poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Poszerzony przypis do „Dzienników zakopiańskich” Bronisława Malinowskiego
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)

W październiku 1912 roku Bronisław Malinowski, w Zakopanym, dużo czytał, dużo spacerował, spotykał się z wieloma osobami, które dziś figurują w encyklopediach, komentarzach socjologicznych i literaturoznawczych, pisał kartki do mamy i przyjaciół. Jego zakopiańskie trasy spacerowe wydają się uporządkowane, regularne, przystanki na nich nazwane. Idąc tu i ówdzie, przechodził wielokrotnie przez Aptekę, zawsze pisaną z dużej litery. W skrupulatnie dokumentowanym fotografiami jego „Dzienniku” fotografia Apteki się nie znalazła. Trudno na razie powiedzieć dlaczego, ale może uda się to wyjaśnić.

Apteka (jako metafora raczej) znalazła się natomiast na mojej, że tak powiem, trasie życiowej, co miało miejsce w latach 60. A także, czy może przede wszystkim, rodzina, do której należała. Jak wiele innych wówczas, rodzina niechętnie mówiła o swojej historii, co nie znaczy, iż jej nie posiadała.

I nagle dzisiaj wyraźnie czuję, jak doktor Ludwik Fischer przykłada do moich pleców lodowato zimną metalową słuchawkę i w skupieniu pochyla się nad zaziębionym ciałem. Siedzimy w jego gabinecie przy ulicy Kościuszki, mnie oczywiście nie dolega nic nadzwyczajnego, w gabinecie też jest zimno, więc wolałabym już znaleźć się w jakimś cieplejszym miejscu. Po uważnym osłuchaniu i ostukaniu moich płuc przez pana doktora mówię grzecznie, dziękuję, i zbieram się do wyjścia. Po drodze mijam pokój, gdzie na ścianie wisi ogromny portret dwojga Dzieci, dziewczynki i chłopczyka. Dzieci robią, po prawdzie, dość odrażające wrażenie, bo też malarz nie bardzo lubił (jak świadczą potem te same dzieci dorosłe) malować dzieci. W rogu ukośny podpis: Witkacy. Dziewczynka ma na głowie wielką kokardę, która tkwi tam jak drwina z Mehofferowskiej wspaniałej ważki. Dzieci podobno bały się pana malarza, pozując do tego konterfektu. Rodzeństwo małych Fischerów, Krystyna i Ludwik. No, ale tym sposobem twórca osiągnął efekt demonizmu...

Moje prawdziwe zaciekawienie budził fakt, iż doktor Fischer był lekarzem Kasprowicza. Czy to ta sama słuchawka - zastanawiałam się niezbyt mądrze, nigdy nie odważając się zadać tego pytania. Ale poza słuchawką czaiło się Zakopane Malinowskiego, którego dzienników jeszcze wówczas nie znałam, choć przecież były napisane

Ale Aptekę owszem - należała do rodziny Tabeau spokrewnionej z Fische-rami. Sensów dodatkowych już w tamtych latach nie posiadała (nie istniała w postaci pierwotnej) podobnie jak krakowska, profesorska trumna. Była również opakowaniem przeszłości odnawiającej się tylko w pamięci bliskich, fragmentem życia, które pozbawione zostało praw własnościowych i prywatnych. Jeszcze krewni dawnych właścicieli stali za jej ladą, jeszcze nie potłukły się porcelanowe flakony na lekarstwa, ale nikt już nie przychodził, aby odebrać korespondencję i pogadać ze znajomymi.

Pierwszy właściciel Apteki, Ferdynand Tabeau, zmarł w roku 1919, zaś majątek swój przekazał na rzecz Legionów. Zastanawiająca to szczodrobliwość, która została doceniona przez współobywateli i odnotowana w życiorysie donatora. Apteka, tylokrotnie występująca w zapiskach Malinowskiego, fantomatyczna i zjawiskowa, znajdowała się o podnóża Krupówek, niedaleko szlaku prowadzącego w stronę kolejki na Gubałówkę, na rozstaju dróg - jedna wiodła w stronę Nowego Targu, druga w stronę Doliny Kościeliskiej. Pamiętam na tym miejscu okazały sklep Galluksu, zbudowany w stylu dojrzałego PRL-u (a więc właśnie w latach 60.). Co się z nią zatem stało? Było tak.

Zbudowano ją z drewna i była doprawdy prześliczna. Jej styl dokładnie wpasowywał się w miejsce, wydaje się, iż nie mogła się tutaj znaleźć inna budowla. Spójrzmy na jej rzeźbienia i drewniane wsporniki, na delikatną, ale stanowczą budowę, na ten charakter, który określał jasno przynależność do pewnej tradycji. Bo jesteśmy jednak w szczęśliwym posiadaniu tej fotografii! Przed Apteką ustawił się ślubny orszak, w powozie nowożeńcy: córka właściciela wychodzi za mąż za obiecującego pana doktora (to ślub Ludwika Fischera i Haliny Tabeau). Jesteśmy w roku 1915. Przed Apteką nie rysuje się jeszcze smutny koniec drewnianej budowli, zaś orszak, którego tylko część zapewne widzimy, wydaje się podobny do innego, uwiecznionego przez literaturę, krakowskiego co prawda, wesela. I jakby publiczność podobna: lud w kwiaciastych spódnicach siedzi z szacunkiem w pewnej odległości, dzieci jak zawsze ciekawe, ale pora roku pogodna, drzewa w liściach i małych kwiatkach.

Malinowskiego nie ma w tym orszaku, i nic dziwnego. Podobno szanowana ogólnie żona właściciela Apteki wymówiła mu dom (donosi rodzinna anegdota), gdy się rozwiódł, na dodatek zaś, jakby tego nie było dosyć - ofiarował jej „Życie seksualne dzikich”. Tego już było stanowczo za wiele dla XIX-wiecznej matrony, choć, prawdę powiedziawszy, Malinowski dawał jej swoją najlepszą książkę.

Doktor Ludwik Fischer, wżeniony w rodzinę Tabeau, był znanym i cenionym pulmonologiem i ftyzjatrą. W czasie pierwszej wojny został kapitanem, w czasie drugiej znalazł się w Gross-Rosen. Do Zakopanego wrócił pieszo. Przed wojną pełnił funkcję naczelnego lekarza znanego zakopiańskiego sanatorium PCK. Rok 1949 okazał się dla niego, jak dla wielu innych, fatalny. Zwolniono go w trybie natychmiastowym z Sanatorium, potem leczył już tylko prywatnie. Doktor Fischer studiował medycynę w Wiedniu i w Davos. Należał do pokolenia, które doświadczone zostało szczególnie dotkliwie : odebrano mu jego aktywność, innych pozbawiono jego sztuki. Jak Pigonia, jak Tatarkiewicza. Ale z zapałem równym szpitalnym eksperymentom przysłuchiwał się zainfekowanym lekko płucom. Przed wojną był pionierem w swojej dziedzinie: wprowadził do terapii zabieg przepalania zrostów opłucnej. Nigdy już nie widziałam go w szpitalu, nigdy już dla mnie nie był młody. Teraz jego życie stało się dla mnie kulturową fabułą. Wiedeń i Davos - centrum imperium i miejsce, gdzie pewien pisarz poszukiwał tajemnicy ducha Europy na chwilę przed ostateczną zmianą kształtu.

Radca Behrens spogląda na radiologiczny obraz płuc Hansa Castorpa, albo jego kuzyna Joachima. Radca Behrens zagląda we wnętrze ciała pani Chauchat. Nikt nie wie jeszcze, że Hans, być może, zginie w okopach I wojny, już niedługo. Wojna się kończy i doktor Ludwik Fischer może powrócić do swoich eksperymentów. Czytał „Czarodziejską górę”? To raczej ja czytałam, i dlatego jej fragmenty teraz do mnie wracają. Słuchawka jest zimna, ale tak odległa, że stała się literacka. Zresztą doktora Fischera nie tak wiele lat dzieliło od młodego Castorpa. Nie mógł być bohaterem „Ludzi bezdomnych” i poświęcać się bez reszty, również dlatego, że związał się z Austrią, z wielką Europą, z jej mieszczaństwem i z jej inteligencją, nie miał więc kompleksu przybysza z nizin, który ma się rewanżować światu za to, że go do siebie dopuścił. Trochę skośne, ciemne oczy doktora Fischera spoglądają na mnie bystro i wesoło. No, weźmiesz aspirynę i dużo witaminy c. Dużo herbaty. Jutro będziesz zdrowa jak rydz. Stuknął metalowymi słuchawkami o blat biurka i wywędrował z mojej pamięci. Nie byłam na jego pogrzebie na Pęksowym Brzyzku. Uważałam wtedy bowiem, iż pogrzeby absolutnie mnie nie dotyczą.

Drewniana Apteka nie znosiła najlepiej upływu czasu. Rodzina zaczęła budować dom bardziej nowoczesny, murowany, i takąż Aptekę. Resztki dawnej przeniesiono w bliższe okolice Gubałówki, gdzie z wolna niszczały, aż przestały istnieć.

Ale dopóki jeszcze jest ta sepiowa całość, zaglądnijmy do niej ukradkiem. Na zapleczu jest mieszkanie właścicieli. Goście odwiedzający Aptekę, aby odebrać korespondencję, aby pogawędzić i wymienić uwagi różne („Staś bardzo czuły,, - notuje Malinowski po spotkaniu z Witkacym w Aptece), bywają zapraszani na obiad albo na kolację, albo na małą bibę. Ferdynand Tabeau lubi towarzyskie okoliczności, i biby bywają huczne, choć nie na tyle, żeby w czymkolwiek nadkruszyć pozycję szanowanych ogólnie Tabstwa (to również neologizm Malinowskiego). Dzieci ukradkiem podglądają gości, bo to wielcy oryginałowie, co się okaże nieco później. Ale aura trwa, rozmowy są ciekawe, państwo domu żywo w nich uczestniczą, przychodźcie, mówią, jutro będzie sypało, a mamy jeszcze jedną niewypróbowaną naleweczkę... Dzieci nie są aż tak straszne, jak sądził ten ponury Witkacy. Zapamiętały różne wydarzenia i opowiadały o nich. W tych moich latach 60., kiedy Apteki już dawno nie było, poznałam bardziej tolerowanego modela w domu doktorostwa Fischerów: Birulę-Białynickiego, lekarza, mało lekarskiego na moje młode oko. Popijaliśmy wódeczkę, bo nalewki dawno się skończyły. Też należał do fantomów.

Usiłuję się dowiedzieć, czy pojawił się kiedykolwiek w Aptece Piłsudski. Podobno nie - ale raz zjawił się Lenin. Nikt nie podejrzewał, co wzniecił ten mały człowiek; książek nie rozdawał, lekarstwa, należy wnosić, kupił.

Kobiety z rodziny Tabeau miały dziedziczny pociąg do farmacji i zawodu aptekarskiego. Geny Apteki musiały być naprawdę silne, skoro te młode damy, w paru pokoleniach, ochoczo stawały za ladą, robiły mikstury, odszyfrowywały zamazane recepty, słowem - posiadały powołanie. Lubiłam je wszystkie na zapas, choć znałam bliżej tylko dwie.

Lubiłam je za to, że tkwiły wygodnie, ale i z zadowoleniem w takim porządku życia, gdzie pośpiech i ucieczka od miejsc ustabilizowanych, nie należały do cech wysoko cenionych. Nie wyobrażam sobie, aby którakolwiek z nich mogła i chciała zbuntować się przeciw swojej rodzinie i kontestować jej różne, może i śmieszne nawyki.

Czy chciałam opowiedzieć tutaj historię moralną o dawnych, innych czasach, a także lepszych czasach? Przysięgam na ducha Apteki, że na pewno nie. Duch wrócił do mnie po latach samowolnie i przypadkowo, czytałam Malinowskiego, a tamta pamięć leżała we mnie odłogiem, niepotrzebna. I zobaczyłam fotografię Apteki, tak piękną, jak obrazy z tamtej epoki. I jeszcze drugą fotografię, na której znalazł się mocno zbudowany, łysiejący mężczyzna, zidentyfikowany jako pan Szymborski, ojciec poetki Wisławy. I to wszystko wydało się tak śmieszne i poruszające i właśnie chaotyczne, oto niedaleko, w domu w pobliżu doliny Strążyskiej poetka się rodzi, oto towarzystwo opuściło już Aptekę i przeniosło się w inne rejony świata i życia, oto ja jestem podmiotem wspominającym, Apteka jest przypisem o Malinowskiego, inne przypisy do końca wyjaśnione, a ten jeden, ten mój antyszambruje i czeka, żeby wejść na pokoje. Pewnie nie do końca się to udało, ale drzwi zostały uchylone i duchy w tużurkach i krynolinach przesunęły się na jedną ulotną chwilę przed oczami trochę zdziwionej widowni.

Idę w górę Krupówek. Mijam przecznice i budowle, wreszcie znajduję się na roku ulicy Witkiewicza. Skręcam, szybko zbliżam się do drewnianego domu w stylu - oczywiście Witkiewiczowskim, choć jest mniej okazały niż inne projekty ojca Stasia. Na małym balkoniku siedzą dwie siostry Birtusówne. Starsza jest młodą damą o uderzającej urodzie. Młodsza jest drobniutka i ruchliwa. To ciotka Róża, zamężna za Marianem Wyką, stryjecznym bratem mojego ojca. Stary Birtus był właścicielem Magazynu Mód przy Krupówkach. Jego pierwszy dom, czyli gniazdo Birtusów znajdował się natomiast niedaleko, na ulicy Grunwaldzkiej, gdzie stoi do dziś. Widnieje na nim tabliczka, iż należał do Władysława Reymonta, co jest pewnym niedopatrzeniem informacyjnym, skoro dom został odkupiony przez pisarza. Warszawskie losy Róży i Mariana będą tematem innej opowieści. Ale dziwne: w takim małym mieście, jak przedwojenne Zakopane, Birtusowie z Fischera-mi i Tabeau chyba nigdy się nie spotkali. To ja dokonuję gwałtu na ich osobach, zbieram ich razem i przypatruję się im z odległości. Nigdy nie byli razem i na nic moje wysiłki. Chociaż - w innej nieco przestrzeni przebywają niedaleko siebie. Ciągnie ich do artystów, do innych, do odmieńców. I dlatego ja - niepoprawna admiratorka artystycznych profesji -odczuwam z kolei ożywczy prąd, jaki im towarzyszy, śledzę ich i wywołuję z pamięci. Oni mnie poniekąd stworzyli, teraz ja wchodzę w rolę medium, wywołuję ich, ale muszę to zrobić, bo stolik podskakuje jak szalony, słychać stukanie w blat, i tak dobrze, że nie widać budzącej strach ektoplazmy. Co prawda nikt nie trzyma mnie za rękę, łańcuch już dawno został zerwany, więc jestem przybyszem samotnym i skazanym tylko na siebie.

Zawracając Krupówkami w dół, próbuję sobie wyobrazić współczesną rozmowę pani magister z apteki z panem malarzem, z panem dramatopisarzem, z panem poetą i wydaje mi się ona po prostu niemożliwa. Ale może nie doceniam elastyczności naszych czasów, a może nie warto o tym myśleć. Zakończenia moralistyczne prezentują się na ogół dość fatalnie.

Marta Wyka

PS. Fotografię Apteki, należącej do jej rodziny, pokazała mi (i pozwoliła jej używać) Maria Hussakowska.

 

 
marenche@att.net     2009-08-25 03:31:35
Marta, wspanialy artykul; pisz wiecej. Malgosia Fischer

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas