poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GABRIELA MATUSZEK
Kilka luźnych myśli o „małej” ojczyźnie
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)


1.
 Pierwszy (kraj)obraz zapisany pod powieką, grudki ziemi pod stopami nabrzmiałe wilgocią grobów i trawa wydeptana pod ciężarem mego dziecięcego jeszcze ciała. Czy to jest „mała ojczyzna”? Stacyjka zagubiona w krajobrazie pamięci, na której dziś już nie zatrzymuje się żaden pociąg. Wspomnienia zapachu chleba dzieciństwa, pieczonych ciast i jedliny w grudniowy wigilijny wieczór. Czy to jest ‘mała ojczyzna’? Srebrne sztućce okryte patyną czasu, ochraniającą odciski rąk babki i prababki, które układały z nich świąteczne wzory na wykrochmalonych obrusach. Wielkie portrety przodków w złotych ramach albo tanie oleodruki, wypłowiałe dziś od niezliczonych wschodów słońca. Czy to jest mała ojczyzna, punkt centralny świata, mojego świata, mityczna arche, z której wybiega kolista linia mego życia, zmierzająca do punktu wyjścia? Czy prawdą jest, że człowiek, wraz z deszczem dzieciństwa, wsiąka w ziemię? I że ta ziemia, parując w słonecznym skwarze, wchodzi w człowieka jak mgła w suchą przestrzeń liścia? Nie chcę być liściem z tamtego drzewa. Drzewa utraconego Raju i grzechu poczęcia. Posadziłam moje drzewo poznania gdzie indziej. Stworzyłam nowy pejzaż, zatrzymuję mój pociąg na innej stacji. Nie chcę ani małej, ani dużej ojczyzny. Nie chcę korzeni, bo krępują moje ruchy, nie chcę pamięci o pierwszym dotknięciu ziemi, bo przypomina mi ono nie początek, lecz koniec wędrówki. Nie chcę wsłuchiwać się w zapisane we mnie głosy, bo one paraliżują moje swobodne myślenie. Chcę być znikąd. Bez cudzej przeszłości, z własną przyszłością. ‘Non-possible. Non ens’?

 2

Czy można dziś nie mieć ‘małej ojczyzny’, własnej „prowincji”, mitycznego krajobrazu, przyklejonego tuż pod powieką, lub doczepionego na zewnątrz oka jak sztuczne rzęsy? Polska literatura ostatnich lat przypomina splątany gąszcz korzeni rozmaitych drzew, posadzonych własną lub cudzą ręką. Powroty do korzeni stały się bowiem modne. Jakby nasze korzenie wrośnięte były tylko w jeden krajobraz mentalno-duchowy. Żyjemy w złudzeniu, że tożsamość to niepodzielna jedność, a przecież budujemy siebie na styku tak wielu rozmaitych tożsamości. Powroty do prowincjonalnych ‘małych ojczyzn’ były swoistym signum temporis lat 90-tych, istotnym komponentem procesu „zaniku centrali” oraz budowania autorytetu prowincji, zepchniętej przez wiele lat do rangi kulturowego marginesu. Wraz ze zmianą kulturowego paradygmatu pojawiła się ponowoczesna literatura regionalna i zupełnie nowych znaczeń nabrały pojęcia centrum i peryferii. Powstało wiele znaczących kulturowych nisz, które zrodziły interesujące zjawiska literackie, malarskie czy teatralne. Istotną rolę zaczęły odgrywać małe prowincjonalne uniwersa sztuki (Maćkowa Ruda Andrzeja Strumiłły, Waliły Leona Tarasewicza, Biuro Literackie Port Legnica i wiele innych magicznych miejsc). Na prowincji zaczęły powstawać ważne literackie czasopisma, a znakomita większość istotnych książek opublikowanych po roku 1989 powstała poza „centrum” i odwołuje się do pogranicznych regionów polskiej geografii i kultury, sycąc się ich obrazem rzeczywistym i mitycznym: „Zmierzchy i poranki” oraz „Zagłada” Piotra Szewca, „Lida” Aleksandra Jurewicza, „Bresław” Andrzeja Zawady, „Ucieczka” i „Rekonstrukcja” Stanisława Bieniasza, poezja Bohdana Zadury, Janusza Szubera, Kazimierza Brakonieckiego, książki Andrzeja Stasiuka, Olgi Tokarczuk, by przywołać tylko najważniejsze przykłady. Także w „centrum” ukazało się wiele ważnych książek portretujących peryferyjne ‘małe ojczyzny’, sięgających do pamięci dzieciństwa: „Dom, sen i gry dziecięce” Juliana Kornhausera, poświęcone rodzinnej Wiśle powieści Pilcha, „Biały kamień” Anny Boleckiej, przewrotna śląska książka-esej Stefana Szymutki „Nagrobek ciotki Cili” i wiele innych. Powroty do kraju dzieciństwa oznaczają przede wszystkim postawienie pytania o własną tożsamość. Języka odpowiedzi szuka się najczęściej na styku mitu i historii. Ulubionym medium rozpoznawania i oswajania świata stała się „metafizyka doświadczalna” (by użyć określenia Kazimierza Brakonieckiego), której środkiem ekspresji jest „metafizyczny konkret”: wyprowadzone z własnego doświadczenia biografie ludzi, rzeczy, okolic, czasów. Konkret usytuowany we własnej ‘małej ojczyźnie’ – w określonym pejzażu i mentalności, które pozwalają najpełniej zbliżyć się do świata. Cóż bowiem lepiej nadaje się do przekazania doświadczeń własnych i cudzych niż prywatny mit, wrośnięty w kraj dzieciństwa? Powrót do korzeni to próba dochodzenia do siebie samego, odkrywania swej tożsamości poprzez penetrację własnej pamięci. Najprostszą drogą odwijania zapętlonego kłębka historii jest opowieść o dzieciństwie, także cudzym. Pojawiło się wiele książek czyniących bohatera dzieckiem zaginionych światów (np. „Weiser Dawidek” Pawła Huelle, „E.E.” Tokarczuk czy „Dom, sen i gry dziecięce” Kornhausera). Dziecko jako niewinny świadek historii stało się jednak chwytem w nadmiarze wykorzystywanym w polskiej literaturze. Podobnie jak stąpanie po cudzych śladach. Zwłaszcza śladach poniemieckich. Uprawianie metafizyki zranionych przez historię miejsc było dość charakterystycznym rysem polskiej literatury ostatniej dekady. Zainteresowanie historią ziem poniemieckich wynika z naturalnego procesu poszukiwania własnej tożsamości u pisarzy tam urodzonych. Tropienie śladów cudzego życia i obcej, zaginionej kultury jest jak zdrapywanie patyny historii, odsłanianie kolejnych warstw archeologicznych konkretnego skrawka ziemi, uczestniczenie w komunii umarłych i żywych ludzi. Taką metafizykę miejsca uprawiają Stefan Chwin i Paweł Huelle w swych gdańskich powieściach, Kazimierz Brakoniecki w warmińsko-mazurskiej poezji, czy Piotr Szewc w powieściach o zatraconym żydowskim Zamościu. Poprzez przywołanie obcej przeszłości łatwiej jest oswoić i nazwać swój świat. „Mała ojczyzna” traktowana jest wówczas również jako znak historii – znak dawany przez umarłych żywym. Staje się świadectwem ciągłości życia odbijającego się na gruzach cudzej cywilizacji. Zwłaszcza, że towarzyszy temu pamięć straty, wspólnego łańcucha wypędzeń i przesiedleń. Ten zwrot ku obcym kulturom (nie tylko zresztą niemieckiej i żydowskiej), szukanie ich śladów w zamieszkiwanych przez Polaków miastach i domach odsłania również wewnętrzną potrzebę (i konieczność) zaakceptowania wielokulturowości jako niezbędnego składnika cywilizacji europejskiej. Cywilizacji, w której nie będzie centrum, albo będzie ono wszędzie, jak powiadają profeci nowej Europy. Nowa świadomość europejska ma zrodzić się, jak niektórzy sądzą, z odkrycia wspólnoty przeznaczenia. Tożsamość europejska winna stać się – jak sądzi choćby Edgar Morin – nie tylko częścią tożsamości planetarnej, ale także pewnym jej modelem, który łączy ideę metanarodu z ideą prowincji. Pozostawmy bez odpowiedzi pytanie, czy jest możliwe zrealizowanie marzenia o Europie ojczyzn, która stałaby się swoistym amalgamatem rozmaitych narodowych pierwiastków, współtworzących nową europejską tożsamość. Kiedyś Europa była przestrzenią duchową pełniącej rolę centrum kultury łacińskiej, stapiającej w jednym tyglu poczwórne dziedzictwo judaizmu, chrystianizmu, Grecji i Rzymu. Dziś zmierza – jak się zdaje – ku społeczeństwu polimorficznemu, w którym dominuje człowiek wielokulturowy, pozbawiony własnych korzeni. Być może stanie się tak, że świadomość historyczną w niedługim czasie wyprze myślenie ahistoryczne, bo jeśli Niemcy już rozliczą własną przeszłość, Polacy ostatecznie wyzwolą się z romantycznego paradygmatu myślenia (o innych nacjach nie wspominając), to o czym trzeba będzie jeszcze pamiętać? Że wartości ponadczasowe, wyprowadzone z uniwersalnego Dekalogu, zastąpią pseudowartości, jak na przykład prowadząca do rozmaitych absurdów tzw. polityczna poprawność. Że uporządkowaną diachronię linearnej historii zastąpi wielość równoległych wątków, które rozsypią w pył nasze historyczne myślenie, i że kulturę prawdziwą wyprze coraz bardziej ekspansywna i znajdująca silne wsparcie politycznych decydentów kultura masowa?

3

Zadajmy teraz pytanie inne: w czym tkwi magiczna siła przyciągania prowincji, dlaczego wrastają w nią i obłaskawiają ją również ludzie ze zdegradowanego dziś „centrum”? Kiedy Andrzej Stasiuk pisze, że „żyć w centrum oznacza żyć nigdzie. Gdy w każdą stronę jest tak samo blisko bądź daleko, człowiek nabiera obrzydzenia do podróży, ponieważ świat zaczyna przypominać wielki grajdoł” („Dziennik okrętowy”), to instynktownie przeczuwa, że tak naprawdę, to nie ma centrum, albo jest ono wszędzie. To trochę tak, jak powiedział Pascal: środek świata jest wszędzie, a granice nigdzie. Migracja odbywa się bowiem we wszystkich możliwych kierunkach. ‘Mała ojczyzna’ jest również tam, gdzie ją wyznaczymy. Bycie u siebie i bycie obcym nie są bowiem przeciwieństwami, raczej rewersem i awersem tej samej monety. Monetę można rzucić w dowolną przestrzeń i wokół niej oznakować małe, prywatne terytorium. Oswajanie przestrzeni bywa zarazem tworzeniem własnej ‘małej ojczyzny’. Ucieczka na peryferie jest gestem znaczącym, jest znakiem wsłuchiwania się w samego siebie. Droga do siebie może prowadzić bowiem ku początkowi – do miejsc dzieciństwa, lub w stronę końca: do miejsc, które sprzyjają rozpoznaniu i ostatecznemu zaakceptowania świata. Takim miejscem może stać się właśnie prowincja. Na peryferiach czas bowiem biegnie wolniej, życie odbierane jest jako ciągłe następstwo dni i nocy, powoli odwija się nitka prowadząca do wieczności, można więc spokojnie przyglądać się przyjmowanym przez nią kształtom. Prowincja posiada wiele zalet jako układ kształtujący artystę: oferuje naoczność związków międzyludzkich, bliskość, poczucie bycia w środku, bo prowincja przecież nie ma peryferii. A przede wszystkim jest szkołą tęsknoty, na co już przed laty zwrócił uwagę Sławomir Mrożek – świat jest tak daleko, że można za nim tęsknić, a tęsknota i niepokój są wszak najlepszymi bodźcami dla stworzenia wiersza. Nie ufajmy jednak do końca tym, którzy wprowadzają nas w przestrzeń swej mitycznej ‘małej ojczyzny’. Archeologowie pamięci wydobywają czasem piękne, ale fałszywe skorupy. Albo próbują wygrywać stare melodie na odkurzonych instrumentach. Język prywatnego mitu jest bowiem jednym z najprostszych języków przekazywania prawdy o świecie. Inne języki są o wiele trudniejsze. Prowincjonalne ‘małe ojczyzny’ mają także tę zaletę, że pozwalają się dobrze sprzedać. Tak jak muzyka „folk”, kochana przez masową kulturę. Receptą na literacki sukces może być pisanie o utraconym miejscu, któż z nas bowiem takiego miejsca nie utracił? Nostalgia zamyka jednak drogę do pozbawionego uprzedzeń obcowania z teraźniejszością. Nie ufajmy także tym, którzy we własnej prowincji sytuują środek świata. Prawda o świecie rodzi się na styku różnych perspektyw i oglądów świata, w ustawicznym dialogu między centrum i peryferiami. Uważajmy, aby żaden z tych ponętnych mitów nie stał się rodzajem praktykowanej utopii.

Gabriela Matuszek 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas