poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z ANDRZEJEM NOWAKOWSKIM rozmawiał ROBERT OSTASZEWSKI
Budowanie podstaw
Dekada Literacka 2004, nr 2 (204)

*Niedawno weszliśmy do Unii Europejskiej. A co z naszą książką, literaturą? Czy uważa Pan, że już jest w Europie, czy dopiero ma szansę być?

Wejście do Unii Europejskiej nie jest oczywiście dla literatury polskiej żadną cezurą. Obecność naszej literatury w Europie i na świecie, może nawet bardziej na świecie, należy rozpatrywać w innych kategoriach niż akcesji unijnej. Mamy bowiem do czynienia z ważnym procesem, który trwa od początku lat dziewięćdziesiątych: chodzi o gwałtowne przyspieszenie globalizacji czy homogenizacji kultury. Z tego wynikają rozmaite zjawiska, dosyć niekorzystne dla naszej literatury, czy - szerzej - obecności naszej kultury w świecie.

*Oczywiście, globalizacja występuje również w sferze kultury, dotyka wszystkich. Tyle tylko, że my nie za bardzo potrafimy się do tej sytuacji przystosować. Rosjanie wypromowali Wiktora Pielewina, Czesi - Jachyma Topola, tymczasem żaden z polskich pisarzy średniego czy młodszego pokolenia nie zaistniał w Europie czy na świecie w sposób znaczący.

Moim zdaniem trzeba na to spojrzeć z różnych punktów widzenia. Jeden albo drugi autor z Czech, Węgier czy Ukrainy niczego nie zmienia. Myślę, że należałoby zacząć od analizy pewnych zjawisk globalnych, które zachodzą bardzo szybko, i na ich tle zobaczyć to, co dzieje się z literaturą polską. Dzisiaj następuje zawłaszczanie kultury przez zaledwie kilka języków, z angielskim na czele. Świat jest praktycznie skazany na angielszczyznę, a to powoduje, że języki, nazwę to umownie, „mniejsze” są w trudnej i coraz trudniejszej sytuacji. Druga sprawa, bardzo istotna, to nadprodukcja słowa pisanego. Przez ostatnie piętnaście lat wyprodukowano więcej słów w formie pisanej niż przez poprzednie pięć tysięcy lat. W praktyce oznacza to, że ludzkość nieomal tonie w oceanie słowa drukowanego. Żeby ważne i dobre książki nie ginęły w nim, potrzebne są potężne fundusze na promocję, marketing, to wszystko, co się wiąże z obecnością książki w mediach. Prawda to okrutna, ale jest tak, że ludzie będą czytali jedynie to, co wypromują media z telewizją w roli głównej. Są kraje - a państwa Unii Europejskiej stanowią tutaj dobry przykład - które przeznaczają ogromne środki, aby promować swój „produkt literacki”. „Produkt” - bo w globalnej wiosce książka przestaje już być tylko i wyłącznie nośnikiem jakiejś wartości, ale staje się towarem. Żeby dzisiaj wypromować autora czy tytuł, trzeba na to przeznaczyć duże sumy, w różny sposób zresztą wydawane. To nie jest tylko prosta reklama, ale cała rozmaitość działań, obejmujących autora, książkę, wydawcę, kraj itd. Utrzymywanie dzisiaj, że arcydzieło samo się obroni, jest moim zdaniem po prostu naiwne. Tak było kiedyś. Oczywiście, istnieją pewne wyjątki, ale i one są elementem pewnej strategii marketingowej i nie przesądzają o zmianie reguł gry.

*Czy można więc skutecznie wypromować dzisiaj jakiś literacki „produkt polski”?

Można. Tym właśnie (między innymi) zajmuję się w Instytucie Książki, ale, niestety, muszę mierzyć zamiary podług sił! Bardzo trudno jest dzisiaj promować najmłodszą literaturę polską, nie tylko ze względu na brak pieniędzy i fakt, że język polski jest peryferyjny, ale również dlatego, że ta literatura nie prezentuje niczego, co mogłoby zachwycić świat. Zdaję sobie sprawę, że to, co mówię, brzmi mało ciekawie, ale takie jest moje doświadczenie i nic na to nie poradzę. Oczywiście istnieją przypadki wyjątkowe, jak chociażby Dorota Masłowska, której książka jest obecnie tłumaczona na kilka języków. Ale nie czarujmy: proza Masłowskiej nie jest szczególnie wartościowa; o „Wojnie polsko-ruskiej” za kilka lat nikt nie będzie pamiętał. Ważniejsze jest jednak, że powieść Masłowskiej znakomicie odpowiada na pytanie, co interesuje „obcego” czytelnika w „kwestii polskiej”. I zauważmy, że bynajmniej nie jest to tematyka „martyrologiczna”... Z drugiej strony przypadek ten doskonale ilustruje działające na międzynarodowym rynku książki mechanizmy. Dzisiaj, żeby wypromować książkę, potrzebne są - poza krytyką literacką -inne media, a przede wszystkim telewizja. Książka i autor są kreowani głównie w sposób medialny czy wręcz - wizualny. Dorota Masłowska jest w telewizji niemieckiej czy francuskiej bardzo medialna, zapewniam.

*Jako praktykujący krytyk mam świadomość, że głos krytyka jest coraz mniej istotny. Gdy w wysokonakładowej gazecie pojawia się recenzja, to na dobrą sprawę nie ma znaczenia, kto ją podpisuje. Ważne jest tylko to, że wydrukowana została właśnie przez „Wyborczą” czy „Rzeczpospolitą”.

Tak jest. Polski rynek książki jest zbyt mały, żeby obowiązywały w nim rynkowe reguły gry odsiewające plewy od ziaren. Wszyscy krytycy znają osobiście wszystkich pisarzy i trudno, żeby abstrahowali w swoich ocenach od przyjacielskich lub nieprzyjacielskich z nimi związków. Poza tym (skoro już nieustannie wracam do roli telewizji) gadanie o książce jest w Polsce wyjątkowo mało atrakcyjne wizualnie. Nawiasem mówiąc, ten problem miały wszystkie telewizje europejskie. Niemcy czy Francuzi znaleźli na to sposób, czyli postacie takie jak Reich-Ranicki czy Pivot, które robiły show. Z Reichem-Ranickiem miałem kiedyś okazję porozmawiać osobiście: wyznał mi w chwili szczerości, że to, co prezentuje w T ma niewiele wspólnego z jego rzeczywistymi poglądami. A nam w Polsce ciągle wydaje się, że krytyk musi być szczery. Ma być skuteczny! Wracając zaś do kwestii promowania literatury polskiej: jeśli mierzyć wysokością nakładów, to świat interesuje się nią w sposób minimalny. Z jednej strony wynika to, jak już wspominałem, ze słabości marketingowej. A z drugiej - fundamentalny paradygmat naszej literatury wyrastający z romantycznych korzeni mało kogo obchodzi. Nasze „aktywa” są gdzie indziej. Jest mianowicie nurt, który nadaje się do „sprzedania” - nurt wyznaczany przez ciąg nazwisk: Witkacy-Gombrowicz-Schulz-Mrożek. Ci pisarze są tłumaczeni i stale obecni w zagranicznych bibliotekach oraz w świadomości. Pamiętać też należy, że w międzynarodowej opinii Polską specjalnością jest reportaż, z Ryszarda Kapuścińskim na czele; reportaż uważa się wręcz za polski gatunek. Z poezją zaś jest ten problem, że co prawda Polska uchodzi za światowe zagłębie poetów, ale ich twórczość jest trudna lub wręcz niemożliwa do przekładania. Jednak trzeba mieć świadomość, że przeciętny, współczesny mieszczanin francuski czy niemiecki nie zna nazwisk polskich pisarzy. Jeśli mówimy o „polskiej obecności” - to raczej w kręgach akademickich czy establishmentu intelektualnego, czyli w gruncie rzeczy w wąskim gronie odbiorców. Pokusiłbym się o tezę, że - być może z wyjątkiem Kapuścińskiego - polscy pisarze nie wpływają w jakiś wymierny sposób na kształtowanie ogólnoludzkiej świadomości, nie pomagają zrozumieć świata.

*Czy nie da się rozszerzyć tej obecności?

W jednoczącej się Europie istnieje przeświadczenie, że unifikacja ekonomiczna czy prawna nastąpi szybko. Pośród powszechnej euforii mało kto wie i mówi o tym, że będziemy funkcjonować w Europie „nieprzekładalnych” kultur. I dlatego, biorąc pod uwagę moje kilkuletnie doświadczenia w tym względzie, jestem pesymistą. Czy zwykłego Niemca interesuje literatura polska? Moim zdaniem - nie. Jego interesuje przede wszystkim własna, niemiecka literatura. Czy z tego wynika, że nie należy nic robić? Oczywiście nie. Ale pomysłów na to, co trzeba zrobić, żeby tę sytuację zmienić, nie ma zbyt wiele. Jest to kwestia w pierwszym rzędzie bariery językowej. Przekładalność kultur bez znalezienia wspólnej płaszczyzny językowej jest nierealna. I tu pojawia się bardzo ciekawy problem: w dzisiejszym świecie niepomiernie rośnie rola tłumaczy - jako ambasadorów kultury pośredników pomiędzy nimi. Tłumacze nie zawsze są doceniani, a przecież ich znaczenie dla wspólnej Europy jest ogromne. Kiedyś mówiło się „pisarz i jego tłumacz”, teraz może sensowniej byłoby mówić „tłumacz i jego pisarz”.

To, jak będzie wyglądała obecność literatury polskiej poza granicami kraju, zależy od wielu czynników: od ilości pieniędzy przeznaczonych na promowanie kultury, od aktywności polskich wydawców, od zaangażowania tłumaczy, od wypracowania standardów w ramach instytucji i programów unijnych, które pozwolą na zaistnienie danej literatury w różnych strefach językowych. Dzisiaj Unia zaczyna już odczuwać wagę problemu wzajemnej obecności kulturalnej. Istnieje wiele programów wspomagających tego rodzaju inicjatywy. Ale bez złudzeń: często ogranicza się to do deklaracji otwarcia na inną literaturę, za którą nie idą jednak żadne konkretne działania. W grę wchodzą tutaj również uwarunkowania ekonomiczne. Dla przykładu, Niemcy sprzedają w Polsce rocznie kilkaset nowych tytułów, a my w Niemczech - kilkadziesiąt...

*Duża ilość sprzedawanych u nas niemieckich tytułów wynika z obecności w Polsce dużych niemieckich koncernów prasowo-wydawniczych.

Dzieje się tak również dzięki ułatwiającym to funduszom. Jeżeli polski wydawca chce wydać niemiecką książkę, to, po pierwsze, ma informację o niemieckim rynku wydawniczym zdecydowanie lepszą niż wydawca niemiecki o rynku polskim, po drugie, ma do dyspozycji niemieckie fundusze wspierające tłumaczenia. A jeszcze: u nas bardzo ekspansywne są działy marketingu zachodnich wydawnictw, które starają się sprzedać własne tytuły, a niekoniecznie zależy im na kupowaniu naszych. Chociaż są oczywiście wyjątki, czego chwalebnym przykładem niemiecki „Suhrkamp”. Celowo mówię nie o wartości naszej literatury, lecz o pewnych mechanizmach rządzących rynkiem książki. Nie mam wątpliwości, że literatura polska jest naszym najlepszym towarem eksportowym. Ale jeśli chodzi o oprawę prawno-marketingową tego „towaru”, tutaj mamy jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Jest to jednak problem wszystkich literatur pisanych w małych, peryferyjnych językach.

*Jak go można rozwiązać?

Wejście do Unii wiąże się z koniecznością przejęcia pewnych standardów handlowania kulturą, w tym i literaturą. Jeżeli ktoś uważa, że jest to coś, co nie przystaje do sztuki, co jest niegodne sztuki, to cóż... rozumiem, ale nie akceptuję.

*Wciąż krążymy wokół kwestii sposobów promowania naszej literatury. Czy my to robimy dobrze? Czy istnieje w tym przypadku spójna strategia promocyjna? Przyznam, że przyglądając się tym działaniom, odnoszę wrażenie, że są one dosyć przypadkowe.

Znowu mamy do czynienia ze złożonym problemem. Po roku 1989 postawiliśmy w Polsce na awans ekonomiczny, a nie edukacyjny i kulturowy. Mecenat państwowy w tej sferze został definitywnie zaniedbany. Państwo od lat przeznacza niewielkie środki na kulturę. Poza tym nie sformułowano żadnej strategii promowania kultury czy literatury poza granicami kraju, uznając, że są ważniejsze potrzeby. To błąd, bo przecież eksport kultury jest najtańszym, najlepszym, najbardziej efektywnym sposobem budowania wizerunku naszego kraju we wspólnocie narodów świata. Literatura to nie jest kwiatek do kożucha. Ale ta świadomość niekoniecznie wpływa na decyzje zapadające w świecie polityki, wobec którego jesteśmy coraz bardziej bezradni ze swoimi przekonaniami. A wracając do sprawy wyborów strategicznych: my, tradycyjnie, zapatrzeni jesteśmy w Zachód, a przecież ważne jest, aby pracować także nad obecnością naszej literatury na rynkach skandynawskich czy wschodnich. Ze środków funduszu translatorskiego „Copyright Poland” wspomogliśmy wydanie ponad 200 książek na Wschodzie, ale to wciąż nie jest zbyt wiele.

I jeszcze jedno: czasami mam poczucie pewnej absurdalności, kiedy operujemy pojęciem „literatura”. Mamy przecież do czynienia z rozmaitymi obiegami różnych wartości literackich, niekoniecznie przystających do siebie. Pojawiają się w związku z tym poważne dylematy. Na przykład: zgłaszają się do Instytutu Książki wydawcy ukraińscy, którzy szukają funduszy na tłumaczenie książek Katarzyny Grocholi. Jeżeli przeznaczymy na ten cel jakieś pieniądze, to zaraz pewnie pojawią się głosy: jak to, podatnik polski ma wspomagać literaturę niskiego lotu???

*To jest problem ogólniejszy: czy promować wysokie wartości naszej kultury, czy też pewien współczesny wizerunek kraju, wyłaniający się z działań w rozmaitych sferach kultury?

Staram się z tym walczyć - w przekonaniu, że o nas zaświadcza Mickiewicz i jemu bliscy geniuszem, ale prawda jest, jaka jest: literatura wysoka, ta z obowiązującego kanonu, nieszczególnie dzisiaj obchodzi młodych ludzi w Polsce... To jest skansen, pełen wartości, ale jednak skansen. Nie kształtuje postaw ludzi. Tym bardziej nie obchodzi czytelników poza naszymi granicami. Jeżeli mamy im zawozić lektury, to takie działanie nie ma sensu. Ale ludzie odpowiedzialni u nas za kulturę nie zawsze chcą wyjść poza myślenie w kategoriach narodowych kapliczek.

*Co będzie dalej z naszą literaturą i jej obecnością za granicą?

Przez co najmniej 10 lat czeka nas żmudne dostosowywanie się do standardów obowiązujących w Europie, czyli kształcenie wydawców, wspomaganie tłumaczy, myślenie o agentach, którzy będą skutecznie reprezentowali naszych pisarzy i wydawców, o handlowaniu kulturą jako towarem. I to jest podstawa. Dopiero później możemy mówić o promowaniu wartości. Powiem tak: jeżeli mamy kompleks, że nasza literatura obecna jest w Europie czy na (wiecie w sposób, który nas nie satysfakcjonuje - to i dobrze... Może stąd wyniknie coś pozytywnego, jeśli zabierzemy się za sensowną robotę.

Rozmawiał Robert Ostaszewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas