poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
RENATA GORCZYŃSKA
„Jestem z Wilna”
Dekada Literacka 2002, nr 7-8 (189-190)


Gdy po raz pierwszy w życiu odwiedziłam Wilno, biorąc udział w sesji zorganizowanej przez Uniwersytet Wileński i Kowieński w 90-lecie urodzin Czesława Miłosza, w spacerach po mieście towarzyszył mi jego „Dykcyonarz wileńskich ulic”. Dzisiejsza Niemiecka nie przypomina tej, którą zapamiętał autor z czasów młodości: ciasnej, gwarnej, gęsto oblepionej magazynami tekstylnymi i sklepikami bławatnymi. W piątek o zachodzie słońca ruch na niej zamierał, zaczynał się szabas. Dziś jest dwupasmową aleją z zadrzewionym trawnikiem pośrodku, z wieloma knajpkami dla turystów. – Tu nie ma żadnych Żydów – odburknęła mi po rosyjsku młoda kelnerka.

Są. W Muzeum Żydowskim, na kirkucie, na Ponarach. Ich krew wsiąkła w ziemię, w cegły, w płyty chodnika.

6 sierpnia 1941 roku Niemcy ustanowili dwa obszary getta w Wilnie. Tydzień przedtem wymordowali 3700 mieszkańców historycznej dzielnicy żydowskiej. W dniu zamknięcia bram getta wywieźli, a potem zastrzelili blisko trzy i pół tysiąca wileńskich Żydów. Mniejsze getto istniało tylko sześć tygodni. Dziesięć tysięcy jego więźniów zabito w lasach na Ponarach, miejscu kaźni siedemdziesięciu tysięcy ofiar.

 Do większego getta zapędzono 24 tysiące Żydów. Po dwóch latach masowej eksterminacji pozostało przy życiu osiem tysięcy. Wywieziono ich stamtąd do obozów koncentracyjnych. Około dwóch tysięcy Żydów wileńskich przeżyło Zagładę w ukryciu.

W getcie wileńskim działał w głębokiej konspiracji ruch oporu – FPO, czyli Fareinigte Partizaner Organizacie, utworzony w styczniu 1942 roku. Planowano powstanie zbrojne w razie likwidacji getta. Przywódca FPO Icyk Witenberg ukrywał się na terenie getta w przebraniu kobiecym. Do władz Gestapo dotarły wiadomości o jego kamuflażu. 16 lipca 1943 roku ludności w getcie postawiono ultimatum: wydanie Witenberga lub egzekucja tysięcy ludzi. Przywódca oddał się w ręce zbrodniarzy. Jego miejsce zajął Abba Kowner. Getto zlikwidowano dwa miesiące później, 23 września. Tego dnia około stu dwudziestu młodym partyzantom udało się uciec kanałami do Puszczy Rudnickiej. Jednym z nich był Gabriel Sedlis.

Poznaliśmy się dawno temu w Nowym Jorku. Brat Gabriela, Aleksander Sedlis, lekarz z powołania, nie prowadzi intratnej praktyki prywatnej. Wykłada medycynę i leczy różnokolorową biedotę w szpitalu na Brooklynie. Gabriel, harvardczyk, ma własną pracownię architektoniczną. Średniego wzrostu, za to ze stentorowym głosem o wileńskim zaśpiewie, emanuje energią. Jej nadwyżki zużywał na stokach alpejskich, póki ciężka choroba nie zwaliła go z nóg.

Zanim Gabriel Sedlis zachorował, poprosiłam go o wywiad po obejrzeniu dokumentarnego filmu „The Partisans of Vilno”, emitowanego w PBS – amerykańskiej telewizji publicznej. Oglądałam ten film skamieniała. Po kolei stawali przed kamerą nieliczni ocaleńcy z wileńskiego FPO i najprostszymi słowami opowiadali historię podziemia w getcie, wielkiej wpadki, wielkiego opuszczenia. Ich relacje ilustrowano prostymi diagramami i planami, jakby narysowanymi ręką dziecka. Każdy mówił w tym języku, w jakim najlepiej się czuł: po hebrajsku, w jidisz, po polsku, po rosyjsku. Gabriel wybrał angielski. Parę dni potem zadzwoniłam do drzwi jego mieszkania w staroświeckiej kamienicy na Manhattanie. Gdy weszłam do holu, zobaczyłam rozwieszoną na ścianie pokaźną kolekcję czapek. Na jej widok wyrwał mi się okrzyk zdziwienia. Gabriel Sedlis roześmiał się i zaczął objaśniać:

 – Pamiątki z podróży, dary od kolegów znających moją manię, wspomnienia. Ta żółto-czarna czapeczka została przywieziona z Laponii, tu ma pani tubitiejkę chińską, a ta czarno wyszywana jest tadżycka. Takie wełniane czapki noszą portugalscy rybacy, obok czapka strzelców alpejskich, z piórkiem, a ta czerwona z granatowym pomponem to włoskie bersalieri. Tej nie muszę przedstawiać – polska rogatywka, obok sowiecka czapka generalska. A te tutaj – to moje łupy z Afryki, ręcznie tkane. Ta z długim czerwonym wisiorem jest czapką norweskiego maturzysty. A to – mój największy skarb: czapka uczniowska z gimnazjum Zygmunta Augusta w Wilnie. Ale nie oryginał, lecz rekwizyt. Przyjaciel z Polski przysłał mi ją w prezencie. Grała w filmie Wajdy i Konwickiego „Kronika wypadków miłosnych”. Taką właśnie nosiłem, to było moje gimnazjum.

– Tak jak Miłosza i Konwickiego. Słyszałam, że mieliście tam świetną polonistkę, która Miłoszowi stawiała pałę za wypracowania, z adnotacją: „Styl telegraficzny”. A jakie pan dostawał od niej stopnie?

– Dobre. Ale najlepsze miałem z rysunku.

Wchodzimy do pokoju z zegarem bijącym kwadranse, ze ścianami obwieszonymi obrazami, grafikami, rysunkami o tematyce wileńskiej. Pieczołowicie odtworzony skrawek miasta rodzinnego. Zza okna dobiegają stłumione odgłosy uliczne, co pewien czas wdziera się ryk karetki pogotowia lub policyjna syrena, bo niedaleko stąd mieści się szpital. Siadam za stołem, wyciągam magnetofon.

 – Dziękuję za kasetę z „Partisans of Vilno”. Obejrzałam ją kilkakrotnie na video. Wstrząsający film, zrobiony takimi prostymi środkami.

– Producentem filmu jest Aviba Kempner, córka kobiety, która przeżyła wojnę na polskich papierach, i amerykańskiego żołnierza. Reżyserował Josh Waletzky. Jak go po raz pierwszy nadali w telewizji, to oskarżono mnie tutaj o antypolskie stanowisko. Opowiedziałem pewną historię, pewnie się pani domyśla, o co poszło. Ponieważ należałem do sowieckiej partyzantki, no to było jasne, że z polską partyzantką nie byliśmy sojusznikami. Oczywiście, Sowieci byli tak samo zaborcami Polski, jak i Niemcy. To jasne. Ale my byliśmy także Żydami. O tym nie wolno zapominać.

Trzeba pani wiedzieć, że partyzanci sowieccy byli lepiej uzbrojeni niż polscy. Polacy mieli broń niemiecką, zdobyczną. A myśmy mieli broń ze zrzutów amerykańskich – nowoczesną, bardzo poszukiwaną. Kiedy chodziliśmy na zadania, polegające głównie na wysadzaniu pociągów, to często w drodze powrotnej organizowano na nas zasadzki, żeby nam tę broń odebrać. Ja to rozumiem, ale były także wypadki, kiedy polscy partyzanci (wszyscy mi potem tłumaczyli, że było to NSZ) zajmowali się zabijaniem Żydów. Opowiedziałem o takim wydarzeniu, którego sam byłem uczestnikiem wiosną 1944 roku. No i w prasie polonijnej strasznie mnie za tę wypowiedź w filmie „Partisans of Vilno” zaatakowano.

 – Ale w końcu tamci strzelali do was w zbożu, czy nie?

 – Ależ tak! Myśmy weszli w zboże i musieliśmy się przebić. To była potyczka! Do dziś ta sprawa mnie dręczy. No, wrócimy do tego potem.

– Próba mikrofonu. Proszę powiedzieć parę słów...
– Nazywam się Gabriel Sedlis. Urodziłem się w 1924 roku. Moim ojcem był doktor Elias Sedlis, dyrektor szpitala żydowskiego, a matką – Anna Pruzan Sedlis, która zginęła w hitlerowskim obozie zagłady na terenie Estonii. Mam starszego brata Aleksandra. Po zakończeniu wojny studiowałem we Włoszech na akademii sztuk pięknych, potem architekturę w Turynie, a Alik i jego żona – medycynę. W 1949 roku razem z ojcem, bratem i bratową wyjechaliśmy do Ameryki. Brat i bratowa są profesorami medycyny – on ginekologii i położnictwa, ona – pediatrii. A ja tutaj ukończyłem Harvard. Mam firmę architektoniczną w Nowym Jorku.

 – Zaczynamy. Pierwsze pytanie: jak by się pan najkrócej zdefiniował?

– Jestem z Wilna.

 – Słowo, jak wiadomo, wywołuje obraz. Co pan widzi, wymawiając słowo „Wilno”?

– Przede wszystkim architekturę, barokowe kościoły. To malarskie miasto. Kiedy miałem sny o jakimś pięknym mieście, nie był to Rzym, lecz coś w rodzaju Wilna. Mieszkaliśmy przy Teatralnej pod czwartym. Dom stał naprzeciwko teatru, był otoczony dużym ogrodem. Z czasów dzieciństwa mam mnóstwo splątanych wspomnień z całej Wileńszczyzny, bo prawie nie znałem innych miast. Ojciec pokazał mi Warszawę tuż przed wybuchem wojny, latem trzydziestego dziewiątego roku. Sprawiała wrażenie miasta polskiego, podczas gdy Wilno – co bardzo ciekawe – zamieszkiwało tyle samo Polaków, co Żydów. Były też inne mniejszości narodowe.

– No a gdzie w tym wszystkim Litwini?

– W moich czasach właśnie oni byli zdecydowaną mniejszością.

– Co pan najsilniej pamięta z września 1939 roku?

 – Gdy bolszewicy zajęli miasto, to od razu niczego nie można było dostać w sklepach. Wszędzie stały kolejki. Nagle baby zaczęły rozpowiadać, że Litwini przychodzą. To się wydawało bardzo dziwne, jakby teraz w Nowym Jorku powiedziano, że wkroczą Meksykanie. I nagle tanki i ciężarówki sowieckie odjechały, znów się pojawiła żywność. Pamiętam, że pierwsi Litwini przyjechali na rowerach. Najważniejsze było to, że ani nie byliśmy częścią Związku Sowieckiego, ani nie znaleźliśmy się pod niemiecką okupacją. Wilno przeżywało wtedy bardzo ciekawy okres, dotarło tam mnóstwo uchodźców z Polski. W teatrze naprzeciwko naszego domu grali: Kurnakowicz, Duszyński, Szaflarska, Hanka Bielicka. Pamiętam, jak w teatrze Halina Kalmanowiczówna grała Chopina i cała sala płakała. Działała też grupa artystyczna, pod nazwą „Ksantypa”, z Januszem Minkiewiczem i Światopełkiem Karpińskim, który potem popełnił w Wilnie samobójstwo.

Bo przecież wkrótce staliśmy się częścią Związku Sowieckiego. Znów ze sklepów zniknęło wszystko, a Litwini z dnia na dzień przemienili się w komunistów. Bardzo mnie to wszystko dziwiło i zupełnie nie mogłem zrozumieć, jak się to stało. Mogłem się z nimi swobodnie porozumiewać, bo bardzo szybko nauczyłem się litewskiego. W każdym razie Litwa w tym czasie stała się republiką pokazową. Na Białorusi panował głód, zaczęły się aresztowania i wywózki, ale na Litwie było stosunkowo lepiej. Wywożenie ludzi zaczęło się na kilka tygodni przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej. Radio BBC podało wtedy, że Rosjanie ewakuują swoje rodziny, ale to była nieprawda. Trwały wywózki tak zwanych „burżujów”, „faszystów”. Po Wilnie krążyły ciężarówki z żołnierzami NKWD. Nikt nie wiedział, kiedy i dlaczego znajdzie się wśród wywiezionych.

Sedlis milknie. Zapalam papierosa. Przypomina mi się fragment wiersza Miłosza, „Wykład IV”:

„Sezony powracające, górskie śniegi, morza,
Obracająca się niebieska kula ziemi,
A milczą, którzy biegli w artyleryjskim ogniu,
Przypadali do grudy, żeby uchroniła,
I ci, których wywożono z domu o świcie,
I ci, którzy wypełzli spod stosu krwawiących ciał.”

 – Naszą rodzinę wywieźli z miasteczka Šervientai – to znaczy ojca, bo moja babka i wujek schowali się na Teatralnej w naszym domu. Gdy wkroczyli Niemcy, to ci Litwini, co byli przedtem zajadłymi komunistami, przemienili się w równie zażartych nazistów.

– A jak wedle pana doświadczenia zachowywali się Polacy?

– Bardzo trudno odpowiedzieć na to jednoznacznie. Bo przecież każdy Żyd, który przeżył wojnę, szczególnie na Wileńszczyźnie, w pewien sposób uratował się dzięki Polakom; bardzo mało uratowało się dzięki Litwinom. Ale, naturalnie, wielu Polaków nie ukrywało zadowolenia z tej sytuacji.

Wilno w tym okresie było mekką żydowską, bo znaczna liczba Żydów uciekła tam z etnicznej Polski, a inni przesiąkali z Białorusi. Przed wojną ludność      żydowska w mieście liczyła około 60 tysięcy, ale na początku drugiej wojny dochodziła do 80 tysięcy. Systematyczna likwidacja była tak duża, że gdy ich skierowano do getta, pozostało już tylko 30 tysięcy; robiono ją głównie rękami Litwinów, przy małym udziale bezpośrednim samych Niemców.

– W chwili wkroczenia armii niemieckiej miał pan siedemnaście lat. Musiał się pan ukrywać?

– A, to bardzo interesująca historia. Jeszcze przed założeniem getta po mieście chodziły chapuny, jak myśmy ich nazywali, to znaczy hycle – Litwini, którzy łapali Żydów, tylko mężczyzn. Ci gdzieś znikali, jak się wkrótce okazało, byli rozstrzeliwani na Ponarach. Więc ludzie się chowali. Ja ukrywałem się w ogrodzie naszego domu i przeczytałem wtedy wszystkie książki, jakie znalazłem w bibliotece. W gabinecie ojca stały piękne meble z orzecha włoskiego, rodzice mieli duży księgozbiór, między innymi klasyków rosyjskich, których czytali jeszcze w gimnazjum. Przedtem do nich nie zaglądałem, bo nie znałem rosyjskiego. Nauczyłem się go właśnie w czterdziestym pierwszym roku i siedząc w krzakach czytałem z zapamiętaniem Gogola, Dostojewskiego, Czechowa. Pamiętam, jak bardzo mocno pachniała lipa.

Dozorca Antoni był naszym przyjacielem i nas krył. Codziennie służąca Marysia wyprowadzała mnie do ogrodu i zostawiała mi tam jedzenie. Ale widzę któregoś dnia, jak Antoni otwiera bramę do ogrodu i komuś wskazuje na krzaki, dokładnie w moim kierunku. Stoi przy nim dwóch Litwinów – jeden w pełnym mundurze litewskim, a drugi w cywilu, o wyglądzie typowego tajniaka. Obaj podchodzą do mnie dosłownie na odległość paru kroków. Nagle jeden z nich rozpina rozporek i zaczyna sikać prawie na mnie, gdy ja siedzę z książką Dostojewskiego w ręku, w zapachu lip. Ilekroć kwitną lipy, ich zapach przywołuje w mojej pamięci ten obraz.

 A sprawa miała się tak, że Antoni po prostu nie wiedział, że siedziałem w tej kępie krzaków i wskazał Litwinom miejsce, gdzie mogą się wysiusiać. To był jeden z dramatycznych momentów.

 – I z domu przy Teatralnej wyciągnięto pana do getta?

– W getcie znalazłem się od pierwszego dnia jego założenia. W każdym razie przyszli po nas Litwini – byłem wtedy z mamą i z babcią – i zabrali nas. Ojciec już tam był – jako naczelny lekarz szpitala na terenie getta. Żyło się od jednej czystki, jak to nazywaliśmy, do następnej. Od czasu do czasu zabierano pewną liczbę Żydów prosto na Ponary. To takie piękne miejsce za miastem, gdzie przed wojną chodziło się na pikniki – lasy, wzgórza... I ciała zrzucano do dołów.

 – Jak długo można żyć pod takim ciśnieniem bez utraty zmysłów?

– Wie pani, instynkt samozachowawczy przychodzi wcześniej niż myśl. Kiedyś stałem przy bramie getta w kombinezonie zrobionym z worków po kartoflach, nawet dość zgrabnie skrojonym. Na nim naszyte były żółte łaty, tak zwane szajny – jedna z przodu, druga z tyłu. Stoję przy samej bramie, obok kolegi z policji żydowskiej, i pewnie opowiadamy sobie jakieś dowcipy czy sprośne historie. I nagle wchodzą Niemcy. Do getta często wchodzili Estończycy lub Litwini, ale Niemcy – bardzo rzadko. Więc wkracza spora grupa Niemców w hełmach, nieprzemakalnych płaszczach, z metalowymi odznakami zawieszonymi na łańcuchach na szyi. Już sam ich wygląd budzi grozę. Wtedy był rozkaz wzięcia dwóch tysięcy ludzi, brali więc każdego, kto im się nawinął…

Przy bramie był oparty o mur duży kawał dykty, jakieś trzy metry na półtora. Obok stał jakiś człowiek i zobaczyłem, że on za przeproszeniem dosłownie sra w portki ze strachu. Odezwałem się do niego stanowczym głosem: „Weź tę dyktę!” Wziął. I ruszyliśmy w stronę Niemców ze schmeisserami. Gdy znaleźliśmy się już bardzo blisko nich, krzyknąłem: „Entschuldigen Sie, bitte! Entschuldigen Sie, bitte!” Niemcy ujrzeli, że dwóch ludzi w kombinezonach niesie dyktę, to znaczy, że oni coś robią. I z tą dyktą dotarliśmy w głąb getta, gdzie już była moja grupa i gdzie mogłem się ukryć. Ale jak mi to przyszło do głowy, do dziś nie mogę zrozumieć.

– Kiedy postanowił pan przyłączyć się do zbrojnego podziemia? I jak dowiedział się pan o jego istnieniu?

– Organizacja bojowa – FPO – była tak tajna, że rodziny ludzi, którzy do niej należeli, nie wiedziały o tym. Mój starszy brat nie miał pojęcia, że do niej przystąpiłem, ojciec też nie. O jej istnieniu dowiedziałem się od pewnego młodego lekarza, który obiecał, że pozna mnie z członkiem organizacji. Ostrzegł, abym nikomu tego nie zdradził. Ciekawe, że gdy po wojnie mówiłem o tym z moim komendantem, to okazało się, że ten lekarz nigdy nie był w FPO.

W każdym razie od dziecka interesowałem się malarstwem i grafiką, miałem bardzo sprawne ręce. Za czasów chapunów byłem siedemnastolatkiem, ale wyglądałem na piętnaście – taki chłopczyk. Wiadomo było, że jak ktoś miał ze sobą dokument z niemiecką pieczęcią, to go chapuny nie ruszały. Ktoś z grupy wpadł na pomysł, że syn doktora Sedlisa (tak mnie zawsze nazywali: syn doktora Sedlisa) potrafi pisać piórkiem tak dobrze, że wygląda to jak druk. Przyszedł więc do mnie i powiedział, że od Niemca skombinuje blankiety. Później pracowałem z kolegą-lekarzem, który też chciał mieć aryjskie dokumenty. Ze swoim teściem, który był chemikiem, dostali od Polaków wskazówki chemiczne. Ja też nauczyłem się myć litewskie paszporty i podrabiać dokumenty.

Proszę pani, ciekawa rzecz: fałszywy dokument musi wyglądać nawet lepiej niż prawdziwy. Musi być taki, że jak pani na niego spojrzy, to on patrzy na panią w sposób pewny. Stempla nie można postawić tak, żeby był zamazany. Fałszywy dokument musi ładnie wyglądać. Robiłem te rzeczy bardzo starannie. – Sobie też pan zrobił? – Sobie nie zrobiłem. Ale gdy tylko organizacja dowiedziała się, że jestem bardzo dobrym fałszerzem dokumentów, to natychmiast po mnie przysłano. A ja już od dłuższego czasu bardzo chciałem się do niej przyłączyć. No i zostałem jej członkiem.          

– Jak się odbyło pana zaprzysiężenie?

– Witka, łączniczka FPO, przyszła po mnie i zaprowadziła nas do głównodowodzącego, komendanta Abby Kownera. On kiedyś studiował malarstwo, później został poetą. I przegadaliśmy całą noc o Michale Aniele, o Leonardo da Vincim, o renesansie.

Leonardo pisał w jednym z traktatów:

 „Malarz, który posiadł znajomość natury nerwów, mięśni i ścięgien, będzie wiedział przy ruchu członka, ile nerwów i jakie są tego powodem; który mięsień, nabrzmiewając, jest przyczyną skrótu owego nerwu i jakie strony, zmienione w najdelikatniejsze chrząstki, otaczają i skupiają ten mięsień. I tak stanie się pełnym rozmaitości i wszechstronnym demonstratorem mięśni, które tłumaczą wszystkie czynności figur, i nie będzie czynił jako ci, którzy w przeróżnych postawach pokazują te same szczegóły na rękach, nogach, piersiach i grzbietach, co zaliczyć można do niemałych wad. O, malarzu anatomie! Bacz, by zbytek wiedzy o kościach, ścięgnach i mięśniach nie sprawił, że staniesz się malarzem drewnianym w dążeniu, by nagie twoje postacie ukazywały swe wszystkie wrażenia.”

Tak, rozumiem, dlaczego w czasie szlachtowania ludzi człowiek ucieka się pod obronę klasyków humanizmu.

 – No tak, mówiliśmy przez całą noc o renesansie, Kowner zaznajamiał się ze mną. A przy okazji przyglądał się temu, co robię i jak to robię.

Działała w getcie Biblioteka Gaona, jeszcze sprzed wojny, dziesiątki tysięcy tomów. Przyprowadzono mnie tam. W pewnym momencie regały z książkami się rozsunęły i zobaczyłem scenę jak w filmie: przy stole siedzieli ludzie w furażerkach i mieli przed sobą rewolwery. Na stole leżały mapy z małymi chorągiewkami, oznaczającymi miejsca partyzantów...

Człowiek, któremu składałem przysięgę, nazywał się Abrasza Chwojnik, był z Bundu. Miał jedną rękę, jak to nazywali w Wilnie, odsechłą, i on tę rękę położył na stole, mówiąc do mnie: „Słuchaj Gabik, ty teraz składasz przysięgę. Odtąd twoje życie należy do nas. Nie wolno ci nikomu o tym mówić. Musisz wykonać każdy rozkaz. Widzisz te chorągiewki? Tam walczą żydowscy partyzanci”. – A Kowner dodał: – „Niemcy mają program ostatecznego rozwiązania, więc i tak wszystkich nas zabiją. Powinniśmy zatem zbrojnie przeciwstawić się Niemcom. Chcemy zorganizować powstanie w getcie”.

W sąsiednim pokoju natarczywie dzwoni telefon. Gabriel Sedlis wstaje, wychodzi. Zatrzymuję magnetofon, zaglądam do notatek. Miłosz pisał w „Abecadle” o swoich rozmowach z Abbą Kownerem, poetą z Izraela, kiedy spotkali się w Berkeley. Przed wojną obaj studiowali na Uniwersytecie Stefana Batorego, Kowner na Wydziale Sztuk Pięknych... W Kalifornii wspominali Puszczę Rudnicką, gdzie działała zarówno partyzantka AK, jak i sowiecka, w skład której wchodzili zbiegowie z getta wileńskiego. Kowner – jak pisze Miłosz – ukrywał się po wkroczeniu Niemców i nosił habit siostry zakonnej... Jego i paru innych chroniły polskie zakonnice w jakimś klasztorze... Wrócił jednak z powrotem do getta i został przywódcą organizacji zbrojnej. Opowiadał Miłoszowi, że celowo wybrał taktykę partyzancką, a nie regularnego wojska – jak AK... Chodziło mu o to, żeby zrobić wrażenie, ze było ich mnóstwo... Co Miłosz tam pisał na zakończenie hasła o Puszczy Rudnickiej? Walki między oddziałami KGB i niedobitkami AK. I dalej coś o stałych bazach armii sowieckiej, istniejących potem przez dziesiątki lat... Powinnam jeszcze raz przeczytać Konwickiego...

 – No, już jestem. Nagrywamy dalej? Idea powstania zbrojnego wyszła właśnie od Abby, i to już w 1941 roku. Jeden z łączników FPO pojechał z tym do Warszawy. Zasadniczo cała koncepcja zbrojnego powstania w getcie warszawskim zrodziła się w Wilnie.

– Czy te obie akcje zbrojne miały być skoordynowane?

– Nie. Żydowskie Wilno przygotowywało się do powstania, które nigdy nie doszło do skutku. Nie doszło do skutku dlatego, że... no, to bardzo długa historia. W każdym razie postanowiono w którymś momencie, że jednak nie można zrobić powstania w getcie, bo wtedy to już na pewno wszystkich zlikwidują. A ponieważ może zdarzyć się cud – na przykład Amerykanie wynajdą jakąś nową broń, albo zabiją Hitlera, to nie mamy prawa skazywać wszystkich. Jeśli chcemy walczyć, to musimy wyjść z getta.

– No i wyszedł pan...

– Tak, ale zanim to nastąpiło, przeżyłem kolejną dziwną, typowo wileńską historię. Gebietskommisarem w Wilnie był wtedy Hingst, a jego zastępca nazywał się Müller. I Müller postanowił dać Hingstowi prezent: plan plastyczny miasta Wilna. To była makieta architektoniczna, ale tak duża, że zużyto na nią czterdzieści kilka płyt gipsowych o wymiarach jakieś półtora metra na osiemdziesiąt centymetrów. Müller poszedł do szefa żydowskiej policji, który nazywał się Gens i zapytał: „Zrobicie to?” „Tak”. Na to Müller: „Termin jest taki i taki” – już nie pamiętam, ile to było miesięcy. A zapłata miała być następująca: w jakichś składach złapano Żydów na kradzeniu mąki. Trzymano ich z rodzinami w więzieniu na Łukiszkach. Wszyscy mieli zostać rozstrzelani na Ponarach... Umowa była taka: jak zrobimy makietę na czas, to ci skazańcy zostaną wypuszczeni. A jak nie zdążymy, to ich rozstrzelają.

Gens zwołał wszystkich ludzi, którzy mogli być pomocni, w tym dwoje architektów – Smorgońskiego, który studiował jeszcze w Petersburgu i Florę Rom, która kończyła architekturę w Pradze. Znaleziono też inżyniera budowlanego. Każdy, kto umiał rysować, znalazł się w tej grupie. Ja też. Nie wolno nam było robić fotografii, natomiast dostaliśmy wyjątkowe zezwolenie, żeby chodzić po mieście i szkicować kościoły, w ogóle wszystkie znaczące budowle wileńskie. Nie wiedziałem wtedy, że nasza grupa była przenizana członkami podziemia, bo to dawało nadzwyczajną okazję, żeby wychodzić z getta i utrzymywać kontakty.

Kiedyś długo pracowałem nad tą makietą i widzę, jak wkracza do pracowni szef wileńskiego getta, ten Gens, który był wysokim, bardzo przystojnym mężczyzną, w mundurze litewskim. Za nim wchodzi Müller i szef Gestapo, wszyscy w mundurach. Ich mundury miały hipnotyzujący wpływ. To było straszne. Wtedy już dobrze znałem niemiecki. Oni do mnie podeszli, grzecznie wypytywali o różne budynki, a ja byłem tak zdenerwowany, że z trudem mogłem coś z siebie wykrztusić. Zauważyłem wtedy, jak jeden z SS-manów, w pięknym mundurze i w rękawiczkach z jelonkowej skóry, zauważył na podłodze kawałeczek drewna. Podniósł go, otworzył drzwiczki żelaznego piecyka i wrzucił do ognia. Przy okazji strząsnął popiół z papierosa do piecyka, żeby nie zabrudzić podłogi.Widzi pani, jakie szczegóły się pamięta?

Wreszcie plan plastyczny Wilna został ukończony, Müller chciał zrobić z niego podarunek Hingstowi na Boże Narodzenie. Pada śnieg. Wychodzą Żydzi z getta, jest ich z osiemdziesięciu, bo płyt było z górą czterdzieści. Każdą płytę niesie dwoje ludzi na czymś w rodzaju noszy. I tak idziemy przez całe miasto aż do Gebietskommisariatu, płatki śniegu wirują. Dochodzimy wreszcie do kwatery głównej. Niemcy chodzą w mundurach partyjnych, ze swastykami. Wiszą olbrzymie flagi, portrety Hitlera, i my tam wchodzimy, w obdartych ubraniach, z żółtymi łatami.

Wie pani, to było zupełnie nierealne.

– Czyli jakieś specjalne umiejętności zwiększały szansę przetrwania...

– Naturalnie! Ja pani teraz opowiem coś takiego: kiedy Niemcy wkroczyli do getta, to postanowili je znacznie zmniejszyć. I zdecydowali, że tylko ludzie, którzy pracują dla niemieckich jednostek wojskowych oraz ich rodziny (to znaczy albo żona, albo matka, albo dzieci, ale nie wszyscy razem), mają prawo do życia, a reszta – na Ponary. Przy czym małe getto zostało już zlikwidowane i Niemcy wydawali tak zwane żółte szajny – dokumenty drukowane na żółtym papierze. Podczas jednej akcji przyszli Niemcy i szukali ludzi bez żółtych dokumentów. Złapali między innymi pewną kobietę. Policjant żydowski powiedział, że to jest słynna pianistka. „Tak?” – zdziwił się jeden z Niemców. „A co ona gra?”. Na terenie getta było kiedyś gimnazjum. Poszli tam, znaleźli fortepian, ona usiadła i zagrała Beethovena. To ten SS-man powiedział: „Doskonale, ona ma prawo do życia”. Wtedy szef policji żydowskiej dodał: „Świetnie, to znaczy że artyści mają prawo do życia.” I zaczął upominać się o innych, mających jakiś artystyczny fach. Pracowałem wtedy w teatrze, robiłem scenografię. Więc Gens też mi wyrobił żółty szajn. Dziwne, że w getcie, gdzie zostało już tylko dwadzieścia tysięcy ludzi, istniał teatr, pisano wiele oryginalnych sztuk, działali poeci.

Oglądam niedużą książeczkę przywiezioną z Litwy: „Wilna Ghetto. POSTERS. Jewish Spiritual Resistance”. Składa się z reprodukcji plakatów w języku jidisz, zapowiadających koncerty, przedstawienia, odczyty.

UWAGA MŁODZIEŻ
Zapraszamy na wykłady popularnonaukowe
Sobota, 4 lipca, 19.30 – fizyka
Niedziela, 5 lipca,
19.00 – chemia
Środa, 8 lipca – literatura
Wykłady przy Straszuna 12

TEATR W GETCIE
sobota, 29 sierpnia i niedziela, 30 sierpnia o 20.30
 
KONCERT
 Chóru żydowskiego Wydziału Kultury z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej
Solo: Luba Lewicka
Orkiestra pod dyrekcją Awroma Slepa
Solistki: Tamata Hirszowicz i Anna Fejgus – fortepian
W programie:
Schubert – Fantazja f-moll na dwa fortepiany
Arenski – Suita na dwa fortepiany
Pieśni klasyczne i ludowe

ŻYDZI!
W ramach akcji pomocy zimowej
Zorganizowano loterię.
Do nabycia 5000 losów!
500 wartościowych nagród do wygrania!
Żydzi, kupujcie losy na loterię!

Teatr Getta Wileńskiego Piątek, 9 lipca 1943, 21.30
Po raz trzeci
GETTO W KRZYWYM ZWIERCIADLE
Felietony, aktualności, skecze satyryczne czyta Józef Muszkat
Bilety do nabycia w kasie teatru

 – Jak się odbyło pana wyjście z getta i ucieczka do partyzantki?

– To były bardzo dramatyczne chwile. W podziemiu każda komórka znała tylko pięć osób. Ja byłem na osobnym statusie, bo miałem do czynienia ze sztabem generalnym i nie znałem nikogo innego. Wtedy ci, co szli do partyzantki, uważali, że jak nastąpi likwidacja getta, to będziemy się bronić. A cała grupa zbrojna w getcie wileńskim liczyła najwyżej trzystu ludzi.

Kiedy nastąpiła likwidacja getta, łączniczki zawiadomiły członków organizacji o zebraniu w kwaterze głównej, która mieściła się w Bibliotece Gaona. Gdy tam wszedłem, ujrzałem, że karabiny maszynowe są rozebrane, więc zrozumiałem, że nie będziemy się bić na miejscu. Zapytałem wtedy Abbę: „Słuchaj, ja nie wziąłem swojego ‘laboratorium’. Czy mam je przynieść?” „Tak, masz je natychmiast przynieść”. To było blaszane pudełko z różnymi piórkami, chemikaliami, pędzelkami, tuszami. Zapanowała wtedy zupełna panika, bo ludzie się dowiedzieli, że będzie likwidacja, wiedziano, że idą transporty do obozów koncentracyjnych do Estonii. Nawet Estończycy przychodzili i nas brali.

Gdy Abba powiedział, że mam przynieść swoje ‘laboratorium’, poszedłem więc do domu, gdzie była moja mama i powiedziałem: „Mamo, jestem członkiem organizacji, wychodzimy”.

Gabriel Sedlis przerywa. Nie wiem, czy mam wyłączyć magnetofon. Nagrywam minuty ciszy przy stole, zza okna wdziera się jęk kolejnej karetki pogotowia. To już noc, ciężka i parna sierpniowa noc nowojorska.

 – „Mamo, jestem członkiem organizacji, wychodzimy”. Matka mi odpowiedziała: „Ja to wiedziałam. Przeczułam. Pamiętaj, zajmij się swoim bratem. Wiesz, dzieci powinny żyć dłużej niż ich rodzice. Rodzicom pęka serce, jeżeli jest odwrotnie. Pamiętaj, że jeśli przeżyjesz, najważniejszą rzeczą jest używać życia. Jak masz pieniądze, to ci je mogą ukraść, jak masz rodzinę – to mogą ci ją zabić. Ale tego, co sam przeżyjesz, nigdy ci nie zabiorą”.

Na zawsze zapamiętałem tę rozmowę. To był ostatni raz, kiedy widziałem mamę.

No, ale miałem pani opowiedzieć o moim wyjściu z getta. Z domu wróciłem do biblioteki, już ze swoim ’laboratorium’. Przeszliśmy stamtąd do warsztatów, gdzie znajdowała się ogromna tokarka. Kiedy obracało się ją wokół osi, odsłaniał się otwór, jakieś półtora metra na półtora, przykryty dyktą. To był właz. Po pewnym czasie znalazłem się w kanałach. Szliśmy dość długo kanałami miejskimi i dotarliśmy do pewnego miejsca, gdzie czekał na nas – ciekawe – członek organizacji, który był litewskim policjantem. Zaprowadził nas do innego miejsca, gdzie była zbiórka. I stamtąd ruszyliśmy do lasu, do Puszczy Rudnickiej. Tam zostaliśmy wcieleni do litewskiego oddziału sowieckiej partyzantki. Oficerami i dowódcami byli spadochroniarze z dywizji litewskiej. Mieli na sobie litewskie mundury, bardzo często szaulisowskie, i mówili do nas po litewsku.

 I ucieczka z getta od Litwinów, którzy do nas strzelali, do tego oddziału, była z początku czymś niesamowitym. Pamiętam, że wygłosił do nas mowę młody człowiek, nazwiskiem Pietras, który powiedział tak: „Wyście teraz przyszli do nas, i to jest najwyższy czas. Bo dotychczas współpracowaliście z Niemcami, żeby wygrać wojnę”. Pani wie, myśmy byli zatrudnieni przez Niemców jako niewolnicy. I on dalej mówi: „Ale jest pełno broni”. Wśród naszych dostać broń, mieć rewolwer – to było niezwykłe wydarzenie. Więc on nam dalej mówi: „Broń jest, Niemcy mają jej mnóstwo. Tylko trzeba im ją odebrać”.

I od razu wysłano nas na zadanie. Musieliśmy pójść do wieśniaków, odebrać im duże piły i spiłować druty telefoniczne na pewnym odcinku.

– Ależ to absurdalne – partyzant bez broni! I do końca wojny walczył pan w Puszczy Rudnickiej?

– Nie, to bardziej skomplikowane. Do litewskiego oddziału partyzantki sowieckiej wstąpiłem jesienią czterdziestego trzeciego roku. Wkrótce potem dostałem rozkaz pójścia do Wilna, żeby pracować z grupą terrorystyczną; przy czym była to część bojowa partii komunistycznej w mieście. Pani chyba sobie wyobraża, co by to było dla Niemców, gdyby złapali Żyda w takiej grupie! No, ale dostałem taki rozkaz. „Oczywiście – odparłem – bezwzględnie pójdę, ale czy moi dowódcy wiedzą, na co się narażają, wysyłając mnie do miasta z moim semickim wyglądem?” Oficer partyzantki sowieckiej zaczął szydzić: „Boiszsia, trusisz?” Ja na to twardo: „Muszę mieć ze sobą broń. Mam karabin, ale do automatu jeszcze nie doszedłem. Muszę mieć rewolwer.”. A on: „Tego to ja ci nie mogę zapewnić”. Zwróciłem się więc do żołnierza- spadochroniarza: „Ej, towariszcz! Idę na zadanie. Masz mi dać swój nagan”. On od razu odpiął i dał.

No i wyruszyłem do miasta. Odprowadzała mnie Witka i dwóch chłopców. W jakiejś chacie przy lampie naftowej zrobiłem sobie dokument tatarski, bo jestem obrzezany, i wymyśliłem dla siebie imię: Stefan Mustafa Dunajewicz. Tatarów i Karaimów nie ruszano, choć oni też byli obrzezani. Zrobiłem też sobie opaskę Wehrmachtu z orłem i swastyką. Jeszcze przed pójściem do partyzantki uszyliśmy sobie z zielonego koca rodzaj munduru, jaki nosili często synowie polskich oficerów. Miałem wysokie buty z cholewami oraz czapkę gimnazjalną z dużym daszkiem. Jak to wszystko na siebie nałożyłem, to miałem bardzo dobry wygląd. Naprawdę trudno było poznać.

Kiedy przyjechałem do Wilna, to wtedy dla aryjczyków wprowadzono różowe dokumenty, które chroniły przed wywiezieniem na roboty i przed wzięciem do wojska, bo Litwinów do wojska brali. Sprowadzono więc z Kowna różowy papier, jakiś litograf podrobił druk, ale niedobrze. Musiałem wyczyścić kamień ręcznie. Zrobiłem to starannie, dokument wyszedł doskonale. Po prostu sielanka. Niestety, na krótko. Ale może zrobimy krótką przerwę, napijemy się herbaty... Zaraz Joasia nam zrobi.

Gabriel Sedlis znika w głębi obszernego mieszkania. Z kuchni dobiega gwizdek czajnika, strzępy rozmowy z zaspaną żoną. Sytuacja emocjonalna przypomina mi krótki wiersz Adama Zagajewskiego, swego czasu przetłumaczony przez mnie na angielski:

„Już ustały tamte cierpienia.
Umilkł płacz. W starym albumie
widzisz twarz żydowskiego dziecka
na kwadrans przed śmiercią.
Masz suche oczy. Nastawiasz wodę
na herbatę, jesz jabłko. Będziesz żył.”

Chciałabym coś opowiedzieć Gabrielowi, układam sobie w myślach: urodziłam się w nocy z czwartego na piątego maja w klinice na Złotej, szesnastego dnia powstania w getcie warszawskim. W trakcie porodu ogłoszono kolejny alarm, leciały bomby. Pospiesznie zniesiono mnie do schronu w piwnicy, matka została na górze, bo nie miała siły czy ochoty zejść z innymi. Dużo później uświadomiłam sobie, że urodzić się o kilkaset metrów od trzymetrowego muru to jednak zasadnicza różnica.

–    No więc mówiłem, że sielanka trwała niestety krótko. Moją łączniczką była wtedy Sonia Madejska, bardzo piękna komunistka, która za czasów polskich siedziała w więzieniu. Jak to mówili w Wilnie, była zakajana, to znaczy zawodowa rewolucjonistka. I Sonia przybiega do mnie, mówiąc: „Wpadł jakiś Rosjanin i on kogoś wsypał. Tam się znajduje jakaś kobieta, która wszystkich sypie i każdy, kto przychodzi, też sypie”. Powiedziała mi, gdzie pójść i przyrzekła, że wkrótce się ze mną skontaktuje.

–    Wtedy właśnie byłem w tym niby mundurze i miałem ze sobą dwie skórzane teczki. W jednej trzymałem moje laboratorium, już powiększone – miałem wtedy blankiety niemieckie, te różowe kartki, stemple i tak dalej, a w drugiej teczce – broń oraz komunistyczne ulotki. Getto już wtedy nie istniało, Wilno było Judenfrei. Ale istniały dwa małe obozy, Kailis i HKP. W Kailisie byli futrzarze, mieszkali w takim bloku i szyli futra dla Niemców, a w HKP naprawiali samochody. Tam jednak trzymanie takich rzeczy wiązało się ze zbyt wielkim ryzykiem. Więc co ja zrobiłem: włożyłem do jednej z teczek przykładnicę, jakiej używają architekci. Jest długa, więc oczywiście wystawała. To był widoczny       znak, że gdzieś pracuję. A ponieważ pracuję, to nie jestem Żydem, który uciekł. Pamiętam doskonale, że kierowałem się w stronę Teatralnej, nieopodal mojego dawnego domu. Szedłem ulicą Pohulanka i to w taki sposób, że ominąłem obydwa rogi i celowo przeszedłem na róg, gdzie stali policjanci. Włożyłem nawet rękę do kieszeni, niby żeby wyjąć dokument, a tamci machnęli tylko ręką, że to niepotrzebne.

–    Moje dokumenty były oczywiście fałszywe, ale wtedy miałem już nagan oraz TT automatyczny. Dwa dlatego, że automatyczny może się zaciąć, a nagan jest bębenkowy, jednakże ma tylko sześć kul. No i miałem jeszcze granat. Jeżeli więc musiałbym pokazać dokument i usłyszeć, że nie jest dostatecznie dobry, to wtedy wyciągnąłbym rewolwer. A jak by mnie chcieli złapać, to bym się rozerwał granatem. Nie dopuściłbym, żeby mnie wzięli żywcem na Gestapo.

– Czy po wyjściu z getta nigdy się pan nie bał?

– Co to znaczy strach? Od chwili, kiedy stałem się członkiem organizacji podziemnej, odczuwałem bardzo silną pewność, że przeżyję. Nie wiedziałem, w jaki sposób. Gdyby mnie o to pytano, nie umiałbym tego wyjaśnić. Ale bardzo optymistycznie wierzyłem w... survival, w przeżycie.

Więc to jedna ze scen, które ciągle pamiętam. A inna wiąże się z litewskim policjantem, o którym już pani wspomniałem. On był bardzo czynny w podziemiu, brał udział w wielu akcjach przeciwko Niemcom. Jego, jak mówią w Wilnie, przekabaciła żona i przekonała, żeby zgłosił się na policjanta. Ale on miał kochankę Sowietkę i ta Sowietka powiedziała mu: „Pracujesz dla Niemców, jak przyjdą nasi, to ciebie wyślą na Syberię, a jak będziesz pracował z nami, to zostaniesz gierojem”. Ale on tego gierojstwa nie dożył, bo jego również zabrano na Gestapo. Miał brata, też litewskiego policjanta, który pod jego wpływem też coś robił dla podziemia, pracował na obie strony. Czasami mogłem u niego nocować. Godzina policyjna rozpoczynała się o dziewiętnastej trzydzieści.

Któregoś dnia poszedłem na umówione miejsce, gdzie miałem spotkać pewną osobę, ale ona się nie zjawiła. Co było robić, zastukałem więc do żony tego policjanta, który już wtedy siedział. A u niej akurat gościli Litwini – tajniacy i mundurowi, i pili wódkę.

Wchodzę w tej swojej czapce, z teczkami. Na razie nie wyglądam specjalnie semicko, daszek sięga mi nosa. Policjant, który mi otworzył, zaczął się denerwować i mówi po litewsku, żebym szybciej wszedł do pokoju i usiadł do picia. I wtedy zdejmuję czapkę. Widzę, że wszyscy się we mnie wpatrują. Proszę pani, to jest tak, jakby w Ameryce ogłoszono, że zabijają wszystkich Murzynów i nagle do domu białych wchodzi czarny człowiek. Ludność lokalna na Wileńszczyźnie ma na ogół jasną skórę, jasne włosy i na pewno nie ma takich nosów jak ja.

Więc wszyscy się na mnie gapią. A ja miałem wtedy osiemnaście lat. Ale jeden z Litwinów nalał mi pełną szklankę wódki, ja tę wódkę wypiłem i wtedy coś mi przyszło do głowy: I mówię im: „Coś mi się dzisiaj przydarzyło. Idę ulicą – zatrzymują mnie. Na dodatek nie pierwszy raz! Bo ja jestem Tatar”. I od razu słyszę w odpowiedzi: „Ależ pan niepodobny do Żyda, wcale nie!”. I tak żeśmy pili i do głowy nikomu nie przyszło więcej mnie pytać.

– Chciał pan wrócić do lasu?

 – Pani się pyta! Po wielu miesiącach nadszedł wreszcie upragniony rozkaz: „Wrócić”. Byłem bardzo szczęśliwy. Ale po powrocie do Puszczy Rudnickiej nasz komisarz partyjny – nazywał się Jurgis, Żyd litewski, który kiedyś nazywał się Zimanas, wykładał przed wojną w gimnazjum żydowskim w Kownie i bardzo ukrywał swoje pochodzenie – zadał mi następujące pytanie: „Towarzyszu Gabiku – to była moja kliczka – czy to prawda, że jak towarzysz robił dokumenty, to towarzysz stawiał specjalny znak dla Gestapo, żeby Niemcy wiedzieli, że dokument jest podrobiony?” A to był komisarz brygady litewskiej na całą Litwę.

– I uwierzył panu na słowo?

– Tak, najwyraźniej miał ankietę ze standardowymi pytaniami. Więc w partyzantce pozostałem do wejścia Armii Czerwonej. Myśmy walczyli w mieście jako tak zwany tankowyj desant, czyli za czołgami. W każdym razie walczyliśmy w Wilnie, co było dla mnie niezwykle podniosłym momentem. Wkraczając do Wilna, widziałem leżące słupy telefoniczne i biegnącą z samowarem kobietę, która nagle pada trafiona. I tank sowiecki, do którego Niemcy strzelają. Nigdy przedtem nie widziałem, żeby tank się palił. Wyskakuje z niego czołgista, ale ma już kompletnie spalone nogi. I w trakcie ogromnego napięcia cały czas widziałem piękne Wilno. Pamiętałem zabytki, plan miasta, pamiętałem, jak myśmy, jeszcze będąc w gimnazjum, oprowadzali ludzi po mieście. Wszystko to było równoczesne. Czerwiec czterdziestego czwartego.

Gabriel – myślę – jakie trafne imię. Po hebrajsku „Wojownik boży”, anioł śmierci, książę ognia i grzmotu, jeden z głównych wysłanników Boga, jak zaświadcza Księga Daniela. W Talmudzie przypada mu rola jednego z grzebiących ciało Mojżesza. Wyobrażany z potrójnymi skrzydłami; mam w domu jego figurkę z drewna wyrzeźbioną przez angelologa z Kaszub.

 – Panie Gabrielu, mieliśmy wrócić do tej historii, w związku z którą oskarżono pana w gazetach polonijnych o antypolskie stanowisko. To wydarzenie odbyło się właśnie w tym czasie?

– Prawie. Bolszewicy byli pod samym Wilnem i szli na garnizon niemiecki, żeby go rozbroić. Na polach rosło już wysokie żyto. Wtem padły strzały. W życie pokazały się białe chorągiewki, polska partyzantka. Nie potrafię powiedzieć, czy AK, czy NSZ.

Muszę w tym miejscu dodać, że nie tylko podrabiałem dokumenty, ale byłem też takim kostiumologiem – z blaszanek robiłem różnego rodzaju odznaki, gwiazdki i tak dalej. Dzięki temu miałem na sobie już pełne umundurowanie. Słowem, zaczęły się strzały i pieriegawory. Wszyscy nasi dowódcy doskonale znali polski, ale chcieli mówić tylko po litewsku albo po rosyjsku. Dali do zrozumienia, że potrzebny jest tłumacz, zawołano mnie. Miałem na sobie mundur, więc wszystko wyglądało bardzo dobrze – gwiazdki, przepasy. Oni się objęli, pocałowali. Pamiętam, że dowódcą naszej grupy był bardzo porządny człowiek, nazwiskiem Gabrys, który przed wojną nazywał się podobno Maciejko. Tamci od razu wyjęli niemieckie papierosy, Sowieci wyciągnęli camele ze zrzutów amerykańskich. Ale słyszę, że mówią do naszych: „No wiecie, my jesteśmy teraz sprzymierzeńcami, powinniśmy się połączyć i walczyć razem przeciwko Niemcom. Ale zostawcie waszych Żydków w zbożu, nie pobrudzicie sobie rąk, bo my już ich sami wykończymy”.

Nie wiem, czy oni wiedzieli, że jestem Żydem, czy też nie wiedzieli. To wielkie pytanie. Gabrys w ogóle się nie pożegnał, obrócił się i odszedł z całą grupą. To był nadzwyczaj nieprzyjemny moment.
– I wtedy zaczęliście do siebie strzelać?

– Tak, weszliśmy w zboże i musieliśmy się przebić. Ta sprawa do dziś mnie prześladuje. Ale chcę teraz coś innego opowiedzieć.

Mój ojciec był znanym lekarzem w Wilnie. Na dzień przed likwidacją zawołano go do obozu Kailis do jakiejś kobiety i już nie został wpuszczony do getta. Mój brat Alik i jego żona, mając dużo mniej semicki wygląd niż ja, ukrywali się na wsi. Ja im zrobiłem dokumenty. Gdyśmy wkroczyli do Wilna, to oni wszyscy mieszkali w Wołokumpi – to taka miejscowość, dokąd jeździliśmy przed wojną na letnisko, jakieś osiem kilometrów od miasta. Pojechałem tam, spotkałem ojca, wycałowaliśmy się i wtedy ojciec opowiedział mi następującą historię: gdy on ukrywał się koło miasteczka Suzany, przyszli partyzanci. Niektórzy mieli rogatywki, orzełki, biało-czerwone opaski. Wzięli go do kąta i powiedzieli: „Pan jest Żydem i na pewno zabił pan tego Polaka, którego ma pan dokumenty”. „Pamiętasz Gabik – mówił mój ojciec – że chłop, który nas przechowywał, nazywał się Szydejko. Partyzanci wzięli go ze sobą i w czasie jazdy grozili: ‘No, panie Szydejko, tu jest dobra sosna, to pana na niej powiesimy za to, że chowa pan Żydów.’ Wzięli nas do swojej kwatery. Wtedy twoja bratowa Mila dowiedziała się, kto jest łącznikiem i powiedziała mu, że tym doprowadzonym jest doktor Sedlis, przed wojną dyrektor szpitala żydowskiego w Wilnie. Zawołał mnie jakiś major – nikt z naszej rodziny nie może sobie przypomnieć jego nazwiska. Zapytał : ‘Pan jest doktorem Sedlisem?’ ‘Tak’. ‘To pan uratował życie mojej żonie, pan ją operował’. Odciągnął mnie na stronę i mówi: ‘Chcę się panu odwdzięczyć. Pan zostanie tutaj jako lekarz.’ Ja na to: ‘Ale ja chciałbym wrócić do Wilna’. Major odparł: ‘Proszę pana, dostaliśmy rozkaz, żeby oczyścić teren.’ I tak to, Gabiku, znalazłem się w polskiej partyzantce”.

Ja mu na to odpowiedziałem: „Tatusiu, teraz sowieccy partyzanci wkroczyli do miasta. Proszę cię, nikomu o tym nie mów, bo cię rozstrzelają”. Bardzo rzadko widziałem, żeby mój ojciec płakał. Ale wtedy płakał.

– Ocalał?

– Tak. Zmarł w Nowym Jorku. Gdy był bardzo chory i leżał pod namiotem  tlenowym po ataku serca, to mu powtarzałem: „Tatusiu, pomyśl o przyjemnych rzeczach”. Rozmawialiśmy o Wileńszczyźnie, o jeziorach zarośniętych trzciną, o tym, jak się płynie kajakiem i taki spokój tchnie...

 – Czym dla pana skończyła się wojna? Był pan jedną z niespełna tysiąca osób, które ocalały spośród 87 tysięcy Żydów wileńskich.

– To było trochę inaczej, niż pewnie pani sobie wyobraża. Jeszcze się wojna nie skończyła, gdy tymczasem nasza grupa w Wilnie już się przygotowywała do następnego etapu, to znaczy, żeby Palestyna stała się państwem żydowskim. Należałem do ugrupowania Berirah, podziemnego ruchu syjonistycznego, działającego na terenie Polski, Rumunii, Austrii i Włoch. Do jego zadań należało wywożenie Żydów, przede wszystkim z gułagów w Rosji. Chodziło o to, żeby przerzucać ich do miejsc, które będą wyzwalane przez Amerykanów lub Anglików.

Przez wileńską rodzinę Fedeckich udało mi się latem czterdziestego czwartego roku dostać do Lublina, razem z Abbą Kownerem i Witką. Wtedy było bardzo trudno o pieniądze. Poszliśmy do posła Sommersteina i powiedzieliśmy, że już nasi łącznicy, partyzanci z Równego, dotarli do Rumunii, gdzie dostali się na statek grecki, dopłynęli do Palestyny i nawiązali kontakt z brygadą palestyńską wedle ówczesnego nazewnictwa, to znaczy żydowską. Sommerstein powiedział nam na to: „Dzieci, wy jesteście dzieci, co za historyjki...”

 A myśmy musieli zdobyć pieniądze. Zdobywało się ja najróżniejszymi sposobami. Na przykład podrobiłem dokument, dzięki któremu zmienialiśmy polskie złote, już wtedy nic nie warte, na sowieckie ruble. Do banku przychodził jakiś wojskowy z teczką, z pułku takiego i takiego, liczącego tylu i tylu ludzi (tego nie wolno było sprawdzać – ściśle tajne) i wymieniał pieniądze. Ale zarówno oficer, jak i wszystkie te papiery były lipne. Nie wiem, kto wymyślał te akcje; ja byłem tylko ich wykonawcą.

Pani sobie nie wyobraża, jakie pieniądze można było robić na czarnym rynku pod sam koniec wojny. Działała grupa wielkich spryciarzy, która szła na tereny rosyjskie, kupowała złoto i brylanty za śmieszne pieniądze, szmuglowała do Polski tak zwane „kasztany”, przerzucała je do Kairu... Niesamowite historie! I ludzie z tej grupy wpadli na genialny pomysł: na terenie Lwowa i Wileńszczyzny są maszyny do pisania z łacińską czcionką, której Rosjanie przecież nie używają. I ja, pracując jako grafik na lipnej pozycji w Ministerstwie Propagandy, podrobiłem klucze i dostałem wszystkie dokumenty, jakie były potrzebne do podróży. Dano tym spekulantom papiery – prawdziwe, bo podrobiony na nich był tylko podpis. Dostali putiowki do Związku Radzieckiego, sowieckim samolotem, i zezwolenie na wzięcie ze sobą pieniędzy – niby z ramienia PKWN – żeby kupować maszyny do pisania z łacińskimi czcionkami. Po to, żeby im zapewnić safe conduct, pojechał z nimi również jeden z naszych partyzantów; to on miał na sobie pieniądze i dokumenty.

Z siedziby PKWN wyjechał willys na lotnisko, gdzie czekał sowiecki samolot. Handlarze stawili się na godzinę przed odlotem. I również o godzinę wcześniej           pojawili się pewni panowie. Można było poznać po butach i mundurowych strojach, że to tajniacy. Zażądali dokumentów i po sprawdzeniu orzekli, że są fałszywe. Zaczęli wlec handlarzy w kierunku NKWD. Ale to była długa droga. Ten nasz spekulant przed bramą NKWD zaczął jęczeć do tajniaków: „Słuchajcie, my jesteśmy Żydzi, przeżyliśmy Niemców, mamy na sobie pieniądze...” „Ile macie?” I ci tajniacy zabrali im i pieniądze, i putiowki. Ale rzekomi tajniacy to byli nasi ludzie. Więc myśmy wypłukali handlarzy z pieniędzy, ale oni natychmiast zawiadomili swoich kumpli, którzy ich chronili, między innymi majora NKWD. Kiedy mój ojciec z bratem przyjechali na lokomotywie z Wilna i rozpytywali, gdzie jest Gabik, w Lublinie nie pozostało już śladu po Gabiku.

– Właściwie bardzo mało wiemy, jak wyglądała Polska lubelska, jakie trwało tam życie codzienne, a potem ten straszliwy chaos, wędrówka ludów po wyzwoleniu obozów zagłady... Jeśli cokolwiek na ten temat się dowiedziałam, to z książek Primo Leviego. Jego relacje z tego okresu czyta się ze zdumieniem. To tak wtedy wyglądała rzeczywistość? Straszliwa i momentami śmieszna. On był kapitalnym obserwatorem...

– Tak, było strasznie i śmiesznie. Ja pani opowiem na koniec taką historię: nasza grupa z Lublina przyjechała do Sanoka z dokumentami świadczącymi o tym, że jesteśmy Grecy. Chodziło o to, żeby nikt nie mógł się z nami dogadać. Jak wiadomo, na terenie Polski znajdowali się wtedy wypuszczeni z obozów koncentracyjnych Żydzi z Salonik, którzy mówili w jidisz albo po niemiecku; tego ludzie na ogół nie rozróżniali. Ja byłem wtedy z Abbą Kownerem i Cywią Zubetkin, bohaterką getta warszawskiego. Nasz pobyt w Sanoku wzbudził jednak podejrzenia i któregoś razu taki Polak w zielonym kapelusiku, który przedtem był pewnie tajniakiem Gestapo, a potem wysługiwał się Sowietom, podszedł do nas i powiedział: „Państwo pozwolą”. I od razu nas zaprowadził do NKWD. Przypominam, że wszyscy mieli papiery greckie. Abba niósł w plecaku całe archiwum, a ja naturalnie miałem ze sobą moje laboratorium. I z tym całym bagażem znaleźliśmy się w wiadomym miejscu, gdzie nas zaczęto przesłuchiwać. Aha, ja miałem dokumenty stwierdzające, że jestem Bułgarem.

O, muszę dodać, że kiedy jeszcze byliśmy w partyzantce, to wysadziliśmy kiedyś pociąg, z którego uratowali się jacyś ludzie we włoskich mundurach. Okazało się, że byli to jugosłowiańscy partyzanci, którzy nosili te mundury dla zmylenia wroga. Oni się z nami wtedy połączyli. Od nich nauczyłem się przeważnie sprośnych piosenek po serbochorwacku i dzięki temu trochę poznałem ten język. Na poczekaniu wymyśliłem w NKWD niby bułgarski – mieszankę rosyjskiego, z wtrętami serbskimi i litewskimi. I wygłosiłem wtedy mniej więcej taką przemowę: „Szanowni towarzysze, my jesteśmy partyzanci, walczyliśmy w lasach z faszystami, dostaliśmy się w zasadzkę, Niemcy nas złapali, mało nas nie zastrzelili, ale wasza partyzantka deptała im po piętach, to nas wsadzili do obozów koncentracyjnych, zagłodzili, niewolników z nas zrobili, ledwie żyjemy, choroby nas gnębią, gruźlica, palce odmrożone, my chcemy teraz do domu, do swoich ojczyzn, tam żony, dzieci, matki płaczą, ziemia odłogiem leży...”

Kapitan NKWD, który zresztą był Żydem, mówi do mnie: „Ty brieszysz?” – to znaczy zapytał, w jakim języku ja szczekam. To ja na to: „Po bułgarsku”. W życiu nie słyszałem bułgarskiego. Ale widzę, że ludzie z mojej grupy po kolei wychodzą. Przy drzwiach stali strażnicy i jakiś młody porucznik spisywał zeznania ręcznie, nawet maszyny do pisania tam nie mieli. Przyszła w końcu moja kolej. Przed tym porucznikiem leżała taka putiowka, że jako człowiek, który był w obozie koncentracyjnym, mam prawo wrócić do swojego kraju. On do mnie: „Od kuda wy?” „Iz Bułgarii”. Więc on mi wypisał: „Iz goroda Sanok w gorod Bułgarju”

Już mam wyjść z tą przepustką, aż tu podchodzi do mnie jakiś Rosjanin, wyraźnie w dobrym nastroju, i pyta: „A gdzie są Grecy?” „Bo co?” „A bo ja znam grecki i chcę sobie z nimi porozmawiać”. Wskazuję w zupełnie innym kierunku, bo moi znają tylko jidisz, o greckim pojęcia nie mają...

– I iz goroda Sanoka wyjechał pan do...

– Do goroda Rumunii. Tam pracowaliśmy; między innymi z Abbą Kownerem, przyłączyliśmy się wtedy do ugrupowania Avengers – Mściciele – które miało dokonać zemsty za tak zwane ostateczne rozwiązanie. Zgłosiłem się w charakterze ochotnika w wojnie o niepodległość Izraela, ale przeznaczono mnie do niebojowej roli na terenie Włoch. Część z nas przeszła do Austrii, część do Jugosławii. Ja najpierw studiowałem na Akademii Sztuk Pięknych w Rzymie, potem przeniosłem się na wydział architektury w Turynie. Mój brat Alik i jego żona studiowali medycynę w Rzymie. W moich oczach Rzym i Wilno mają jakieś wzajemne podobieństwa. Pod koniec czterdziestego dziewiątego roku z bratem, bratową i ojcem wyemigrowaliśmy do Ameryki. Tu skończyłem Harvard.

– Ma pan jakieś odznaczenia bojowe?

– Nigdy niczego nie dostałem, ale zgłoszono mnie do orderu Krasnowo Znamienja. Tego też mi nie przyznano.

– Pana starszy kolega z tego samego gimnazjum w Wilnie, Czesław Miłosz, zauważył w jednym ze swoich wierszy, że język jest naszym prawdziwym domem. Czy jako człowiek posługujący się tyloma językami, mieszkający w Nowym Jorku, a nie w Wilnie, zgadza się pan z tą definicją?

 – Bezwzględnie tak. Ale mam także wielkie przywiązanie do rosyjskiego, bo bajki czytano mi w dzieciństwie po rosyjsku. Kiedy dostałem pierwszą książkę Tadeusza Konwickiego...

– ...innego pana słynnego kolegi z Gimnazjum Zygmunta Augusta... Znów tam wracamy...

– ...którą mi przysłał do Ameryki reżyser Janusz Majewski, zacząłem ją czytać i płakać. I powiedziałem żonie: „Wiesz co, Joasiu, mieszkam w Ameryce tyle lat, dużo czytam. Widzę słowa, zdania, ale czytać po polsku to tak, jakby oddychać tym językiem. To jest powrót”.

– Odwiedziny Wilna po wielu latach: czy sądzi pan, że byłoby to mocne przeżycie?

– Kiedy oglądam telewizję i widzę pokolenia młodych ludzi – młodzież ze wschodniej Europy – to nie są ci ludzie, których ja znałem. To jest młodzież międzynarodowa, mająca zupełnie inne wyobrażenie o świecie. Ja pamiętam stare czasy.

Proszę pani, Rzymu nie odwiedzałem przez wiele lat od wyjazdu w czterdziestym dziewiątym roku. Wybraliśmy się tam z Joasią na 25-lecie naszego ślubu, chociaż obiecywałem, że do Włoch zabiorę ją w podróż poślubną. Zatrzymaliśmy się na via Gregoriana, niedaleko Piazza di Spagna; to przepiękna część miasta. Pamiętam, jak mocno biło mi serce, tak silnie podziałał Rzym. A Wilno – zobaczyć ulicę Teatralną, teatr, nasz dom naprzeciwko, ogród... Chciałbym odwiedzić Wilno, kiedy kwitną kasztany i bzy, kiedy są młode liście brzóz.

Dziwi mnie los – to, co się dzieje z ludzkim życiem. Konwicki pisze w „Dziurze w niebie” o chłopczyku, który bawił się z innymi w wojsko i oni mu powiedzieli: „Wiesz, ty będziesz rachował śledzie, bo żołnierz to nie jest żydowskie zajęcie”.

Jak pani widzi, jestem z Wilna.

Zatrzymuję magnetofon, wykręcam numer telefonu w Berkeley, podaję słuchawkę Gabrielowi. Z nieznanym mu osobiście Miłoszem rozmawia o nauczycielce polskiego z Gimnazjum Zygmunta Augusta, o innych profesorach, o starym gmachu na Boufałłowej Górze. I tak ich zostawiam, połączonych wspólną pamięcią.


Renata Gorczyńska

Fragment książki Renaty Gorczyńskiej „Jestem z Wilna i inne adresy”, która ukaże się niebawem w Wydawnictwie Krakowskim.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas