poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
WŁODZIMIERZ MACIĄG
Mała ojczyzna i kondycja ludzka
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)

  Człowiek jest istotą dającą się zrozumieć w kilku co najmniej wymiarach i dlatego tak trudno jest go zdefiniować. Przypominam tę oczywistość w kontekście problemu, który nas tu zajmuje: nasza osobowość ma być objaśniona poprzez opozycję „uniwersalizmu” i ‘małych ojczyzn’, poprzez to, co w nas ogólne i nielokalne – i to właśnie, co lokalne i tą lokalnością ograniczone. Czy można zatem powiedzieć, że cząstkę próbujemy w ten sposób przeciwstawić całości? I że w stosunku tym nie ma zatem opozycji, różnicy jakościowej, jest tylko różnica ilościowa i większy człon nierówności wchłania, czy też wchłonąć może, wszystkie, ale to dosłownie wszystkie treści członu mniejszego?

Nie przyjmujemy takiego rozumienia – powiedzą obrońcy ‘małych ojczyzn’, ponieważ wiemy (i mamy to w naszym doświadczeniu), że pewna część, a może i większość treści duchowych, jakie obejmuje to pojęcie, nie mieści się w zasobie doświadczenia uniwersalnego. I dobrze czujemy, czego bronimy.

Należę do tych, którzy rozumienie to zasadniczo odrzucają. Jest to opozycja fałszywa i, co za tym idzie, myślowo jałowa. Lecz utrzymuje się ona i ma swoich wytrwałych obrońców na różnych poziomach myśli, posługują się nią socjologowie i publicyści, pedagogowie i twórcy ideologii politycznych. Ten sposób myślenia, a co gorsza – oceniania, wartości duchowych, jest, jak dobrze wiemy, bardzo stary. Pełno go w Biblii Starego Testamentu (w Nowym Testamencie znika zupełnie). Pełno go w piśmiennictwie szlachty polskiej, ujścia szukał sobie w literackim mesjanizmie, na koniec podpowiadał najzupełniej fałszywy dowcip o najweselszym baraku w obozie socjalistycznym. A teraz zaczyna być pojmowany jako metoda obrony przed anonimowością i trywialnością kultury masowej, przed wyjałowieniem duchowym, jakie niesie konsumpcjonizm, przed relatywizacją znaczeń kulturowych – słowem – przed wszelkimi zagrożeniami, jakie niesie czas nadchodzący.

Zarówno trwałość, jak i wciąż odnawiająca się siła przeświadczenia o jakim mowa, zachęcają do refleksji. Jak się to dzieje, że myślenie, czy też odczuwanie oparte na fałszywym i mało pożytecznym fundamencie, okazuje się tak trwałe i wpływowe? Dlaczego wciąż szukamy w nim wyjaśnienia naszych porażek, czy też problemów duchowych, mówimy o syndromie wygnania i odnajdywania korzeni, a wreszcie zakładamy, że odnalezienie tych korzeni uwolni nas od jakiegoś zła, czy nawet zbawi odnalezionym poczuciem zgody z naszym przypadkowym istnieniem? Uświadommy sobie poza tym, że każda próba odpowiedzi kieruje nas nieuchronnie ku podstawowym problemom naszej śmiertelnej egzystencji, co niesie nieskończoną ilość opinii. Ograniczymy się więc do jednej niepewnej próby myślowej, poprowadzonej jako kontynuacja przemyśleń opisanych w mojej książeczce „Czy świat jest dla nas?”, opublikowanej w zeszłym roku.

Punktem wyjścia dla tych uwag będzie pewien sposób rozpoznawania świadomości, mianowicie świadomości „jako ciężaru nie do zniesienia”, świadomości niosącej poczucie obcości wobec otoczenia ludzi i rzeczy, poczucie niezrozumienia, albo wygnania i samotności. Takie rozumienie przyjmowane bywa na ogół niechętnie, bo oczywiście nie sprzyja ono wzmacnianiu więzi miedzy ludźmi. Odsłania się ono wszakże naszym umysłom tym wyraziściej, tym dobitniej, im bardziej idea więzi między ludźmi wchodzi w stadium kryzysu, im większa obojętność i zniechęcenie towarzyszą inicjatywom zbiorowym, im większe jest poczucie zamazywania się znaczeń, które zawsze ludzi łączyły, takich jak rodzina, plemię, a nawet narodowość czy wyznanie.

 Idea ‘małej ojczyzny’ jest w moim przekonaniu jedną z idei obiecujących uwolnienie. Od poczucia wygnania i samotności. Od poczucia obcości ludzi i rzeczy. Od poczucia obojętności przyrody i bytu samego. Od stanu nieprzystosowania. A wreszcie – co z uporem powtarzają apologeci – od poczucia utraty tożsamości.

Ta ostatnia struktura, opisywana i analizowana na tysiące sposobów jest w moim odczuciu szczególną uzurpacją umysłu. Z naszego wielowymiarowego istnienia wybrany zostaje oto jeden wymiar, którego strzeżenie i pielęgnowanie uznaje się za rodzaj zadania życiowego. Urodziłem się w jakimś kraju, w jakimś miejscu. Gdzieś zdobywałem pierwsze doświadczenia, chodziłem do jakiejś szkoły. Na wybór tego miejsca nie miałem żadnego, ale to żadnego wpływu. I oto mówią mi, że zadaniem moim jest obudzić i wypracować w sobie kult tego miejsca i związanych z nim przedmiotów, domów, pomników, świątyń, pejzaży. Że te przestrzenno-zmysłowe powiązania są podstawową przesłanką mojej odrębności w świecie, mojej niepowtarzalnej istoty. Bez żadnej mojej intencji, bez możliwości odwołania. Rzecz oczywista, zobowiązanie moje ma sięgnąć moich władz wewnętrznych, moich spontanicznych zachowań. Nie wystarczy być członkiem organizacji partyjnej, Partię należy pokochać – jak to napisał bardzo dawno temu Jerzy Andrzejewski. Nie wystarczy zatem, aby uznać jakieś fakty i związki. Obowiązkiem jest: pokochać je. Tak osiąga się tożsamość, to znaczy uznaje się to przypadkowe miejsce za nieodwołalny wyrok losu i nakazuje mi się uznać, że to miejsce mnie obdarza. Zawdzięczam mu bowiem rozstrzygającą część znaczeń stanowiących o moim człowieczeństwie.

Co uderza najpierw w tym rozumowaniu, to czysto przedmiotowe traktowanie osoby ludzkiej. Podmiot staje się przedmiotem, odbiera mu się władzę sądzenia, aby ją potem wtórnie obudzić, ale już pod kontrolą. Świat moich uczuć przestaje być moją osobistą sprawą, ten świat uzyskuje jakby innego właściciela, który narzuca mi swoje interesy.

Obok tego pojawiają się kłopoty formalno- logiczne. Ktoś taki jak ja na przykład urodził się na Białorusi. Do szkół chodził w kilku różnych miastach i swój świat wewnętrzny kształtował poprzez związki z rozmaitymi ludźmi i w różnych środowiskach. Czy więc brak związków z jedną i ta samą przestrzenią ma być uznany za rodzaj upośledzenia?

Odnajdywanie korzeni, docieranie do korzeni, zakorzenienie – rozumiała Simone Weil zupełnie inaczej, bo jej chodziło o wypracowanie sobie imponderabiliów, o odnalezienie się w człowieczeństwie idealnym, czy też powołanym do ideału. Tak rozumiane człowieczeństwo jest z istoty swojej obce jakimkolwiek partykularyzmom.

Rozumnie pojęta tożsamość może być określona jedynie jako w pełni świadoma decyzja. Reszta jest przypadkiem, jak czystym przypadkiem są data i miejsce naszego zjawienia się na świecie. Który to przypadek może być oczywiście istotny dla ksiąg spisów i statystyk, dla służb państwowych i obliczeń demografów.

Jeśli nam zatem obiecuje ktoś jakieś duchowe profity wynikające z „odnalezienia korzeni w małej ojczyźnie” – to ma, jak sądzę, inne następstwa na uwadze. Chodzi o ten rodzaj zagrożenia, jakie niesie świadomość tragiczna. Chodzi o uwolnienie się od tej świadomości. O wejście w pewną iluzję ładu, gdzie skołataną duszę ludzką ukoić może tak poszukiwany stan wewnętrznego bezpieczeństwa. Obietnica zaprzyjaźnienia się z otoczeniem, z innymi ludźmi, ze światem. Jest to zapewne stan zbliżony do ukojenia religijnego. Ale praktyczniejszy od niego, bo zobowiązania nie są tu tak ostro bezwarunkowe, a równocześnie decyzje wewnętrzne nie są tak mocno nieodwołalne.

Ale i te trzeba opłacić kosztami, może nie olbrzymimi, ale odsłaniającymi liche strony natury ludzkiej: gotowość przedkładania jałowej wygody nad wysiłek starcia się z nieobliczalnością rzeczy. Wypracowano niegdyś taką ideę umysłu, która Stanisław Brzozowski nazwał „przyrostem świadomości”. Świat współczesny zdaje się oczekiwać od nas rozpoznania tej idei, na której opis nie ma tu miejsca. Idee przywiązań partykularnych nie dają się pogodzić z dążeniami, od których zależy być może bardzo wiele. Bo idee partykularne, warto przypomnieć, obudziła pewna sytuacja historyczna, opisywana zresztą wielokrotnie. Historycy na przykład są przekonani, że nie miał potrzeby „odnajdywania korzeni”, ani budowania swojej ‘małej ojczyzny’ człowiek społeczeństw stanowych. Swoje miejsce w świecie rozpoznawał razem ze zdobywaniem świadomości. Dopiero rozluźnienie struktur stanowych i rozpoznawana stopniowo zgroza świata jako chaosu sprzeczności, dopiero lęki przed nieobliczalnością historii obudziły pragnienie „ucieczki od wolności” – jak to nazwał Erich Fromm. W tym sensie ideę przywiązań partykularnych określić można jako jedną z form owej ucieczki, choć jest to oczywiście forma pozbawiona pierwiastka przemocy. Jeden wszakże wymiar tego wcale nie tak prostego (jakby to może wynikało z niniejszego tekstu) zagadnienia domaga się osobnej uwagi, bo odsłania się w nim bezsilność umysłu, wplątanego w swoje lęki o daremność wszelkiej decyzji. Chodzi o wyłaniające się tutaj zagadnienie źródeł powinności. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego powinności nasze coraz trudniej nam uzasadnić? Idea małych ojczyzn daje w tej mierze swój własny, dość silny im-      puls – i dlatego przede wszystkim domaga się uwagi. Sprawę tę spróbujemy omówić, wydzielając ją wszakże z rozważań o moralności jako pewnym wymiarze obejmującym całość człowieczego doświadczenia. Można sobie wyobrazić moralność bez powinności, jako kodeks mechanicznych zachowań. spełniających zamierzone i dające się określić cele. Powinność natomiast nie daje się racjonalizować, objawia się poza rozumem i poza doświadczeniem. Dobrze wiemy, że myśliciele wszelkich epok podejmowali próby uzasadnienia powinności, ale żadne z nich nie okazało się bezdyskusyjne.

Filozofowie mówią nam więc, że źródłem powinności jest sama natura człowieka, który nakazy jej odnajduje wewnątrz siebie – jak to jest w wywodzie Kanta. U myślicieli pozytywizmu źródłem powinności jest zbiorowość i jej potrzeba przetrwania. Jeszcze inne uzasadnienie znajdujemy u Bergsona: powinność może mieć dwa źródła, obok wymogów życia zbiorowego źródłem takim staje się udział w pozaosobowym i pozaludzkim pędzie życia – wtedy nie wyznacza go spisany kodeks, lecz irracjonalne poczucie łączności z energią życiową. Powinność, jaką w naturalny sposób rodzi idea małej ojczyzny, może szukać uzasadnienia we wszystkich trzech rozumowaniach. Może być jej źródłem sama natura człowieka, może być zbiorowość lokalna jako cząstka szerszych zbiorowości, może być wreszcie poczucie udziału w jakimś procesie stawania się i tworzenia, który tak urzekał Bergsona. Ale źródłem tym może być jeszcze inny wymiar człowieka, gdzie nakaz wyprowadzony jest z samego faktu zjawienia się na świecie, podobnie jak w biblijnym projekcie grzechu pierworodnego, gdzie znajduje to racjonalizację w grzechu Pierwszych Rodziców. Tutaj przestrzeń pierwszych doświadczeń racjonalizuje powinność. Te doświadczenia są niezbywalne i razem z nimi niezbywalna staje się sama przestrzeń. Jestem obarczony powinnością nie dla czegoś, ani w imię czegoś, ale w czystym procesie następstw. Staje się ona rodzajem wyroku. Sankcji nieodwołalnej. Poza moim wyborem i poza moimi intencjami. I właśnie dlatego jest bezdyskusyjna. Odzywa się tu bowiem przyrodzone człowiekowi pragnienie sankcji bezwarunkowej, które to pragnienie daremnie szuka sobie spełnienia w świecie znaczeń, jakie organizują nasz świat współczesny.

Odzywa się duch oporu, który szuka oparcia w czymś, co bezwarunkowe, nieskażone żadnym interesem. W tym sensie idea małej ojczyzny przekroczyć może wszelkie partykularne ograniczenia, wyzbywa się zaściankowości i wszelkiego rodzaju ksenofobii. I może być rozumiana jako rodzaj oparcia przeciw zagrożeniom, o jakich wspomniałem, przeciw owemu potworowi Pana Cogito, który może udusić nas bezkształtem.

Zaprzeczona na początku idea doczekałaby się na końcu apologii? Jak wszystkie idee umysłu może być po prostu praktykowana na różnych poziomach. Królestwo wolności zamieniało się już na naszych oczach w obóz koncentracyjny. Idea małej ojczyzny ma wiele danych, aby nas wieść ku wewnętrznemu spętaniu. Ale kryje w sobie także pierwiastki, których odzyskanie jest metodą duchowego przetrwania.

Włodzimierz Maciąg 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas