poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JOANNA PREIZNER
Farbą po Ameryce
„Dogville”, scen. i reż. Lars von Trier, wyk. Nicole Kidman, Lauren Bacall, Paul Bettany, James Caan, Chloe Sevigny, Ben Gazzara, premiera 2003 r.
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)


Premiera najnowszego filmu Larsa von Triera „Dogville” na tegorocznym festiwalu w Cannes po raz kolejny sprowokowała dyskusję na temat twórczości kontrowersyjnego reżysera. Tradycyjnie już film Triera budzi bardzo głębokie i bardzo różnorodne emocje - od zachwytu po całkowite odmówienie obrazowi jakichkolwiek wartości. Tym razem jednak do typowych komentarzy odnoszących się zazwyczaj do kwestii artystycznych dochodzą także komentarze polityczne. Umieszczenie akcji filmu w latach trzydziestych w Stanach Zjednoczonych Ameryki jest zabiegiem całkowicie celowym i, mimo że film ma pretensje do uniwersalizmu, znacząco warunkuje jego odbiór. Pojawiają się komentarze, że tytułowe miasteczko jest metaforą całych Stanów-państwa, które za wyświadczone przez siebie dobro każe płacić znacznie zawyżoną cenę. Atmosferę podgrzewa także sam Trier, na krytykę odpowiadając przedrzeźnianiem w czasie konferencji prasowych prezydenta Kennedy'ego. Wypowiedziane niegdyś w Berlinie słynne słowa „Ich bin ein Berliner” ironicznie parafrazuje w „Ich bin ein American”.

Jest bardzo późno, kiedy Grace dociera do miasteczka na wzgórzach. Jest zmęczona, trzęsie się z zimna ubrana w elegancki, niepraktyczny płaszczyk. Wytworne szpilki, które ma na nogach, nie pomagają w szybkim marszu, obcisła wieczorowa sukienka krępuje ruchy. Chwilę wcześniej padły strzały. Przerażenie dziewczyny, desperacja, z jaką pokonuje wzniesienia, wskazują, że to do niej celowano. Uśpieni mieszkańcy Dogville nie słyszą ani strzałów, ani kroków, ani urywanego, głośnego oddechu intruza, nie zdają sobie sprawy, że za przyczyną tej kruchej i bardzo pięknej kobiety, która potykając się idzie właśnie środkiem ulicy Wiązów, niedługo zmieni się całe ich życie. Śpią spokojnie. Są przecież uczciwymi obywatelami Stanów Zjednoczonych Ameryki, ciężko pracującymi dla dobra swoich rodzin i kraju. Wierzą w amerykańskie wartości. Na co dzień surowi i szorstcy, zmęczeni trwającym kryzysem, prowadzą jednak - przynajmniej pozornie - proste i głęboko moralne życie. Grace pojawia się w nim przypadkiem. Nie wybrała tej miejscowości, nie znała wcześniej ludzi tu mieszkających. Ale kiedy następnego ranka widzi ich po raz pierwszy, kiedy patrzy na ulice maleńkiego, składającego się zaledwie z kilku ulic Psiego Miasteczka, zdaje sobie sprawę, że uosabiają oni to wszystko, za czym wcześniej tęskniła, prowadząc wygodne życie córki gangstera. Widzi w nich ratunek - nie tylko w dosłownym sensie. Schronienie, którego za namową samozwańczego przywódcy zgadzają się jej udzielić mieszkańcy Dogville, nie jest dla niej wszystkim. Równie ważny - a może nawet ważniejszy - jest fakt, że teraz będzie można zacząć wszystko od nowa, tylko na własny, świeżo otwarty rachunek. Że można być w pełnym tego słowa znaczeniu dobrym, pięknym człowiekiem - bogatym dzięki poświęceniu i wewnętrznemu spokojowi, jakie daje uwolnienie się od konieczności akceptowania czynionego przez najbliższych zła.

Warunek, który stawiają wybawcy, początkowo nie wydaje się być trudnym do spełnienia - Grace ma wykonywać proste, niewymagające większego wysiłku, prace na rzecz miasta. Komuś przypilnuje dziecka, z kimś porozmawia, komuś pomoże upiec ciasto, kogoś nauczy grać w warcaby, do kogoś po prostu się uśmiechnie i podniesie na duchu. W zamian za to dostaje pozwolenie na pozostanie w Dogville, gwarancję ochrony i niedużą pensję, za którą stopniowo kupuje sobie w miejscowym sklepie porcelanowe figurki. Dziewczyna jest szczęśliwa - otoczona sympatią i szacunkiem całego miasta, świadoma rodzącej się powoli miłości Toma, który jako pierwszy wziął ją w obronę, ma po raz pierwszy w życiu wrażenie, że znalazła swoje miejsce na ziemi, że nie może jej spotkać nic lepszego ponad to, co stało się tutaj. I tylko raz, wstydząc się swoich podejrzeń, niepewnie zapyta Toma o wizytówkę z adresem i telefonem, którą zostawił chłopakowi poszukujący jej ojciec. Tom, oburzony, zaprzeczy. Grace, uspokojona, nie zapyta więcej.

Nie do końca właściwie wiadomo, dlaczego powoli ulatnia się sielankowy nastrój. Może dzieje się tak wtedy, kiedy kobiety w miasteczku orientują się, że niespotykana uroda gościa robi stanowczo zbyt duże wrażenie na mężczyznach z Dogville. A może jest to moment, kiedy szeryf po raz kolejny przywozi do miasta zawiadomienie o rzekomych przestępstwach Grace. Dość, że najpierw prawie niedostrzegalne, potem coraz wyraźniejsze sygnały pozwalają Grace zauważyć, że jej status w miasteczku nieco się zmienił. I choć wszyscy zaprzeczają, jakoby zmiany były istotne i stałe, Grace nie czuje się już bezpieczna ani szczęśliwa. Nie martwią jej jednak znacznie zwiększone obowiązki - Tom tłumaczy przyjaciółce, że to konieczność, ponieważ ukrywanie jej wiąże się teraz z większym ryzykiem - Dogville ma poczuć się pewniej, kiedy swoją pracą Grace wynagrodzi mieszkańcom miasta związane z jej obecnością uczucie niepokoju. Prawdziwy problem jest znaczenie poważniejszy - dziewczyna, którą do tej pory traktowano nie tylko jako miłą, sezonową atrakcję, ale także jako niezależny, nieco tajemniczy byt, teraz zaczyna być dla Psiego Miasteczka czymś w rodzaju rzeczy, nad którą rozciąga ono pełnię swojej władzy. „Sposób, w jaki mieszkańcy Dogville traktują Grace, pokazuje, że oddawanie siebie innym w prezencie może być bardzo niebezpieczne” - powiedział Lars von Trier. – „Władza, jaką ludzie wtedy dostają nad jednostką, deprawuje ich. Jeśli dajesz siebie za darmo, to wszystko się zepsuje”. Kiedy więc otoczenie Grace uświadamia sobie swoją siłę i to, że dziewczyna nie będzie się przed nim bronić, zaczyna się koszmar. Urocze starsze panie postępują jak czarownice, kobiety, które wcześniej przyjaźniły się z Grace, teraz pastwią się nad nią psychicznie, dzieci, które wcześniej nie odrywały od niej zachwyconego wzroku, pozwalają sobie na zachowania, z którymi ich opiekunka nie potrafi sobie poradzić. Dotychczasowi wybawcy Grace zaczynają zachowywać się tak, jakby brali udział w swoistej licytacji - kto uderzy mocniej, dokuczy bardziej, dotknie najczulszego punktu dziewczyny. Intuicja nie zawodzi ich nigdy, potrafią także doskonale usprawiedliwić każdą swoją niegodziwość, używając przy tym słów takich jak „Prawda”, „Godność”, „Sprawiedliwość”, „Poświęcenie”. Wstrząsająca scena gwałtu, która wydaje się być apogeum okrucieństwa, tak naprawdę dopiero je zapowiada. Mimo to Grace bardzo długo nie próbuje protestować, z pokorą znosi poniżenie i strach. „Myślę, że walczy z tym, kim jest, skąd pochodzi, ze swoimi pobudkami” - komentowała graną przez siebie postać Nicole Kidman. – „Fascynuje mnie w niej to, że pragnie być dobra za wszelką cenę, więc, chcąc wierzyć w ludzką dobroć, potrafi wiele przebaczyć. Nie uważam jej za naiwną. Myślę, że jest pełna nadziei, nadziei dotyczącej całej ludzkości. (...) Mieszkańcy miasteczka są aspektami jej osobowości. Tom, jej ojciec, wszyscy... Kiedy się to dostrzeże, staje się ona o wiele pełniejszą postacią”.

Grace podejmuje tylko jedną, jedyną próbę ucieczki - zdradzona, ponosi porażkę. Wściekli oprawcy postanawiają upodlić ją jeszcze mocniej - zawieszają jej na szyi obrożę z łańcuchem i dzwonkiem. Od tej pory każdemu poruszeniu dziewczyny towarzyszy jego dźwięk. Kolejne upokorzenie dodane do całej masy innych nie zdaje się już robić na Grace większego wrażenia. Jest bierna, ogromną większość czasu spędza, leżąc w bezruchu na starym łóżku. Jej obojętność, chłód, rezygnacja znamionują dojście do jakiegoś kresu, do granicy, po przekroczeniu której nic już nie może być takie jak przedtem - także poglądy, postawa, której hołdowało się wcześniej. Franciszkańska pokora przekształca się niespodziewanie w chęć zemsty, z tym, że nie jest to zemsta mająca na celu tylko ukaranie winnych cierpienia. Grace, karząc miasteczko, nie tylko wyrównuje swoje rachunki - próbuje także choć trochę wyczyścić, posprzątać świat, który w jej mniemaniu będzie po prostu lepszy bez hipokryzji Psiego Miasteczka. Jej okrutne działania wydają się widzowi całkowicie usprawiedliwione -sceny masakry, mordowania bezbronnych ludzi, przynoszą ulgę. Emocje stopniowo windowane podczas ponad dwugodzinnej psychodramy na najwyższy możliwy pułap znajdują wreszcie ujście. Kara jest adekwatna do popełnionego przestępstwa, zawodowi kaci wykonują ją szybko i sprawnie, nie znęcając się nad ofiarami. W sumie wszystko przebiega bardzo humanitarnie... Może poza jedną sceną - likwidacji rodziny Weroniki i Chucka, których siedmioro dzieci ginie na oczach matki zmuszonej do patrzenia na ich śmierć. Ale nawet to, tak okrutne działanie, nie wzbudza sprzeciwu - Weronika jakiś czas wcześniej również skazała Grace na obserwację śmierci jej „dzieci” - siedmiu kiczowatych, porcelanowych figurek symbolizujących nowe życie dziewczyny. Razem z nimi ginie wszystko, w co Grace wierzy, czemu ufa. W pewnym sensie ginie więc sama Grace - zemsta na Dogville jest zarazem przyznaniem się do porażki, uznaniem racji reprezentowanych dotąd przez ojca - racji, którym dziewczyna od tej pory również będzie hołdować.

Tragedia Grace nie robiłaby chyba tak wielkiego wrażenia, gdyby nie sceneria, w której Lars von Trier zdecydował się ją umieścić. Dogville to ogromna, utopiona w czerni hala zdjęciowa, na podłodze której namalowano białą farbą zarysy domów i ulic. Większość przedmiotów używanych przez bohaterów nie istnieje, niewidzialne drzwi zaznaczają jednak swoją obecność skrzypieniem za każdym razem, kiedy ktoś je otworzy lub zamknie, a nieistniejące krzewy szumią przy silniejszych powiewach wiatru. Jeśli nawet ten zabieg powoduje początkowo dyskomfort, widz bardzo szybko przestaje go odczuwać -dramat, którego staje się świadkiem, dominuje nad miejscem, w którym się rozgrywa. Nowatorskie, szokujące dla wielu rozwiązanie Triera, nie jest przypadkowym zabiegiem, nie zostało również wybrane ze względu na znaną skłonność reżysera do łamania wszelkich filmowych reguł. Narysowane, przezroczyste Dogville uwydatnia udrękę dziewczyny - scena brutalnego, odrażającego gwałtu rozgrywa się w bliskim sąsiedztwie innych ludzi, którzy, stojąc metr czy dwa metry dalej, nie reagują, nie zauważają dziejącego się tuż obok zła - być może dlatego, że ściany, których nie wybudowano w studiu, dla nich istnieją naprawdę. To jednak tylko wymówka - jest jasne, że nawet gdyby mieszkańcy postrzegali Dogville w ten sam sposób, w jaki robi to widz, ich reakcja byłaby identyczna. Dramat Grace może się rozegrać nie dlatego, że nikt go nie zauważa, ale dlatego, że zauważają go wszyscy. I akceptują.

Poczynaniom miasteczka cały czas towarzyszy komentarz narratora, wygłaszany nieco sarkastycznym tonem przez Johna Hurta. Jego nazwisko w obsadzie filmu to jedno z wielu wielkich nazwisk, które pojawiają się w czołówce: Nicole Kidman, Laren Bacall, Paul Bettany, Chole Sevigny, Jean-Marc Barr, James Caan czy Udo Kier. Intrygujący zestaw ludzi pochodzących z różnych krajów i reprezentujących różne typy aktorstwa dał w efekcie produkcję niezwykle sugestywną, o wyjątkowym nastroju. Aktorzy, najczęściej grający do tej pory w filmach trafiających do bardzo szerokiej widowni, zdecydowali się tym razem na wzięcie udziału w eksperymencie, którego powodzenia nie gwarantowało właściwie nic poza nazwiskiem reżysera. Ich grę - świadomie nieco teatralną, wyczyszczoną z gwiazdorskiej maniery -podkreślają zdjęcia zrobione za pomocą prostej kamery video prowadzonej z ręki. Otrzymany w ten sposób obraz ogromnie różni się od wielu powstających współcześnie filmów, które większość swoich atutów otrzymują dopiero w procesie obróbki komputerowej. Pozbawiony malowniczych krajobrazów, oszczędnie operujący kolorami i światłem, kładzie nacisk na specyfikę relacji międzyludzkich, na ich temperaturę i powody jej wzrostu lub spadku. Jeśli interpretować „Dogville” w tym kluczu, nie sposób odmówić filmowi uniwersalizmu. Nie sposób jednak również nie zauważyć szeregu czarno-białych zdjęć, składających się na ostatnią sekwencję dzieła von Triera. Dokumentują one tą stronę Ameryki, do której ona sama niechętnie się przyznaje - nędznie ubranych, wygłodzonych ludzi, brudne uliczki, przerażające budynki slumsów. To w dużej mierze realistyczny portret Dogville - zanim jeszcze zniszczyła je Grace. Przeraźliwie dosłowne fotografie kończą ten tak umowny film. Nie towarzyszy im już żaden komentarz, nie układają się w żaden logiczny ciąg. Jednak samo ich pojawienie się czyni opowiedzianą historię bardziej prawdopodobną - skoro bowiem istniał (istnieje?) taki świat, wydarzenia przedstawione w obrazie von Triera mogły (mogą?) naprawdę mieć miejsce. Wybierając dla ilustracji swej tezy Stany Zjednoczone, duński reżyser świadomie je demitologizuje, czyni odpowiedzialnymi za zło. Zdaniem von Triera, krytycznie nastawionego do „kraju wielkich możliwości”, Ameryka nader często stara się uniknąć tej odpowiedzialności. Być może kolejne dwa filmy, które mają wejść w skład trylogii zapoczątkowanej przez „Dogville”, dadzą odpowiedź na pytanie, jak rozwiązać ten problem.

Joanna Preizner


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas