poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Świetny moment dla sztuki z Polski
Z GOSCHKĄ GAWLIK rozmawia Justyna Nowicka
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)

*Jak Pani ocenia perspektywy polskiej sztuki w zjednoczonej Europie?

Chciałabym wyrazić pewną zasadniczą wątpliwość. Nie interesuję się pierwszoplanowo sztuką polską, tak jak nie interesuję się ’per se’ sztuką francuską, czeską czy jakąkolwiek inną, pod kątem jej polskości czy francuskości. Interesuje mnie zacieranie na różne sposoby narodowych śladów albo przynajmniej tych narodowych stereotypów, którymi karmią nas odwiecznie media. Mogę jedynie powiedzieć, że interesuję się sztuką współczesną. Fakt, że ta sztuka pochodzić będzie z Polski, Czech czy Niemiec, nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Więc uważam, że to jest źle postawione pytanie, nie potrafię i nie chcę na nie odpowiadać.

*Chyba jednak Pani rozumie, że my, Polacy, mamy wobec Europy pewne kompleksy, i tak postawione pytanie nie wydaje się niczym dziwnym...

A ja muszę przyznać, że kiedy słyszę te wszystkie podkreślenia „polska sztuka” czy „polski artysta”, bez uściślenia o co właściwie tutaj chodzi, czuję przypływ adrenaliny... Może jest to kwestia języka i semantyki - gdyż w nomenklaturze historyczno-sztucznej, przynajmniej w języku niemieckim, operuje się o wiele skromniejszymi pojęciami typu „sztuka z Polski” albo „sztuka z Francji”. Natomiast określenie „sztuka polska” oznacza już jakieś zdefiniowane pojęcie - w tym wypadku zjawisko artystyczne zaistniałe w powszechnej świadomości. Jako takie ze sztuki powojennej znam tylko „polska szkoła plakatu” albo „polska grafika”, ale kiedy słyszę dzisiaj: „sztuka polska”, to nie wiem, jakie wydarzenia albo kogo pytający ma na myśli - polski plakat, Dudę-Gracza czy może Katarzynę Kozyrę? Ci ostatni artyści reprezentują, może przez ich zainteresowanie tematem ciała i cielesności, ten sam nurt w sztuce, ale przecież dwa odmienne konteksty polityczno-ekonomiczne. A więc co tu jest polskie -to czy tamto? Mogę rozmawiać o perspektywach konkretnych nurtów albo dyskursów w sztuce, czy estetyk reprezentowanych przez danych artystów i artystki. Tym bardziej, że kilkunastu polskich twórców od dawna lub od paru lat funkcjonuje na europejskim czy nawet amerykańskim rynku sztuki, i przystąpienie Polski do UE nie stanie się dla nich żadnym momentem przełomowym. Niewykluczone też, że niektórzy mogą nawet stracić na atrakcyjności za dwa, trzy lata.

*Czy zatem miejsce nie może być kategorią sztuki?

Oczywiście może być, ale nie powinno być decydujące. Bywają przecież centra sztuki, albo właściwości sztuki, typowe dla danego miejsca czy w tym wypadku dla danego kraju. Na przykład można powiedzieć, że w Austrii funkcjonuje stosunkowo niewielu malarzy, choć właściwie sami Austriacy uważają Austrię za typowy kraj malarzy. Subiektywnie uważam, że specjalnością austriackich artystów jest tak naprawdę znakomity rysunek, wystarczy wymienić nazwiska Kubina, Klimta czy Schielego, albo kilku współczesnych artystów, jak chociażby Marie Lassnig. Otóż malarka ta na Documenta X w Kassel zaprezentowała stosunkowo mniej znane, choć znakomite rysunki, a nie malarstwo, ku zdziwieniu i po części też zawiedzeniu jej rodaków. Oni sami wprawdzie późno, ale jeszcze za życia artystki (dzisiaj osiemdziesięcioletniej) zaczęli się jej obrazami zachwycać i dzisiaj Lassnig figuruje jako najdroższa współczesna artystka (seniorka) kraju na rodzimych listach rankingowych. Pomimo tego Austriacy nigdy w malarstwie nie osiągnęli tego, co udało im się osiągnąć w rysunku przede wszystkim w sferze sztuki analizującej język i obrazy ciała. Brakuje im malarza-supergwiazdy na poziome Francis Bacona, Luciana Freuda albo Gerharda Richtera czy choćby Baselitza. Polska też oczywiście ma swoje specjalności, ale one się zmieniają, tak jak zmieniał się ustrój polityczny. W okresie komunizmu w polskiej sztuce strategie prowokacji albo skandalu były nieobecne. Z zupełnie zrozumiałych względów artyści nie manifestowali swoich poglądów w sposób całkowicie otwarty czy wyzywający. Była opozycja, aluzja w sztuce. A teraz, po 1989 roku i zmianie ustroju, w polskiej sztuce pojawiło się całe pokolenie skandalistów. Było to związane bezpośrednio z ustrojem politycznym, stawiającym artyście zupełnie inne wymagania. Także i tutaj trudno więc mówić o sztuce typowo polskiej, a zasady, o których mówimy, obowiązują na całym świecie. Nie są to w żadnym wypadku prymarne cechy polskiej sztuki, a dopiero sekundarne, wtórne.

*Spróbuję więc inaczej sformułować temat naszej rozmowy. Czy w polskiej sztuce, czy w sztuce, która powstaje w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu, istnieje jakieś zjawisko, które mogłoby zainteresować Europę?

Uważam, że teraz w ogóle jest świetny moment dla sztuki z Polski. W latach 80. wiele mówiło się i pisało na temat sztuki węgierskiej, rosyjskiej czy czeskiej. Była regionalna w treści oraz uwodząca w formie. Jednak już lata 90., a szczególnie ich druga połowa, z całą pewnością należą do Polaków. Kuratorzy czy galerzyści dzwonią dziś do mnie i pytają właśnie o polskich artystów i współczesną sztukę z Polski. W 2000 roku jako pierwsza pokazałam w Austrii krakowską Grupę Ładnie, wtedy jeszcze znaną w dosyć wąskim gronie. Przyszli na wystawę znani kuratorzy, galerzyści, pokiwali głowami i powiedzieli - no tak, to taki pop-art, nadganiają to, co przydarzyło się w Europie wiele lat temu. Dopiero kiedy Grupą Ładnie zachwycili się Niemcy, a dzisiaj też Amerykanie, Austriacy obudzili się i stwierdzili, że to nie jest ten pop-art z lat 60., tylko zupełnie nowa, inna fala tej sztuki. Mnie się wydaje, że siłą sztuki z Polski jest teraz jej czytelność i nowa, polifoniczna otwartość formy, a poprzez to jej zaraźliwa atrakcyjność. Poza tym bezpośredniość, szybkość reakcji oraz „jasność” tej sztuki - atrakcyjne pastelowe kolory, rozmach (pomimo niewielkich rozmiarów), afirmacja, aklimatyzacja oraz pozornie pozytywna krytyka rzeczywistości - cechy wywodzące się częściowo z tradycji polskiego plakatu i grafiki. Ważna też jest umiejętność syntezy, upodobanie do skrótu znakowego i ikoniczności, humor, ironia, a nawet pewien cynizm, którego Austriacy, i nie tylko oni, trochę się boją! Polska sztuka jest dziś pełna niespodzianek, suwerenna i to jest jej wielką siłą. A poza tym mamy nareszcie na międzynarodowej scenie sztuki też paru polskich malarzy po instalatorach, rzeźbiarzach i fotografach! Co „sztuce polskiej” może „zaszkodzić”, to skłonność artystów z Polski do spiętrzania poziomów absurdu i absurdalnych zjawisk oraz puszczanie oka w dwie strony (do krytyki i do widza), co znaczy jakby podważanie słuszności własnych wizji przez nadmierny absurd sytuacji. Stąd pierwsze głosy krytyczne w fachowej prasie - co jest rzeczą normalną - po pierwszych zachwytach wychodzą na scenę sceptycy.

*W zeszłym roku przygotowała pani w Wiedniu wystawę „Der neue Staat”, która okazała się wydarzeniem nie tylko w Austrii, ale także w samej Polsce. Pokazała Pani polską sztukę okresu międzywojennego z zupełnie innej niż dotychczas perspektywy. Udowodniła Pani, że polska sztuka może być pasjonująca także dla obcokrajowców. Skąd Pani wiedziała -jak to zrobić?

Myślenia o sztuce uczyłam się na studiach w Krakowie. Już wtedy zainteresowałam się Leonem Chwistkiem, genialnym matematykiem i malarzem, właśnie dlatego, że był logikiem a potem malarzem w jednej osobie. Chwistek stał się ważną postacią mojej wiedeńskiej wystawy (zresztą spory o jego znaczenie i miejsce w polskiej sztuce nie milkną do dziś, niektórzy z historyków sztuki uważają, że nie tworzył sztuki, a realizował jedynie zadania matematyczne). Po drugie, kiedy już zamieszkałam w Austrii, zaczęłam przyglądać się, jak wystawy robi się tutaj. Zrozumiałam, jak ważne jest, by nauczyć się własnego, niekonwencjonalnego myślenia o rzeczach dobrze znanych i wielokrotnie już komentowanych.

*Jaki był pomysł na ekspozycję?

Pomysł był prosty - sztuka polska zwykle kojarzy się tutaj z patosem, symbolizmem, uważana jest /a niezrozumiałą, męczącą, mętną, w jakiś sposób przytłaczającą i nieustannie pokazującą zbyt pretensjonalnie cierpienie. Do tego dochodzi jeszcze ten stereotyp, że aby zorientować się w polskiej sztuce, trzeba doskonale znać polską historię, daty wszystkich powstań i rozbiorów. Wiedziałam, że jeśli przyjmę tę odstraszającą perspektywę, wystawa będzie musiała ponieść porażkę. Postanowiłyśmy więc z współautorką wystawy, że centralną postacią stanie się właśnie Chwistek - logik, który wskazuje na warszawsko-lwowską szkołę racjonalizmu, także bardzo mocno obecną w polskiej kulturze, choć zdecydowanie mniej znaną. Nie bez znaczenia był fakt, że Chwistek jakiś czas przebywał także w Wiedniu. Do tego dołączył się jeszcze relatywizm Chwistka, który właściwie zapowiadał współczesny postmodernizm. Chodzi o to, że dzisiaj nie ma już konkretnego kierunku w sztuce, takiego jak kubizm czy impresjonizm, a przede wszystkim funkcjonują postawy artystyczne. W Austrii na przykład, poza ekspresjonizmem oczywiście, nigdy nie było takich typowych kierunków - jak kubizm czy surrealizm. Słynny wiedeński ruch secesji, który zainicjował Klimt, trwa! w swojej klasycznej fazie zaledwie pięć lat. Przede wszystkim działały tam zawsze wybitne indywidualności, które nadawały kierunek sztuce. Wiedziałam, że jeśli w ten sposób pokażę polską sztukę, właśnie dziennikarka Radia Kraków poprzez indywidualności, Austriacy powinni tę ekspozycję zrozumieć i dobrze przyjąć. Choć wcale nie uważam, że taka wystawa powinna tak samo wyglądać na przykład w Paryżu.

*To może byłaby także rada dla polskich kuratorów, organizatorów wystaw, które mają promować polską sztukę - przede wszystkim próbować zrozumieć gusty i upodobania tamtejszej publiczności, a nie, za wszelką cenę, lansować to, co samy lubimy.

Myślę, że treść powinna być opakowana w adekwatną formę, by tę pierwszą uczynić strawną dla nowego konsumenta, którego chce się przecież pozyskać, a nie tylko pouczać. Potem można strategię zmienić i zaoferować inną konfigurację. Frontalny atak na zasadzie swojej tylko „inności nie jest mile widziany u obcych, zwłaszcza jeśli chodzi o tak zwane zjawisko promocji. Osobiście staram się w takim wypadku znaleźć jako bazę jakieś wspólne zjawiska, po to by pokazać różnicę. Na wystawie „Nowe Państwo” było to chyba widoczne. Trzeba znać swoją publiczność, wiedzieć dla kogo i dlaczego robi się wystawę. Są też doradcy, z których polska strona najczęściej nie korzysta, a jeśli to robi, to nie bierze tego do końca poważnie. Każde miasto jest inne, ludzie bardzo różnią się między sobą. Powinno się o tym pamiętać. Same intencje, nawet najwspanialsze, nie wystarczą.

Rozmawiała Justyna Nowicka

 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas