poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Lokalni hodowcy „korzeni”
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)


Pod koniec lipca tego roku odbyła się w Krakowie dyskusja panelowa „Literackie rozrachunki ze środkowoeuropejską mitologią”, w której uczestniczyli pisarze z Czech, Słowacji, Węgier, Ukrainy i Polski. Niektórzy z nich byli wyraźnie zniecierpliwieni ciągłym wałkowaniem tematu Europy Środkowej. Andrzej Stasiuk powiedział wprost: „Guzik mnie ta stara panna obchodzi. Nie sądzę, abym miał Europie Środkowej coś do powiedzenia”. A Michal Hvorecký, młody słowacki pisarz (wybór przekładów jego opowiadań zatytułowany „W misji idealnej czystości” wydało w roku 2002 Wydawnictwo „FA-art”), stwierdził, że nie widzi powodu, żeby ze specjalną uwagą pochylać się nad problematyką regionalną, ponieważ jego ambicją jest pisanie prozy, która byłaby zrozumiała dla ludzi na całym świecie. To tylko jeden z licznych ostatnio przykładów sceptycyzmu wobec tematu mniejszych i większych ojczyzn. Co sprawiło, że problematyka, którą jeszcze kilka lat wcześniej traktowano z całym nabożeństwem, budzi teraz coraz częściej ironiczne uśmiechy? Dlaczego tak szybko skończyła się zawrotna kariera literatury ‘małych ojczyzn’? Czy przyczyn tego zjawiska należy szukać w specyfice tej literatury, czy też poza nią, na przykład w działaniach polityków albo przeobrażeniach społeczeństwa? Postaram się odpowiedzieć na te pytania, skupiając uwagę na literaturze polskiej. Zacznę jednak od skrótowego przypomnienia, jak to z karierą „małoojczyźnianych” narracji było.

Na pożywce niepewności

Proza ‘małych ojczyzn’ błyskawicznie zawojowała naszą literaturę na początku poprzedniej dekady. Zaczęło się wszystko dosyć niewinnie debiutancką powieścią Pawła Huelle „Weiser Dawidek”, wydaną w roku 1987, która przyczyniła się do spopularyzowania tzw. prozy gdańskiej (przypomnę jednak, że literatura ‘małych ojczyzn’ nie jest wcale wynalazkiem ostatnich lat, bo jej początki sięgają jeszcze literatury kresowej; należy więc mówić raczej o kolejnej fali tego rodzaju pisarstwa). Nurt prozy ‘małych ojczyzn’ rozlał się szeroko w naszej literaturze po upadku PRL-u. Pisarze ochoczo zabrali się za opisywanie większych oraz mniejszych miast i regionów, odkrywanie kulturowych palimpsestów, przekopywanie rodzinnych archiwów, rekonstruowanie – w większości przypadków było to jednak hodowanie – własnych korzeni. Ukształtowały się całe środowiska literackie, które za główny cel stawiały sobie pielęgnowanie tego, co lokalne, a przez to cenne, ponieważ zapewniające uzyskanie trwałej tożsamości ufundowanej na jedności doświadczeń niewielkich społeczności. Dla przykładu wymienię tu choćby grupy twórców skupionych wokół czasopism, takich jak „Borussia”, „Śląsk” czy „Pogranicza”.

W krótkim czasie nasza literatura wyhodowała imponujący „system korzenny”. Pisarzy, którzy zajmowali się doglądaniem go, można by wymieniać długo. Dlaczego znalazło się tak wielu chętnych do rozwijania tego specyficznego rodzaju ogrodnictwa? Przyczyny są dwojakiego rodzaju, zarówno pozaliterackie, jak i literackie.

Po upadku PRL-u zaczął się okres niepewności. Zmienił się ustrój kraju, zasady funkcjonowania gospodarki, sposoby stratyfikacji społeczeństwa. Skończyło się panowanie paradygmatu romantycznego w kulturze, co obwieściła Maria Janion. Nic więc dziwnego, że pojawiły się problemy z tożsamością. W gruncie rzeczy nie było to nic nowego. W PRL-u problemy te nie zostały wcale rozwiązane, ale jedynie – zawieszone. Z jednej strony system korzenny, na którym mogła opierać się tożsamość pojedynczych ludzi albo całych grup, był po wojnie nieustannie „podcinany” poprzez choćby masowe przesiedlenia, cenzurowanie historii czy socjotechniczne manipulacje zmierzające do niwelowania podziałów społecznych. Z drugiej jednak strony, życie w państwie realnego socjalizmu dawało możliwość łatwej identyfikacji, możliwej dzięki wyrazistemu pęknięciu społeczeństwa na „ich” i „nas”; tych, którzy służą zniewalającemu systemowi, i tych, którzy starają się go na rozmaite sposoby kontestować. W pewnym stopniu mogło to ułatwiać samookreślenie ludzi, koić poznawczy niepokój, wywoływany pytaniem: „kim jestem?”. Po roku 1989 każdy musiał na własną rękę szukać odpowiedzi na to pytanie. Literatura ‘małych ojczyzn’ podsuwała odpowiedź prostą, jednoznaczną i w miarę zadawalającą: „tutejszym” (mieszkańcem regionu, miasta czy dzielnicy; cząstką wspólnoty posiadającej własną historię, zabytki, „kultowe” miejsca i przestrzenie, a poprzez to niepowtarzalnej i cennej). Tożsamość uzyskana w ten sposób miała jeszcze jedną, niepodważalną zaletę: była gotowa, łatwa w obsłudze. Ktoś, kto jej szukał, nie musiał zbytnio się wysilać. Wystarczyło, że urodził się w danym miejscu i zaakceptował twierdzenie, iż to właśnie specyfika tegoż miejsca ukształtowała go jako człowieka. Jakże to proste!

 Skupienie uwagi na pielęgnowaniu systemów korzennych pozwalało też zapomnieć o teraźniejszości. W literaturze ‘małych ojczyzn’ od początku mocno zaznaczał się rys eskapistyczny. Im bardziej świat wokół nas stawał się dokuczliwy, chaotyczny i przygodny, tym chętniej zwracano się ku szczęśliwym krainom dzieciństwa, odkrywano kolejne pokłady kulturowych palimpsestów, urządzano nostalgiczne wycieczki w przeszłość1 . Wszystko to odbywało się pod wielce chwalebnym hasłem odbudowywania pamięci zbiorowej, wymazywania biały plam historii. Nie należy jednak zapominać, że odwrócenie się naszej literatury tworzonej w poprzedniej dekadzie od teraźniejszości w dużym stopniu wynikało z bezradności pisarzy wobec tego, co działo się w „teraz”, braku literackiego „pomysłu na teraźniejszość”.

Pisarze, kreując kolejne ‘małe ojczyzny’, mieli też nieomal gwarancję uzyskania porozumienie – a i uznania oczywiście – z czytelnikami. Atrakcyjność tego rodzaju pisarstwa zasadzała się przede wszystkim na możliwości łączenia w jednym dziele literackim mitu i historii, biograficznego konkretu i swobodnej fikcji, swojskości i obcości, nostalgii i wzniosłości. Wydawało się, że oto wynaleziono niezawodną maszynkę do produkowania atrakcyjnych fabuł. Jak się okazało niebawem, maszynka ta bardzo szybko zaczęła się zacinać.

Ładnie rosło, ale zwiędło

W drugiej połowie lat 90., kiedy tzw. „trzydziestolatkowie” dostali zadyszki, a pisarze stawiający na postmodernizm ostatecznie przekonali się, że nie pozyskają u nas zbyt wielu czytelników, wydawało się, że w prozie panować będzie niepodzielnie mitografizm, i oczywiście literatura ‘małych ojczyzn’. Jednak szybko okazało się, że pisarze-ogrodnicy coraz słabiej przykładają się do swoich obowiązków, a stworzony przez nich system korzenny powoli zaczyna więdnąć. Taki stan rzeczy potwierdziło ukazanie się takich chociażby książek, jak „Prawiek i inne czasy” (1996) Olgi Tokarczuk, „W czerwieni” (1998) Magdaleny Tulli czy „Próby życia” (1998) Karola Maliszewskiego.

Powieści Tokarczuk i Tulli unaoczniły to, czego większość zafascynowanych literaturą ‘małych ojczyzn’ krytyków (2) i czytelników nie dostrzegała bądź nie chciała dostrzec: że kreowane w prozie ‘małe ojczyzny’ są w gruncie rzeczy ogromne jak… biblioteka, zawierająca całe literackie dziedzictwo. Tokarczuk stworzyła wyizolowaną przestrzeń wsi Prawiek, będącą niejako matrycą wszelkich ojczyzn. Tulli wymyśliła – nawiązując do wczesnej prozy Piotra Wojciechowskiego (3) – miasteczko ‘nomen omen’ Ściegi, w historii którego niczym w pryzmacie rozszczepiały się losy całej Europy Środkowej. Innymi słowy, obie autorki pokazały, że można bez większych problemów powołać do życia całkowicie fikcyjne ‘małe ojczyzny,’ które poskładane są z literackich puzzli. Nie był to wcale niewinny „szwindel”, beztroski pokaz kreacyjnej mocy pisarza; poddawał przecież w wątpliwość terapeutyczną skuteczność i znacznie tego nurtu literatury, który jakoby miał nam pomóc w odzyskaniu tożsamości, odbudowaniu naszej pamięci, uporządkowaniu przeszłości, zakorzenieniu w tradycji. Tożsamość okazywała się fikcyjnym konstruktem, a literatura „małoojczyźniana” – jedynie literaturą, czyli pięknym zmyśleniem.

W minipowieści Maliszewskiego wyraźnie zaznaczył się – zdaje mi się, że wbrew intencji autora – narastający schematyzm prozy ‘małych ojczyzn’ i zarazem wpisana w jej założenia intelektualna łatwizna. Główny bohater tekstu, Marcin, jest autsajderem, który nie umie znaleźć dla siebie miejsca w świecie i pogrąża się coraz bardziej w rozpaczy i beznadziei. Wystarczy jednak, że po latach bezsensownej w gruncie rzeczy tułaczki wraca do rodzinnej miejscowości, a wszelkie jego problemy z samym sobą i światem znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Chociaż wcale nie o różdżkę tutaj chodzi. Ostatnie zdania książki Maliszewskiego brzmią: „Ano wróciłem, przyjaciele. Nogi same mnie niosły, nie patrząc na rozgorączkowaną głowę. Z piekarni na rogu powiało wonią wyciąganej z pieca bułki wrocławskiej. Stare przyzwyczajenia, stara młodość. Stara Poręba. Rany, jak sądzę, miałem zasklepione” (4 ). Zaiste wielka jest moc zapachu bułki wrocławskiej… Mała ojczyzna okazuje się czymś w rodzaju kapliczki, przed którą wystarczy paść na kolana, by poczuć jej oczyszczającą moc; w tym przypadku liczy się więc jedynie wiara, zbędne jest jakiekolwiek intelektualne „przepracowywanie” problemu.

Podsumowując, rozwój prozy ‘małych ojczyzn’ zahamowany został z dwóch powodów. Ujawnienie fikcyjnego charakteru przedstawianych „światów” podkopało wiarę czytelników w ocalającą moc tego rodzaju literatury. Oczywiście zastrzec trzeba, że nie wszystkich pisarzy tego nurtu należy posądzać o celową manipulację, dosyć cyniczne podstawianie efektownej fikcji zamiast prawdy. Wydaje mi się, że na przykład Kazimierz Brakoniecki całkiem na poważnie i z poczuciem misji stara się odbudować – choćby na swój własny użytek – warmińsko-mazurską ojczyznę. Poza tym pisarze zdecydowanie przegrzali koniunkturę na wszelkiego rodzaju literackie potyczki z regionalizmami, wydając dziesiątki bardzo podobnych do siebie książek, powielając nużący schemat. Przyznaję, że byłem mocno zdziwiony, że tak właśnie się stało. W końcu proza ‘małych ojczyzn’ jest wyjątkowo podatna na wszelkiego rodzaju przekształcenia, daje możliwość nieomal dowolnego rozbudowywania o nowe wątki i tematy. Tymczasem w kolejnych książkach powtarzały się te same chwyty: kilka obrazków z dzieciństwa, przeglądanie rodzinnych archiwów (na przykład ograny do cna motyw opisywania albo nawet ożywiania rodzinnych fotografii), wyraziście zaznaczona postać Obcego, odkrywanie śladów obcej kultury połączone z drobiazgowym katalogowaniem przedmiotów, badanie mechanizmów pamięci… Czyżby w tym przypadku zadziałał poznawczy i artystyczny minimalizm pisarzy?

Nowe „kłącza”

 Na szczęście nie wszystkich. Rozrastanie się w naszej literaturze systemu korzennego zostało w ostatnich latach zdecydowanie spowolnione, ale za to pojawiły się nowe, interesujące „kłącza”. Pisarze zaczęli po prostu poszukiwać bardziej atrakcyjnych rozwiązań. Wskażę kilka przykładów.

Jerzy Limon („Wieloryb. Wypisy źródłowe”, 1998, „Koncert Wielkiej Niedźwiedzicy”. „Kantata na jedną ulicę, siedem gwiazd i dwa głosy”, 1999) i Mariusz Sieniewicz („Prababka”, 1999) wzbogacili narrację „małoojczyźnianą” elementami autotematycznymi. Powieści tych autorów jednocześnie przybliżały prywatne ojczyzny i prezentowały mechanizmy powstawania ich tekstowych wizerunków. To, co u innych pisarzy tworzących podobne opowieści było ukryte – fikcyjność wykreowanego świata, otwarcie na nieskończoną przestrzeń biblioteki – u Limona i Sieniewicza zostało wyciągnięte nieomal na plan pierwszy.

Inaczej z ogranym schematem radził sobie Artur D. Liskowacki (5). Szczeciński pisarz dał się poznać początkowo jako autor dosyć typowych historii o powikłanych losach rodzinnego miasta (już same tytuły wskazują na wtórny charakter tej prozy: „Ulice Szczecina”, 1995, „Cukiernica pani Kirsch”, 1998). Jednak w ostatniej powieści, „Eine kleine (quasi una allemanda” wydanej w roku 1999, dzięki prostej modyfikacji jednego motywu udało się Liskowackiemu stworzyć w prozie małych ojczyzn całkiem nową jakość. Zazwyczaj pojawiał się w niej Obcy (mogła to być konkretna osoba, albo po prostu inna kultura bądź jej pozostałości), występujący w roli katalizatora przyśpieszającego krystalizowanie się tożsamości głównego bohatera. Autor „Eine kleine…” całkowicie odwrócił perspektywę oglądu ‘małej ojczyzny’, głównymi bohaterami powieści czyniąc Obcych, a dokładniej niemieckich mieszkańców Szczecina, którzy po wojnie pozostali w Polsce. Ich głosy układają się w kunsztowną „sonatę” tekstową, przedstawiającą rozpuszczanie się resztek niemieckiego Szczecina w żywiole nowych – jak by powiedział Uniłowski – „kolonizatorów” miasta leżącego nad Odrą.

Krzysztof Fedorowicz w niewielkiej książeczce zatytułowanej „Imiona własne” (2000) przybliżył czytelnikowi przestrzenie Śląska. Uczynił to jednak w sposób dość specyficzny, inspiracji poszukując z jednej strony w śląskich esejach Henryka Wańka, z drugiej – w dziele Marcela Prousta. Książkę Fedorowicza nazwać można wariacją onomastyczną, ponieważ punktem wyjścia rozsnuwanych przezeń opowieści są nazwy miejscowości, jezior i lasów. Nic dziwnego, skoro autor uważa, że „nazwa może przywodzić doprawdy szerokie i inspirujące skojarzenia, może smakować jak dobre ciastko, jak – powiedzmy – magdalenka” (6) . I pozwala swobodnie rozwijać się owym skojarzeniom, co sprawia, że tekst przyjmuje formę mozaiki, składającej się z heterogenicznych fragmentów: miniesejów, „wypisów z krajobrazu”, zapisów snów, legend, notatek z podróży. W tak różnorodnej materii wyrazistość wątków i motywów „małoojczyźnianych” zaciera się, ale przez to obraz prywatnej ojczyzny autora nabiera niespodziewanej głębi. Wplatanie tematu ‘małej ojczyzny’ w wiązkę innych tematów ukazywanych w danej książce, to kolejny sposób na poradzenie sobie ze schematycznością narracji „korzennych”. Ostatnio dosyć często wykorzystywany i przynoszący godne uwagi efekty. Dla przykładu wymienić można kolejną książkę poświęconą Śląskowi – „Nagrobek Ciotki Cili” (2001) Stefana Szymutki, w której uwagi autora o „śląskości”, Ślązakach i tamtejszych przestrzeniach towarzyszą rozważaniom na temat kryzysu współczesnej humanistyki; w której wspomnienia gry w „fuzbal” na hałdach zestawione są medytacjami o filozofii Heideggera czy Derridy.

Wydaje się, że proza ‘małych ojczyzn’ najlepsze lata ma już za sobą. Chociaż wciąż podejmowane są przez pisarzy próby – dowodzi tego choćby powyższy, pobieżny przegląd tekstów – wypracowania nowych chwytów, pozwalających na jak najpełniejsze przedstawienie problematyki korzennej. Nie można również wykluczyć, że nagle ten rodzaj prozy wróci do łask. Wystarczy przecież niewielki impuls ideologiczny czy wręcz polityczny. A takiego dostarczyć może na przykład wejście Polski do Unii Europejskiej, bo wtedy rozmaite ugrupowania polityczne zechcą pewnie zagrywać kartą regionalizmu. A literatura może być w tej grze pomocna.

Czy korzenie są potrzebne?

 Na koniec zajmę się kwestią, od rozważenia której właściwie powinienem zacząć opis działań naszych lokalnych hodowców korzeni. Cała literatura ‘małych ojczyzn’ wspiera się na dogmatycznym – a więc niewymagającym dowodu – założeniu, że człowiek powinien dążyć do zdobycia trwałej tożsamości. Dlaczego mało kto próbuje przedyskutować tę sprawę? Pozornie wydawać się może, że nie ma tu nad czym dumać. Oczywiste przecież wydaje się, że dobrze ugruntowana tożsamość zapewnia poznawczy i egzystencjalny komfort, pozwala pogodzić się z tradycją, podtrzymuje pamięć. Wystarczy przecież przyjrzeć się kilku powieściom z tego nurtu, aby zauważyć, że bohaterowie, którzy nie padli jeszcze na twarz przed regionalnymi kapliczkami, są najczęściej rozdygotanymi ludzkimi strzępami, a potem, już zakorzenieni, żyją w raju pewności i stałości.

Ale czy faktycznie tożsamość jest uniwersalnym lekiem na całe zło przeszłości, teraźniejszości i przyszłości? Doświadczenie konsumenckie wskazuje, że jeśli jakiś specyfik ma zbyt wiele zastosowań, jest „do wszystkiego”, to najczęściej na dobrą sprawę nie nadaje się do niczego. Ale na bok żarty. Uzyskanie tożsamości poprzez zakorzenienie w ‘małej ojczyźnie’ nie wymaga – wspominałem już o tym – zbyt wiele wysiłku. Jednak ta „łatwizna” nie jest w tym przypadku jedynym problemem. Często zapomina się, że istnieje wiele wzorów tożsamości, pośród których możemy swobodnie wybierać. Inaczej rzecz ujmując, wybór konkretnej tożsamości jest równoznaczny z odrzuceniem innych. Konsekwencje takiej a nie innej decyzji są dosyć istotne. Tożsamość, którą proponują nam piewcy ‘małych ojczyzn’, opiera się na ciągłości tradycji, wielokulturowości i kultywowaniu pamięci. Ale pamięć jest to szczególna, bo spreparowana. Zwrócił na to uwagę Uniłowski, stwierdzając, że literatura „korzenna” „ukrywa, cenzuruje to, co ją zrodziło: pierwotne doświadczenie wykorzenienia” (7) , które wszystkim urodzonym po wojnie zafundował PRL-u. W każdym przypadku wyboru tożsamości musimy być przygotowania na tego rodzaju transakcję: dostajemy coś za coś.

Warto jednak pójść jeszcze dalej i zapytać, czy jakakolwiek tożsamość jest nam potrzebna do zachowania poznawczego komfortu? Nie trzeba od razu zagłębiać się w teksty Zygmunta Baumana, albo innych myślicieli ponowoczesnych, a wystarczy jedynie rozejrzeć się uważnie wokoło, aby przekonać się, że trwała, „sztywna” tożsamość może być w naszych czasach przeszkodą. Każdy z nas odgrywa wiele – często wykluczających się – ról społeczny, musi oswajać napierającą na niego zmienność. Zmieniamy miejsca zamieszkania, zwód, pracę, styl życia. W takiej sytuacji zaletą może stać się właśnie brak tożsamości, ciągła gotowość spotkania z „nowym”. Oczywiście, nie każdy zgodzi się na taką apologię braku tożsamości. Warto jednak uświadomić sobie, że obok świata zakorzenionych istnieje świat równoległy, którego mieszkańcom nie przychodzi nawet do głowy, aby tracić czas na hodowanie korzeni.

Robert Ostaszewski

1 Obecność elementów nostalgicznych w prozie lat 90. wnikliwie przebadał i opisał Przemysław Czapliński, zob. tegoż, „Wzniosłe tęsknoty. Nostalgie w prozie lat dziewięćdziesiątych”, Kraków 2001.

2 Oczywiście, byli również krytycy, którzy od początku sceptycznie odnosili się do tego nurtu prozy. Jednym z najbardziej konsekwentnych jej przeciwników był - i jest - Krzysztof Uniłowski, który w ostatnio wydanym tomie szkiców zarzucał wprost literaturze „małych ojczyzn” »'drobny szwindel', (...) wymyślanie historii, 'korzeni', a pewnie też -języka. Zacne intencje nie zmieniają faktu, że cichcem, w miejsce tego, co jest, podstawia się świat wymyślony, wymarzony lub wyśniony« (K. Uniłowski, „Koloniści i koczownicy. O najnowszej prozie i krytyce literackiej”, Kraków 2002, s. 25).

3 Mam tu na myśli takie powieści tego autora, jak chociażby „Kamienne pszczoły” (1967), „Czaszka w czaszce” (1970) czy „Wysokie pokoje” (1977).

4  K. Maliszewski, „Próby życia”, Kraków 1998, s. 67.

5 W ostatniej powieści Liskowacki posługuje się również chwytami autotematycznymi podobnie jak Limon i Sieniewicz.

6 K. Fedorowicz, „Imiona własne”, Kraków 2000, s. 69.

7 K. Uniłowski, dz. cyt., s. 26.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas