poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z MIECZYSŁAWEM PORĘBSKIM rozmawia Maria Hussakowska
Europejskość jako sytuacja
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)


*We wstępie do „Polskości jako sytuacji” , przywołując Wittgensteina,
nazywasz sytuacją coś, co „da się pomyśleć, zamknąć w słowa,
opowiedzieć, obrazy świata, które sobie (prawdziwie, fałszywie, jeszcze
inaczej?) tworzymy.” Na sytuację składa się też - jak rozumiem -
wszystko, o co pytamy, co się słyszy, mówi, czyta, ogląda. A, że mówi
się ostatnio rzeczy dość paskudne, chciałabym zapytać czy nowa
instytucjonalna rama, w którą wpisze się lada moment nasza polskość,
nie sprowokuje chociaż ludzi sztuki do przyjęcia odmiennego tonu w
dywagacjach o niewątpliwie odmiennej sytuacji?



Spojrzeć na to musimy znacznie szerzej, zęby móc rozmawiać o naszej
sytuacji w Europie, trzeba zastanowić się, czym w ogóle jest Europa i
od kiedy, jak wygląda jej usytuowanie w świecie. Kiedyś w szkole mnie
uczyli - nie wiem, czego uczy się dzisiaj - że jest częścią świata, a
więc nie można jej odgrodzić od reszty, izolować. Nie ma wielu
cywilizacji, jest tylko jedna - o tym też zresztą pisałem. Zacytuję:
„pojawia się tam, gdzie dochodzi do przełamania pierwotnej, plemiennej
izolacji, gdzie powstają miasta i targowiska, buduje się porty i mosty,
krążyć zaczynają ludzie i informacje. Nikt nie staje się więźniem
własnego kraju, własnej sytuacji”. A więc to jest skala globalna,
Europa to obszar otwarty na resztę świata, czemu sprzyja - tego też
mnie uczono - rozwinięta linia brzegowa, na zachodzie Morze Śródziemne,
które łączy, nie dzieli, na południu, ciągnące się aż gdzieś po Ałtaj,
po Bramę Dżungarską stepy na wschodzie. Obszar kulturo-twórczy
odbierający i wysyłający impulsy - tak by ją można było określić - a
nie jakaś odrębna, wydzielona, skonfliktowana z innymi cywilizacja.



*Europa jako ważne przecież - ciągle w naszych wyobrażeniach - ogniwo
cywilizacji Zachodu w futurologicznych książkach chociażby Benjamina
Barbera „Dżihad kontra McŚwiat” została już zmarginalizowana i uległa
regułom McŚwiata. Inna lubiana lektura studentów Europeistyki - à
propos czego dzisiaj się uczy - to „Zderzenie cywilizacji” Samuela
Huntingtona.



Te powielane ostatnio katastroficzne wizje nieuniknionego starcia
między obcymi sobie i wrogimi cywilizacjami są dosyć malownicze, ale
więcej w nich scjentystycznej fikcji niż prawdy. Pamiętny rok
dwutysięczny, 11 września, zrobiły tu swoje, sytuacja rzeczywiście
pełna grozy, porażająca nawet. Jak każda wojna domowa. Bo to jest wojna
domowa, tyle, że na skalę globu, naszej „globalnej wioski”, czy raczej
- jak wolałbym ją nazwać - globalnej dżungli, ale to nie walczą ze sobą
cywilizacje, jakieś totalne wizje świata, walczą rynki, interesy,
rozpalone przez nie do białości fanatyzmy, rachunki zawinionych i
niezawinionych krzywd i obsesji, napięcia demograficzne, powszechna -
niestety - dostępność najwymyślniejszych środków zagłady.



I tu dopiero powstaje pytanie o rolę i miejsce w tym wszystkim Europy.
Od czego zaczynała i czym jest dzisiaj. Czego w swym wielowiekowym,
więcej -rozciągającym się na parę tysiącleci, dorobku ma bronić, co
chronić, a czego się wystrzegać. Do czego nawracać, bo cenne, a czego
się wyzbywać, choćby owego poczucia wyższości wobec innych, także u
siebie, mniej na pozór szczodrze w materialne i duchowe wartości przez
historię wyposażonych.



Od czego to się zaczyna, zaczynaliśmy? Tutaj byłbym skłonny podzielać
opinie późnego Husserla, że był taki moment, kiedy cała Europa, cała
przyszła Europa mieściła się w ateńskim Gaju Akademosa. Jaka Europa?
Europa szukająca prawdy, przeświadczona, że prawdy można dociekać, że
dociekania tego można nauczać, można się nim dzielić z innymi, można im
w tym pomagać. Tak jak to robił Sokrates. Platoński gaj Akademosa,
Liceum Stagiryty, stoa perypatetyków, ogród Epikura, dały początek temu
europejskiemu sposobowi bycia, sposobowi myślenia, który jest nam
właściwy, dały Europie jej nauczycieli.



Specyfika europejska? Do pewnego stopnia. Zastanawiająca jest owa „oś
czasu”, „Achsenzeit” Jaspersa, która, gdy kształtują się europejskie
formy myślenia i nauczania, łączy „równoleżnikowo” w podobnych
dążeniach Grecję, Bliski Wschód, Iran, Indie, i Chiny. Trudno tu mówić
o wątpliwych raczej oddziaływaniach wzajemnych, warto natomiast
zastanowić się nad tym, co mimo różnic -jednak wspólne, a w tym
twórczym cywilizowanym życiu niezbędne.



Tu też byłoby miejsce, żeby zapytać o późniejszy o parę wieków wkład
chrześcijaństwa. Jego rola była z gruntu odmienna. Może i dlatego, że
przyszło do nas z zewnątrz, a przyszło jako przesłanie uniwersalne.
Istota jego jest misyjna, celem zbawienie świata przez czynienie dobra,
kulturę uczuć, a nie myślenie. Dlatego może stosunki między Atenami a
Jeruzalem, czy potem Rzymem, układały się, jak wiadomo, różnie, były
rozejścia się, były współbieżności, kreatywne nawiązania. Był taki
moment, że Nowemu Rzymowi - temu nad Bosforem akademickie filozofowanie
i nauczanie wydało się zbędne, wręcz szkodliwe. Akademię Platońską po
prawie tysiącletniej działalności zlikwidował imperator Justynian w
roku 529. Rzecz znamienna jednak, że w tym samym roku na łacińskim
zachodzie Benedykt z Nursji zakłada pierwszy swój klasztor, powstaje
Monte Cassino. I w ten sposób, dzięki klasztornym, a potem również
katedralnym i pałacowym skryptoriom, trudowi kopistów, wymyślnie
zdobionym kodeksom, ślęczeniu nad nimi, kartkowaniu, tradycja
studiowania zostaje przejęta i zacznie owocować działalnością
średniowiecznych scholarchów, rozkwitem uniwersytetów, renesansowymi,
odnowionymi po tysiącletniej przerwie - nie bez udziału greckich
uczonych - akademiami.



To w sferze umysłowej. Ale jest jeszcze sfera wrażliwości, smaku, stylu
wreszcie, dla nas historyków sztuki szczególnie interesująca. Ona
również potrafi powiedzieć nam wiele. Czasy do których sięgnęliśmy,
całe pierwsze tysiąclecie już po Chrystusie, to czasy, w których
Europa, podzielona dotąd rzymskim limesem na cywilizowane Południe i
barbarzyńską Północ, po przełamaniu tej bariery po raz pierwszy się
jednoczy, ale jednoczy, w całości już się barbaryzując. Klasyczny
umiar, pewna stoicka, chciałoby się powiedzieć, oschłość, chłód późnego
antyku ustępuje sprymitywizowanemu zapotrzebowaniu na dekoracyjne,
świecidełkowe, niech i tak będzie, zdobnictwo - stroju, oręża,
liturgicznego sprzętu, ściennych mozaik, iluminowanych rękopisów
właśnie, ale i ekspresyjnej, uduchowionej ikony. Na to, żeby sztuka
znów stała się cenniejsza od złota, potrzeba będzie czasu. Podobnie jak
w greckich Atenach mieściła się kiedyś, w czasie osi, cała przyszła
myśląca Europa, tak teraz w kosztownej zapince gockiego wojownika, w
świętym wizerunku gdzieś z Synaju mieści się całe przyszłe malarstwo
europejskiego Wschodu i Zachodu.



*O tym pięknie pisałeś w „Ikonosferze”. Teraz chciałabym wrócić do tej
wrażliwości, która wydaje nam się typowa, którą próbujemy
charakteryzować jako daną nam właśnie przez Europę. Z tym wiąże się
zatrzymywanie nad szczególnością miejsc. Poszukiwanie ich
auratyczności. Wracając do klasztorów, jednak czegoś nas nauczyłeś, bo
kilka lat temu we Włoszech niemal intuicyjnie zjechałam z mojej trasy w
okolicach Monte Cassino. Sprowokowała mnie właśnie pierwotna
szczególność miejsca, w niezwykłym nawet jak na Włochy pejzażu,
bardziej niż „czerwone maki”. Na pewno tak, bo przed powrotem na
autostradę, krążąc i gubiąc drogę, musiałam dotrzeć do opactwa
Fossanova, gdzie zmarł święty Tomasz z Akwinu, żeby sobie jakoś
„podotykać” to średniowiecze. Czy to jest już taka, dalece
anachroniczna, potrzeba powrotów do miejsc?



Do miejsc się wraca. Były Ateny, potem był Rzym, Paryż, który dzisiaj
się wyludnia. Ale wiemy, że nie był to jeden Rzym; był ten pierwszy
założony przez uciekinierów z Troi, drugi, który powstał na Bosforze -
Konstantynopol, który przejął po nim dziedzictwo. Bizancjum, Drugi Rzym
to nowe Centrum, a nie Wschód. Wschód jest znacznie dalej. To paląca
granica dzisiejsza, która przebiega przez Kaukaz, Mezopotamię, Górę
Synaj, Górę Tabor aż po Atlas na drugim końcu. Konstantynopol jest w
środku. I jest jeszcze ta trzecia Europa - słowiańsko-cerkiewna, Trzeci
Rzym nad rzeką Moskwą, o której obecności musimy pamiętać, bo ona też
uczestniczy w tej wymianie wartości, która się dokonuje. Różnie to
było, Zachód, Wschód, wędrujące Centrum.



Mówiliśmy, że zmienia się wrażliwość pod koniec tej klasycznej
starożytności. Jej wrażliwość na formę, na kształt, na to, co
haptyczne, czego można dotknąć, traci - jak nas uczył Riegl - na
znaczeniu w imię tego, co optyczne, co drażni zmysły, może wzruszyć
również barbarzyńcę. Złoto, mozaiki, drogie kamienie, emalie, barwne
tkaniny, ściągane aż z Chin, bo przecież droga jedwabna już wówczas
funkcjonuje, to wszystko przemienia wyobraźnię. Wyobraźnia jest
nastawiona na tę nową wrażliwość, która bliższa jest ornamentowi,
dekoracji, abstrakcji, bo przecież wtedy mamy te wszystkie plecionkowe
motywy, literowe zabawy iluminatorów kodeksów. Wielką sztukę figuralną
obrazoburcze ekstremizmy zdają się skazywać na zagładę. W końcu jednak
cześć ikony zostaje przywrócona, zapowiadając wraz z odradzającą się na
Zachodzie w dobie romańszczyzny i gotyku rzeźbą rozkwit biorącego
początek z ikony malarstwa. Co dokonuje się ponad i jakby wbrew
rysującym się podziałom na niespotykaną przestrzennie skalę, od
Wielkiego Nowogrodu Teofana Greka na Wschodzie po Toledo El Greca na
Zachodzie. Mieliśmy i my, Polską Jagiellonów, w tym swój udział, a
współczesny nawrót do tych wyczerpanych, zdawać by się mogło po
wiekach, źródeł - przykładem Nowosielski, ale i znamienny awans z
pozoru tylko „prymitywnej” twórczości Nikifora - nie może nie dawać do
myślenia.



Bo może tu właśnie dochodzą do głosu te ukryte, mierzone na pokolenia,
ale i na stulecia czy nawet tysiąclecia rytmy historii, których
falowanie nadaje zdumiewającą prężność, ale i pewną, mimo wszystko
stabilność naszym europejskim dziejom?



Osobiście chętnie dawałbym w tym względzie wiarę przedziwnemu
neapolitańskiemu historiografowi (ale i mitografowi zarazem)
Giambattiście Vico, który u progu Oświecenia stworzył teorię wielkich,
milenarnych Przypływów i Odpływów: „corso e ricorso”. Całą Europę w
nich pomieścił, w takim corso, które dokonało się od czasów
mityczno-greckich do narodzin Chrystusa, i ricorso, które zostało
podjęte wtedy, kiedy wszystko na nowo się barbaryzuje i które
doprowadziło do XVII wieku, ale widział to dalej. Wiedział, że taki
cykl ma swój wewnętrzny rytm. Zaczyna się od Bogów, potem jest czas
Bohaterów, a potem jest czas ludzki, taki bardziej laicki,
humanistyczny, a kończy się na profesorach właśnie, na Akademii, ale to
już zapowiada kryzys. Potrzeba nowej duchowej inspiracji, żeby wrócił
czas sacrum, wrócili bohaterowie Nibelungów, Okrągłego Stołu króla
Artura, cesarza Karola i potem czasy bardziej ludzkie -średniowiecze
jest już bardzo ludzkie, a w renesansie antyk dopiero odzyskuje pełnię
swego znaczenia.



Jeśli mówiłem o szansie Europy, to przez to, że jest w niej miejsce dla
intelektualisty, dla artysty, który potrafił się w tym świecie
usytuować. Może dlatego, że Europa Zachodnia, w przeciwieństwie do
Rusi, utworzyła dwuwładzę świecką i religijną, i od tego momentu, kiedy
ta władza się uformowała, między jedną o drugą władzą znalazło się
miejsce dla niezależnego intelektualisty. On się wtedy nazywał
klerkiem. Miał na ogół pierwsze święcenia, i pętał się po klasztorach,
ale nie chciał się angażować, ani po jednej stronie, ani po drugiej
stronie. Miał własne problemy, szukał ksiąg, kodeksów, zaczynał
wykładać po zaprzyjaźnionych krużgankach, zanim się otworzyły
uniwersytety. Klerk nie bywał artystą, był zaprzyjaźniony z artystami.
To on wędrował, w poszukiwaniu tych miejsc, o których mówiłaś. Wędrował
w poszukiwaniu księgi, malowideł, bo słyszał o jakiejś szkole, w
Oksfordzie, Padwie, Paryżu, może i gdzieś w Krakowie, gdzie kwitnie
matematyka. Szukał, wędrował, nawiązywał kontakty. Kontakty niezależne,
ani od jednej władzy, ani od drugiej (do pewnego stopnia oczywiście).
Starał się zachowywać dystans. Również i dzisiaj. Najgorzej jest jak
klerk się angażuje - przestrzegał trochę dziś, niesłusznie, zapomniany
autor „Zdrady klerków” Julien Benda - gdy włącza się w ten system,
zaczyna politykować, faszyzuje, lewaczy albo staje się demokratą, co w
końcu wychodzi na jedno. Wiedział już o tym Tomasz Mann. To Naphta i
Settembrini z „Czarodziejskiej Góry”. Jeden mroczny faustowski, drugi
słoneczny apolliński (jak tym razem u Spenglera). Ich absurdalny
pojedynek, właściwie na miny, prawie gombrowiczowski.



*Na to jeszcze trochę za wcześnie.



Ale do tego się sprowadza misja klerka, bo jak ktoś się angażuje, to
koniec z myśleniem. Pozostają tylko, również zresztą potrzebne,
manifesty. Tymczasem ta jakaś niezależność świata sztuki, świata
intelektu, nauki, który ze wszystkich stron atakowany, wciągany w
przeróżne rozgrywki, układy interesów musi się bronić. Sytuacja jest
bardzo trudna.



*Wracając do postaci klerka, czy twoim zdaniem dandys jest jakąś
konsekwencją tej postawy, czy jest taką przepoczwarzoną hybrydą. Czy
już jest kimś mniej istotnym?



Ta bardzo dobre pytanie. Ten klerk może przyjmować różne postawy, może
być radosnym apollinaire'owskim entuzjastą, który towarzyszy
wyruszającym awangardom. Wtedy najlepiej się czuje w roli Orfeusza,
który prowadzi cały ten korowód za sobą. Później, kiedy cała sprawa
zaczyna się przesilać i okazuje się, że tego nowego świata nie
zbudujemy tak od razu, ten Orfeusz zmienia się w proroka, który jest
pełen napięcia i grozy, staje się wieszczem jak w czasach romantyzmu.
Ten okres katastroficzno-proroczy też mamy za sobą. Zaczęło się w
latach dwudziestych, katastrofę wieszczył Witkacy. Nie on jeden. Wtedy
mówiło się, że cywilizacje są śmiertelne, że nie mogą się ze sobą
dogadać, toczą wojny, umierają. Kiedy katastrofa już się dokonała,
klerkowi pozostała postawa dandysa. On ma to wszystko już za sobą,
trzeba wrócić na Parnas, trzeba się tam umiejscowić, wymyślić jakiś
kostium, żeby mnie szanowano i żebym się wyróżniał. Zachowując wyniosły
dystans, dawał światu świadectwo. I to jest ten czas ludzki. On wtedy
się właśnie zaczyna. Dla mojego pokolenia zaczął się po drugiej wojnie,
bo katastrofę mieliśmy już zaliczoną. Nazwałem to realizmem
eschatologicznym. Nie wiem, jak jest dla was, bo katastrofę macie - być
może - jeszcze przed sobą, myśmy już ją mieli. I możemy sobie
podandysować. Ale nie na tym się kończyło, bo ta droga ku schyłkowi, ta
akademicko-profesorska faza, ciągle trwa, dandys staje się dekadentem.
To piękny okres dla klerka. Dekadent w dekadencji się rozsmakowuje a
nie tylko lęka, jak katastrofista, znajduje nawet w niej wartości do
ocalenia, chociażby wzmożoną wrażliwość przełożoną na wartości
malarskie.



*Naturalnie, my też rozczytywaliśmy się - zachęceni przez Ciebie - w
Huysmansie, licytując się cytatami des Esseintes'a. Ja nie zapomnę o
jego inkrustowanym klejnotami żółwiu, ale wydaje mi się, że
rozsmakowanych w tych jego klejnotach jest garstka.



I co pozostaje wtedy klerkowi? Błazenada, królestwo kultury masowej,
foralnej, świętowanego na publicznych placach karnawału. Z tego, co się
tam wtedy działo, wyrasta błazeńska arlekinada, commedia dell'arte. Ten
błazen to drugie oblicze wyniosłego, przybierającego pozy kapłańskie,
obwarowanego w templum sztuki klerka - sytuacja świetnie wychwycona
przez Kołakowskiego. Mamy ją na co dzień. Wraz z postępami zalewającej
nas z massmediów fali barbaryzacji. Wtórnego, jak u Vico, ricorso.



I co pozostaje wtedy klerkowi? Błazenada, królestwo kultury masowej,
fo-ralnej, świętowanego na publicznych placach karnawału. Z tego, co
się tam wtedy działo, wyrasta błazeńska arlekinada, commedia dell'arte.
Ten błazen to drugie oblicze wyniosłego, przybierającego pozy
kapłańskie, obwarowanego w templum sztuki klerka - sytuacja świetnie
wychwycona przez Kołakowskiego. Mamy ją na co dzień. Wraz z postępami
zalewającej nas z massmediów fali barbaryzacji. Wtórnego, jak u Vico,
ricorso.



*Więc chciałam do tego Vico powrócić, pytając o współczesny barbaryzm?



Ten barbaryzm jest w nas. I tak samo było wtedy. Taki ciekawy moment na
początku V wieku, Kodeks Teodozjański zabraniał obywatelom rzymskim
noszenia germańskich spodni i długich włosów. A przecież ci barbarzyńcy
już tam byli, wojsko, administracja, latyfundia były ich pełne. To nie
była wędrówka ludów, tylko barbaryzacja z wewnątrz tego społeczeństwa,
które nabierało nowych wigorów życiowych od tych nieokrzesańców
chodzących w spodniach i noszących długie włosy, bo to dodawało
magicznej siły ich królom. Taki był skutek otwarcia z jednej strony na
Północ germańsko-słowiańską, która jest już w Galii, Hiszpanii, Italii,
Konstantynopolu, zaludnia Bałkany. Z drugiej strony wchodzi w grę
zislaminizowany Wschód. Pierwsze tysiąclecie to jest górowanie Islamu
nad bardzo jeszcze barbarzyńskim Zachodem. Centrum kultury to wówczas
Toledo arabskie i tam się uczą tacy odnowiciele naszej cywilizacji jak
papież Sylwester II, stamtąd przychodzą cyfry arabskie, tam się zaczyna
liczyć, tam się tłumaczy Arystotelesa. Łącznie ze sztuką, która jest
inna, bardzo ornamentalna, dekoracyjna, przechodzi kryzysy
obrazoburcze, ale się z nich budzi.



A my od czego zaczynaliśmy? Od tego, że jeszcze w XIX wieku odkryliśmy
Japonię, Indie, zafascynował nas Zaratustra, cała „oś czasu” uformowana
przed z górą dwoma i pół tysiącami lat. Gauginowska ucieczka od
cywilizacji na polinezyjskie antypody, fascynacja awangard sztuką
„afrykańskich augurów”. To przyjdzie trochę później, kiedy pojawi się
kubizm. Tam się szuka inspiracji, a nie w pięknym malarskim
postimpresjonistycznym świecie dekadenckiej Europy. Szuka się ostrych
dawek w tym, co na zewnątrz. Tu jest problem dzisiejszej atrakcyjności
Ameryki Łacińskiej, Latynosów, pop-kultury Ameryki anglosaskiej, Stanów
Zjednoczonych. Czy tam, za Atlantykiem to jeszcze Europa czy już nie?
To chyba ty wiesz lepiej ode mnie?



*Na pewno do końca nie wiem, ale ja widzę Amerykę bardziej przez to, co ją wyróżnia, niż poprzez cechy wspólne.



Zobaczyłaś tam nową „granicę współczesności”, która się pojawia wraz z minimalizmem, pomiędzy tym klerkowskim campusem a muzeum.



*Tak, szczególnym muzeum -Museum of Modern Art, które też w pełnym tego
słowa znaczeniu jest wytworem takiego klerkowskiego myślenia.



Ameryka przejmuje tradycje, ale co z nimi robi, daruj, ale to budzi mój niepokój



*No właśnie, tak dalece jest to inne, że widzisz to jako odrębną
sytuację. Exodus surrealistów czy relegowanych z Bauhausu twórców
zmienia sztukę amerykańska, ale też i tych artystów. Duchamp z patentem
amerykańskim jest też kimś innym.



Ta nowa granica, którą widzisz w latach 60., a u nas, w Europie,
zaznaczyła się w 1968 roku na barykadach paryskich, po których Paryż
nie bardzo mógł się już pozbierać. Ale to się zmieni, ta fala
przechodzi. Fala globalizacji, która nie polega jednak na tym, że to my
narzucamy światu naszą cywilizację. Moim zdaniem jest akurat odwrotnie.
To świat po naszej nowożytnej ekspansji kolonialnej i jej załamaniu,
podobnemu do tego jakiemu uległo Imperium rzymskie, staje się dla nas
problemem, musimy się z nim liczyć, bo jest już wszędzie i nie wiem,
czy się znajdzie jakiś nowy klasztor, gdzie by się można schronić.



*Tak, oczywiście, chociażby La Tourette w Eveux, gdzie w celach
zaprojektowanych przez papieża Corbu funkcjonuje hotel - głównie dla
potomków dekadenckich klerków.



Podczas wojny zacząłem pisać taką sztukę, której Kantor nie chciał
wystawić. Miała się nazywać „Klasztor świętego Kameleona”. Gdzieś mi
przepadła i dobrze, bo arcydzieło to nie było. Wszyscy pisali wtedy
sztuki, „żeby podnieść różę”, różne takie.



*Szkoda, bo myślę, że święty Kameleon był i klerkiem, i dandysem, z
taką 'gębą' jak należy. Ale przejdźmy może do nieco innej sytuacji i
tego, jakie gęby doprawia się naszej sztuce, czyli tego jak bywa
odczytywana z zewnątrz. Zaproponowanie przez Andę Rottenberg zrobienia
jubileuszowej wystawy w Zachęcie Haraldowi Szeemannowi było znakomitym
pomysłem. Znalazł się ktoś, o niebagatelnych kompetencjach, kto chciał
wyjść poza utarte wzorce i chciał powojenną sztukę zobaczyć w szerszej
kulturowej perspektywie, a nie opierać się na tym, co z polskiej sztuki
już gdzieniegdzie mógł oglądać, co tak czy inaczej zaabsorbowane
zostało przez Zachód. Dał nawet taki profetyczny tytuł „Uważaj
wychodząc z własnych snów. Możesz znaleźć się w cudzych”. Czy jesteśmy
tak klaustrofobiczni, że nawet do cudzych snów nie chcemy?



To, co zrobiono z nim, jak się na niego rzucono, dosadnie świadczy o
naszym idiotyzmie kulturowym. Co mnie zastanowiło na wystawie
Szeemanna, to takie usunięcie w kąt czy całkowita nieobecność tego, co
już u nas weszło do kanonu, Kantora, całego tego pokolenia, mojego
zresztą. Natomiast on zobaczył to, co narosło potem, a nie to, co ja
serwowałem - i o co jestem spokojny już, bo ma swoje miejsce w historii
sztuki. On odkrył dzieła uczniów moich już uczniów, bo np. Kozyra to
uczennica Grzesia Kowalskiego, który był moim studentem na Akademii.
Szeemann to wszystko zobaczył inaczej, z innej perspektywy, i dobrze,
bo to jedyny sposób, jeśli chce się znaleźć w tej Europie, o której
mówiliśmy: poszukać rzeczników, którzy zauważą, po swojemu, że tu się
coś ciekawego dzieje i spojrzą na to własnymi oczami. Jeśli nie
będziemy na tyle przekonujący, żeby eksperci i zwykli turyści
wiedzieli, po co przyjeżdżać do Krakowa, że może trzeba odwiedzić
Wielopole, a także Muzeum Sztuki w Łodzi, to staniemy się
niezauważalni. Cóż kiedy nasze muzea...



*Łódź ma swoich pielgrzymów, do Robakowskiego przyjeżdżają ciągle
młodzi artyści. Bywają tam też tacy znani austriaccy artyści jak
Dabernig i Homo Zobernig - w kulcie polskiego konstruktywizmu. Co nie
zmienia faktu, że niemal całkowicie zaprzepaszczono sukces „Formy w
procesie”, że w dużym stopniu zniszczeniu uległo to, co po tych akcjach
pozostało. A Muzeum Sztuki - przecież to drugie w Europie muzeum
kolekcjonujące sztukę awangardową od początku lat 30. - też przeżywa
kryzys.



Mimo, że zmieniło się tak wiele, ciągle w polityce kulturalnej przeważa
model eksportowej wystawy, którą 'otwiera' ważny polityk, a co się na
niej pokazuje, to mniej ważne.



*Są też imponujące odstępstwa od reguły, jak chociażby „Nowe Państwo -
pomiędzy eksperymentem a reprezentacją”, wiedeńska wystawa w Muzeum
Ludwiga, zrobiona przez Goschkę Gawlik - też twoją uczennicę. Wystawa -
tak jak o tym wcześniej mówiliśmy - robiona wspólnie z kuratorką
tamtego muzeum - Romana Schuler. To doskonały przyczynek do czytania
naszej sztuki międzywojennej. Ale co można zrobić z Nowosielskim? Twoje
stwierdzenie w wywiadzie radiowym, przy okazji retrospektywy w
Zachęcie, że to głęboki, wspaniały artysta, tylko kompletnie nieznany
zagranicą. Dla nas ten skrót jest czytelny, to oczywiste, natomiast dla
ludzi spoza branży jest to jakiś paradoks. Z czego ta hermetyczność
języka wynika, czy jest nieprzekraczalna? Coś podobnego obserwuję w
wypadku Grzegorza Sztwiertni (ucznia Nowosielskiego), który pośród
swojej generacji jest wielkością lokalną. Oczywiście każdym decymetrem
jego płócien można się nacieszyć i nikt nie ma wątpliwości co do rangi
tego malarstwa, a prezentowany obok swoich kolegów najmniejszy wzbudza
odzew u krytyków z Zachodu. Co takiego jest w ich osobności myślenia
malarskiego?



Ta formacja, która tworzyła się na pograniczu, w orbicie trzeciego
Rzymu, w orbicie prawosławnej kultury jest akceptowana w kulturze
literackiej, wiedzą wszyscy, że Dostojewski, że Achmatowa, nawet
Malewicz i konstruktywizm. Natomiast to, co tworzyło tę kulturę, ciągle
jeszcze europejską, do tego brak im klucza. Pewnie dlatego, że nie
mieli profesora Mole'go, który by im wytłumaczył, skąd się brało całe
malarstwo europejskie od Teofana Greka po El Greca. To można pokazać
tylko tutaj, zaprowadzić do benedyktynów na Służewiec, gdzie zamyka
prezbiterium czterometrowy krzyż Nowosielskiego, ostatnie jego dzieło,
które robi wstrząsające wrażenie. Na które pracowały całe tysiąclecia
tej wielkiej, niepodzielonej jeszcze na Wschód i Zachód Europy, która
brała początek gdzieś z Krety, Aten, Peloponezu. Miejsca, które
Zachodowi trudno rozszyfrować.



*Otworzyć się również na to, co też jest innym stosunkiem do abstrakcji.



Nie tylko u Nowosielskiego. Taki też jest Gierowski, i na nich się nie kończy.



*Bardzo wpływowa jest jednak inna orientacja, ta która przyswoiła
idiomy sztuki aktualnej. W muzeach sztuki współczesnej, prywatnych
galeriach, na łamach „Artforum” i innych ważnych periodyków, wielkich
targach sztuki, przewija się co najmniej kilkudziesięciu polskich
artystów średniej i młodej generacji.



Którzy, tak jak kiedyś Kantor, potrafią okrążać cały świat i wszędzie
tam zaznaczyć swoją obecność. Taki Mirosław Bałka jest wszędzie:
potrafi realizować swoje pomysły w Kalifornii, Berlinie, Japonii. Oni
to robią dla siebie, ale i dla nas, bo poruszają się po tym świecie z
ogromną swobodą profesjonalistów. To budzi optymizm. Europejski, bo
jesteśmy z Europy i w Europie. Ponieważ jednak czasy są trudne, a
sztuka zawsze rozwijała się i najwięcej miała do powiedzenia w
najgorszych czasach, nie mam wątpliwości, że tak będzie i teraz.



*To bardzo piękna pointa.



Rozmawiała Maria Hussakowska

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas