poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JACEK BOCHEŃSKI
Może nie ma, ale niech będzie. Odpowiedź na pytanie: co to znaczy być pisarzem europejskim?
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)

Ja, pisarz europejski. Dobre, co?

Najpierw trzeba uporać się z „pisarzem”, z europejskością potem. Trzeba uporać się z nazwą pisarz, bo słowo jest, jak mówią językoznawcy, nacechowane, w dodatku pozytywnie, przynajmniej do niedawna było. Pisarz to coś więcej niż literat. Pisarz pisał rzeczy wartościowe i poważne, literat niekoniecznie. Dlatego, jeśli mogłem, usiłowałem zazwyczaj przedstawiać się mniej patetycznie: literat.

Jednak słowo „literat” jest też nacechowane, dla odmiany negatywnie, i też od niedawna, bo kiedyś (w Polsce zwłaszcza przed rokiem 1939) nie było. Gdy dziś mówię o sobie literat, wyczuwam wśród słuchaczy lekkie poruszenie zmieszane z konsternacją, jak gdybym zrobił coś drastycznego, na przykład powiedział o sobie: brudas. Literat to pisarz podrzędny i nieco szmatławy, autor do wszystkiego, głównie do wynajęcia.

W obecnej Polsce dzielimy się na pisarzy i literatów również pod względem organizacyjnym. Konformiści z czasów stanu wojennego, którzy poparli akcję represyjną ówczesnych władz, należą do Związku Literatów Polskich. Kto uznaje, że w literaturę wpisany jest czynnik etyczny, a literata obowiązuje pewien poziom odpowiedzialności społecznej i godności, ten tradycyjnie lgnie do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W roku 1989 byłem wśród założycieli tego stowarzyszenia, jeśli mnie pamięć nie myli. Odtąd jestem jego prawowitym członkiem, właśnie zapłaciłem składki za rok bieżący. Mam ważne dokumenty pozwalające mi nazywać się pisarzem. Myślę, że po tym, co tu teraz napisałem, zmienię ostatecznie zwyczaj, dam sobie spokój z literatem i zacznę się przedstawiać „agresywnie” jako pisarz.

Są dwa powody, żebym tak postępował. We współczesnym języku określenie pisarz wyraźnie straciło odcień patetyczny. Nazwa pisarz przemieściła się na skali znaczeń. Słowa, jak powiedzieliby językoznawcy, nacechowane aksjologicznie mają zdolność ewolucji. Pozytywne i negatywne wartości słów obojętnieją z upływem czasu lub wręcz zamieniają się między sobą notowaniami. Idą bądź to w górę, bądź to w dół, zwyżkują i zniżkują.

Poeta barokowy mógł jeszcze napisać w wierszu lirycznym „całowałem cię w gębę”, dziś można co najwyżej walnąć kogoś w gębę. Tak ewoluowała gęba: od obiektu pożądania i wdzięcznej rozkoszy, zdającej się „cukrem”, do odrazy, pogardy i brutalności. Inny przykład, bliższy w czasie: jeszcze w wydaniu z roku 1939 „Podręczny słownik języka polskiego” Arcta podawał, że „facet” to „lekceważąca nazwa mężczyzny”. Dziś kobiety „są z” facetami, wychodzą za mąż za facetów, a mężczyznę zatrzymuje policja („sprawcę ujęto w mieszkaniu konkubiny, mężczyzna nie stawiał oporu”).

Nazwa pisarz nie stoczyła się tak nisko. Powiedziałbym, że pod względem aksjologicznym na razie tylko zobojętniała. Pozbawiona artystycznego splendoru i autorytetu rangi mistrzowskiej, informuje rzeczowo o zawodzie nazwanego w ten sposób człowieka. Jest bliższa angielskiego słowa „writer” (tym może być także dziennikarz) niż rosyjskiego „pisatiel” (on nie może).

Pora żebyśmy zaczęli stawiać opór dalszemu postępowi tej ewolucji. I to jest właśnie drugi powód, oprócz formalnego, żebym odważnie i stanowczo nazywał siebie pisarzem. Mianowicie ewolucja przybiera groźną postać. Nie ze względu na mój prestiż, ale na przyszłość kultury.

Za chwilę mam w powstającym tu szkicu dodać do rzeczownika „pisarz/writer” przydawkę „europejski”. „European writer”? Istnieje coś takiego? A trzeba w Unii Europejskiej liczyć się z językiem angielskim. Wiemy, ile zależy w Polsce od angielskich słów, które tak chętnie przyjmujemy i które potem tworzą materialną rzeczywistość według własnej semantyki, zawsze nieco innej niż polska. To subtelna różnica, jednak język angielski/europejski będzie u nas tworzył byty i wyznaczał normy, zwłaszcza, że będzie nie tyle językiem angielskim/europejskim (co do tego mam wątpliwości), ile angielskim/światowym, którym przecież jest.

A więc nie pisarz europejski, lecz pisarz w epoce globalizacji? Pisarz globalny? Tylko że w takim razie już nie pisarz! Już „writer” uprawiający zapewne jakąś postliteraturę. A mnie zależy na tym, żeby pisarz w dwudziestym pierwszym wieku pozostał pisarzem, literatura pozostała literaturą, kultura kulturą. Inaczej mówiąc, nie wyobrażam sobie pisarza europejskiego jako medialnego tekściarza, wyrobnika półproduktów, skryptów roboczych, sensacji i reklamy w zunifikowanym biznesie kulturalnym.

Jestem, a jeśli nie jestem, chcę być pisarzem europejskim. Oczywiście. A jakim innym mam być? Przecież nie afrykańskim ani australijskim. To byłby nonsens. Ale może zwyczajnie polskim? Nad tą kwestią trzeba się zatrzymać.

Pewien mój rosyjski czytelnik, nie zachodnioeuropejski, lecz rosyjski, który znaczenie słowa „pisatiel” rozumie z całą pewnością lepiej niż ja, powiedział mi kiedyś, że nie warto tak mozolić się nad językiem, jak ja niewątpliwie się mozolę. Był to uważny i bystry czytelnik, ponieważ, czytając mnie, dopatrzył się całkowicie trafnie najistotniejszego pola moich wysiłków warsztatowych. Ale po co te wysiłki, pytał, nad językiem mało komu znanym, który zaraz trzeba tłumaczyć na inne języki? Dzisiaj, w integrującym się świecie nowoczesnych narzędzi komunikacji i przekazu potrzebne są zdania łatwe do tłumaczenia, bez subtelnych figur, osobliwości stylistycznych, kłopotliwych metafor, zdania krótkie, proste, możliwie jednoznaczne. Tylko takie wypadają dobrze w przekładzie. Na mój sposób pisania w świecie komputerów i telewizji świat nie ma czasu, a ja nie mam szans powodzenia, twierdził.

Komunał utrzymujący, że mentalności rosyjska i amerykańska (jeśli coś takiego w ogóle istnieje) są do siebie podobne, nie jest moją mądrością, ale w tym wypadku przychodzi mi jednak na myśl. Rosjanin wyraził pogląd do pewnego stopnia amerykański. A ja nie nadaję się na pisarza/writera amerykańskiego narodowości polskiej w Unii Europejskiej, co niektórym z nas może grozić, a w każdym razie może się niektórym pomylić. Jesteśmy bowiem młodymi czy raczej niewprawnymi jeszcze uczestnikami nowej, zorganizowanej lub organizującej się wspólnoty europejskiej i wciąż, nie tylko w sferze kultury, miewamy kłopoty z odróżnieniem Europy od Ameryki.

Ja jestem, oczywiście, pisarzem polskim, zadomowionym do głębi w polszczyźnie, bez której nie potrafiłbym żyć ani zrobić kroku w literaturze. Zarazem, pytany, czy jestem pisarzem europejskim, nie przeczę. To właściwie proste. Nie ma żadnych szczególnych pisarzy europejskich, którzy nie byliby pisarzami swoich literatur narodowych, choćby dlatego, że nie ma ponadnarodowego języka europejskiego, w którym mogliby pisać. Taki jeszcze nie powstał i mam nadzieję, że przez najbliższe tysiąc lat nie powstanie. Pisarz europejski to pisarz włoski, duński, portugalski, czeski, naturalnie i angielski, ale też rosyjski „pisatiel”, i to o wiele bardziej niż niejeden „writer” Bezcennego wkładu Rosjan do literatury europejskiej nikt chyba nie zechce kwestionować.

Piszę to w momencie, gdy Polska weszła dopiero co do Unii. Napomykam o wielkiej literaturze rosyjskiej na wszelki wypadek, bo akty polityczne mącą czasem ludziom w głowach, a Unia to tylko Unia, natomiast Europa była i pozostaje czymś więcej. Piękno, bogactwo, prawdziwość Europy widzę w rozmaitości języków, narodowości, kultur, zdolności. Żeby być dobrze zrozumianym: do zdolności zaliczyłbym również wspaniałą europejską zdolność stworzenia czegoś takiego jak Unia. Rosja tej zdolności nie ma. Jest częścią Europy (kulturalnej na pewno) i nie jest. Nie nadaje się do Unii, głównie ze względu na to, że sama uważa się za kontynent, jeśli nie za dwa.

Ale wracając do mojej polskości i europejskości, czy one się jednak nawzajem nie wykluczają? Czyż nie znamy pisarzy, o których nigdy nie zdecydowalibyśmy się powiedzieć, że są europejscy, chociaż żyją gdzieś w Europie i piszą w jednym z europejskich języków, na przykład polskim albo niemieckim. „Nomina sunt odiosa”, dlatego cofnę się aż do wieku dziewiętnastego. Teofil Lenartowicz i Joseph Freiherr von Eichendorff nie wyglądają na poetów europejskich, prawda? Raczej na regionalnych. Można tak powiedzieć. Mimo że nasz „lirnik mazowiecki” większą część życia spędził na zachodzie Europy i nawet funkcjonował tam w pewnych dziedzinach kultury, jednak w twórczości poetyckiej wydaje się... no właśnie, tylko mazowiecki. Eichendorff tylko śląski (po niemiecku). Czy ludowość tak ogranicza? A diabli wiedzą. Mickiewicza nie ograniczyła. Lecz może ograniczyła go mimo wszystko polskość? O, przepraszam, nie będę próbował odpowiadać na to odwieczne pytanie dotyczące literatury polskiej.

Wracam na osobiste podwórko.

Nie jestem pisarzem regionalnym. Nie wytrzymałbym w „małej ojczyźnie”, która dla pisarzy o pewnym typie wyobraźni i talentu jest jedyną ojczyzną. Nawiasem mówiąc, mogą oni być zarazem pisarzami „par excellence” europejskimi, jak pisarz niemiecki Günter Grass, którego ojczyzną nie są Niemcy, lecz wybrzeża bałtyckie. Nie wyżyłbym na takim skrawku.

Z drugiej strony nie męczyło mnie nigdy poczucie ograniczenia polskością. Cenzurą - tak. Finansami, przepaściami klasowymi, modami, komercyjnym rynkiem wydawniczym, wszelkimi możliwymi czynnikami zewnętrznymi - tak. Ale nie polskością, którą mam w sobie. Fakt, że piszę po polsku, stawia mnie zapewne w mniej korzystnym położeniu wobec tłumaczy, wydawców i rynku, niż gdybym pisał po angielsku, jednak nie posłucham z tego powodu rady mojego znajomego Rosjanina i nie zacznę pisać „łatwiej” po polsku. Bo europejskość to jest coś takiego, co pozwala pisać dowolnymi językami i mieć dowolne ojczyzny, wielkie i małe, byle własne. Dlatego może kocham Europę i chcę w niej być. Już na długo przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej podróżowałem swobodnie w tym, co pisałem, nie uznając granic między krajami, a nawet epokami historycznymi, zgodnie z zasadą swobodnego przepływu idei, osób i usług, choć towarów może niezupełnie, ale za towary nie odpowiadam. Zapuszczałem się więc do Włoch i do starożytnego Rzymu, do Hiszpanii, Francji, Grecji, zresztą do starożytnego Egiptu i Afryki też. Podróżowanie jest nieodłącznym składnikiem moich pomysłów literackich, trochę tajemniczym i - podejrzewam - maniackim. Niemal do wszystkich książek, które udało mi się napisać, musiałem wlepić jakąś podróż, jakąś postać wędrowania. Tak samo sny. Też je wlepiałem jakby mimo woli, niepostrzeżenie dla samego siebie. Za każdym razem obiecywałem sobie poniewczasie, że ten raz to już ostatni. Jednak bez podróży i snów u mnie ani rusz. Świadczy to zapewne o niedowładzie wyobraźni fabularnej. Prawdopodobnie muszę ją nadsztukowywać turystyką i snami. Co prawda, tylko część opisywanych wędrówek odbyłem w rzeczywistości. Inną część zmyśliłem. Sny z reguły zmyślałem.

Czy istnieje takie prawo, że pisarzowi europejskiemu nie może się śnić bez końca rodzinna wioska, tylko powinny się czasem przyśnić starożytne Ateny? I co tam jeszcze? Rzym, opactwo Cluny, Erazm z Rotterdamu, lotnisko we Frankfurcie nad Menem? Wtedy jest europejski?

Szczerze mówiąc, nie mam jasnego zdania. W tych sprawach wszystko wydaje się problematyczne. Na ogół przeciwstawiamy europejskość partykularzowi, chyba nie bez racji, a więc jakaś rozległość tras turystycznych i marzeń sennych jest pewnie pisarzowi europejskiemu konieczna. Ale natychmiast budzi się we mnie wątpliwość. Czy takie rozumienie europejskości nie jest właśnie prowincjonalizmem, skoro Europejczyk Grass (trzymajmy się jednego przykładu) podróżuje niezmiennie do Gdańska i okolicy, a śnią mu się zawsze jego kaszubscy przodkowie?

Istnieje przecież także naiwna koncepcja europejskości widzianej ze stanowiska prowincjusza. Z tej perspektywy prowincja, w której żyje on, prowincjusz, nie może być Europą. Europa to coś lepszego od prowincji, jakaś odległa, wyższa sfera, wyższy rejon, wyższe progi, niedostępne dla byle kogo, przedmiot podziwu i zazdrości, a więc także niechęci i nienawiści. Znamy te poglądy i te uczucia z Polski. Tymczasem współczesna Europa kocha prowincję i chciałaby się maksymalnie sprowincjonalizować. Nie jest to jedyna miłość Europy, lecz bywa i taka.

Od pierwszych słów pisanego tu tekstu podejrzewam, że pojęcie „pisarz europejski” jest w gruncie rzeczy puste lub co najmniej płynne, że w rzeczywistości nie odpowiada mu żaden konkretny desygnat, jedynie staramy się dorabiać mu desygnaty, wciąż inne, w naszych myślach. Przypomina to mityczną „tożsamość europejską”, o której dobrze nie wiemy, czym jest, ale wierzymy, że jest, bo potrzebujemy jej, abyśmy mogli żyć w Unii Europejskiej i z ocaloną Europą we współczesnym świecie. Ciągle więc szukamy tej tożsamości, jak artykułu pierwszej potrzeby

Poszukiwanie tożsamości pisarza europejskiego. Myślę, że literatura, krytyka literacka, estetyka nie wymagają same z siebie tworzenia kategorii „pisarz europejski” i mogłyby się obejść bez odpowiedzi na pytanie, czym on jest. Ja nie muszę tego wiedzieć, żeby pisać, a czytelnicy nie muszą, żeby czytać. Gdy jednak nagle przestają czytać? I gdy z wartością dzieł literackich zaczyna się dziać coś takiego jak z nacechowanymi słowami w języku. Kicz i arcydzieło zamieniają się miejscami. Różnica między książką kucharską, „Boską komedią” i biografią piłkarza niknie. Mówią nam, że wszystko jest sobie równe, idzie o to, ile czego można sprzedać. Słyszymy, że krytyka nie rozporządza uprawnionymi kryteriami wartości, estetyki nie ma, nie istnieje przecież piękno. Dowiadujemy się wreszcie, że kontynenty są równe, Europa nie powinna się wyróżniać ani koncentrować na sobie, to naganny europocentryzm, i tak dalej.

Może więc nie ma w przyrodzie mitycznego „pisarza europejskiego”, jest tylko postulat naszej psychiki, żeby taki twór był. Są jednak ważne okoliczności towarzyszące naszemu postulatowi. Jest pewna historyczna sytuacja u zarania trzeciego tysiąclecia naszej ery. Chcemy na niewielkim stosunkowo półwyspie, zwanym Europą, zachować pewien zagrożony gatunek flory kulturowej, która tu się kiedyś przyjęła.

Słucham? Nie ma żadnej takiej flory? Może nie ma. Ale niech będzie, bo jest nam potrzebna.

Jacek Bocheński

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas