poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
TOMASZ JASTRUN
Urodziny
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)

Obraz zajmował niemal całą ścianę. Namalował go artysta, którego znał jej mąż, ona poznać go nie zdążyła. Zawisł na ścianie w przeddzień jego wyprawy w Himalaje, z której nie wrócił. Czekała kilka lat, chyba nadal czeka? Na obrazie stoi łysiejący mężczyzna, w okularach, nagi, z aparatem fotograficznym w dłoniach, czarny pyszczek obiektywu skierowany jest w stronę buzi dziecka. Postacie odbite są w lustrze, dlatego kilkuletnia dziewczynka, która spogląda na gołego człowieka z zagadkowym półuśmiechem, patrzy zarazem ku nam z całą siłą dwuznacznego spojrzenia. Jest niepokojąco podobna do niej, kiedy była dzieckiem. Czy to możliwe, że Robert pożyczył jej fotografię?

Ten malarz to znany artysta, widziała go nawet w telewizji i słyszała, że krytycy zaliczają jego sztukę do realizmu magicznego. Obraz jest perwersyjny nie tylko dlatego, że nagość mężczyzny kontrastuje z urodą dziecka, jest coś lubieżnego w półuśmiechu dziewczynki, a męski kłębek płciowy wydaje się tylko czekać na znak jej powieki, by się rozwinąć.

Niepokoi ją ten obraz, kojarzy się ze śmiercią męża. Niepokoi uśmiech dziewczynki, jej podobieństwo do niej, a obnażona płeć mężczyzny kontrastuje z łagodną, interesującą twarzą polskiego inteligenta, gatunkiem człowieka, który wydaje się być na wymarciu. Taki łysawy, z małą bródką, myślące oczy oprawione jakby nieśmiało w okulary, zawsze lubiła takich mężczyzn.

Od chwili zaginięcia Roberta nie interesowała się mężczyznami. Wygnała ich ze swojej wyobraźni. Jedyny, który codziennie bywa w jej domu, stoi nagi na obrazie.

Pracuje w biurze, nie w jakimś ważnym urzędzie, już dawno odłożyła swoje zawodowe ambicje do szuflady. Żyła życiem męża, jego sukcesami, kolejnymi ośmiotysięcznikami. Często wyjeżdżał. Gdzieś tam zdradzał ją z górami, które mogła zobaczyć w wyobraźni, i z kobietami, których nie potrafiła sobie wyobrazić. Tych zdrad była prawie pewna, nie chciała jednak znać szczegółów. Zabrałyby cień nadziei, że to jednak nieprawda. Mąż, starszy od niej o dziesięć lat, był jej pierwszym mężczyzną i zarazem ostatnim, fascynacją wielką jak te góry z lodowymi językami. Bywał czuły, opiekuńczy, stanowczy, świetny facet na katastrofy, ale przerażał go dramat codziennego życia. Chyba dlatego uciekał w góry, gdy wracał, wydawał jej się zimny i obcy. Nie mieli dzieci, chyba on nie mógł? Oparła się jednak o niego całym swoim życiem, a on znikał, by w końcu rozpłynąć się na zawsze. Wtedy osunęła się jego śladem w przepaść. Tam na dnie znalazła jakieś nowe życie.

Jutro skończy trzydzieści pięć lat, jest ładna, ale skromną urodą, która niczego nie podkreśla, niczym się nie chwali. Lubi półmrok, najchętniej wychodzi z domu o zmierzchu, w swoim przytulnym mieszkaniu zapala mało świateł, tylko boczne lampki o stonowanym, miodowym świetle.

Zwłok męża nigdy nie wygrzebano spod lawiny. A kiedy nie ma ciała, nie ma pogrzebu i jest nadzieja, która topnieje, a z nią topnieje śmierć. Nie ma wtedy grudki ziemi, ciętych kwiatów, a one, więdnąc, mówią więcej o śmierci, niż wszystkie mowy pogrzebowe świata. Jego koledzy dzwonili, potem przestali. Była dla nich jak wyrzut sumienia, jeździli na kolejne wyprawy i wracali, ale bez niego.

Świat wydawał jej się mdły i bez kolorów. Ludzie zmienili się, nikt już nie miał dla nikogo czasu. Pieniądze, narzekanie na ich brak, to główny temat rozmów, już nawet nie mówiono o pogodzie, a przecież była wiosna, która w Polsce potrafi odmieniać zieleń w wielu przypadkach trudnej gramatyki tego kraju.

Było letnie sobotnie popołudnie, siedziała w fotelu i piła kawę. Telefon milczał jak zwykle. Już nie czekała, że ktoś zadzwoni z ważną wiadomością, dzwoniły tylko pomyłki, „czy to hurtownia?” Starała się być grzeczna, co nie było łatwe.

Piła kawę z niebieskiego kubka z misiem, był nieco dziecinny i nic dziwnego, to przecież jej ulubiony kubek z dzieciństwa. Spojrzała na obraz, czy nie wisi za wysoko? Zapuścił korzenie w ścianę, strach byłoby go teraz ruszać. Czy ten malarz ma żonę, rodzinę? Gdzie mieszka, na pewno w Warszawie, wszyscy wielcy mieszkają w Warszawie. Jak kocha się ze swoją żoną, czy odkłada na bok okulary, na pewno tak. Podwinęła delikatnie spódnicę, położyła dłoń na brzuchu i pozwoliła palcom zagłębić się w płeć, była sucha i niechętna; stałam się zwierzęciem bezpłciowym, pomyślała. I znowu jak nietoperz wplatało się jej we włosy to straszne słowo „wdowa”. Taka wdowa to ma płeć wysuszoną na wiór – nie chcę być już więcej wdową.

Obraz spojrzał na nią, jakby zdziwiony, tym co zrobiła. Zarumieniła się. Nagle ujrzała, że na obrazie coś dzieje się w miejscu, gdzie ciemnieje podbrzusze mężczyzny. Zamknęła oczy, a kiedy je otworzyła ujrzała, że niewielki, chociaż wyraźny penis... chyba powiększył się?

Wstała i z bijącym sercem wyszła z pokoju. Po chwili jednak wróciła, impuls niepokoju był silniejszy. Mężczyzna na obrazie miał wzwód. Chciała zadzwonić do kogoś ze znajomych, by potwierdził lub zanegował to, co widzi. Bliscy jednak stali się dalecy, bała się ośmieszenia.

Próbowała czytać książkę, nie mogła się skupić. Przez godzinę nie spojrzała na obraz. Potem wyszła na spacer. Lubiła taki drobny, wiosenny deszcz, kiedy krople uderzają tak delikatnie, że uwalniają zapach trawy, ziemi i płyt chodnika. Szła bez celu i mogła spokojnie przyglądać się sklepowym wystawom. Jak te ulice zmieniły się przez ostatnie lata!? Zawahała się, mijając pobliskie kino, nie potrafiła sama chodzić do kina, kiedy gasło światło, obok niej siadała samotność, by położyć zimną głowę na jej ramieniu, w miejscu, gdzie on zwykł to robić. Weszła do sklepu, szukała jak zwykle nowych owocowych jogurtów, ten kokosowy smak powinien być interesujący.

Wróciła do domu. Zaparzyła herbatę, otworzyła jogurt i usiadła w fotelu. Zlizała jogurt z łyżeczki, zamknęła oczy, by poczuć jak smak kokosu cierpko pieści jej podniebienie. I spojrzała na płótno. Członek mężczyzny zmienił swoją postać. Była tego pewna. Prawie pewna? Niepokój jednak minął; uśmiechnęła się, „To przecież jest śmieszne, okropnie śmieszne”, powiedziała do siebie. Postawiła krzesło pod obrazem, stanęła na nim i wyciągnęła dłoń w kierunku mężczyzny, nie dotknęła płótna, cofnęła w popłochu rękę, pomyślała, „okropnie śmieszne, że ja na dodatek się wstydzę.”

Usiadła w fotelu, by przytulić się do stygnącej herbaty. Piła powoli, prawie namiętnie, przejadając jogurtem. Sięgnęła po książkę telefoniczną. Znała nazwisko artysty, okazało się jednak bardziej powszechne niż można się spodziewać, a imienia nie była pewna. Zajrzała do nowej encyklopedii powszechnej. Był tam! Miała więc imię i numer telefonu.

Nie zamierzała dzwonić. Bała się znanych ludzi, a ludzi nieznanych prawdę mówiąc, obawiała się nie mniej. Co mogłaby mu powiedzieć? „Pana obraz wisi w moim domu, męża nie ma, zginął, a pan na tym obrazie, jeśli to pan?... dostał, przepraszam za słowo, wzwodu. A czy ta perwersyjna dziewczynka, to ja?”

Całkiem sprawnie wygłosiła ten tekst w myślach. Numer telefonu malarza zapisała w notesie, wkrótce jednak gościł na stałe w jej pamięci. Nie wiadomo jaki impuls skłonił ją, by jednak zadzwonić. Słońce właśnie chowało się między domami, liżąc miodem drzewa za oknami, i jak zwykle o zachodzie ożywiły się ptaki przerażone, że słońce zajdzie raz na zawsze. Ten ostateczny śpiew ptaków zawsze ją uskrzydlał.

Gdy jednak usłyszała męski głos w telefonie, chciała odłożyć słuchawkę, powstrzymało ją poczucie przyzwoitości, to, które rosło w niej od dziecka jak drzewo o coraz grubszych i szerszych konarach. Mozolnie zbierała słowa.

– Halo, tam jest ktoś? – męski głos pytał z lekką nutką zniecierpliwienia.
– Jestem ja, przepraszam.

Przedstawiła się i gorączkowo zaczęła mówić o obrazie, który wisi w jej mieszkaniu. Czuła, że potyka się o każde słowo, pomógł jej; tak, oczywiście, pamięta, jak może nie pamiętać, malował ten obraz długo, ale serdecznie, to ryzykowny obraz, prawda? Bardzo przeżył śmierć Roberta, nie zadzwonił, nie wiedział, co powiedzieć.

Miał młody, ciepły głos, z ciemnymi pasemkami, które mogły być skrawkami cienia, albo nawet smutku.

– Śmierć zawsze mnie peszy, ale to żadne usprawiedliwienie, gdybym znał panią, ale nie zdążyliśmy się poznać... niech więc teraz pani przyjmie wyrazy współczucia... Jak to się stało, słyszałem, że nie wiadomo... Mam nadzieję, że mój obraz nie powoduje bólów głowy, jest trochę nieprzyzwoity, znam ludzi, którzy skarżą się na moje obrazy, były nawet skargi na bezsenność... Z Robertem chodziliśmy razem do liceum, nie wiedziała pani?

Pozwoliła zasypać się słowami, szczęśliwa, że nie musi nic mówić, a słynny malarz nie gniewa się, jest nawet zadowolony, że zadzwoniła. Dobre słowa o Robercie były jak kubek gorącego mleka wylany na jej zmarznięte serce. Nie wspomniała jednak o tym, co było ukrytym powodem tego telefonu, malarz sam sprowokował ją pytaniem:

– A jak się ma mój obraz? Dziewczynka nadal uśmiecha się, a może jest już kobietą? – Dziewczynka nie zmieniła się... raczej ten człowiek... A to pan, prawda?
– Skąd pani wie? – Nie wiem, tak pomyślałam.
– To jestem chyba ja, ale taki... ja nie ja, tak bywa w sztuce...
– Coś zmieniło się chyba na obrazie... nie jestem pewna... ale to przecież niemożliwe, prawda?

Roześmiał się serdecznie, chłopięco. Podobał mu się jej głos, była w nim ciepła bezradność i wdzięk, który wychylał się ze szczelin między słowami, najmocniej w chwilach zakłopotanego milczenia.

– Obrazy zmieniają się, gdyż my się zmieniamy i zmienia się świat, ten świat jest bezczelny, prawda? A my nic a nic go nie obchodzimy. I jest czas, on wszystko zmienia, czasami robi to podstępnie, nakłada nowe ramy na stare płótna. Dlatego po latach boję się spotykać swoje obrazy, to jak spotkać kogoś bardzo bliskiego, kto nagle jest obcy... a ten obraz jednak chętnie zobaczę.

Można więc powiedzieć, że sam się do niej zaprosił. Bała się tego spotkania, zarazem pragnąc go. Słyszała, że malarze gniewają się, że ich obrazy źle wiszą, a poza tym zanudzi go sobą, nie ma przecież nic do powiedzenia. Miał przyjść nazajutrz, po południu.

Nie mogła zasnąć, przypomniała sobie ich rozmowę. Celebrowała własną odwagę, wspominała te wszystkie jego zamyślone cienie, o tak, kiedy mówił o czasie, o upływie lat, jego słowa zasnuwały się chmurami. I tak zasnęła, w tych chmurach.

Obudził ją śpiew ptaków, które odzyskały nadzieję. Była rześka, słoneczna niedziela. To jej trzydzieste piąte urodziny. Kiedy myślała o swoim wieku, czuła w gardle grudkę goryczy, ale teraz ta grudka rozpuściła się w porannej krzątaninie. Po tej nocy czuła się wypoczęta. Ale dopiero stojąc pod prysznicem zrozumiała, że czuje się dobrze po raz pierwszy od lat.

Z ręcznikiem na głowie podeszła do obrazu. Nic nie zmieniło się od wczoraj, czyli nieprzyzwoita zmiana utrwaliła się. „Świntuch”, szepnęła i uśmiechnęła się na myśl, że tak kordialnie mówi o kimś, kto jest w encyklopedii, a dzisiaj, nie do wiary, będzie jej gościem.

Musi jeszcze posprzątać mieszkanie, upiec ciasto, malarz zapowiedział wizytę na 17., to na szczęście niezobowiązująca godzina. Czy zdąży? Jej czas płynie przecież szybciej niż innym ludziom, po śmierci męża (śmierć – po raz pierwszy pomyślała o tym, co się stało, tak jednoznacznie) jej konflikt z czasem zaostrzył się. Czasami czuła się żółwiem, który zagrzebał się w piasku. Kiedy weszła do kuchni, kuchenne przedmioty powiedziały jej: znowu nie zdążysz. Dzień przechylił się jak klepsydra i usłyszała, jak ze szmerem uciekają minuty.

Ale po godzinie pracy już wiedziała; tym razem czas płynie normalnie. W południe murzynek był gotowy. Kupiła kilka gatunków sera, a tulipany w kolorach pokrewnych ramom obrazu prostowały swoje złote głowy w wazonie. Znalazła też dwie butelki włoskiego wina, sprzed niepokojąco wielu lat.

Przyszedł punktualnie, co do sekundy. Kiedy otworzyła drzwi, spojrzała za wysoko, był niższy niż myślała, ale uścisk jego dłoni był miękki i ciepły, taki jakiego się spodziewała. Przyniósł herbaciane róże, takie które najbardziej lubiła. Skąd wiedział? Już w progu poczuł zapach ciasta i zaciągnął się nim namiętnie. Przyznał się, że uwielbia murzynka, a w mieszkaniach najbardziej lubi kuchnie. Pozwoliła mu więc usiąść w kuchni. Poprosił o kawę, sobie zaparzyła herbatę. I pokonując zmieszanie, po raz pierwszy spojrzała na niego uważnie.

Miał ponad czterdzieści lat, czyli nieco więcej niż na obrazie, ale to był on, nagi pan z aparatem. Jego bródka jeszcze czarna na obrazie, dreptała teraz w kierunku siwizny.

Był miły, ciepły, bezpośredni, jakby skupiony w sobie, lecz nie na sobie. Opowiadał, że w malowaniu najtrudniejszą rzeczą jest bynajmniej nie wierne odmalowane ludzi i rzeczy, jak się wydaje laikom, a gra światła i cienia. Przez chwilę wspominał Roberta, ale szybko wyczuł, że lepiej mówić o nim niewiele. Zjadł aż trzy kawałki ciasta. Poczuła, że odniosła sukces, pierwszy od lat.

Jedząc, myślał... jaka ona ładna, taką trudną urodą, którą zapewne ukrywa przed samą sobą. Ten palant Robert zdradzał ją na prawo i lewo, nie kochał jej, nie kochał nikogo, przede wszystkim nie lubił siebie. We wczesnej młodości malarz wspinał się z Robertem i wiedział, że ten ryzykuje życie, ponieważ szuka śmierci. Zaskakująco długo nie mógł jej znaleźć.

– A teraz zobaczymy mój obraz, naprawdę umieram ze strachu – roześmiał się, ale w tej wesołości był niepokój.

Chciała go zatrzymać, uprzedzić, przestraszyła się; pomyśli, że stało się to z jej winy, zresztą znowu ogarnęły ją wątpliwości, może ma jakieś omamy?

– Wiszę w salonie? – zapytał z ironią, jakby chciał podkreślić wieloznaczność słowa „wisieć”. Wyjaśniła: jest tylko pokój i salonik, na szczęście nie taki mały, pan maluje duże obrazy.

– Tylko duże, za duże, to wielu ludziom sprawia kłopot, szczególnie tym, którzy mają małe mieszkania – powiedział z lekka zafrasowany, a widząc, że speszyła się, szybko dodał:

– Ach przepraszam, nie to miałam na myśli.

Wprowadziła go do salonu. Stanął naprzeciw obrazu, patrzył najpierw z lekka pochylony, za mocne byłoby określenie, że spode łba, raczej spod pochylonego czoła. Była w tym pokora, ale też heroizm artysty, który po latach spotyka się ze swoją sztuką. Nagle napiął mięśnie, wyglądał teraz jak zapaśnik, który mocuje się sam ze sobą. Stała w progu zdziwiona, że jest tak beznadziejnie, tak głupio zdenerwowana. Zdjął okulary, przetarł je i popatrzył na nią. Miała wrażenie, że ma wilgotne oczy, ale to było chyba złudzenie? Włożył okulary i niemal wsadził twarz w płótno. Odsunął się, wzruszył ramionami, jakby chciał coś z nich zrzucić.

– Pani wybaczy, że o to pytam, ale czy ktoś... czy ktoś przy nim majstrował, mam na myśli... domalował coś...?

Poczuła jakby ją uderzył, oparła się o framugę drzwi.

– Domalować? Przysięgam, ja nie!
– To zdumiewające, w takim razie nic nie rozumiem – powiedział.

Usiadła w fotelu i odetchnęła głęboko:

– Nie wiem, czy myślimy o tym samym, ale ja też zauważyłam, dostrzegłam to wczoraj, a jeszcze kilka dni temu tego nie było, coś się zmieniło w obrazie, dlatego dzwoniłam, próbowałam to przecież powiedzieć panu przez telefon.

 – Czy myślimy o tym samym? – popatrzył jej w oczy, ale szybko uciekł ze spojrzeniem. Czuła się jak na egzaminie.

– Chyba zmienił się pan, przepraszam, ten mężczyzna na obrazie, nie wiem, jak to powiedzieć.

– Ma... ja mam, to znaczy on ma wzwód – powiedział. I zdjął okulary, by jeszcze raz je przetrzeć.

– Chyba tak – powiedziała i jednak odetchnęła z ulgą, nie myliła się.

Podszedł do obrazu, badał go uważnie, poprosił o krzesło, wszedł na nie i niemal wsadził głowę w wymalowane krocze. Stała z boku z wyrazem troski na twarzy. Mimo wszystkich obaw ujrzała jednak komizm tej sceny. Uśmiechnęła się, na wszelki wypadek tylko wewnętrznie.

 – Czy wyglądam jak lekarz wenerolog? – pytał, nie przestając badać podejrzanego miejsca.
– Trochę tak, powiedziała – kryjąc uśmiech w skulonej dłoni.
– Nic nie rozumiem, wygląda na to, że nikt tu nic... a pani ze mnie przecież nie żartuje, to nie jest jakiś dowcip?

Popatrzył na nią uważnie, ale nie groźnie, tylko jakoś tak smutno. Jej trwoga mieszała się z rozbawieniem, bardzo chciało jej się płakać i śmiać zarazem. Zapewniła go pośpiesznie; nikt nie bywa pod jej nieobecność w mieszkaniu, a ona zupełnie nie potrafi malować, poza tym ma szacunek dla sztuki.

– Mówi pani, że to tak od wczoraj, zdumiewające, byłbym gotów uwierzyć, że tak było zawsze. Pamiętam jednak, jak malowałem ten obraz, ten właśnie fragment – postawił mocny, niemal dramatyczny akcent na „ten właśnie” – a więc ten właśnie fragment sprawiał mi szczególną trudność, wielką trudność, chciałem, by to miejsce było dyskretne, obraz jest ryzykowny, wiedziałem o tym. A teraz zrobił się okropnie wulgarny... – mówił, jakby miał do kogoś żal, zamilkł, po czym ciągnął dalej bardzo zatroskany... – to już jest seksualne molestowanie dziecka, sama pani przyzna, obrzydliwość, a ja wychodzę na jakiegoś satyra, zboczeńca i cholera wie co jeszcze!

Zszedł energicznie z krzesła, aż jęknęła podłoga. Patrzył w jej stronę, ale unikał spotkania oczu. Za to ona spojrzała na niego odważnie. Jak można było jej nie wierzyć, już bardziej nie ufał sobie. Ale jednak, nie! Był pewien, pamiętał, co wtedy namalował. Nagle uśmiechnął się zrezygnowany, szybko, niemal gorliwie odpowiedziała mu uśmiechem. Teraz poczuła, że już nie potrafi się powstrzymać... i wybuchła śmiechem. Zawahał się i dołączył do niej.

Trzymał się za brzuszek, który coraz wyraźniej rysował się pod koszulą, rechotał tak zabawnie, że jego śmiech nie pozwalał zgasnąć jej rozbawieniu. Ale ze śmiechem bywa podobnie jak z ogniem, kiedy jest zbyt gwałtowny, gasi sam siebie.

Milczenie jakie zapadło, było na początku nieco kłopotliwe. Nie śmiała się od tak wielu lat, że czuła się oszołomiona, jakby wyszła z dusznego pomieszczenia na mroźne, górskie powietrze. A on zawsze wstydził się swojego śmiechu, wiedział, że rechoce, ćwiczył inny, bardziej estetyczny śmiech, ale nie opanował go. Po chwili konsternacji, powiedział:

– No to rozśmieszyliśmy problem, nie wiem jednak, czy sprawa nie zasługuje na powagę, mamy bowiem do czynienia z wydarzeniem cudownym, chociaż obraz nie dotyczy Matki Boskiej... Pani nie jest głęboko wierząca?
 – Jestem, ale po swojemu, rzadko chodzę do kościoła, więc nie uraził pan moich uczuć. A poza tym, ja nie wierzę w cuda.
– Ja też nie, ale teraz chyba przyjdzie mi uwierzyć...
 – A może było już coś takiego w historii sztuki, myślę... w przypadku dzieł szczególnie wybitnych...

Popatrzył na nią podejrzliwie, mówiła jednak poważnie, więc jeśli nawet była w tych słowach naiwność, był też komplement, a jaki artysta nie jest głodny pochwał? Tłumaczył jej jak na wykładzie: nie słyszał, aby zdarzyło się coś takiego i obrazy zaczynały żyć swoim życiem. W przeszłości palono je, przemalowywano, dziurawiono. O zmianach samoistnych nie słyszał, były tylko te płaczące Matki Boskie i krwawiący Chrystus, ale to przecież brednie.

– Ale może tak właśnie zaczyna się nowa era malarstwa? – powiedział sarkastycznie. – Tu właśnie mój obraz rozpoczyna erę malarstwa krnąbrnego i złośliwego. Wszystkie narządy płciowe na obrazach Rubensa ożywają, falują tłuste pośladki jego kobiet, faunom rosną penisy... jaki to monstrualny problem dla historyków sztuki, horror w muzeach, dzieciom wstęp zostanie wzbroniony i jakie dramaty dla żyjących artystów!

 Zamilkł, by podnieść głos:

– Przecież to zdarzenie na moim obrazie niweczy jego artystyczną wartość. To prawie kryminał! I oczywiście, właśnie mi musiało coś takiego się zdarzyć, mam już takie pieskie szczęście.

W życiu zwykle przewidywał złe i mroczne zakończenia. Przedwczoraj w jego pracowni zabulgotały rury, jakby hipopotam płukał gardło. Pamiętał, że kiedyś po takim płukaniu pękła jedna z rur i zalała mieszkanie sąsiadów, a zgromadzone w pracowni obrazy były zagrożone. Kiedy w panice zadzwonił do administracji, pytając co ma robić, młody dziewczęcy głos zaproponował mu, by wziął pastylkę na uspokojenie. Najgorsze, że skorzystał z tej rady, co go upokorzyło. I teraz te rury jakoś mu się połączyły z obrazem, nie sądził, by cała ta dziwna historia mogła się szczęśliwie zakończyć.

Poprosił ją o dyskrecję w sprawie obrazu; jeśli coś takiego rozniesie się po Warszawie, on stanie się przedmiotem kpin. W swoim zafrasowaniu był dziecinny. Zobaczyła w nim nadąsanego chłopca i zupełnie przestała się go bać.

 – Może napije się pan wina? – zaproponowała.

Lubił czerwone wino, zdziwił go wiek butelki, kiedy mu ją pokazała. Robert przywiózł to wino z włoskich Alp, gdzie szkolił młodych wspinaczy. O tym jednak nie wspomniała, otwieranie butelki po Robercie wydawało jej się czymś dwuznacznym, ale zdecydowała się bez wahania.

 Patrzyła jak ostrożnie i delikatnie wchodzi korkociągiem w korek. Miał małe, misiowate, ale zręczne dłonie. Zanim nalał wina, chciał zabić robaczka, który dzielnie maszerował po stoliku, jakby miał od dawna wyznaczony cel.

– Niech pan tego nie robi – poprosiła – ja nie zabijam niczego co żyje, mam już taką słabość.
 – Rzeczywiście, to słabość... ale ładna – mówił, niosąc robaczka na dłoni w kierunku okna, chociaż brzydził się robaków.

Pił wino zbyt łapczywie jak na człowieka, który bywał często we Francji i we Włoszech. Pochwalił wino. A po kilku kieliszkach poczuł się dobrze, prawie dobrze. Teraz, gdy zerkał na swój obraz to, co jeszcze przed chwilą wydawało się nieszczęściem, złowrogą kpiną, widział jako coś w gruncie rzeczy zabawnego.

Nie piła alkoholu od lat, miała słabą głowę, wiedziała, że musi być ostrożna. Pytał ją o pracę. Poczuła się niewygodnie, miała takie szare zajęcie. Przyznała się, że w swoim biurze z nudów i ze smutku zbiera uśmiechy ludzi.

– Jak to się robi?
– Zapamiętuję uśmiechy, mam dobrą pamięć, a ludzie u mnie tak rzadko się uśmiechają, więc to nie jest trudne.
– Co pani jeszcze zbiera?
– Smaki jogurtów – powiedziała prawie szeptem.
Kiwnął głowa, jakby rozumiał tą słabość, kiedyś kolekcjonował smaki kobiet, to było jednak dawno. Ona, chociaż znowu czuła się onieśmielona, zapytała go o dziewczynkę? Nie, nie miał nigdy jej fotografii, namalował dziecko, które przyśniło mu się pewnej nocy, a potem śniło się uparcie jeszcze kilka razy. Ta dziewczynka była podobna do córki sąsiadki, ale tylko podobna. „Teraz urosła i zbrzydła”, westchnął z rezygnacją, „ta córka sąsiadki, ma się rozumieć”.

Podeszła do secesyjnego biureczka i pokazała mu swoją fotografię z dzieciństwa. Patrzył długo i uważnie.

– Wszystkie małe, ładne dziewczynki są jakoś do siebie podobne, ale tu, nie do wiary, jest taka zbieżność podobieństwa wyrazu twarzy, zdumiewające!

Pokręcił z niedowierzaniem głową.

– A czy pan... bardzo lubi te małe dziewczynki?

Była tak przerażona swoją odwagą, że nie potrafiła tego ukryć, uśmiechnął się dobrotliwie.

– Nigdy nie molestowałem dzieci, ale co na to poradzę, jest jakiś niezwykły erotyzm w małych dziewczynkach, w niektórych, ale ja nie byłem zagrożony nigdy, chyba nigdy...?

Zadumał się, a „chyba nigdy” zawahało się w nim jak serce dzwonu. Nic jednak nie dopowiedział i wypił kolejny kieliszek wina. Niemal bezwiednie dała mu do otwarcia nową butelkę. Kilka razy podszedł do swojego obrazu, jakby chciał dokonać ostatecznej ekspertyzy. I nagle rozgadał się.

Opowiedział w jak trudnej sytuacji jest malarz taki jak on, który uparł się kontynuować tradycje sztuki, dla której płótno, farby, tradycja i literatura są istotą malarstwa. Dzisiaj sztuka wychodzi poza ramy, szuka sensacji, rzyga na tradycje lub jej nie zna, a te wszystkie instalacje, spektakle, to najazd barbarzyńców...

Słuchała tego jak relacji dramatu ze świata, który jest odległy, ale bez trudu odnalazła w sobie żywe współczucie, nawet zaszkliły jej się oczy, kiedy zrezygnowany kilka razy powtórzył, „moja praca jest już bez sensu”.

Dowiedziała się, że nie ma dzieci, jego żona zajmuje się domem, pisze książki dla dzieci. Lubi ją, ale oddalili się od siebie, wielokrotnie myśleli o rozwodzie, ale zawsze dochodzą do wniosku, że osobno będzie im jeszcze gorzej niż jest, kiedy są razem.

Chciała mu się zrewanżować czymś intymnym, ale nic takiego nie mogła znaleźć. Nie chciała mówić o Robercie, a w jej życiu nie było przecież nic ciekawego. Wypił kolejny kieliszek, powiedział:

– Zazdroszczę pani kolekcji uśmiechów i smaków, to zajmuje tak mało miejsca, a ja zmuszony jestem zbierać swoje obrazy, pani widzi jakie... jakie to... formaty – w głowie mu szumiało i plątał się język – cała pracownia zawalona, zapchana piwnica, nawet mieszkanie, to dramat. Trochę sprzedaję, niechętnie sprzedaję, a ludzie niechętnie kupują, ten typ malowania nie jest dzisiaj modny, a obraz sprzedany przepada, albo jak ten oto popada w szaleństwo... Rozstaję się z obrazem jak z własnym dzieckiem, w obce ręce...

Nagle kilka łez potoczyło się po zarośniętym policzku. Pośpieszyła z chusteczką. Przyjął ją niechętnie, zdjął jednak okulary i wytarł oczy. Ona też popłakała się, a on użyczył tej samej chusteczki. Nagle chwycił jej dłoń, by zamknąć w swojej ręce. Nie broniła się. Zamknęła oczy, smakowała tę dłoń, jakby to był uśmiechnięty jogurt, najcenniejszy okaz w jej kolekcji. Poczuła coś w dole brzucha. Pomyślała, mam chyba płeć, ona zmartwychwstała, nie jestem już wdową.

– Mam prośbę do pani, do ciebie... Możemy być na ty?
 – Tak – powiedziała, a to „tak” miało w sobie rozległe przyzwolenie na wszystko, prawie na wszystko.

Czekała teraz, że jego dłoń wyjdzie naprzeciw jej „tak”, i że zmusi ją by „tak” zawahało się, aby w końcu zgodzić się na wszystko, na prawie wszystko. Nic takiego jednak się nie stało. Drgnęła, kiedy zaczął mówić, gdyż nie spodziewała się słów:

– Chciałbym przyjść tu z farbami i przywrócić mojemu obrazowi stan poprzedni, dobrze? Otworzyła oczy i spojrzała na niego. Było w tym spojrzeniu coś zaskakującego, coś czego nigdy przedtem u niej nie widział.
– Nie – powiedziała mocno, prawie ze złością.

Przygarbił się, jakby zapadł się w siebie i półsennymi dłońmi wlał reszkę wina z butelki do kieliszka, potem wypił duszkiem. Dostał małej czkawki, zapytał gdzie może się położyć, zaprowadziła go do łóżka, pomogła zdjąć buty. Położył się, okulary ustawił na stoliku szkłami do ściany gestem serdecznym, którym od lat zdejmował je przed snem. Przykryła go zielonym kocykiem. Położyła się obok, powiedziała: „A ja mam dzisiaj urodziny”, ale chyba nie usłyszał, przytulił się do niej i zasnął.


Tomasz Jastrun 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas