwonię do A. Tak jakoś. Ale dobrze.”

Gdzieś musi mieć numer telefonu A. Dziennik kończy się w sierpniu, teraz jest połowa listopada. Czy A. mieszkała z nim? Nie pamięta jej twarzy, ale pamięta twarz kobiety nachylającej się nad nim w chorobie i pamięta nagie plecy. Co ty biedny Beniaminie pamiętasz? Prowadziłeś dziennik, który niczego ci nie wyjaśnia, mieszkasz tu i nie wiesz dlaczego, piszesz coś, co cię mało obchodzi, dzwoni do ciebie kobieta, która bóg wie czego chce, wiesz niewiele, pamiętasz jeszcze mniej – zapomniałeś nawet, że chce ci się palić. Beniamin siedział nieruchomo, wpatrując się w zalane kawą kartki dziennika i powoli pozwalał zmierzchowi wlewać się do pokoju. Kiedy wreszcie podniósł się i podszedł do okna, było już ciemno”.
 

POWIETRZE

Stał przy otwartym oknie i próbował przeniknąć ciemnogranatowy kolor nieba. Wpatrywał się w lekko drgające, jasne punkty dalekich światów. Mrugał do nich, ciesząc się z odpowiedzi. Wydawało mu się, że słyszy odległe, rytmiczne pulsowanie; wtapiał się w chłód listopadowego wieczoru, chłonął jego utajone życie, zmęczone dniem kolory, senne już odgłosy i delikatne znaki zapytania. Nagle, całkiem niespodziewanie, wszystkie gwiazdy zgasły. Zrobiło się ciemno, ściany pokoju oddaliły się od siebie – przestraszyło to Beniamina, skulił się w sobie, otworzył szeroko oczy, które zapłonęły światłem tych wszystkich nagle zgasłych gwiazd i oświetliły, niczym dwa reflektory, ogromną przestrzeń rozpostartą przed Beniaminem. I wtedy zobaczył powietrze – jego drobiny, molekuły, pierwiastki i mikroelementy, strukturę i ruch. Zobaczył ruch szalony, wirujący, gonitwę wszystkich tych cząstek, ich wściekle porywający taniec, ich gorączkę. Zobaczył jeden z elementów życia. Zobaczył jeden z żywiołów. Zobaczył wielki triumf mikrokosmosu. Przestraszony, przestał oddychać. Patrzył urzeczony, bowiem wiedział, że nie dane mu będzie doświadczać tego widoku zbyt długo. I nie mylił się. Gdy tylko zachłysnął się powietrzem, jego obraz znikł. Siedział nadal w swoim pokoju – ściany wróciły na swoje miejsce; wróciło okno razem z błyszczącymi gwiazdami, do których znowu mrugał porozumiewawczo. Mnożyły się znaki zapytania i wszystko lekko pulsowało. Beniamin odetchnął świeżym powietrzem, zapalił światło, usiadł przy maszynie i zaczął pisać.
 

ZAKOŃCZENIE DZIENNIKA

06.08. Skończyłem. Nagle. Dzisiaj po południu. Odetchnąłem głęboko, uchyliłem drzwi i czekałem. Za chwilę zjawił się M. Razem z psem. Uśmiechnięci. Z dużą torbą. M. spakował ją. Sześciennie, blokowo i równo. Spytałem go o A. Pokazał palcem w górę. I uśmiechał się dalej, coraz bardziej zagadkowo. Potem podał mi rękę, pies łapę i wyszli. Wyjrzałem za nimi przez okno. Szli w czwórkę: M., pies, sąsiad i A.

08.08. Jutro wyjeżdżam. Spokojnie, powoli. Ile razy jeszcze będzie się uspokajać? Ile razy powolnieć? Aż się zatrzyma. Aż zatrzyma się ziemia i cały świat wokół. Ale póki co ziemia mknie na spotkanie czarnego nieba, czarne niebo spada na mnie i odgłos tego spadania wypełnia świat po brzegi. Ten dźwięk jest niepodobny do żadnego ze znanych mi, dziwny, przeszywający na wskroś, bolesny i jedyny w swoim rodzaju. Wbija się w moją głowę, tkwi gdzieś w mózgu, rozlewa się w nim ciepłem, osuwa nieco niżej, częściowo wypływa razem z torsjami, oblepia żołądek, ściska aorty, żyły, nerwy; rozmiękcza nogi, ugina kolana i przewraca na ziemię. Leżę nieruchomo na wznak wypełniony dźwiękiem jasnym i czystym, porażony jego siłą i boleśnie patetycznym pięknem. Ten dźwięk, tkwiący we mnie, wypełniający bez reszty moje ciało, nie mieści się w znanej mi skali; jest poza nią, obok, jawnie ignorujący interwały i frazy, z nonszalancją omijający częstotliwości, fale, zakresy – słowem to wszystko, co pozwala go określić, ocenić i zmierzyć. Ale jest i ja stanowię potwierdzenie jego istnienia. Żałosne wprawdzie, nieme i bezbronne potwierdzenie, ale tym bardziej wiarygodne. Leżę nieruchomo na wznak i wypełniony dźwiękiem, którego nie znam, którego nikt nie zna, patrzę, jak świat spada na mnie.

Beniamin skończył i zrozumiał. Nie pisał własnego dziennika, to tylko fikcja; wymyślał go, ubierał nieprawdziwe myśli i zdarzenia w chaotyczną, rwaną formę, bo tak było ciekawie, intrygująco, zagadkowo i niecodziennie. A to znaczyło, że A. nie istniała. Nie musi już szukać jej telefonu i martwić się. Nie istniał też M., nie istniał sąsiad i nie istniały istniejące sterty zapisanego papieru? Co więc istniało naprawdę i co było ważne? Czy to, co przechowała obolała pamięć Beniamina, czy to, o czym już zapomniała?

***

Beniamin raz jeszcze zabrał się za porządkowanie papierów. Składał je równo, sześciennie; nie starał się nawet czytać pojedynczych stron, które bardzo szybko tworzyły wielkie paczki. Obwiązywał je sznurkiem i czym popadło, wystawiał za próg mieszkania. W ten oto sposób wynosił ze swojego życia pamięć i w ten oto sposób postanowił zacząć nowe życie.

A dwie przecznice dalej, osłaniając od wiatru twarze, przestępując niecierpliwie z nogi na nogę, w milczeniu, oświetlani słabymi ognikami papierosów, czekali już na pamięć Beniamina: M. ze swoim psem i A. z sąsiadem Beniamina B.


Roman Maciuszkiewicz 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas