poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Camera obscura [Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)]


■ Nawet przy pobieżnej lekturze książki „Młoda Polska” Justyny Bajdy (Wydawnictwo Dolnośląskie) rzucają się w oczy pomyłki i sformułowania mylące. I tak, Sienkiewicz otrzymał Nagrodę Nobla za całokształt swej twórczości historycznej, a nie za „Quo vadis”, jak czytamy na s. 114, Orzeszkowa nie uchodziła „za jedną z największych gorszycielek epoki” i nie stanęła na czele warszawskiego zjazdu kobiet w r. 1907 (zjazd był połączony z obchodem ku jej czci; ale jubilatka w nim w ogóle nie uczestniczyła - s. 10), „Kaśka Kariatyda” Zapolskiej (autoprzeróbka jej powieści) nie weszła do „kanonu klasyki polskiego dramatu” (s. 106). Nie można pisać, że za czasów dyrekcji Pawlikowskiego pojawiła się na scenie Modrzejewska (s. 28), bo to były już ostatnie lata jej życia (nb. na s. 105 przypisano jej biografię Wandzie Siemaszkowej, co jednak najpewniej jest błędem drukarskim), ani wymieniać jako różnych utworów Ibsena „Domu lalki” i „Nory” (s. 101), bo to jedna i ta sama sztuka. Nie należało też umieszczać opowiastki wziętej z „Garbatego” Józefa Korzeniowskiego (1853), ani cytatów z wiersza Bałuckiego „Dla chleba” (1874) i „Marty” Orzeszkowej (1873) jako charakterystycznych dla epoki Młodej Polski.
Dezorientuje czytelnika umieszczenie na s. 100 obrazu przedstawiającego lwowski spektakl „Medei” z r. 1805 przy podpisie charakteryzującym polski dramat mieszczański drugiej połowy XIX w, a na s. 105 - fotografii ze spektaklu „Domu otwartego” Bałuckiego z r. 1941 z podpisem zawierającym cytat z „Moich współczesnych” Przybyszewskiego. (hm)

Nie ustrzegł się też pomyłek Witold Ślusarski w „Księdze anegdot mężów uczonych” pt. „Siadaj pan!”. Ignacy Chrzanowski był siostrzeńcem nie Kraszewskiego (s. 32), lecz Sienkiewicza. Znany z roztargnienia profesor Rubczyński to nie Władysław z Politechniki, lecz Witold z UJ. Profesor prawa Dziurzyński miał na imię nie Jan (s. 147), lecz Tadeusz. Andrzejowa Potocka z pałacu „Pod Baranami” nie była „profesorową” (s. 189). Profesor ASP Hodys miał na imię nie Adam (s. 202), lecz Włodzimierz. Jest rzeczą mało prawdopodobną, by prof. Borys Łapicki twierdził, że „w starożytnym Rzymie nie było walki klasowej” (s. 60), skoro coś wręcz przeciwnego pisał w książce „Antyczna kultura starożytnego Rzymu a wczesne chrześcijaństwo” (s. 156 i in.). Aniela Gruszecka Nitschowa urodziła się w czasach pozytywizmu, ale nie była „pisarką pozytywistyczną” a swojej powieści „Przygoda w nieznanym kraju” nie napisała częściowo „średniowiecznym językiem polskim” (bo to powieść współczesna) i nie ogłosiła pod pseudonimem „Jan Powalski” (s. 155), lecz pod własnym nazwiskiem. Stefan Kołaczkowski recenzował tę książkę nie w „Przeglądzie Współczesnym”, lecz w „Roczniku Literackim” (s. 155). A jeżeli prof. Józef Wolski (s. 51) w rozmowie z Wacławem Fajansem (który nb. nigdy nie był profesorem Uniwersytetu Warszawskiego) przypominał mu scenę z „Lalki”, w której jakiś faktor ostrzega pasażerów przed „łajbą Żyda Fajansa”, to pamięć go zawiodła - bo takiej sceny w „Lalce” nie ma. Nie wiadomo, kto jest sprawcą tych pomyłek - autor książki, czy profesorscy interlokutorzy, którzy mu anegdoty opowiadali. Ale profesorów też trzeba sprawdzać! (hm)

Ewa Berberyusz („Rzeczpospolita” nr 299) w artykule o Zofii Morawskiej z Lasek pisze, że ojciec jej, Kazimierz, był filologiem i historykiem („z jego podręcznika historii rzymskiej do dziś korzystają studenci”). W dorobku naukowym Morawskiego znajdują się także prace o tematyce historycznej, ale nie ma wśród nich historii rzymskiej - najpewniej chodzi tu o „Historię literatury rzymskiej”. Nie może też być prawdziwą przytoczona tu anegdota o tym, że „w czasie, gdy Matejko malował polichromię Mariacką ktoś wpada do kawiarni i krzyczy: »Wy jeszcze nic nie wiecie, ale Bar wzięty«”, bo polichromia owa powstawała w latach 1889-1891, a powieść „Ogniem i mieczem” ukazywała się w krakowskim „Czasie” w latach 1883-1884. (hm)

W sympatycznej książce Andrzeja Kozioła „Krakowianie” (t. II, s. 19) czytamy, że Marian Cebulski występował w Krakowskim Teatrze Konspiracyjnym Wiktora Sądeckiego i Adama Mularczyka w „Ślubach panieńskich” i „Werblu domowym” Gregorowicza. „Kim był Gregorowicz, tego pan Marian do dziś nie wie” - dodaje autor i chyba sam również nie wie. A dowiedzieć się nietrudno: w każdej encyklopedii można przeczytać, że Jan Kanty Gregorowicz (1818-1890) był autorem wielu opowiadań i utworów scenicznych „dla ludu.” Ów „Werbel domowy obrazek miejski ze śpiewami w jednej odsłonie” (1861) był chętnie grywany przez zespoły amatorskie i dlatego miał kilkanaście wydań - ostatnie chyba w 1947! A przy sposobności: Paweł Staśko, z Borzęcina, o którym mimochodem Kozioł wspomina (s. 7), to nie „młodopolski zapomniany już poeta”, lecz - klasyk międzywojennego romansu popularnego („Grzesznica”, „Hetera”, „Odaliska”, „Noc czaru”, „Luksusowy grzech”). (hm)

Trudno zrozumieć, na jakiej podstawie Magdalena Rudkowska twierdzi w książce o Władysławie Łozińskim „Wyszedł z dworu” (Instytut Badań Literackich PAN, s. 35), że Zygmunt Kaczkowski „zakończył życie tragicznie jako szpieg i chory umysłowo”. Kaczkowski istotnie pisywał denuncjatorskie raporty dla władz austriackich w latach 60. i 70. XIX w., ale zmarł znacznie później, w r. 1896 w pełni władz umysłowych. Dodajmy, że znalazłszy się na emigracji, zdobył tam wielki majątek (współcześni nazywali go „geniuszem finansowym”), w kraju ogłaszał prace publicystyczne i powieści, spośród których „Olbrachtowi rycerze” spotkali się z dużym uznaniem krytyki. Pogrzeb miał uroczysty, z udziałem przedstawicieli polskiej kolonii w Paryżu z Władysławem Mickiewiczem na czele, a na jego nagrobku znalazł się napis: „Całe życie walczył piórem za ojczyznę”. (hm)

Urszula Kozioł („Plus-Minus” nr 2), ponownie chyba opowiada, jak to Jana Kochanowskiego zabił stres na konwokacji w Lublinie 22 VII 1584, na oczach Stefana Batorego i to z jego winy, bo król małodusznie odmówił prośbie poety w sprawie rodzinnej. Kochanowski rzeczywiście w tej sprawie przyjechał do Lublina, ale biografowie poety (Ulewicz, Pelc, Korolko) nic nie wiedzą ani o tym, że posłuchanie doszło do skutku, ani o tym, że Kochanowski zmarł na oczach Batorego. Przeciwnie, piszą, że śmierć ta nastąpiła albo w kamienicy kupca Krokiera, albo we dworze Mikołaja Firleja. (hm)

Dwie uwagi do (bardzo starannego!) opracowania „Przygód młodego umysłu” Czesława Miłosza, dokonanego przez Agnieszkę Stawiarską: na s. 118 w felietonie „Na zjeździe antyfaszystów” młody hitlerowiec Kurt „mruczy od czasu do czasu »Judas verrecte«”, co edytorka w komentarzu poprawia: „powinno być «verrückte Juden» (niem.) - «zwariowani Żydzi»”. Emendacja błędna: powinno być: „Jude, verrecke!” „Zdechnij, Żydzie” - głośne wtedy hasło hitlerowskie. Na s. 108 figuruje w tytule i w tekście dziennikarz francuski „Jules Sauvervein” - w komentarzu pominięty. I nic dziwnego, że edytorka żadnych informacji o nim nie mogła znaleźć, bo w pierwodruku w „Kurierze Wileńskim” z r. 1935 - popełniony został błąd drukarski, powinno być: Sauerwein. (hm)

Abp Józef Źyciński („Plus-Minus” nr 2) pisze, że określenie „lub czasopism” będzie przytaczane w przyszłości „niczym Gomułkowskie frazy o «dyktaturze ciemniaków»”. Znaczyłoby to, że autorem wyrażenia „dyktatura ciemniaków” był Gomułka; tymczasem określenia tego użył w 1968 r. Stefan Kisielewski właśnie z myślą o Gomułce i innych partyjnych prominentach. Myląco też pisze tu autor o „solidarności kastowej realizowanej w stylu, którego nie powstydziłby się Musilowski człowiek bez właściwości, ściśle biorąc - bez właściwości moralnych”. Bohater Musila to przecież nie człowiek amoralny, lecz człowiek bez stałych właściwości, niosący w sobie wiele różnych sprzecznych osobowości, nie utożsamiający się całkowicie z żadną z nich i nie poczuwający się oczywiście do żadnej przynależności kastowej. (hm)

Ewa Likowska („Przegląd” nr 3), omawiając sposoby zarabiania na życie pisarzy polskich, przypomina, że Melchior Wańkowicz wymyślał slogany reklamowe („Cukier krzepi”). To prawda, ale przede wszystkim był naczelnikiem Wydziału Prasowego i Widowiskowego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, potem - współwłaścicielem wielkiej firmy wydawniczej „Rój”, a przez kilka lat także kierownikiem „Reklamy Pocztowej”. W tymże artykule czytamy, że Tadeusz Śliwiak należy do ludzi pióra żyjących z estrady. Niestety, poeta nie żyje od dziesięciu lat... (hm)

W „Przekroju” (nr 45) ktoś pisze: „Jeszcze dziś określenie 'lewicujący' kojarzy się pozytywnie wielu zachodnim Europejczykom, którym nie było dane poznać okrucieństwa obozów pracy za kołem polarnym, lecz nawet nie widzieli kartek na masło”. Ciekawe co by autor tych słów powiedział, gdyby przeczytał: „Jeszcze dziś określenie 'sympatie prawicowe' kojarzy się pozytywnie wielu ludziom, którym nie dane było poznać okrucieństwa junty wojskowej Pinocheta, lecz nawet nie wiedząc kolaboracji Petaina z Hitlerem”. (hm)

W „Odrze” (nr 10) czytamy: „Budzę ich z dupowatości”, „w tym czasie wydymali wszystkie włókniarki”, „mówiąc najprościej, wkurwili się”, „u nas myśli się jakimiś zmurszałymi pierdołami”, „k... trzeba zrobić porządek”, „żeby polityka odpieprzyła się od gospodarki”. Kto to mówi? Senator RP, ba, wicemarszałek Sejmu Kazimierz Kutz. Główne obszary jego działania? Jak sam mówi: „Śląsk i kultura”. Zwłaszcza kultura słowa. (hm)

Camera nie uznaje kumoterstwa, więc zwraca uwagę, że pomyliła się Małgorzata Czermińska („Nowe Książki” nr 11), pisząc znów, iż Lucjan Rydel był pierwowzorem poety z „Wesela” Wyspiańskiego. Na wszelki wypadek przypominamy - pierwowzorem Poety był Kazimierz Tetmajer. Lucjan Rydel to był pierwowzór Pana Młodego. (hm)

Janusz Odrowąż („Plus-Minus” z 15-16 listopada) relacjonuje: Adam Mauersberger opowiadał, że kiedyś z Gombrowiczem bawili się w niby popsuty telefon i niby źle siebie słyszeli. Był wtedy jakiś bandzior Durke Nahlik, o którym w czerwoniakach dużo pisano i coś tak gadali sobie. „Durke Ferdy?” itd. Tak powstał „Ferdydurke”. Historyjka ciekawa - tylko: 1) nie bandzior, tylko złodziej, i nie Durke Nahlik, tylko Urke Nachalnik, autor głośnej w dwudziestoleciu książki „Życiorys własny przestępcy” (aż dziw, że Janusz Odrowąż-Pieniążek o nim nie słyszał), 2) bliższe pokrewieństwo łączy tytuł Gombrowicza z postacią Freddy O'Durkee z powieści Sinclaira Lewisa „Babbitt”. (hm)

Polska Akademia Umiejętności powołała specjalną komisję, która ocenia podręczniki szkolne i wyłapuje występujące w nich błędy faktograficzne. Ale i wydawnictwa samej Akademii nie są od nich wolne. Piotr Hübner w książce „Od Towarzystwa Naukowego Krakowskiego do Polskiej Akademii Umiejętności” pisze o „Cesarstwie Austro-Węgierskim” (s. 44, choć Węgry były królestwem), o „350-leciu śmierci Jana Kochanowskiego obchodzonym w r. 1884” (s. 221, choć było to trzechsetlecie), o „Opera minores” Wróblewskiego, Kutrzeby i Sinki (s. 252, choć oczywiście powinno być: „opera minora”). Co najmniej dziwi zdanie , że „na niezależną i oryginalną osobowość” Tadeusza Sinki zwrócili uwagę S.I. Witkiewicz i Witold Gombrowicz (s. 60). O ile pamięć Kamerzysty nie myli, Witkacy polemizował tylko, dość cierpko i lekceważąco, z Sinką jako recenzentem jego książki „Teatr”, a Gombrowicz, zirytowany zapewne opinią Sinki o „Pamiętniku z okresu dojrzewania”, zrobił złośliwą aluzję do niego, w nazwisku „Pimko”, które było kontaminacją nazwisk „Pini” i „Sinko”. A przy okazji cały wywód Hübnera, że Sinko, publikując w „Przeglądzie Współczesnym” w r. 1923 rocznicowy artykuł o PAL), „naruszył granice wyznaczone mu przez Miłosza” (- Kazimierza Morawskiego, s. 58) jest hipotezą pozbawioną jakichkolwiek uzasadnień. (hm)

Szwankuje chronologia w autobiograficznej książce Niny Andrycz „Bez początku i bez końca”. Oto autorka we fragmentach swego kalendarzyka, rzekomo z 1943 r., notuje (s. 97), że „narasta konieczność sprowadzenia matki z Kresów, gdyż tam lada chwila grozi jej wywiezienie w tajgę lub stepy ZSRR”. Ale w r. 1943 Kresy (z innych miejsc w książce wynika, że chodzi tu o Białystok) od dwóch lat znajdują się pod okupacją niemiecką i matce autorki groziło wszystko inne, tylko nie wywózka w głąb ZSRR. A znowu latem 1947 Józef Cyrankiewicz żali się tu, że na fotografiach „wygląda jak Yul Brynner dla niezamożnych” (s. 254). Tymczasem Brynner debiutował na ekranie dopiero w dwa lata później. Równocześnie Cyrankiewicz powiada do narzeczonej: „Pamiętasz, był w filmie taki poczciwina, który po zawarciu małżeństwa każdą kolejną żonę krajał na kawałki i spalał w piecyku?” Pani Andrycz dodaje, że chodzi o film z Chaplinem. Ale jego „Monsieur Verdoux” wyprodukowany został właśnie w tymże roku 1947 i chyba w Polsce nikt go jeszcze nie oglądał. (hm)

 

 
rabe@interia.pl     2010-02-08 21:46:39
Witold Ślusarski zawsze pisał pierdoły. Jego ksiązki to wypociny nie trzymające się kupy ani du... Pozdrawiam. Rabe

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas