poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)]

■ Czwarty numer dwumiesięcznika „Pogranicza” (2003 nr 4) poświęcony jest Szczecinowi z przeszłości, Szczecinowi polskiemu, żydowskiemu, niemieckiemu. Przede wszystkim jednak żydowskiemu. Piotr Krupiński w artykule redakcyjnym („Odczytać miasto”) podał kilka powodów, dla których redakcja zdecydowała się przypomnieć Stettin, pisarza Döblina, miejsca, których już nie ma. Jednym z nich, dla mnie bardzo współgrającym z tekstami wewnątrz numeru, jest brak całkowitej odporności na pokusy nostalgii. I jeszcze jeden, bardzo ważny: „Odczytać je, odsłonić znaki przeszłości, dojrzeć do tego, co najpierwsze: spoiwem tożsamości (...) jest poczucie więzi z poprzednimi mieszkańcami, z nieobecnymi. Z Innym, który jest w nas - w milczeniu Niebuszewa (Lejbuszewa), szczecińskiej dzielnicy, którą po wojnie zamieszkiwali Oni, w mieście, w którym nie może zebrać się >>minjan<<: dziesięciu dorosłych mężczyzn, w mieście, w którym nie można odmówić >>kaddisz<<.”

Taube Kron w tekście „Droga do domu” wspomina drogę z Uralu do Polski, która bez Lwowa, miasta rodzinnego była miejscem obcym, bez żadnej znajomej ulicy czy sąsiada, bez miejsca zaczepienia. Na wyjazd do Lwowa władze sowieckie nie zgodziły się, gdyż Taube z mężem i dzieckiem (dwojgiem w zasadzie - była wtedy w ciąży) nie przedstawili zaproszenia od rodziny. Urzędnicy „wówczas już wiedzieli lepiej od nas, że Rodzina i Krewni spopieleni...” Uczucie niepewności jutra i wykorzenienia związane jest tu nie tylko z wyjazdem na ziemie odzyskane, ale z doświadczeniem - zaraz po wojnie - antysemityzmu. Dojechali do Szczecina, stacji docelowej pociągu. Pomoc Państwowego Urzędu Repatriacyjnego, doprowadzenie kuchni i ubikacji do porządku, poszukiwanie potrzebnych rzeczy i pracy, jakieś znajomości i zapomogi - sprawy życiowe były wtedy najważniejsze. Wśród obrazów z tych pierwszych miesięcy życia w Szczecinie wciąż powracają sprawy żydowskie: bij Żyda!, jakieś plany pogromu przygotowywane przez UB, nielegalny przewóz Żydów do Berlina. I wyjazd do Warszawy, w której spotkania ze znajomymi, „jakieś nawiązanie do starego w nowym”, ale i przeżycie getta. „G. dała nam przewodnika - kapitan Janek. To on zaprowadził nas na zrównany z ziemią obszar 'gettowy'. Właściwie nie całkiem zrównany, bo o stopę lub dwie wyższy nad poziom otaczających ulic. Jak okiem sięgnąć gruzy wyrównane, cegły potłuczone równiutko, prościutko: 'ordnung mus zajn'. (...) Nie wstąpiły tam nasze nogi, nawet chodzenie po samej ulicy obok zdawało się świętokradztwem, a po plecach szedł mróz: cegły to czy krew?”

Warto przeczytać również wspomnienia Anny Frajlich („Mój Szczecin?”) oraz tekst Doroty Sośnickiej o wielkim Żydzie urodzonym w Szczecinie – „Alfred Döblin: szkic do portretu pisarza”.

Polecam bardzo ciekawy tekst o związkach poezji Różewicza z twórczością Hölderlina: „Dlaczego Hölderlin” Anety Kuli („Twórczość”, 2003 nr 10). Hölderlin należy do tych pisarzy, którzy byli opisywani przez Różewicza w poetyckich biografiach milczących artystów. „Obłęd Hölderlina miał swoje początki około 1796 roku. Pojawiły się wówczas u autora „Hyperiona” dolegliwości psychosomatyczne, nadmierne rozdrażnienie, stany depresyjne. (...) Po nieudanej podróży z Ludwigiem Sinclairem do Stuttgartu (w 1806 roku) został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym w Tybindze. Rok później zamieszkał u stolarza Zimmera” - pisze Kula. I jeszcze jeden cytat, ważny: „Dla Różewicza Hölderlin, Goethe, Mickiewicz, Rimbaud to literackie warianty motywu poety, który dotarł do ostatecznej wiedzy o istocie poezji zawierającej się w idei 'małego wiersza'. Znaczenia, jakie Różewicz kojarzy z autorem „Hyperiona”, są w zasadzie stałe i nie podlegają istotnym zmianom. Hölderlin występuje w tekstach Różewicza jako metafora poety, który opisał świat kończącej się duchowości i przeciwstawił tej pesymistycznej wizji swoją ucieczkę w obłęd równoznaczny z milczeniem”. Autorka analizuje wiersz Różewicza „To jednak co trwa ustanowione jest przez poetów”. Wprawdzie ten tytuł odsyła do Hölderlinowskiego „Was bleibt aber, stiften die Dichter”, jednak w wierszu zawarty jest poetycki portret Mickiewicza. Najpierw jednak dwa zdania komentarza do tytułu: Kula analizuje różne wersje translatorskie i różne interpretacje. W kreowaniu roli poety i poezji Różewiczowskie tłumaczenie (poeci zdolni są do utrwalania w czasie tego, co trwa) nie idzie tak daleko, jak np. nieledwie metafizyczna wykładnia Napierskiego: „Gdy to, co przetrwa, w niebo dźwigają poeci.” Mickiewicz w tym wierszu otrzymuje znamię Konrada; o ranie na czole mówi się dwukrotnie, jest ona „bolesnym znakiem poety, traumatycznym piętnem artysty”. Osiąganie u Mickiewicza (Różewicza) coraz większej gęstości prowadzi do zapadania się w siebie, wreszcie do milczenia. Przywołajmy za autorką analizy fragment „To jednak co trwa ustanowione jest przez poetów”: „pustosząc pustkę słowa / pisze / głębiej ciemniej”. W tym wierszu o Mickiewiczu w Lozannie zawarta jest sugestia, że pożądanym kresem poezji może stać się właśnie milczenie. Oddajmy jeszcze raz głos Kuli: „Różewicz nie mówi: wybieram milczenie, bo poezja nie ma już mocy stanowienia tego, co naprawdę trwałe, ale: mogę wybrać milczenie, bo nie wiem, czy poezja kiedykolwiek będzie miała jeszcze taką moc.” Dalsze śledzenie wierszy Różewicza analizowanych w tym szkicu zostawiam czytelnikom, którzy sięgną po „Twórczość”.

Zygmunt Kubiak przekonuje, że Kampania Neapolitańska piękniejsza od Wenecji. Jego tekst „Głos spod Neapolu”, zmieszczony w „Twórczości” zachęca do wyjazdu. I do zwiedzania niespiesznego, acz z podręcznikami historii i dziełami literackimi (choćby „Eneidą”) w rękach. „Nocowaliśmy w uroczych, spokojnych hotelikach, jadaliśmy obiady w cudnych restauracyjkach pod niebem, a kiedy chętnie wymienialiśmy autobus na własne nogi, pożywialiśmy się w marszu wiktuałami stosownymi do naszej młodości (...).” Taka wędrówka powinna zaprowadzić do Pompei i Herkulanum, do piśmiennictwa pierwszych wieków cesarstwa, twórczości powstającej w niezwykłych czasach pokoju, która przestała być zatruta polityką, odwołującą się do uproszczonej wizji świata. Kubiak zaprowadzi nas również do willi z papirusami („villa dei Papiri”), w której zachowały się nadpalone teksty Epikura czy Filodemosa.

Bywa, że kartkując tam i z powrotem najnowszy numer jakiegoś periodyku, a potem czytając go dokładnie, myślę: byle do zdania, na którym można się zaczepić. Przy którym przestanę się nudzić, które oderwie mnie od tekstów nijakich lub ważnych, ale oczywistych, dobrych, ale nie-pociągających. Gdy nie znajdę takiego zdania, uważam, że poniosłem jakąś porażkę. Takie zdanie znalazłem właśnie w wierszu bez tytułu Franco Loi: „Jest nas tyle co nic, Panie Boże, jesteśmy byle czym...” („Okolica Poetów”, 2003 nr 1). Wiersz ten przeczytałem w wyborze poezji włoskiej przygotowanym do tego numeru „Okolicy Poetów” przez Jarosława Mikołajewskiego („Okolica włoska”). Po pierwszym wersie, który zacytowałem, następuje wyliczenie kolejnych form bylejakości naszego bytu. Byt nie jest jednostkowo ważną formą ontologiczną, rozmienia się na cudze potomstwo, rozwiewa jak podmuch wiatru. Budzimy litość. „Idziemy bezwiednie wznosząc hymny / i nic nam nie zostaje z tego, czym byliśmy.” Mikołajewski oszczędnie, w jednym zdaniu informuje nas o włoskim poecie, którego wiersze przywołał: „Poeta języka mediolańskiego, pochodzenia sardyńskiego, urodzony w Genui Franco Loi - którego wiersze ukazują się po polsku po raz pierwszy - należy do największych poetów włoskich.”

Gdy czytam taki wiersz, nie mogę się oprzeć pokusie zacytowania całego utworu. „Wycofuje się ze mnie moje miasto, /ja z niego. Koniec czasu danego, / ultra amalgamatu / albo roztwór / tego co przeżyte z tym co nie przeżyte / w tej niebieskiej nadludzkiej nudzie / wciąż wyczekiwanej, w ciągłym czuwaniu...” To jeden z późnych wierszy Mario Luziego, również pomieszczony w „Okolicy włoskiej”. W numerze jeszcze kilka jego wierszy i wykład „Aureole współczesnego języka”, wygłoszony 15 maja 2002 r. w Instytucie Kultury Włoskiej w Warszawie.

„Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni” (2003 nr 2) poświęcony jest tym razem dworcom. Artykuł wstępny Joanny Orlik („Manifest dworcowy”) zawiera założenie, któremu w dużej części poświęcony jest numer: przestrzeń dworców trzeba wykorzystać do wydarzeń kulturalnych, gdyż dystans „oddzielający doświadczenie dzieła sztuki od doświadczenia poczekalni dworcowej jest tylko pozorny”.

Właściwie polecam wszystkie teksty z „dworcowego” numeru, który nie jest opasły i da się przeczytać w drodze koleją z Krakowa do Tarnowa. Wymienię niektóre: ten o teatrze na Dworcu Świebodzkim we Wrocławiu (Joanna Biernacka, „Gdzie państwo dzisiaj grają?”), o imponującym Muzeum d'Orsay w paryskim dworcu (Aleksandra Robakowska, Jarosław Trybuś, „Nenufary na dworcu”), o podziale na klasy, czyli poczekalniach dla pasażerów z biletami do wagonów I, II lub III klasy i związanej z tym przestrzennej organizacji socjologicznej (Marcin Jasionowicz, „Gra w klasy”).

Robert Kozela
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas