poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Król nie jest nagi. Kino polskie w 2003 roku
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)

Polskie kino znajduje się w dosyć niecodziennej sytuacji: liczba rozmaitych nagród znacznie przewyższa ilość (i jakość) ocenianych filmów. Hurtowo obdarza się zatem ciągle tych samych autorów za te same filmy, służą temu zaś brzydkie statuetki przedstawiające najczęściej ptaki - Złote Kaczki, albo Polskie Orły, też - podobno - złote. Szczęśliwie w ostatnim sezonie kandydaci do nagród nareszcie się pojawili.

Na dorocznym festiwalu polskich filmów w Gdyni Gombrowicz czułby się dowartościowany. Wprawdzie „Pornografia” (w większym stopniu Kolskiego niż Gombrowicza) przepadła w werdykcie, ale sardoniczny duch autora „Ferdydurke” unosił się nad gdyńską imprezą od początku. Wszystko było prawie jak w Cannes: czerwony dywan, po którym koniecznie trzeba było przejść, żeby dostać się do teatru, wokół dywanu tłumy licealistek, które chętnie podsuwały swoje notesiki z autografami każdemu chętnemu. Nawet ja bym się załapał, ale nie miałem ochoty.

W pofestiwalowych dyskusjach wałkowano oczywiście temat werdyktu jury - obsypanej wszelkimi możliwymi laurami „Warszawy” Dariusza Gajewskiego.

Jaka jest Warszawa, wie każdy, kto musi tam czasami jeździć. Ja muszę. Film Gajewskiego przedstawia się podobnie. Założenie było ambitne: stworzenie sagi o mieście, o ludziach - przybyszach do tonącej w śniegu stolicy. Mozaikowa narracja, której użył późny debiutant, prawie czterdziestoletni Gajewski, wymagała jednak szczególnej wirtuozerii formalnej - miała wyzyskać samotność w wielkim mieście. Twórcy nie sprostali skali zadania. W teatralnie rozpisanych dialogach przeglądali się i Hesse, i - z drugiej strony - Dygat. Wszystko po nic, bez znaczenia. Bohaterowie dialogują, filmowy śnieg pada, nagrodzona Dominika Ostałowska klnie jak szewc, a Grażyna Szapołowska w kostiumiku, mimo siarczystego mrozu, odchodzi w siną dal z pieskiem. Wszystko niby jest, tylko sensu brak. W filmie bronią się resztki naturalnych aktorskich emocji (zdolna Agnieszka Grochowska), broni się „klimacik” - ale to stanowczo zbyt mało jak na króla finałowego wieczoru. Bo król jest nagi. I nie jest to, niestety, „Ubu król”.

Aktorskim odkryciem roku stała się, chyba jednak nieoczekiwanie, Katrzyna Figura. Pamiętam rozmowę z Figurą sprzed kilku ledwie lat w Gdyni. Pretekstem naszego spotkania był „Słoneczny zegar” Andrzeja Kondratiuka, w pewnym momencie zapytałem o możliwy i smutny finał aktorskiego etapu seksbomby Figury. Usłyszałem wtedy: „Tego, czy nadaję się do zawodu, nie muszę już chyba nikomu specjalnie udowadniać. Dawniej było inaczej: jeżyłam się, płakałam, zamykałam w sobie. Marzyłam o skomplikowanych, psychologicznych rolach kobiecych wywiedzionych na przykład z Dostojewskiego, a otrzymywałam wyłącznie plastikowe postaci „zabawowych dziewuszek”. Już na starcie ukuto mi etykietkę czołowej seksbomby polskiego kina i tak już niejako siłą rozpędu zostało. O ile jednak w teatrze grałam Irinę w »Trzech siostrach« Czechowa, kino takich szans nigdy mi nie dało”.

Ironia losu: Figura po pięciu latach jest zupełnie inną osobą. Straciła figurę, zyskała aktorską duszę. Patrzę na fotos z filmu „Żurek” Ryszarda Brylskiego według krótkiego, ledwie kilkustronicowego opowiadania Olgi Tokarczuk: pochylona nad balią, ze ścierką w dłoni. Niezwykła metamorfoza. Figura-Halina idzie przez wieś w poszukiwaniu ojca swojej córki. Idzie, mówi swoim schrypniętym głosem, naciąga czapkę na uszy. Jest. Dzięki Figurze zapominamy o tym, co w filmie naciągane (zbyt wiele przypraw w tym żurku), bo jest ona: Halina - Matka Polka na jaką nas stać. Na długo tylko z twarzą Figury.

W „Ubu król” Piotra Szulkina jako Ubica Figura jest już porywająca. W wyzywającym makijażu, rozczochrana, szpetna, stworzyła symbol wiecznej kobiecości, wykrzywionej groteskowo w nieludzkim grymasie.

Film Szulkina wzbudził kontrowersje. Filmowa „Folska” to nibylandia o znamionach uniwersalnego uogólnienia. Wszędzie i zawsze rządzą nami ciągle nowi Ubu (wspaniały Jan Peszek) -ignoranci bez klasy i bez wstydu. Bezwstydna jest głupota, ale tylko ona, w konsekwencji, zwycięża. Autorskie kino Szulkina rządzi się swoimi prawami: jest silnie wykreowane, umowne, operowe i szydercze. W „Ubu” Szulkin oskarża wszystkich - klasę polityków, ignorantów i konformistów, z prawej i z lewej strony. Nazajutrz po projekcji oglądałem kolejny telewizyjny wywiad z populistycznym aktywistą, tym razem bez krawata. Usłyszałem zdanie: „Jak sami nie oddadzą władzy, w Polsce będzie rewolucja”, a dziennikarz w ogóle tego nie skomentował, milczał.

Ubu bowiem jest wieczny i niezniszczalny. Pytam Piotra Szulkina: „Jak boli samotność filmowca, który przez dziesięć lat nie mógł nakręcić żadnego filmu?” – „Nawet pan nie wie, jak bardzo boli”.

W „Przemianach”, swoim drugim autorskim filmie, Łukasz Barczyk wyzyskuje klimat z Iwaszkiewicza – „Przemiany” to takie „Panny z Wilka” przeniesione w realia smutnej Polski roku 2003. Barczyk już w swoim świetnym debiucie, filmie „Patrzę na Ciebie Marysiu” udowodnił, że potrafi pracować z aktorami, potrafi wyciągać z nich tłumione emocje, racje, operując przy tym półcieniami, półśrodkami, dystansem.

Stary, opuszczony dworek, trzy siostry i matka - w ten sfeminizowany świat wkracza Snaut (filmowy debiut Jacka Poniedziałka). Snaut, podobnie jak jego „porte parole” w „Solaris” Lema, jest przybyszem znikąd. Dręczy i rani Wandę (Katarzyna Herman), prowokuje Basię (Aleksandra Konieczna), wzbudza pożądanie niewinnej Marty (aktorski wyczyn Mai Ostaszewskiej). Jak u Baudelaire'a Snaut „szuka zapachów nowych, kwiatów szerzej otwartych”. Znajduje pustkę, która boli. Zapachy okazują się zwodnicze, a kwiaty dawno zwiędłe, tak jak Marta nigdy nie będzie Wandą.

Siła tego filmu jest poza dialogiem, kryje się w uwiarygodnianych aktorsko emocjach, gestach, w smutku. Snaut rozbija hermetyczny świat Iwaszkiewiczowskich kobiet Barczyka. Wanda, Marta i Basia - jak Tunia, Zosia, Kazia. Każda z panien z Wilka. Dworek z „Przemian” też przywołuje Iwaszkiewiczowskie nastroje. Bezwład czasu, inercja uczuć, i tęsknota - najważniejsza, ale nieoswojona. Za czym? Za kim? Kobiety nie chcą, nie potrafią się otworzyć. Wtedy pojawia się Snaut: bezwład zamienia w nowy ład. Uczucia trzech sióstr zamieni w emocje stojące na granicy miłości, gdzie o barwę dominującą walczą i strach, i niechęć, i zazdrość. Lato w „Przemianach” przejdzie w jesień. Przemiany są bezlitosne, a szczęśliwy finał niemożliwy. Ważne to, co w niedopowiedzeniach. Przed erotycznym spełnieniem Marta mówi, że nie zna miłości - do Snauta, do kogokolwiek innego. Nie pozna nigdy, bo jest impregnowana na to uczucie. Zemsta to też uczucie (bo Marta mści się na Wandzie, a poprzez Wandę na całej rodzinie), ale z rzędu tych pomniejszonych. W geście Mai Ostaszewskiej, w jej spojrzeniu widzimy pewność, że nawet i taka zemsta nie ma szans. Niekochana nie pokocha nigdy. Snaut odjedzie. Tylko dworek zostanie na zawsze. Panny z Wilka znowu będą cierpiały w samotności.

Głośna „Pornografia” Jana Jakuba Kolskiego sytuuje się bardzo daleko od Gombrowicza, niekiedy nawet znieważając sensy i smaki Gombrowiczowskiej litery. Aktorski wyczyn Majchrzaka-Fryderyka zdominował pozostałe role. Nie ma Witolda - matematyczne rozpracowanie roli przez Adama Ferencego nie zdało egzaminu, bo tam gdzie seks walczy z demonami duszy, logika i matematyka biorą w łeb. Zadziorny Witold z „Pornografii” Gombrowicza - tutaj jest tylko niemym ilustratorem zdarzeń, wygrywającym strzępy emocji bez szans na spełnienie.

Kolski w jednym zgodny jest z Gombrowiczem: mierzy się, jak on, z narodowymi mitologiami. Rozlicza się celnie z mitem szlagona, którym jest Hipolit (Krzysztof Globisz), powołującym się na racje patriotyczne i narodowe, z mitem jaśnie panienki z dworku, która bez zmrużenia okiem pomaga w morderstwie, mitem ułana (Karol), mordercy Siemiana, wreszcie samego Siemiana reprezentującego mit bohatera i patrioty. Niezmienni są jedynie Fryderyk i Witold, nawet Amelia oddaje śmierć Fryderykowi, człowiekowi - nie Chrystusowi. Zapamiętałem u Kolskiego Gombrowiczowskie „nieważności”, jego metafizyczne „prześwity”, ale nie zapamiętałem Gombrowicza.

Krzysztof Majchrzak porywająco zagrał Fryderyka, bohatera rozmaicie przecież interpretowanego przez egzegetów autora „Ferdydurke”: dla jednych był bogiem, dla innych szaleńcem, voyeurem. Majchrzak zagrał Fryderyka Nietzschego z przetrąconym kręgosłupem. Zagrał kogoś, kto uznał, że wszystko mu wolno, ponieważ nie ma Boga, ale zagrał również mężczyznę (to kontra względem Gombrowicza), któremu wojenna trauma dała prawo do ekspiacji. Kolejna kreacja w dorobku tego charyzmatycznego, niepokornego aktora.

W filmie Kolskiego była przecież jeszcze jedna rola niezwykła. Kilka minut aktorskiej prawdy w wykonaniu Jana Frycza w „Pornografii” wystarczyło, żeby nagrodzić aktora w kategorii: drugoplanowa rola męska. W filmie Kolskiego Frycz zagrał Siemiana, postać z teatru Lupy: walecznego akowca, watażkę, który nagle wpada w depresją tak straszliwą, że nie potrafi dalej żyć. Zostaje przerażenie, strach przed życiem i strach przed śmiercią. Niby życie uczy przyjmować ciosy, a zawsze te najsmutniejsze, życiowe razy bolą tak samo. Dawno nie widziałem w kinie tak porażająco pokazanego bólu, bez szarży, bez efektów. Rozpacz jako uwznioślenie człowieczeństwa. A potem już tylko wiwisekcja tego, do czego ta nieoswojona rozpacz może prowadzić. Popis Jana Frycza nie ośmiesza tajemnicy bólu, nie pozwala zapomnieć. Daje „milczenie inne, nie sadystyczne, ale kryjące uczucia miłości, dumy, wstydu i wielkiego cierpienia.” Jak u Stryjkowskiego. Wielka rola, a przecież epizod.

Dużą popularnością w kinach cieszyła się pod koniec roku „Pogoda na jutro” w reżyserii Jerzego Stuhra. Dla mnie jednak nowy film Stuhra jest kolejnym przykładem przerostu reżyserskich ambicji: za wiele pieczeni chciano upiec na jednym ogniu. Miało być i mądrze, i cnotliwie, i bezlitośnie, i zabawnie. Wyszło irytująco.

Temat odwieczny jak kino: pokoleniowa trauma. Dojrzałość kontra młodość, przyzwyczajenia i tradycja kontra technologiczne nowomody i brak zrozumienia pokolenia rodziców dla pokolenia ich dzieci, wreszcie tęsknota za tym, żeby zrozumieć, pokochać ich na nowo, a zdobywając serce dziecka, zdobyć także jego duszę.

Grany przez Stuhra ojciec, po kilkunastu latach spędzonych w klasztorze (kapitalna, arcyzabawna scena duetu Stuhra z zespołem Myslovitz, w której okazuje się, że Stuhr śpiewać „nie tylko może”, ale naprawdę potrafi) zjawia się w swojej byłej-niebyłej rodzinie i doznaje szoku. Wszystko się zmieniło i wszyscy się zmienili.

Stuhr zaryzykował - film jest gatunkową hybrydą, stoi na pograniczu moralitetu i komedii. Czy takie pogranicze w ogóle możliwe jest do uwiarygodnienia? Ktoś powiedział, że film Stuhra to „kino moralnego niepokoju na wesoło”. Wysokiej próby dowcip sąsiaduje tutaj z tanimi gagami, wspaniale wygrywane sceny niezgody na polską rzeczywistość roku 2003 towarzyszą taniemu moralizatorstwu.

Wśród rodzimych premier 2003 roku były także filmy osobnej kategorii, takie jak „Zerwany”, debiut Jacka Filipiaka. Gdyby ten film swoją premierę miał rok, dwa lata wcześniej, zapewne zostałby uznany za wydarzenie. Na stojącym na zadziwiająco wysokim poziomie ubiegłorocznym festiwalu w Gdyni przeszedł niemal bez echa. „Zerwany”, film opowiadający o duchowym i mentalnym rozwoju chłopca z domu dziecka, nie zasłużył na obojętność. Film Filipiaka, przy wszystkich grzechach i zaniechaniach debiutanta, robi silne wrażenie. W finale filmu Mateusz (Krzysztof Ciupa) z domu dziecka, z poprawczaka trafia do szkoły. Wpadające przez okna na korytarzu promienie słoneczne są jedynymi możliwymi, proza szkolnego życia Mateusza nie będzie już promienna. Na zawsze będzie już obywatelem drugiej kategorii, dzieckiem drugiej kategorii. Wyrok podpisało za niego przeznaczenie. Nie ma ucieczki, ani wyjścia. Próba oswojenia „drugiej kategorii” jest zaś próbą karkołomną.

Z honorami witano na krakowskiej premierze kilkunastoosobową (sic!) ekipę „Starej Baśni”, ale ta „Stara Baśń” okazała się rzeczywiście bardzo stara (o filmie interesująco pisała już na łamach „Dekady Literackiej” Grażyna Stachówna w szkicu „Stara baśń w kinie”, nr 7-8/03). Pretensjonalny podtytuł filmu Hoffmana: „Kiedy słońce było Bogiem” okazał się złowieszczy, bo w „Starej Baśni” boskie słońce okazało się wyjątkowo nielitościwe. Krwawe jatki dla dwunastolatków? Infantylna story o pradziejach Polski tylko dla widzów dorosłych? Trudno dociec, kto jest adresatem tego dzieła? Sceny w założeniu dojmujące nieodparcie śmieszyły, a ścięte głowy, którymi wymachiwano w filmie z dużą swobodą, przypominały nędzne duplikaty wyrobów Filipa Golarza z „Akademii Pana Kleksa” Brzechwy. Niektórzy bohaterowie po zasłużonej - mniej lub bardziej - śmierci, wracali na ekran w kilka chwil później. Cóż, za Popiela wszystko było możliwe.

U Kraszewskiego myszy, swoim zwyczajem, zajęły się niedobrym władcą. Szkoda, że przy okazji nie nadgryzły także kilku filmowych kopii. Dzisiaj nawet myszy są mniej wojownicze.

W większym stopniu towarzyską niż artystyczną katastrofą było „Nienasycenie” w reżyserii Wiktora Grodeckiego według powieści Witkacego, film wyprodukowany przez Weronikę Marczuk-Pazurę (niestety także aktorkę). Oglądając film wytrwałem do końca projekcji, a nie każdy może się tym pochwalić. Nic co nieludzkie, nie zostało mi jednak oszczędzone. W filmie trwał prawdziwy festiwal męskich genitaliów (rzadziej damskich desusów), państwo Pazurowie zajadali, pardon le mot, ekskrementy, pani Weronika pejczem okładała pana Czarka po, pardon le mot, bladym tyłku. Pośród temu podobnych atrakcji o Witkacym nikt już nie pamiętał. Listę aktorskich klęsk „Nienasycenia” litościwie przemilczam, żal tylko, że w takim zestawie znalazła się Katarzyna Gniewkowska, znakomita aktorka Teatru Starego, która ma nieszczęście uwznioślać największe szmiry. W „Nienasyceniu” jako księżna Irina Wsiewołodowna była jedynym jasnym punktem ciemnej, lub raczej śmierdzącej całości. Zamiast Witkacego, dostaliśmy sadomaso dla najmniej wymagających.

To był, niezależnie od pojedynczych ocen, bardzo dobry rok dla polskiego kina. Opary absurdu unoszą sie u nas często. W „Warszawie” Gajewskiego ulicami miasta przechadza się ni stąd, ni zowąd żyrafa (a w zasadzie wiadomo skąd - z filmu Bajona „Poznań '56”). Z perspektywy żyrafiej najdłuższej szyi świata obraz jest nieco przekrzywiony. Jury festiwalu w Gdyni podryfowało w chmurach. Prawda czasu i prawda ekranu mieszkają jednak bliżej powierzchni. Bliżej nas.

Łukasz Maciejewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas