poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA BAZARNIK, ZENON FAJFER
„fáilte” czyli jak Irlandczycy Polskę witali
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)

Prolog

29 kwietnia 2004. Kraków-Londyn.

Wysiadamy z samolotu na Gatwick, za dwie godziny lot do Dublina. Wcześniej czeka nas jeszcze odprawa paszportowa, mimo że to tylko przesiadka. Spotkanie z brytyjskimi urzędnikami nigdy nie bywa przyjemne, ale może teraz wreszcie potraktują nas normalnie -w końcu za dwa dni Polska będzie częścią Unii Europejskiej. Najpierw trzeba jednak swoje odstać. Tradycyjnie mamy przed sobą dwie drogi: prostą, szeroką i niebotycznie szybką - dla mieszkańców UE - oraz krętą, wąską i piekielnie powolną - dla pozostałych.

- „Excuse me! We are from Poland, on a transfer flight to Dublin. Do we have to stay in this big queue?

Queue or UE, oto jest pytanie.

- From Poland? You are not Europeans yet”.

O, żeby Wittgenstein twoje dzieci uczył! Jeszcze nie jesteśmy Europejczykami! Poczekaj za parę dni, europiteku.

'Po tysiąckroć witamy, Polska' -'cead míle fáilte, Poland'

Takim tytułem wita nas na pierwszej stronie irlandzka gazeta „Donegal News”. Donegal to najbardziej wysunięte na północ hrabstwo w Irlandii. Jego stolicą jest Letterkenny, piętnastotysięczne miasteczko z politechniką i czterogwiazdkowymi hotelami. Mieszkańcy Letterkenny są bardzo dumni, że to właśnie im przypadło w udziale oficjalne powitanie największego i najludniejszego państwa spośród wszystkich krajów wchodzących do Unii. Bray wita Cypr, Cork Słowację, Drogheda Łotwę, Galway Estonię, Kilkenny Litwę, Killarney Czechy, Limerick Słowenię, Sligo Węgry, Waterford Maltę a maleńkie Letterkenny Polskę. Irlandczycy bardzo się starają, żebyśmy wywieźli jak najlepsze wspomnienia, nawet miejscowy biskup, spodziewając się licznej grupy Polaków, postanowił odprawić mszę po łacinie. Dają nam do zrozumienia, że dla ich niedużego państwa przewodniczenie Unii w tym historycznym momencie to wielki zaszczyt.

Uroczystości powitania Polski zaplanowano na cztery dni. Oprócz imprez literackich, w programie znalazły się jeszcze pokazy polskich filmów i ulicznych spektakli, wystawa warszawskiej Galerii Raster, wystawy poświęcone Solidarności, Papieżowi i miastu Gdańsk, wspólne koncerty polskich i irlandzkich muzyków, kabaret, a nawet mecz piłkarski. Do tego dwie i pół tony polskiej kiełbasy i cysterna polskiego piwa.

Jesteśmy w najbardziej oddalonym od politycznego centrum, najbiedniejszym obszarze kraju. Tutaj w domach wciąż jeszcze mówi się po gaelicku, prawie wyłącznie w tym języku sporządza się napisy na szyldach sklepowych i wiejskich drogach. Dla nas to wielka frajda widzieć w codziennym użyciu pochodzącą jeszcze z IX wieku minuskułę. I możemy tylko żałować, że nie ma tu z nami Wyspiańskiego, marzącego niegdyś o stworzeniu narodowego kroju pisma. Irlandczykom to się udało. Ich pismo okazało się żywotniejsze niż ich język. Próbując odczytać z okna taksówki gaelickie drogowskazy, czujemy się trochę jak we wnętrzu jakiejś iluminowanej księgi. To dobry znak, bo o Księdze Europy właśnie przyjechaliśmy tu mówić. O liberaturze w ojczyźnie liberatury - w ojczyźnie „Book of Kells”.

LIBER EUROPAE

(fragment wystąpienia)

Europa: olbrzymie, jeszcze do niedawna rozdarte tomisko, którego pomięte i nadpalone karty przez wiele lat były rozproszone, a niektóre bezpowrotnie zaginęły. Księga-palimpsest, pisana niezliczonymi rodzajami pisma wszystkich ludów kontynentu. Pełna myśli wzniosłych i obrzydliwych, ilustracji kolorowych i czarno-białych, ze złoconymi brzegami i zagiętym rogiem. Teraz róg jest wygładzany, a kartki zszywane. Nie chcemy jednak aktu jednoczenia się Europy sprowadzać wyłącznie do prac introligatorsko-konserwatorskich. Nie o trzymany w sejfie czy w gablocie literacki zabytek tu chodzi.

„Liber Europae” Anno Domini 2004 to dzieło właściwie już nowe, na wskroś współczesne. Księga projektowana od podstaw, pisana nie przez ślepy los i przypadek, lecz przemyślana w najdrobniejszym szczególe. Twórcom liberatury takie myślenie jest szczególnie bliskie. Dostrzegamy wiele podobieństw między odbywającym się na naszych oczach procesem europejskiej integracji a koncepcją zintegrowanego dzieła. Między projektem włożenia w jedne okładki i zszycia w jedną całość stron tak różnych jak mówiące różnymi językami nacje, ich historie i kultury, ich sympatie i uprzedzenia, a dziełem, w którym wszystko łączy się ze wszystkim, krój czcionki z wysokością strony, kształt i budowa książki z fabułą i tematem. Liberatura to dzieło kompletne, holistyczne, to prawdziwa jedność w wielości - tak, jak jednością w wielości ma być projektowana Księga Europy. Księga odpowiedniego politycznego formatu i należytej ekonomicznej objętości, w której wszystkie elementy znajdą swoje miejsce i utworzą harmonijną Całość.

Ale łacińskie słowo „liber” oznacza nie tylko 'książkę' – „liber” znaczy także 'wolny'. To bardzo ważne. Zawsze bowiem istnieje niebezpieczeństwo, że dzieło doskonałe formalnie okaże się doskonale bezduszne, schematyczne do granic. Albo że zabraknie niezbędnej równowagi: jedne elementy okażą się ważniejsze od innych, większe narody zdominują mniejsze. W liberaturze, mimo że wszystko jest tak dokładnie przemyślane, panuje wolność: książka może przybrać dowolny kształt i być wykonana z dowolnego materiału. Niech to będzie przestrogą dla różnej maści europejskich biurokratów i piewców sterylnego porządku, być może gotowych wkrótce wytyczać unijne normy nawet dla grzbietów książek i szyku zdań.

Day of Welcomes - May lst 2004

Ale może tak źle nie będzie? Może wreszcie 1 Maja zacznie nam się lepiej kojarzyć? Idziemy do pubu. Jeszcze jest w miarę wcześnie, jeszcze udało nam się wcisnąć. Szukamy wolnego stolika. Jest? Hmm... Beczka z blatem. Toczymy beczkę. Piwo? Ktoś idzie zamówić dla całej grupy, reszta siada gdzie popadnie. Komu chce się palić, musi wyjść na zewnątrz - w irlandzkich pubach obowiązuje całkowity zakaz palenia. I, w co Polakowi trudno uwierzyć, Irlandczycy do tego zakazu się stosują. Tutaj prawo jest szanowane, może dlatego, że skutecznie egzekwowane; właścicielowi pubu groziłaby utrata licencji, a palaczowi kolegium.

Ciekawe, ilu Polaków jest teraz w pubie? Połowa? Niewiarygodne. Gdy siedem lat temu ostatni raz byliśmy w Dublinie, irlandzka Polonia liczyła niecałe 300 osób. Teraz liczba Polaków idzie w tysiące.

Może byśmy coś zjedli? Siofra chce nas zaprowadzić na „pyszne jedzonko”. Siofra O'Donovan-młoda pisarka, z każdym dniem coraz lepiej mówiąca po polsku. Jej debiutancka książka, dedykowana Piotrowi Skrzyneckiemu, nosi tytuł „Maliński”. Napisana w konwencji realizmu magicznego, opowiada o dwóch braciach ze Lwowa rozdzielonych przez wojnę. Jeden przeżyje ją w Krakowie, drugi w Irlandii. Po latach spotykają się, już dorośli. O tej książce w Irlandii było głośno. W Polsce też jeszcze będzie. Ale na razie mało kto u nas o niej słyszał, chociaż została już przetłumaczona, a nawet wydana. Jak to możliwe? - zastanawiamy się. Książka o Krakowie, my z Krakowa, powinniśmy coś o tym wiedzieć. Siofra opowiada o promocji, jaką jej w Polsce zgotowano. Było wszystko: Autorka, Tłumacz, Wydawca, Media, Publiczność, Kieliszki. Zabrakło tylko książki. Nie zdążyli jej na czas wydrukować. Majstersztyk. Ta dziewczyna musi nas chyba naprawdę lubić, skoro po czymś takim chce jeszcze z Polakami rozmawiać.

A ma o czym rozmawiać. Dlatego ją tu zaproszono - by przewodziła sympozjum poświęconemu Polsce ostatnich sześciu dekad, jej historii i kulturze. Nadano mu tytuł Rytm, wyznaczony przez symboliczne daty: 1944, 1954, 1984 i 2004, a do udziału w nim zaproszono przedstawicieli nauki i literatury różnych pokoleń. Zanim przyszła nasza kolej, zanim opowiedzieliśmy o Polsce najnowszej i jej perspektywach na przyszłość, w upiornym rytmie czwórki Wawrzyniec Konarski opowiadał o Powstaniu Warszawskim, Katarzyna Oniśko parodiowała stalinowskie przemówienie pierwszomajowe, a Grzegorz Musiał czytał swój dziennik z okresu stanu wojennego. Zastanawiamy się, co w tym wszystkim jest bardziej niewiarygodne: że to wszystko zdarzyło się naprawdę, czy też to, że ten upiorny taniec mamy już za sobą? Że dziś jest 1 maja, a my nie musimy zdobywać Berlina, ani maszerować w pochodzie. Wręcz przeciwnie, przyszło nam tutaj uczestniczyć w historycznym wydarzeniu wyjątkowo nie pisanym przez szable ani czołgi.

Po południu ciąg dalszy wrażeń. Zanim o godzinie 18 dzwony miejscowej katedry uroczyście obwieszczą wstąpienie Polski do Unii, odbywa się jeszcze spotkanie polskich i irlandzkich poetów. Na ich powitanie Siofra O'Donovan czyta ułożony specjalnie na tę okazję wiersz Seamusa Heaneya, dedykowany Zbigniewowi Herbertowi. Później swoje wiersze czytają Francis Harvey, Frank Galligan, Kate i Joan Newman, za co swoją poezją odwdzięcza się Grzegorz Musiał. Czytane są też utwory Czesława Miłosza i Bronisława Maja, a niżej podpisani na przykładzie własnej twórczości mówią o liberaturze.

Teraz polscy i irlandzcy poeci siedzą w pubie. A wraz z nimi sześć dekad polskiej historii. Warszawscy powstańcy z budowniczymi Nowej Huty, więźniowie stanu wojennego z Pokoleniem 2004. Aż trudno uwierzyć, że tego realizmu magicznego starcza dla wszystkich.

Polak-Irlandczyk, dwa bratanki?

Wreszcie wychodzimy na ulicę. Po obu stronach jezdni rozgorączkowany tłum przygląda się fantazyjnym postaciom sunącym na szczudłach główną ulicą miasta. Karnawałowa parada Teatru KTO wprawia ludzi w radosny trans, a my zastanawiamy się, czy jacyś ponurzy Al-Kamikadze nie zechcą przypadkiem uświetnić tego wieczoru swoją obecnością. Pocieszamy się, że organizatorzy też o tym myślą - ulica jest dyskretnie monitorowana przez tajniaków z krótkofalówkami. Jednemu z nich robimy nawet zdjęcie, niestety, w zamieszaniu ginie gdzieś aparat. Pozostaje tylko wspomnienie transowej muzyki, niesamowitej ilości confetti i walających się wszędzie szkieł i puszek po piwie. Najbardziej jednak niesamowite jest to, że w niedzielę rano po tych śmieciach nie zostaje ani śladu. Tylko polskie i unijne flagi powiewają leniwie nad głowami ludzi spieszących do kościoła.

Na porannej, odprawianej po łacinie, mszy biskup dziękuje Polsce za zwrócenie Europie uwagi na duchowy wymiar Zjednoczenia. Jak na ironię, ze spodziewanej licznej grupy Polaków, do kościoła przychodzi tylko jeden.

Epilog

3 maja 2004. Londyn-Kraków
Wracamy. Błogiej zemsty na brytyjskich „immigration officers” nie było, bo nie było żadnej kontroli paszportowej. Zastanawiamy się, jak będzie w Krakowie. Słodko nam się robi na myśl o krótkiej, szybkiej kolejce dla mieszkańców UE. Krótkiej i przyjemnej. Dumni jak pawie wysiadamy z samolotu i idziemy na odprawę. Ale... Zaraz, zaraz... Źle stanęliśmy? Nie, dobrze. No to, co jest grane? Kolejka się przeniosła? Tylko zamiast queue mamy teraz queUE? Tam tylko dwie osoby, tutaj cała reszta. Rozglądamy się. Za nami i przed nami tłum świeżo upieczonych Europejczyków, tak samo jak my zdumionych.
Znowu musimy tyle stać?

Katarzyna Bazarnik, Zenon Fajfer

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas