poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA ELOY CICHOCKA
Politycznie poprawny paryski błękit. Co ma Gauguin i Picasso do... Sophie Calle
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)

Dobrze jest wiedzieć, gdyby ktoś z Państwa do Paryża się wybierał, że tydzień trwa tam od środy do środy. Nie tylko ze względu na rozmaite konfiguracje wyznaniowe tej wielomilionowej kosmopolitycznej metropolii. Otóż nie: tydzień w stolicy Francji zaczyna się we środę przede wszystkim dlatego, że to środa jest dniem premier kinowych. I co środę ukazują się „Zurban”, „Pariscope” i „L'Officiel des Spectacles”, czyli trzy najważniejsze informatory kulturalne. To według nich przeciętny Paryżanin, niezależnie od swoich przekonań religijnych, horyzontów politycznych czy innych orientacji, żyje przez następnych siedem dni, konsumując z zadowoleniem kolejną porcję kultury serwowaną w stolicy kraju. Każdy informator kulturalny zawiera niezmiennie szczegółowy spis wspomnianych wyżej premier kinowych, recenzji filmowych oraz adresów kin wraz z ich programem, ale również wykaz wszystkich pozostałych elementów światowego życia, na jakie składają się sztuki teatralne, koncerty klasyczne i awangardowe, spektakle baletowe i imprezy techno, opery i operetki, wystawy w muzeach i galeriach, odczyty i konferencje, targi i salony branżowe, i tak dalej. Do tego -lista najważniejszych zabytków oraz zbawienne zestawienie niektórych restauracji według klucza geograficzno-gastronomicznego, bo wszak nie samą kulturą człek kulturalny żyje.

Z trzech wymienionych wyżej tytułów pozwalam sobie polecić „Pariscope”: nie tylko mieści się w damskiej torebce, nie tylko kryje w sobie zaskakującą porcję ogłoszeń agencji towarzyskich, która pozwoliłaby utrzymać niejedną gazetę, ale przede wszystkim zawiera bezcenne stroniczki opracowane po... angielsku przez żurnalistów londyńskiego „Time Out”. Ich zaletą jest rzetelność, sympatyczny subiektywizm i entuzjastyczny brak poprawności politycznej, co na tle pozostałych komentarzy jest miłą odmianą. Nigdy dotąd się na nich nie zawiodłam. Jeśli na jednej z sześciu udostępnionych im stron polecają nikomu nieznany islandzki film wyświetlany w sali kinowej tak małej, że siedzi się w niej z kolanami pod brodą - to znaczy, że warto go zobaczyć. Jeśli ani słowem nie wspominają o jakiejś prestiżowej i szeroko reklamowanej wystawie, to albo nie mieli czasu na nią pójść, albo mają rację.

Nie będę tracić czasu na namawianie Państwa na obejrzenie rewelacyjnego filmu „Noi albinoi”, bo ostatecznie nie po to się jeździ do Paryża, żeby zobaczyć film w islandzkiej wersji językowej z napisami po francusku. W dodatku rozdzierająco smutny. Ale nie będę również jakoś przesadnie naciskać na konieczność obejrzenia wystawy „Picasso intymny”, otwartej w listopadzie ubiegłego roku z okazji trzydziestej rocznicy śmierci genialnego Hiszpana. Faktem jest, że w mieszczącej się pod rajskim adresem (30, rue de Paradis) nowo otwartej Pinakotece Paryskiej można jeszcze przez kilka tygodni, bo do 28 marca, oglądać dzieła z prywatnych zbiorów drugiej, i zarazem ostatniej, żony artysty, Jacqueline. Wystawa obejmuje kolekcję obrazów olejnych, rysunków, kolaży i rzeźb, powstałych między rokiem 1906 a 1972, którymi zakochany Pablo obdarowywał młodszą o 45 lat Jacqueline - a także fotografie z ostatniego okresu jego życia. Dla amatorów Picassa gratka to nie lada, bowiem do przestronnych sal, z których niedawno wyprowadziło się muzeum kryształów, trafiło wiele dzieł mało znanych albo wręcz pokazywanych we Francji po raz pierwszy. W tym niekończąca się seria portretów ciemnowłosej piękności, która za jednym zamachem usunęła w cień trzy poprzednie kobiety mistrza: posągową i prostolinijną Marie-Therese Walter, dumną i posępną Dorę Maar, zdolną i ambitną Francoise Gilot.

Tu kończą się zalety. Do wad należy mdły, a miejscami nieznośnie pompatyczny ton komentarzy towarzyszących wystawie. Zarówno liczne cytaty zdobiące ściany Pinakoteki, jak i peany płynące z ust przewodników, że o tekście katalogu nie wspomnę, mają przekonać nas, że to Jacqueline i tylko Jacqueline była muzą, której geniusz poszukiwał przez całe życie. A obrazy, które zainspirowała, są skończonymi dziełami sztuki- niesłusznie zaniedbywanymi przez krytykę. Tymczasem duch przekory podszeptuje mi, że małżeńska sielanka niekoniecznie służy powstawaniu arcydzieł. I chyba nie wystarczy wystawić 89 mało znanych dzieł i kazać ludziom płacić 12 euro za wejście na salę pełną portretów Jacqueline Roque, by ostatecznie rozwiać wątpliwości co do roli ostatniej żony Picassa i zrehabilitować hiszpańskiego Sinobrodego, otoczonego legendą pożeracza damskich serc. Zresztą, nawet najbardziej poprawne politycznie obchody trzydziestej rocznicy jego śmierci nie pozwolą zapomnieć o tym, że Marie-Thérèse Walter popełniła samobójstwo w rok po tym, jak od niej odszedł, a sama Jacąueline zrobiła to samo w 1986 roku. Dora Maar wegetowała samotnie do 1997 roku w mieszkaniu pełnym pamiątek po kochanku - i jedynie Francoise Gilot, której publikacja złośliwej książki o życiu z Picassem pozwoliła otrząsnąć się ze wspomnień, wyszła szczęśliwie za mąż, żyje i tworzy po dziś dzień. A może warto byłoby ze współczesnej perspektywy przyjrzeć się biografii zmarłego geniusza i zrewidować krzywdzące go sądy, zamiast wystawiać jemu i Jacqueline cukierkową i bardzo powierzchowną laurkę?

Podobne wątpliwości - na temat politycznej poprawności pewnej wystawy-miałam nie tak dawno przy okazji tahitańskiej retrospektywy Paula Gauguina w Grand Palais. Wystawy w Grand Palais zawsze mają starannie opracowane „dossier de presse”, nic dziwnego więc, że wielu dziennikarzy zachwycało się nią - na przykład paryska korespondentka „Twojego Stylu”. Przypomnijmy, właśnie minęło sto lat od tamtej śmierci, którą ówczesny biskup wyspy Hiva Oa na Markizach odnotował dość pogardliwie: „Jedyne wydarzenie warte zanotowania na tej wyspie to nagła śmierć indywiduum nazywanego Paul Gauguin...” - a stulecie śmierci to dobra okazja, żeby to „indywiduum” ostatecznie zrehabilitować. Okrągła rocznica dała przede wszystkim doskonały pretekst do tego, żeby ściągnąć z całego świata 50 obrazów, 30 rzeźb, 60 pasteli i drzeworytów, dziewiętnastowieczne fotografie, rękopisy Gauguina i inne rarytasy, rozparcelować je na 1450 metrach kwadratowych wystawy, wydać opasły katalog i z poczuciem spełnionego obowiązku czekać, aż cały Paryż ustawi się w godzinnej kolejce do kasy. I tak się właśnie stało.

Do 19 stycznia można było w tej kolejce stanąć głównie po to, żeby zobaczyć, jak wiele osób studiuje informatory kulturalne i regularnie ulega zbiorowemu zauroczeniu. To nic, że w poszczególnych salach niewiele dało się zobaczyć, bowiem zewsząd napierał tłum rozanielonych „bourgeois” z katalogami pod pachą, wsłuchanych w głos automatycznego przewodnika ze słuchawki przytulonej do ucha. Od rana do wieczora kolejne pokolenia mieszczuchów popadały w ekstazę na widok arcydzieł dzikusa Kokę - tak tubylcy wymawiali jego nazwisko - którego ekscesy napełniały pogardą i oburzeniem ich własnych pradziadków. Najsmutniejsze jest to, że gdyby pojawił się dzisiaj nowy Gauguin, to ci sami ludzie, którzy stali godzinami przed Grand Palais, by zobaczyć skrawek jego tahitańskiej przeszłości, w najlepszym przypadku po prostu odwróciliby się do niego plecami. Pięknie jest w rocznicę śmierci zorganizować retrospektywę komuś, kto jest już nieszkodliwy. Ale gdyby dzisiaj jakiś przyzwoity finansista, a przy okazji niedzielny malarz, z dnia na dzień zamarzył o karierze artysty, rzucił dobrze płatną pracę, zaniedbał żonę i pięcioro dzieci, zaczął trwonić wszystkie oszczędności na płótna i farby, a na koniec wyjechał do jakiegoś kraju Trzeciego Świata uwodzić nieletnie przedstawicielki ludności tubylczej i tworzyć nieprawdopodobne bohomazy w imię przekraczania granic Sztuki, to co by sobie Państwo o nim pomyśleli? Nie wspominając już o takich szczegółach, jak awantura z Van Goghiem, epizod homoseksualny w życiu artysty czy prześladujący go syfilis. I tego obrazu życia Gauguina nie zmieni nawet najbardziej monumentalna wystawa.

Trochę szkoda, że unoszący się nie tylko nad Paryżem duch poprawności politycznej i tolerancji, maskując coraz częściej zwykłą ignorancję, sprawia, że unika się tematów kłopotliwych. Szkoda, bo biografia Gauguina jest pasjonującą lekcją realizacji marzeń, destrukcji schematów artystycznych i kulturowych, ale przede wszystkim płacenia za to najwyższej ceny. Jego życie i obrazy to zapis ludzkiego miotania się i ucieczki z jednej formy w inną, z jednej „gęby” w kolejną „gębę”. Skąd przychodzimy, czym jesteśmy, dokąd zmierzamy? - pytania z tahitańskiego arcydzieła Gauguina („D'où venons-nous? Que sommes-nous? Où allons nous?”) pozostają bez odpowiedzi. Zapewne im bardziej niezwykły jest człowiek, tym boleśniej się miota i tym trudniejsze musi to być dla otaczających go ludzi. Szkoda, że nie udało się potraktować rocznicy śmierci Kokę jako okazji do dyskusji o inności i tolerancji - nie tylko wobec wczorajszych „enfants terribles”, również wobec żyjących wśród nas współczesnych dzikusów: choćby mieszkańców likwidowanych przez rząd francuski artystycznych „squatów”.

Ale nie wszystkich buntowników, których z czasem dopuszcza się do grona uznanych artystów, wystawia się tak, jak w luksusowym salonie samochodowym. Warto zobaczyć, w jakim stylu skandalizująca Sophie Calle wdrapała się na szóste piętro Centrum Pompidou ze swoją retrospektywną wystawą, która łączy elementy swoistego voyeuryzmu z ekshibicjonizmem emocjonalnym godnym najmłodszej generacji Big Brothera. „M'as tu vue”, „Widziałeś mnie”? - pyta artystka na ogromnym plakacie zdobiącym fasadę budynku. A jednak to ta wystawa, kwestionująca granice „prawdziwej sztuki”, wydaje się autentyczna i poruszająca. Pięćdziesięcioletnia dziś Calle, pierwowzór jednej z bohaterek powieściowych Paula Austera, wydaje się mieć cudowną właściwość spontanicznego przemieniania w sztukę wszystkiego, czego dotknie, na co skieruje obiektyw aparatu lub kamery, na czym skupi swoją uwagę. Jej, ekstrawaganckie nieraz, projekty dotyczą najzwyklejszych aspektów ludzkiego życia: samotności, snu,

spacerów po mieście, stosunku do pieniędzy. Prosi ślepców, by opowiadali jej o tym, co wydaje im się piękne, a bankierów - bezskutecznie zresztą - o dowcipy o mamonie. Fotografie z cyklu „Les Dormeurs” („Śpiący”) pokazują znajomych i nieznajomych, których zapraszała i fotografowała we własnym łóżku. W projekcie „Douleur exquise” („Rozkoszne cierpienie”) artystka wspomina ukochanego mężczyznę, który prawie dwadzieścia lat temu złamał jej serce, i rekonstruuje pokój hotelowy, w którym bezskutecznie czekała na jego telefon. To wszystko - i jeszcze dużo więcej - mogą Państwo oglądać w paryskim Centrum Pompidou do 15 marca. Niestety, z zobaczeniem Sophie Calle w naszym kraju mogą być problemy: wyjaśniła mi, dosłownie, że jej nieżyjący już rodzice pochodzili z Polski, ale ich wolą było, by nigdy nie stanęła na polskiej ziemi, z łatwych do odgadnięcia powodów. Pozostają jej książki, wydane ostatnio „M'as tu vue” i „Douleur exquise”.

Zaś amatorów Paula Gauguina zapraszam bez wahania do pasjonującej lektury. Opublikowany w tym roku „Raj tuż za rogiem” to hołd znanego peruwiańskiego pisarza, Mario Vargasa Llosy, zarówno dla buntownika Paula Gauguina, jak i jego babci, anarchistki peruwiańskiego pochodzenia, Flory Tristan. Książka ta, błyskawicznie przełożona na język polski, pozwala natychmiast docenić równouprawnienie kobiet, system rent i emerytur oraz inne dobrodziejstwa współczesnego świata - a jednocześnie odbyć razem z Gauguinem podróż do bram raju, bez ruszania się z fotela. I mniejsza o paryski błękit.

Marta Eloy Cichocka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas