poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
STANISŁAW PISKOR
Uniwersalizacja lokalnego
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)

Pojęcie prowincji oznacza zacofanie, ograniczone horyzonty umysłowe, itd., słowem podrzędność. Obraz prowincji zwykle określa metropolia, najczęściej ze źle skrywaną pogardą – moim zdaniem – według następującego wzoru: p = mk² (1).

Bez względu na empiryczną sprawdzalność tej teorii względności prowincjonalizmu, spróbujmy, aby trzymać się jednak jakiegoś modelowego konkretu, ustawić nasze stanowisko archeologiczne w równej odległości pomiędzy Lublinem a Lwowem, czyli tam, gdzie leży prowincja, którą akurat znam najlepiej.

Najgłębsza warstwa pamięci to pierwsze obrazy fauny i flory widziane oczyma dziecka, potem słowa, opowieści, co w tym przypadku oznacza zasłyszaną legendę o cudownie ozdrowieńczych walorach źródełka obok klasztoru z freskiem madonny z dzieciątkiem na barokowym frontonie. Nieco powyżej, w następnej warstwie mojej pamięciowej archeologii, zgodnie z regułami psychologii rozwojowej pojawiają się wątki romansowe. Otóż pewien młody oficer zaczyna zdobywać sławę mołojecką, nie tylko skutecznie wycinając na kresach łupieżcze zagony turecko- tatarskie, wspierany szablami gołoty z sąsiedniego powiatu, ale pojawia się również na horyzoncie jako silna osobowość polityczna. Jak na zamówienie fabuły romansowej, za mąż wychodzi dwórka Marii Kazimiery, permanentnie pogrążonej w smutku z powodu bezdzietności. Młoda mężatka osiada w okolicznych dobrach, nudząc się niemiłosiernie. Nazywa się Maria Zamoyska, de domo D’Arquien, a młody oficer to Jan Sobieski.

Delikatnie omiatając miotełką faktografii serca pokrzepione „Trylogią” Sienkiewicza, można zauważyć, że nieuchronne spotkanie Marysieńki z Janem Sobieskim wynikać mogło nie tyle z reguł romansowej powieści, ile z misji rezydentki interesów francuskich na dworze polskim. Cóż to była za misja? Najogólniej mówiąc Francja, po traktacie pirenejskim, postanowiła zagrać polską kartą w polityce europejskiej. Pojawiła się więc potrzeba znalezienia wykonawcy tej idei. Wzrastające znaczenie polityczne Jana Sobieskiego jako zdolnego oficera, w połączeniu z niezbyt skomplikowaną osobowością, czyniło go naturalnym kandydatem na przyszłą wpływową postać polityczną. Rzecz jasna przy założeniu, że Marysieńka zostanie szyją tej głowy polskiego państwa. Początkowo sprawy szły dobrze, jak w scenopisie politycznym. Marysieńka umiejętnie pełniła swoją rolę, ale nagle do scenariusza wkradł się przypadek polskiej nieobliczalności – zamach na osobę dzielnego pogromcy Turków spod Wiednia. Wprawdzie zamach był nieudany, ale Jan  Sobieski po tym doświadczeniu na chwilę poczuł się mężczyzną i przestał być figurą sprawnie przesuwaną delikatną rączką małżonki na francuskiej szachownicy. Wykonał jednak tyle ruchów politycznych, że z punktu widzenia polskich interesów stał się graczem dwuznacznym, z punktu widzenia zaś francuskich – bezużytecznym. Powstał pat polityczny.

Wiktoria wiedeńska osłoniła przyszłego zaborcę Polski przed niewolą turecką, Sobieski otrzymał nie mniej oficjalnych hołdów i oznak wdzięczności niż Lech Wałęsa po upadku muru berlińskiego (jako wstępie do zjednoczenia Niemiec), ale wkrótce w ciszy gabinetów powstało porozumienie pomiędzy dworem Habsburskim a Moskwą, będące w istocie prototypem przyszłych traktatów rozbiorowych Polski.

Po śmierci Jana III Sobieskiego, królowa Marysieńka w niezbyt dużej odległości od miejsca swoich młodzieńczych schadzek ufundowała barokowy klasztor i zaraz po jego ukończeniu wyjechała do Rzymu, by ostatecznie dokonać żywota we Francji.

Przechadzając się po mojej prowincji, powinienem także zastanowić się, co to znaczy, że w okolicznych miasteczkach zaledwie szerokość ulicy dzieli sąsiadujące ze sobą katolickie kościoły i unickie cerkiewki. I tu powinienem dotknąć kulturowej interferencji bizantynizmu i katolicyzmu, jaka dokonywała się przez kilka wieków w przestrzeni pomiędzy Wilnem a Lwowem, czego refleksy dotykały od zachodu okolicznych powiatów mojej prowincji. A jeśli nie chciałbym poprzestać na ambicjach poznawczych amerykańskiego turysty, to powinienem poznać jeszcze kulturę antyczną, bo przecież tam sięgają korzenie zarówno cerkwi, jak i kościoła katolickiego.

Powstaje kilka zasadniczych pytań: co jest istotną treścią prowincji? Gdzie kończy się prowincja, a zaczyna się Europa? Czy takie rozgraniczenie jest praktycznie możliwe?

Mój prowincjonalizm lub uniwersalizm zależy od stanu mojej świadomości; od tego, na której warstwicy zatrzymam się w mojej mentalnej archeologii. Czy pozostanę na poziomie wiary w cudowną moc przyklasztornego źródła, czy utknę na płaszczyźnie historii romansowej lub militarnej, czy też potrafię te szczątkowe przekazy zrekonstruować, ułożyć w pewną całość i zobaczyć panoramę europejskiej polityki, historii i kultury, z odległymi konsekwencjami, aż do mojej obecnej sytuacji włącznie?

W średniowieczu nie istniała antynomia prowincja – metropolia. Uniwersalne centra kulturowe w postaci siedzib arystokracji leżały poza ośrodkami miejskimi, czyli w sensie przestrzennym – na prowincji. Wspólny europejski styl, począwszy od funkcji języka – początkowo łaciny, potem francuskiego, wraz z uniwersalizmem religii, form architektury, lub dworskiej etykiety umiejscowiony był na wielu prowincjach. Miasta były miejscami, gdzie arystokracja stawiała pałace, dla okresowego zamieszkania na czas pełnienia urzędów czy ważnych wydarzeń politycznych. Kultura mieszczańska miała charakter lokalny. Jej uniwersalizujący poziom i metropolitarną jakość artystyczną z biegiem lat wznosił mecenat arystokracji przyniesiony – w sensie przestrzennym – z prowincji, wzmacniany doświadczeniami cywilizacyjnymi.

Koncentracja życia wokół metropolii – to domena epoki nowożytnej, z apogeum w I połowie XX wieku. Ale już w połowie tego stulecia urbaniści z wyobraźnią próbowali wyjścia z tej coraz bardziej ciasnej przestrzeni w koncepcje miast satelitarnych albo w układy linearne wokół szlaków komunikacyjnych, czyli powracali do wczesnośredniowiecznej ulicówki, która bywała zalążkiem wielu miast, tyle że ów powrót odbywał się w wielkiej skali, podobnie jak agorą w wielkiej skali staje się powoli Internet. Tenże Internet pozwala z każdej nominalnej prowincji dotrzeć do wielkich muzeów i bibliotek. Zatem prowincja przestaje mieć sens przestrzenny, a staje się wyłącznie problemem mentalnym.

Siłą rozpędu uniwersalizm umiejscawiany jest w kręgu wielkich metropolii, gdzie więzi mają charakter funkcjonalny. Podmiotem nie jest świat jednostki, ale wielkich korporacji sterujących zachowaniami, stylem myślenia, a nawet pragnieniami i emocjami poszczególnych ludzi. W uniwersalizmie metropolii decydującym czynnikiem jest nowatorski element cywilizacyjny, co ma wielkie znaczenie, kosztem wszakże tego postępu jest wykorzenienie, atomizacja społeczna, w końcu depersonalizacja i duchowa pustka. Prowincja – odwrotnie: jest zwykle zapóźniona cywilizacyjnie, ale zakorzeniona w wielowarstwowej przeszłości. Człowiek prowincji, jeśli sięga trochę głębiej, dysponuje poczuciem własnej przestrzeni duchowej, zyskując ten nieoceniony punkt odniesienia w postaci samoświadomości tradycji swojego miejsca wobec depersonalizującego nacisku mechanizmów cywilizacji. Ta samoświadomość własnego miejsca pozwala mu zdobyć się na różnicującą perspektywę, co w rezultacie jest warunkiem każdego wolnego wyboru.

Z tego wynika dość istotne przesunięcie akcentów, a mianowicie z antynomii: prowincjonalizm – uniwersalizm, czy prowincja – Europa, na antynomię kultura – cywilizacja. W tej konfrontacji prowincja podlega wpływom dominacji cywilizacyjnej metropolii i to czasem nazywa się postępem. A ponieważ tradycje kulturowe prowincji na ogół są traktowane z pewną dozą pogardy, ruch jest jednostronny. Ale tylko do pewnego momentu. I ten moment autorefleksji wyraźnie nadchodzi z Francji, której nie można zarzucić zacofania cywilizacyjnego. A tam ostatnimi laty włożono wiele wysiłku i pieniędzy w restytucję warstwy chłopskiej. Nie farmerskiej, ale chłopskiej właśnie, bo powodem tego zwrotu nie były kwestie ekonomiczne, ale kulturowe. Francja jako pierwsze państwo we współczesnej Europie zorientowała się, na czym polega wartość pełnej struktury społecznej w planie wartości, i w prowincji dostrzegła czynnik psychicznej równowagi wobec pustki duchowej, jaką generuje współczesna cywilizacja. Te działania są praktycznym zastosowaniem idei Władysława Tatarkiewicza o wzajemnych uwarunkowaniach cywilizacji i kultury, zawartej w ostatniej jego książce „Parerga”. I ten aspekt relacji prowincja – metropolia, a w konsekwencji: prowincjonalizm – uniwersalizm wart jest – w moim przekonaniu – intensywniejszego namysłu, aniżeli adoracja koncepcji ‘małych ojczyzn’.

Liryka ‘małych ojczyzn’ i żołnierski but

Koncepcja ‘małych ojczyzn’ zyskała rangę doktryny politycznej, według dość prostego rozumowania: skoro totalitaryzmy XX wieku wyprowadzone zostały z XIX-wiecznej koncepcji silnego państwa o konsekwencjach nacjonalistycznych, a z nacjonalizmów wyprowadzono dwie wojny światowe, to należy dążyć do osłabienia państw poprzez dowartościowanie regionów, czyli wypromowanie ‘małych ojczyzn’, aby w przyszłości uniemożliwić powstanie nowych nacjonalizmów. Do tego dołączono jeszcze akty oskarżenia wobec racjonalizmu, scjentyzmu a nawet zwykłej logiki, bo i stąd ponoć miały pochodzić źródła tego zbrodniczego wieku. Wobec tego trudno się dziwić, że zabrakło odpowiedzi na tak proste pytania jak choćby: co oznacza pojęcie silnego państwa? Albo: czym różni się siła państwa opartego na obywatelskim poszanowaniu praw, wolności i demokracji, od siły państwa opartego, na przykład, o pruski dryl czy wschodnią mistykę, lub zrutynizowaną bizantyjską hierarchiczność, sięgającą tradycji domostroju w Rosji. (Nawiasem mówiąc, ta ostatnia przyczyna pochodziła nie z pozytywistycznego racjonalizmu, ale właśnie z tak umiłowanego przez tych teoretyków irracjonalizmu). Pominięto więc fakt, że przecież z tych dwu, jakże różnych źródeł wypłynęły oba totalitaryzmy XX wieku, ze swymi zbrodniczymi skutkami na masową skalę. Mimo to doktryna ‘małych ojczyzn’ stała się modą, dogmatem podanym do wierzenia i kolportażu, choć to i owo już wiedzieliśmy znacznie wcześniej choćby z książek Ericha Fromma.

Problem ‘małych ojczyzn’ pojawił się jako jeden z najważniejszych postulatów w ruchu kontrkultury (choć nie używano wówczas tego pojęcia) i był traktowany jako antidotum na mechanizmy uniformizacji kultury Zachodu. Po odkurzeniu opakowano ją w postmodernizm i około roku 1989 ‘niewidzialna ręka rynku’ dostarczyła tę ideę do Europy Środkowej. Przesyłka została starannie zaadresowana na kraje postkomunistyczne w czasie psychicznego odreagowywania na realny socjalizm, kiedy rozpadały się struktury słusznie minionego systemu, a jeszcze nie powstały struktury systemu demokratycznego, czyli w momencie nieuniknionego chaosu na wszelkich możliwych planach życia społecznego.

W propagandowym zapale działania na rzecz ‘małych ojczyzn’ zapomina się, że uśpionym potencjałem ‘małej ojczyzny’ jest etnocentryzm, a w skrajnych przypadkach także i mistyka ziemi, która przecież była znaczącą pożywką dla faszyzmu. ‘Heimat’ – to kategoria emocjonalnego przywiązania do miejsca, gdzie czynnikiem wiążącym z miejscem jest moja ziemia, moja kultura. A to już ma w sobie element rywalizacji: mojej ziemi, mojej kultury, mojej małej ojczyzny – z twoją. Moment, kiedy rywalizacja przekształci się w konflikt, jest kwestią okoliczności, nie ma wiec żadnych gwarancji długotrwałej sielanki. Najnowszym przykładem realności tego zagrożenia były ostatnie wojny bałkańskie, których źródłem był właśnie etnocentryzm ‘małych ojczyzn’ Jugosławii, raptownie zamieniony na agresywne nacjonalizmy, gdzie katalizatorem był fakt rozpadu federacyjnego państwa.

W ten sposób doszliśmy do epokowego odkrycia, że kij ma dwa końce: nacjonalizmy mogą pochodzić zarówno z pewnych koncepcji silnego państwa, jak i jego przeciwieństwa w postaci odpowiednio wyemancypowanych ‘małych ojczyzn’, a wówczas tkliwa liryka miłości do ‘Heimatu’ nagle może zamienić się w marsz podkutych butów. Ta możliwość nie jest jakąś wiedzą tajemną, a mimo to maszyna propagandowa na rzecz wpajania idei ‘małych ojczyzn’ pracuje na pełnych obrotach, często łącząc koncepcje małych ojczyzn z ideą wielokulturowości. I wielu intelektualistów bierze w tym udział, jakby nie zauważa, że mitologizacja ‘małych ojczyzn’ ma cele nie mniej instrumentalne od idei wielokulturowości pojmowanej horyzontalnie, by nie rzec – etnograficznie.

Europa Zachodnia z niepokojem obserwuje procesy zmierzające do krystalizacji centrów skupionych w Azji i Ameryce. Do wyobrażenia jest sytuacja, kiedy z Ameryki do Rosji lub Chin czy Japonii będzie bliżej przez Władywostok aniżeli przez Paryż czy Berlin. W tej sytuacji tendencja konsolidacyjna Europy Zachodniej i Środkowej w formie w miarę jednolitej struktury, jako trzeciego partnera w tej grze globalnych interesów, wydaje się racjonalna. Co do tego nie ma wątpliwości, natomiast dyskusyjna jest wciąż kwestia, jak ma wyglądać ta przyszła wspólna Europa? Jak wiadomo – ścierają się tu dwie koncepcje: Europy ojczyzn i Europy regionów.

Unia państw kierować się będzie parytetem wpływów politycznych, wyznaczonych już wstępnie w Nicei, opartym na kryterium demograficznym poszczególnych państw. Natomiast Unia regionów, już z samej definicji zminimalizowałaby rolę państw, co oznacza, że wpływ, wprost proporcjonalny do osłabienia znaczenia państw (przy równoczesnym upodmiotowieniu regionów), miałaby centralna biurokracja w Brukseli. Niechęć wielu państw, w tym także i Polski, do tego rozwiązania niekoniecznie wynika z tego, że ta centralna biurokracja już teraz w stylu działania niekiedy przypomina połączenie Kafki ze Związkiem Radzieckim; powodem jest także to, że ma ona skłonności do alienacji, jako wynajęta, dobrze płatna służba świadoma swego grupowego interesu.

Misją brukselskiej biurokracji jest dystrybucja środków materialnych Unii, bez odpowiedzialności za skutki ich wytworzenia. Jeśli w jakimś państwie UE (lub krajów kandydujących) powstaną napięcia społeczne lub oznaki kryzysu (także wskutek polityki centralnej biurokracji), wówczas uruchamia się elegancką formułę nieingerencji w wewnętrzne sprawy państwa członkowskiego. To jest przecież formuła jawnej dysproporcji pomiędzy zakresem władzy a odpowiedzialnością, czyli: władza bez odpowiedzialności, ale z poczuciem grupowego interesu tej urzędniczej korporacji. Specyfika sytuacji stwarza warunki, w których biurokracja ta łatwo może stać się uzależniona od tych państw, które dostarczają największych wpływów materialnych (źródeł władzy dystrybucji). A pod tym względem największe znaczenie ma silna gospodarka państwa niemieckiego. Zamiana wpływów ekonomicznych na polityczne, przy pomniejszeniu znaczenia kryteriów nicejskich (demograficznych), byłaby tylko kwestią czasu.

Inne powody kierują modą na wielokulturowość. Według przewidywań demografów za 30 lat, wskutek ujemnego przyrostu naturalnego Niemców, aby utrzymać obecny wysoki poziom zamożności społeczeństwa, wynikający ze sprawnego działania wielkiej maszynerii  gospodarczej, potrzeba będzie wielu nowych rąk do pracy. Ludność państwa niemieckiego aż w 40 procentach będzie się składać z imigrantów. W tej potencjalnej sytuacji niezbędne jest wprowadzenie idei wielokulturowości w obieg społeczny, jako amortyzatora demograficznego. Ma ona z jednej strony ułatwiać adaptację przybyszów, a z drugiej łagodzić potencjalną nieufność wobec imigrantów ze strony obywateli niemieckich. Jest to racjonalne planowanie swojej przyszłości z punktu widzenia niemieckiego państwa, czego można jedynie pozazdrościć, jeśli porównać tę dalekowzroczność choćby z polską polityką wewnętrzną, niewykraczającą najczęściej poza horyzont bieżącej kadencji.

Jak ta sama idea może funkcjonować za wschodnią polską granicą, można się przekonać wskazując na problemy z uporządkowaniem cmentarza Orląt we Lwowie czy polskimi szkołami w Wilnie. Mamy więc charakterystyczną nierównowagę w praktycznym, czyli politycznym, zastosowaniu tej samej idei, która teoretycznie biorąc wydaje się głęboko humanistyczna i godna afirmacji, jednak w praktyce może wywołać zarówno efekty adaptacyjne, jak i konflikty. I znów wracamy do tego samego epokowego odkrycia, że kij ma dwa końce, a cały problem w tym, który koniec kija bierze się do ręki. Można bowiem trzymać go w dłoni, ale może też on okładać (z poślizgiem w czasie) grzbiet tych, którym miesza się pragmatyzm z modą, moda z wyborami parlamentarnymi, a wybory prezydenckie z wyborem Miss Polonia. Tak więc irracjonalizm w praktyce politycznej ma swoje konsekwencje, nie tylko w tym przypadku.

Zauważmy też, że akcja przekonywania do ‘małych ojczyzn’ czy ‘wielokulturowości’ polega na przemilczaniu motywów politycznych, natomiast ma cechy mody intelektualnej. A moda – jak wiadomo – jest bezrefleksyjna, irracjonalna: w tym sezonie nosi się buty ze ściętymi czubkami, albo ubrania z kamizelką, bo tak się nosi – i kwita! Znaczenie owego Się zostało wprawdzie nieźle zanalizowane przez jednego z filozofów, ale o tym cisza w propagandowym hałasie, nie tylko w wybiórczo referujących rzecz gazetach, ale i w Res Publice historyków idei. I znów daje o sobie znać bardzo racjonalna funkcja irracjonalizmu jako towaru eksportowego.

Już Napoleon podczas wyprawy do Egiptu zorientował się, że gra figurami idei jest bardziej efektywna od posługiwania się pułkami, w przeciwieństwie do mniej inteligentnego Stalina, który pytając papieża o liczbę dywizji – odpowiedź otrzymał wprawdzie pośmiertnie, bo w roku 1989, ale dość przekonującą.

Głębiej koteczku, głębiej!

Pojawia się zasadnicze pytanie: co jest powodem tego, że ta sama idea, skądinąd humanitarna, w porywach nawet szlachetna, może mieć tak rozbieżne konsekwencje? Analizując wpływy, odwołujemy się do odrębności części składowych, a w konsekwencji – dokopujemy się do etnocentryzmu, czyli potencjalnych konfliktów. I odwrotnie, ujmując ten problem syntetycznie, na sposób geokulturowy, dochodzimy do kwestii poczucia własnej tożsamości, ponieważ treścią pojęcia geokulturowości jest synteza doświadczeń wielu pokoleń wspólnot żyjących na danym terytorium w czasie historycznym, kiedy oddziaływały różne wpływy kulturowe. W ten sposób powstaje amalgamat tożsamości znacznie silniejszy od jego części składowych.

W moim przekonaniu problem leży nie tylko w identyfikacji wpływów, ale przede wszystkim w sposobie ich rozumienia. Czy będziemy patrzeć na to zjawisko analitycznie, wyodrębniając składniki, czy przeciwnie: będziemy widzieć tę złożoność w kategorii syntezy kultur. Tak rozumianą geokulturowość, jako syntezę wpływów kulturowych, można prześledzić na przykładzie Faulknerowskiego, powieściowego powiatu. Pisarz nie zastanawia się, na ile jego tożsamość została ukształtowana za pomocą takich składników jak tradycja afrykańska, irlandzka czy jakiekolwiek inne wpływy kulturowe, ale tworzy syntetyczny obraz, akceptując w sobie tę wielokulturowość jako pewną syntetyczną całość. I siła tego pisarstwa polega na wyrażeniu tej nowej odrębności. Jest to przykład dojrzałej syntezy wielokulturowości.

Faulkner prawdopodobnie wyczuwał ten problem intuicyjnie, inni artyści, jak na przykład Tadeusz Kantor, dochodzili do tego w długim procesie przemian: od kompensacyjnych zachowań wynikających z przeżywania alternatywy prowincja – Europa, do uniwersalizacji lokalnego. Do końca lat 60. Kantor był liderem w przenoszeniu nowych kierunków artystycznych z Zachodu do Polski. Polskę odbierał jako prowincję kulturalną Zachodu. W „Krzysztoforach” miał specjalną gablotę, w której umieszczał recenzje z francuskich gazet omawiających jego wystawy. Ten okres kompensacyjny w twórczości Kantora zakończył się, kiedy artysta po wstrząsie, także osobistym, w roku 1968 postawił na uniwersalizację lokalnego. Tworzywem artystycznym stała się jego wielokulturowa prowincja włącznie z osobistymi doświadczeniami, a pierwsze jego oryginalne dzieła takie jak „Umarła klasa” czy „Wielopole, Wielopole” zyskały niebywałą siłę oddziaływania artystycznego. Z wtórnego twórcy o kompensacyjnych odruchach nagle w wyniku tej przemiany stał się oryginalnym polskim artystą.

Radykalnym przykładem uniwersalizacji lokalnego jest twórczość Władysława Hasiora. Ten artysta bezpośrednio po studiach dokonał konfrontacji wartości polskiej prowincji ze współczesną mu europejską awangardą, najbardziej elitarną formą sztuki. Siła osobowości tego artysty polegała na tym, że nie ulegał kompleksom niższości, jak na przykład Kantor przed rokiem 1968, ale już na początku lat 60. wprowadził treści kulturowe polskiej prowincji w język współczesnej mu awangardy europejskiej (Nowy Realizm we Francji, np. Jean Tinguely; technika assamblage’u w twórczości pop-artu brytyjskiego i amerykańskiego).

Inny rodzaj uniwersalizacji lokalnego znajdujemy w twórczości Grupy Gardzienice. Jej istota polega na tym, że podejmuje ona te wątki kultury ludowej, obecne w formach kultury wysokiej, choćby romantyzmu czy modernizmu końca XIX w., które na powrót zostały wchłonięte w rzeczywistości przez kulturę ludową, podobnie jak dalsza tradycja, na przykład elementy staropolskiej kultury szlacheckiej, a nawet późnego średniowiecza. W tym sensie praktyka artystyczna Gardzienic stała się bliska idei Vinfreda Pareto o residuach kultury, a w sensie artystycznym mamy tu do czynienia z realizacją transformacji pionowej.

Przykład twórczości Hasiora i Grupy Gardzienice – to dwa podstawowe modele uniwersalizacji lokalnego, które – w moim przekonaniu – stanowią alternatywę dla politycznej mitologizacji ‘małych ojczyzn’.

 Geokulturowa wielokulturowość – pojęcie, które usiłuję zaproponować od kilkunastu lat, nie jest arbitralną konstrukcją intelektualną, ale wynika z powszechnie znanych interferencji kulturowych. W Europie Centralnej mamy wpływy kultury łacińskiej i bizantyjskiej, na Półwyspie Iberyjskim i na Bałkanach – łacińskiej i muzułmańskiej. W Bizancjum – wpływy perskie i greckie. W Rosji – bizantyjskie i tatarskie. Nawet kultury największych krajów Europy Zachodniej, jak Niemcy czy Francja, zwykłych uważać siebie za wzorzec europejskości, mają także swoich wierzycieli i łatwo wykazać, ile w swojej historii czerpały z kultury Cesarstwa Rzymskiego, ile z wpływów Północy. Kultura włoskiego renesansu, tak mocno inspirująca tzw. europejskość, ma z kolei swój dług wdzięczności wobec Paleologów jako bizantyjskich konserwatorów tradycji greckiej. Przykłady można mnożyć.

Geokulturowa uniwersalizacja lokalnego wymaga oczywiście głębszej samoświadomości kulturowej niż barwne zróżnicowanie na poziomie etnograficznym, ale właśnie z tego powodu zawiera w sobie także element uniwersalny; nie tracąc waloru lokalności choćby z powodu tożsamości miejsca. I to – moim zdaniem – jest alternatywą wobec takich antynomii jak: prowincja – Europa, czy uniwersalizm – ‘małe ojczyzny’, które nie zmierzają do redukcji sprzeczności i konfliktów nadchodzącego czasu, a nawet w przypadku nadmiernej politycznej ich instrumentalizacji – wbrew intencjom – mogą stać się stymulatorami konfliktów. Lekcja Jugosławii powinna być przemyślana. A widać – nie jest!

Geokulturowa uniwersalizacja lokalnego, odwołująca się do syntezy lokalnych kultur, uwewnętrzniając kulturowe zróżnicowania stawia na problem tożsamości. Tożsamość ta – z definicji – ma cechy uniwersalne i nie potrzebuje edukacyjnego wsparcia w idei gościnności, ani ostentacyjnego manifestowania tolerancji i partnerstwa dla udokumentowania dobrej woli i czystych intencji jako warunku wiarygodności we współżyciu narodów.

Stanisław Piskor

(1) P = prowincjonalizm; m = metropolia; k = kompensacje; czyli stopień prowincjonalności = kompensacje metropolii do potęgi drugiej, wobec większej metropolii, np. Krakowa do Warszawy, a Warszawy do Paryża, Paryża do Nowego Jorku itd. Im bardziej metropolia jest niepewna swej metropolitarności, tym wyższy stopień pogardy okazuje prowincji, i odwrotnie. A metropolia metropolii - Nowy Jork? Do czego odwołuje się Nowy Jork? Oczywiście do Wschodu, gdzie pod wpływem medytacji Zen może naładować swoje akumulatory pragmatyzmu. Ten mechanizm odnosi się nie tylko do osób czy miast, ale także i państw. Wystarczy spojrzeć na upokarzające gesty, jakich nie szczędzi tzw. rdzeń Europy kandydatom do UE w procesie integracji (mimo uzyskania poważnych korzyści na wiele lat przed ich przyjęciem). Czyż ta ostentacyjna manifestacja wyższości wobec Europy Środkowej nie jest odreagowaniem kompleksu politycznej niższości Francji wobec USA, czy też kompleksu Niemiec wobec USA, z powodu podległości militarnej i braku politycznych ekwiwalentów proporcjonalnych do znaczenia gospodarczego?

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas