poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
BOGDAN ROGATKO
...Na wielkiej, sztormowej fali...
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)

DOROTA I MACIEK

Jak pisać o nich, osobno - bo na pewno oboje zasłużyli na osobne portrety - czy razem, bo wspólnie szli przez życie przez ponad trzydzieści lat i razem odeszli: Maciek w cztery tygodnie po Dorocie?

Dorota Terakowska - dziennikarka, reporterka i pisarka, autorka takich książek, jak „Próba generalna” (1983), zbioru reportaży, „Guma do żucia” (1986), powieści obrachunkowej, „Babci Brygidy szalona podróż po Krakowie” (1986), książki dla dzieci (w tym też czasie Teatr Groteska wystawił jej sztukę „Cyrk Bumstarara”), „Władca Lewawu” (1989), „Córka czarownic” (1991), „Lustro pana Grymsa” (1995), „W kranie kota” (1996), „Samotność bogów” (1998), „Tam gdzie spadają Anioły” (1999), „Poczwarka” (2001), „Ono” (203), „Być rodziną, czyli jak budować dobre życie swoje i swoich dzieci” (2003) - rozmowa Doroty Terakowskiej z Jackiem Bombą. W latach dziewięćdziesiątych zastępca redaktora naczelnego „Gazety Krakowskiej”, potem w „Przekroju”, na łamach którego powołała Muzeum Rzeczy Nieistniejących i pisywała felietony zatytułowane „Między PRL-em a Rzecząpospolitą”. Książki jej wielokrotnie nagradzano, m.in. kilkakrotnie Nagrodą Literacką Roku, przyznawaną przez sekcję światowej Rady Książki dla Młodzieży (IBBY) czy Paszportem „Polityki”, niektóre z nich figurują na liście lektur szkolnych.

Maciej Szumowski - dziennikarz, twórca filmów dokumentalnych, w latach 1980 - 81 redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej”, w stanie wojennym współpracownik pism podziemnych, takich jak „Hutnik”, „Głos Małopolski”, „Miesięcznik Małopolski”, twórca Niezależnej Telewizji „Mistrzejowice”; w roku 1989 prowadził kampanię medialną Komitetu Obywatelskiego „Solidarności” przed czerwcowymi wyborami, potem współzałożyciel „Czasu Krakowskiego”, szef Rady Nadzorczej Wydawnictwa „Gazeta Krakowska”, na początku lat dziewięćdziesiątych członek Komisji Likwidacyjnej Wydawnictwa RSW Książka-Prasa-Ruch, autor ponad 100 filmów dokumentalnych, m.in. cyklu filmowego zatytułowanego „Zza siódmej miedzy” (w latach 70.), a w latach 90. takich filmów, jak „Dokument dla syna”, „Cena decyzji”, „Rodziny i miasta”, „Polski poślizg kontrolowany”. Nagrodzony dwukrotnie Nagrodą im. Bolesława Prusa, oraz nagrodą „Pryzmat” przez wicepremiera Leszka Balcerowicza „za umiejętne przybliżanie widzom reformy gospodarczej”. Właściciel firmy filmowej „Shot Szumowski”, realizującej programy dla telewizji, m.in. „Gry i zabawy dzieci i dorosłych”.

Jak wspominała nieraz Dorota - prywatnie i w wywiadach - poznali się w studenckim klubie Jaszczury, który był wówczas miejscem spotkań awangardowej młodzieży krakowskiej.

Dorota - zbuntowana córka mieszczańskich rodziców. Ojciec miał najpierw w Krakowie, przy ul. Grodzkiej, fabryczkę wyrobów z kości słoniowej i srebra, po wojnie prowadził cukiernię, matka zajmowała się domem, a Dorota szukała swej drogi życiowej chaotycznie i spontanicznie, wyrzucana ze szkół, spędzająca większość czasu w Piwnicy pod Baranami. Pod wpływem Piotra Skrzyneckiego ukończyła wreszcie szkołę średnią dla pracujących, a potem studia socjologiczne.

Maciek - pochodził z religijnej rodziny, był synem oficera w armii Andersa. Stateczny, podejmujący działania z namysłem i rozwagą, ukończył polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Był pierwszym redaktorem pierwszego autentycznego tygodnika studenckiego „Student”, wierzący i praktykujący, o korzeniach rodzinnych sięgających ziemi mazurskiej.

Dorota i Maciek - do stanu wojennego oboje członkowie PZPR, w stanie wojennym i w następnych latach 80. związani z solidarnościową opozycją, na początku lat 90. aktywnie uczestniczący w przemianach ustrojowych jako dziennikarze i reformatorzy polskiej prasy.

Należeli do tej formacji pokoleniowej, która w latach 60. osiągała dojrzałość, a potem na przełomie lat 70. i 80. dokonywała trudnych wyborów - intelektualnych, etycznych i politycznych. O tej to formacji jest pierwsza powieść Doroty Terakowskiej, „Guma do żucia”. Powieść? Raczej poemat prozą, w dwunastu obrazach, tyle w nim liryzmu i ekspresji.


GUMA DO ŻUCIA

To w pełnym tego słowa znaczeniu obrachunek z własną przeszłością, szczery aż do bólu, choć utrzymany w konwencji gombrowiczowskiej groteski. Obrachunku można dokonywać tylko z pewnej perspektywy czasowej, przekroczywszy próg dojrzałości. Dojrzałości przede wszystkim intelektualnej, bo emocjonalność Dorota miała nadal dziewczęcą. I taka właśnie emocjonalność w książce dominuje, od pierwszego obrazu wyznaczonego datą 1950, aż po obraz panicznego lęku i niepokoju o przyszłość w roku 1982.

Terakowska stworzyła więc poemat autobiograficzny pełen poetyckich skrótów i metaforycznych ujęć. Niektóre jednak z obrazów rozrastają się w świetne opowiadania reportażowe, jak np. „nieoficjalny protokół z jednego zebrania” Komisji Kontroli Partyjnej PZPR („Ja, 1978”), lub w opowiadania psychologiczne, np. dramatyczna opowieść o „hrabinie Maricy”, czyli oślepionej blaskiem komunistycznej przyszłości nauczycielce („Ja, 1952”), w której to opowieści znajdujemy przerażający list do Stalina, napisany przez czternastoletnią uczennicę (narratorkę, utożsamioną z autorką) w formie naśladującej modlitwę („Ojcze nasz, któryś jest nadzieją polskich dzieci”). Motywy z tego poematu - list do Stalina, jak również scenę akademii szkolnej po śmierci Stalina - wykorzysta pisarka raz jeszcze w ostatniej swej powieści, „Ono”. Inne natomiast obrazy skondensowane zostały do poetyckich obrazów, np. liryczne wyznanie obejmujące okres pierwszej „Solidarności” („Ja, 1980-1981”): „...płynę na wielkiej, sztormowej fali, niesie mnie wielka, sztormowa lala, gnana ciepłym, przyjemnym wiatrem”.

Mimo wyraźnie autobiograficznych wątków „Gumę do żucia” można odczytywać jako biografię pewnej formacji z pokolenia ówczesnych czterdziestolatków. Określały ty biografię już lata 50., te sprzed 1956 roku (dla niektórych lata fascynacji ideologia, ZMP dla Innych jednak lata zetempowskiego przymusu) i po roku 1956, potem lala 70. z wiarą w Gierkowską reformę ustroju i rozczarowaniem wyrażającym się w protestach robotników w roku 1976, wreszcie pierwsze lata osiemdziesiąte, rodzące nadzieję związaną z solidarnościowym zrywem, potem przeżycia stanu wojennego.

Terakowska szczególnie mocno, wręcz karykaturalnie, podkreślała w swej powieści-poemacie wpływ atmosfery dziejowej na kształtowanie się psychiki i poglądów bohaterki i jej pokolenia: „I zerwaliśmy się rzeczywiście. Pobiegliśmy. Pełni wzruszenia. Które ściskało za grdyki.(...)Braliśmy udział w zbiorowym seansie szaleństwa. Tylko niektórzy byli od niego wolni. (...) Szukałam sukcesów. Tropiłam sukcesy. (...) I przenosiłam na papier. Gdzie puchły. Pęczniały. Wydymały się jak balon. Zajmowały powoli całą wolną przestrzeń. Już niemal nie było gdzie ich pomieścić. Pomagałam aż do szaleństwa”.

Tak reagowała pisarka na słynne hasło Gierka, sprowadzające się do retorycznego pytania: pomożecie?! Ale tak spontanicznie reagowała po raz ostatni. Do tej pory pozwalała się nieść fali dziejowej, chciała przekształcać rzeczywistość wraz z grupą entuzjastów, nie uświadamiając sobie, że przede wszystkim to ona jest kształtowana, lepiona, przeżuwana przez mechanizm dziejów uosobiony w odrażającej, kiczowatej postaci hrabiny Maricy - groteskowego symbolu kultury PRL-u, w której wartości duchowe przykrojone zostały na miarę tandetnej operetki.

Jak Dorota Terakowska, w latach 80. relegowana już z szeregów partii, ale wcześniej dość aktywnie uczestnicząca w jej zbiorowym życiu, będąca nawet pod koniec lat 70. członkiem Komisji Kontroli Partyjnej, tłumaczyła tę swoją fascynację? Mogę to zrekonstruować tylko na podstawie wyznań narratorki „Gumy do żucia”. Wcześniej, tzn. przed rokiem 1981, nie znałem osobiście ani Doroty, ani Maćka, a jeżeli potem rozmawialiśmy o tym okresie, trudnym w historii Polski, ale i w naszych biografiach, czyniliśmy to w sposób pozbawiony odniesień personalnych; mówiliśmy raczej o faktach i mechanizmach totalitarnego ustroju.

W obrazie zatytułowanym „Ja, 1969” bohaterka-autorka przyznaje, że z entuzjazmem przyjęła możliwość bycia dziennikarką, a ponieważ dostała się do gazety partyjnej, to od razu otrzymała propozycję wstąpienia do partii. W prasie, nie tylko partyjnej, była to zresztą w tych latach sytuacja standardowa, choć, rzecz jasna, nie wszyscy ulegali naciskom swych szefów. Ale też zapewne nie wszyscy chcieli, jak narratorka „Gumy do żucia”, zmieniać rzeczywistość, „brać udział, nie stać z boku, być w środku”. A był to czas szczególny, okres po marcowych czystkach. Przyznaje mimochodem, że otrzymała miejsce w redakcji po dziennikarzu, który zbuntował się przeciw oficjalnej wykładni wydarzeń marcowych i rzucił legitymację (co w owym czasie nie było zjawiskiem wyjątkowym, ale też nie występowało często, a w środowiskach twórczych i dziennikarskich publicznie o tym się nie mówiło). Do refleksji na temat roku 1968 bohaterka wróci dopiero po latach („Ja, 1968”), jako do nigdy nie zaczętej, a więc i nie skończonej, rozmowy z Jonaszem (w domyśle: chyba z Jonaszem Sternem, wybitnym artystą krakowskim, pochodzenia żydowskiego): „Nigdy jej nie było, ale trwa. W majakach. Na jawie. W półśnie - i we śnie dręczącym nieświadomością. I będzie trwać. Ilekroć to się powtórzy. To. Co było tego roku. Co będzie jeszcze trwać po wielekroć”.

Pęd i fala, bieg i lęk, guma do żucia - to słowa-klucze w tym monologu, określające groźne i charakterystyczne zjawisko dla Europy Wschodniej, zwane sowietyzacją. Występuje ono wtedy, gdy nie tylko nie bronimy się przed „przeżuwaniem nas”, ale ochoczo mu się poddajemy, czyniąc z tego ideologię: „...słyszę mlaskanie, z jakim żuje mnie mój własny strach. Głośne, nachalne mlaskanie, którego nikt nawet nie usiłuję zagłuszyć. Już nie. Już przecież wiemy, że nas żują - i pozwalamy dobrowolnie się żuć. My, gumy do żucia madę in Poland, ze znakiem jakości Q".

SZALEŃCZE LATA OSIEMDZIESIĄTE

Poświęciłem temu utworowi tyle miejsca nie tylko dlatego, że byłem pierwszym jego czytelnikiem, kiedy jako kierownik Redakcji Prozy Współczesnej Wydawnictwa Literackiego usiłowałem go - o naiwny - wydać oficjalnie. I nie dlatego również, że w roku 1987 napisałem o nim, wydanym w końcu w Niezależnej Oficynie Wydawniczej, czołowym wydawnictwie podziemnym, założonym przez Mirka Chojeckiego, obszerną recenzją na łamach „Kultury” paryskiej, gdzie pod pseudonimem Mikołaj Ruszkowski prowadziłem rubrykę „Nowości literatury krajowej”. Omówiłem go obszerniej przede wszystkim dlatego, że uważam go za bardzo ważny - mimo artystycznych niedociągnięć - dla biografii twórczej Doroty Terakowskiej. Niestety, książka ta, odrzucona przez ówczesne kierownictwo WL-u, przeszła prawie niezauważona i do dziś pozostała zapomniana. A jest ona dowodem zasadniczego przełomu ideologicznego w życiu autorki, dowodem też, rzec chyba można, rozrachunku moralnego.

Stanowi bowiem wyraźną cezurę w twórczym życiu Terakowskiej. Dorota trochę z przymusu (wyrzucona po 13 grudnia z prasy wydawanej przez partyjny moloch zwany RSW Książka-Prasa-Ruch, jak wielu z jej formacji pokoleniowej, ale i wielu młodszych kolegów, którzy od Szumowskich nauczyli się dziennikarskiej rzetelności, wyrzucona też z partii) bardziej jednak, myślę, ze świadomego wyboru, postanowiła realizować się jako pisarka, dystansując się -na ile to było możliwe w domu Szumowskich - od wydarzeń politycznych.

W tym czasie Maciek, który podzielił los Doroty (jako redaktor naczelny „Gazety Krakowskiej” i członek partii) i zarabiał jako stróż nocny (Dorota robiła swetry na drutach, zresztą gustowne i oryginalne), angażował się w tworzenie kultury podziemnej, tworząc filmowa dokumentację m.in. działalności środowiska nowohuckiej „Solidarności” oraz pisując systematycznie do „Hutnika”, ale czasem i do „Miesięcznika Małopolskiego”, który redagowaliśmy razem z Daszą Abrahamowicz, Tadeuszem Chrzanowskim i Kornelem Filipowiczem. Drukowane w podziemiu felietony były pod względem formy kontynuacją felietonów z „Gazety Krakowskiej”, nazwanych „W pół słowa”. Ta lapidarność formy i oszczędność środków wyrazu była zresztą cechą również jego filmów dokumentalnych.

Jednocześnie oboje z Dorotą stworzyli w swoim mieszkaniu przystań dla przyjaciół z konspiracji, ale i dla życiowych rozbitków, dla działaczy „Solidarności”, ale i dla ludzi politycznie zagubionych. Wszyscy oni przynajmniej raz w roku, 24 lutego, w imieniny Macieja, spotykali się, by wymienić poglądy, czasem dość burzliwie (w czym najlepszy był Tadek Pikulicki, przypierając do ściany - również dosłownie - Andrzeja Urbańczyka), pospierać się i wypić razem zdrowie Maćka. Również raz w roku począwszy od zimy 1982 odbywały się u Maćków na Sylwestra wspaniałe, niezapomniane zabawy - już tylko w gronie przyjaciół i najbliższych znajomych. Były one dobrze chronione, bo w pobliżu można było zauważyć sukę milicyjną.

Po latach w gronie bliskich Maćkowi przyjaciół wspominaliśmy nieraz dysputy toczone w tym, jak to nazywał Tadek Pikulicki, salonie politycznym Krakowa, ograniczonym przestrzennie do kilku metrów kwadratowych kuchni w mieszkaniu przy Kapelance.

To były mimo wszystko szalone, ale i wspaniałe lata - między innymi dzięki takim ludziom, jak Maciek i Dorota. Mimo napięcia, mimo wojny wypowiedzianej społeczeństwu, mimo permanentnej inwigilacji, uciążliwych, ale czasem i groteskowych w formie podsłuchów, mimo internowania i osławionych 48 godzin, którymi próbowano nas zastraszyć, mimo godziny milicyjnej, której wstrząsający opis zamyka „Gumę do żucia”.

Maciek i Dorota, do niedawna członkowie partii, traktowani byli przez ówczesne władze ze szczególną nienawiścią i zawziętością - jako „renegaci i zdrajcy”. Maciek zresztą nigdy, przynajmniej do roku 1980, kiedy został redaktorem naczelnym „Gazety Krakowskiej”, nie był aktywnym członkiem partii. (Wcześniej był zwyczaj, że redaktor naczelny organu KW PZPR zostawał jednocześnie członkiem egzekutywy Komitetu, Maciek nigdy jednak tego „zaszczytu” nie dostąpił, a zjawiał się w gabinecie sekretarzy Komitetu tylko na wezwanie.) Dlaczego do niej wstąpił on, syn człowieka religijnego, oficera armii Andersa? Zapewne pod naciskiem, dlatego, że był dziennikarzem w TV.

Twórczość literacką rozpoczęła Dorota od książek dla dzieci, potem dla młodzieży, osiągając coraz większe sukcesy i zdobywając powodzenie. Ale początki były trudne. Partyjna anatema, jaką objęta była osoba Terakowskiej, utrudniała dostęp do wydawców. W Wydawnictwie Literackim była „spalona”, szczególnie po przygodzie z „Gumą do żucia”, szukałem więc możliwości u innych znajomych oficynach. Gdy już wydawało się, że książka zostanie skierowana do druku, coś zwykle stawało na przeszkodzie... Dlatego jej kolejne powieści, poza książkami dla dzieci, zaczęły ukazywać się dopiero po roku 1989.


CUD ZDARZYŁ SIĘ TYLKO RAZ

Maciek, w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych, od czasu gdy w roku 1989 podjął się prowadzenia kampanii medialnej na rzecz Komitetu Wyborczego „Solidarności”, urzędując po całych dniach, i nocach, w pokojach hotelu Polonia, działał na styku dziennikarstwa i polityki: pracując w Komisji Likwidacyjnej, w której prywatyzowano wydawnictwa prasowe, oraz w Radzie Nadzorczej „Gazety Krakowskiej”. Doceniał jednak pisarski zapał Doroty i akceptował jej wybór, myślał nawet o założeniu wydawnictwa dla publikacji jej twórczości, o czym najzupełniej poważnie kiedyś ze mną rozmawiał. Zastanawiające jednak, że nie czytał książek Doroty. Może bał się swojego krytycyzmu i szczerego wyrażania opinii, które mogły Dorotę zaboleć? On sam lubił doradzać, lubił uczestniczyć w procesie twórczym swoich najbliższych, przyzwyczajony był do twórczej dysputy. Tymczasem Dorota pracując nad książką zamykała się przed uwagami z zewnątrz, sama zmagała się z problemami. Pokazywała dopiero gotowy produkt.

Ale i Dorota na początku lat dziewięćdziesiątych powróciła do aktywnego życia dziennikarskiego, próbując z Maćkiem dokonać raz jeszcze cudu z lat 1980-1981, czyli stworzyć niezależną i dziennikarsko ambitną gazetę, wydawaną w Krakowie, lecz o horyzoncie ogólnopolskim. Taką gazetą miał być najpierw „Czas Krakowski”. Czy możliwe było jednak wspólne działanie trzech tak wybitnych indywidualności, jak Jan Maria Rokita, Jan Polkowski i Maciej Szumowski? W podziemiu może jeszcze tak, później już nie - podzieliły ich poglądy, podzieliły inne doświadczenia dziennikarskie, tak jak się to stało z wieloma kiedyś opozycyjnymi środowiskami i ich liderami w obrębie tzw. obozu postsolidarnościowego.

Zatem Maciek i Dorota podjęli próbę wskrzeszenia „Gazety Krakowskiej”, jej odrodzenia po stanie wojennym. Zadanie niezwykle trudne i karkołomne. Zaczęli dobrze - „Gazeta” sprywatyzowana została na szczególnych zasadach: część udziałów wykupili dziennikarze, ci, którzy w gazecie pozostali po 13 grudnia, ale bez osób skompromitowanych w stanie wojennym, oraz ci dziennikarze, którzy odeszli po weryfikacjach; część udziałów przypadła środowisku skupionemu wokół „Tygodnika Powszechnego”, część wreszcie środowisku krakowskich pisarzy z SPP, którzy z Maćkiem i Dorotą powołali do życia „Dekadę Literacką”, wydawaną przez jakiś czas przez „Gazetę Krakowską”.

Dlaczego Maciek nie objął ponownie funkcji redaktora naczelnego? Pewnie chciał dać szansę młodszym, tym, którzy powrócili do gazety po dziesięciu latach. Pierwszym redaktorem naczelnym sprywatyzowanej gazety został więc Tadeusz Pikulicki, jeden z najzdolniejszych, młodych dziennikarzy w latach 1980-1981, prawdziwy, jak się mówiło w dziennikarskim żargonie, pistolet. Założenie słuszne, ale rzeczywistość lat 90. narzucała już inny model gazety codziennej, wydawanej w sytuacji dużej konkurencji na rynku medialnym.

Nie ulega jednak wątpliwości, że to dzięki Maćkowi i Dorocie, przy zdecydowanym poparciu i pomocy Tadeusza Pikulickiego, powstało w Krakowie znów liczące się pismo literackie, o którego powstanie zabiegała bezskutecznie grupa pisarzy. Podróże Ewy Lipskiej i moje do Ministerstwa Kultury i rozmowy z wiceministrem Michałem Jagiełłą niewiele dały. Trzeba było dopiero zapału Doroty i determinacji Maćka. I „Dekada”, co widać, przetrwała do dziś.

Ostatecznie Maciek i Dorota odeszli z „Gazety Krakowskiej” w drugiej połowie lat 90. Maciek zajął się bardziej aktywnie realizacją filmów dokumentalnych i programów dla telewizji, powracając do tej działalności twórczej, którą najbardziej lubił. W pewnym sensie zamierzał kontynuować cykl, który przyniósł mu sławę i rozgłos, czyli „Zza siódmej miedzy”, ale wymagało to zabiegów marketingowych i lobbingu, do czego Maciek nie miał talentu ani ochoty. A Dorota mogła już całkowicie poświęcić się swemu coraz lepiej rozwijającemu się pisarstwu.


W POSZUKIWANIU SIEBIE

To dominujący motyw twórczości Doroty Terakowskiej. Gdy myślę o tej twórczości z perspektywy ostatniej - niestety - powieści, której pomysł powstał pod wpływem rozmów z córką Małgosią przygotowującą scenariusz do swego drugiego, pełnometrażowego filmu fabularnego, zauważam niezwykłą konsekwencję, wręcz determinację, w rozwijaniu wspólnych dla wielu jej powieści wątków i motywów, oraz w przekazywaniu moralnych przesłań. Bo pisarstwo Doroty nacechowane było- nie bójmy się powiedzieć tego wprost- dydaktyzmem, ale nic nachalnym, dalekim od tradycyjnego jego rozumienia. Dydaktyzm Terakowskiej polegał na uczeniu swych czytelników stawiania pytań - filozoficznych, egzystencjalnych, eschatologicznych, etycznych.

We wszystkich jej powieściach pojawia się postać odmieńca, i jest on przeważnie głównym bohaterem. Wszystkie też powieści można nazwać inicjacyjny-mi, we wszystkich bowiem dominujący jest motyw dojrzewania, dorastania, poszukiwania swej tożsamości, nawet za cenę najwyższą, cenę życia, choć jednocześnie dzieciństwo jawi się w nich jako wartość wzbogacająca życie człowieka i jego psychikę.

Terakowska wyraźnie rozgranicza Naturę od Cywilizacji, co szczególnie widoczne jest w powieściach późniejszych. W jednej z najpiękniejszych, najbardziej wzruszających książek, „Tam gdzie spadają Anioły”, ojciec małej bohaterki, Ewy, pod wpływem cierpienia i niepokoju o los córki odkrywa urodę przyrody, uświadamiając sobie niedoskonałość swego uporządkowanego, wydawałoby się, świata wysokiej technologii: „Tkwiąc w nocnym ogrodzie i wpatrując się w niebo, Jan pojął, że swoim bogiem uczynił techniczną cywilizację, genialne wytwory myśli ludzkiej, skomplikowane, fascynujące procesy wydzierania przez naukę kolejnych tajemnic światu. Teraz, gdy zasiadł przed komputerem i wędrował po bezkresie Inter-netu, nie traktował go już jako najwspanialszego ze światów; zrozumiał, że jest tylko narzędziem; dostrzegł, jak niewiele znaczącą drobinką jest Internetowa Droga wobec Drogi Mlecznej, bez której ta drobinka nigdy by nie powstała. Zrozumiał też, że astronom poszukujący jedynie fizyczno-matematycznych praw rządzących wszechświatem nigdy ich nie odkryje ani nie ujmie w żaden wzór, gdyż ponad nimi jest jeszcze coś o wiele ważniejszego. Coś, co daje moc i życie nieskończoności kosmosu. Także Ziemi i ludziom, którzy ją zamieszkują”.

Imię Ewa często pojawia się w powieściach autorki „Poczwarki” - jako archetyp kobiety, Pramatki wygnanej z Raju. W powieści „Tam gdzie spadają Anioły” wykorzystane też jako pewna gra słów, o wymowie filozoficznej: Ewa to mały człowiek, potrzebujący opieki, Awe - jej Anioł Stróż, który, strącony z nieba przez czarnego anioła, o imieniu Wea, stracił swą moc i występuje w postaci bezdomnego; tę moc przywraca mu w jakiejś mierze dopiero Ewa.

Pisarstwo Doroty Terakowskiej to zaproszenie do bycia sobą w świecie trudnych do pokonania przeciwieństw, w którym jednak można znaleźć przedsionek do Raju, jakim jest Natura z całym swym wspaniałym bogactwem roślin i zwierząt. Ten Raj bliski był też Maćkowi - gotów był do największych poświęceń dla kochanych zwierząt, zwłaszcza psów. W stanie wojennym otruto im pięknego doga, i trudno się oprzeć przekonaniu, że nie było to otrucie przypadkowe, potem ich równie piękny chart został pokiereszowany przez samochód - po ciężkiej operacji Maciek opiekował się nim dosłownie dzień i noc, śpiąc przy nim, żeby ulżyć choć w ten sposób jego cierpieniu.

Ale w powieściach Terakowskiej Natura nie jest jednoznacznie dobra, tak jak Cywilizacja nie jest jednoznacznie zła. Bo w świecie ludzkim nie można przeprowadzić ostrej granicy pomiędzy dobrem a złem, tak jak nie można wyobrazić sobie światła bez cienia. W niektórych recenzjach pojawiły się nawet stwierdzenia o wpływie filozofii manichejskiej oraz o inspiracji Dostojewskim.

Niezwykle ważny dla Terakowskiej był zawsze problem wolności - w życiu osobistym i w twórczości, i to w dwojakim znaczeniu: jako wolność tworzenia i jako nieustanne dążenie jednostki poszukującej dla siebie własnego miejsca w zbiorowości. Odwieczny problem filozoficzny: wolność od i wolność do u Terakowskiej ukazany jest poprzez stopniowe dojrzewanie do poczucia odpowiedzialności za siebie i drugich.

Ja z „Gumy do żucia” - liryczne, chciałoby się rzec: dziewczęce, równocześnie zbuntowane wobec rzeczywistości i ulegające zbiorowym mitom, w dalszych powieściach wyzwala się spod nacisku zbiorowości, który w czasach współczesnych symbolizuje chociażby fascynacja supermarketem i telewizyjnymi „reality show”, ale zostaje ujęte w ramy uczuć i działań altruistycznych.

Próba zrozumienia świata i jego pokrętnych dziejów, jaką odnajdujemy w kolejnych powieściach, zawsze pozostawia czytelnikom wiele wątpliwości i niejasności; ale zawsze każe nam myśleć, że nie wszystko da się zgłębić w sposób racjonalny, że życie pozbawione wiary i nadziei, życie bez przeżyć metafizycznych, zamknięte na tajemnice istnienia, staje się puste i jałowe.

Przypomnijmy zakończenia dwóch, ostatnich, rozgrywających się już współcześnie, pozbawionych baśniowej konwencji powieści: „Poczwarki” i „Ono”.

„Ale i nad światem przedstawionym w »Poczwarce« - podobnie jak w powieściach wcześniejszych - unosi się duch optymizmu. Życie na ziemi - uważa pisarka - rozwija się dynamicznie i pozornie tylko w sposób chaotyczny, ponieważ rozwój oparty jest na zasadzie cykliczności. Wszystko ma swój początek i koniec, lecz po końcu następuje znów początek i tak w koło. Urodziła się Myszka, przyniosła rodzicom złe, ale i dobre chwile, odeszła, robiąc miejsce dla swej siostry, pozostała jednak w czułym wspomnieniu rodziców” - pisałem przed kilku laty.

Myszka, dziecko mocno upośledzone, to jednak „dar Pana”; cieszyło się ono nawet z krótkiego pobytu na ziemi, bo w świecie przez Terakowską ukazywanym, świecie cierpienia i upokorzenia, ale i uczuć przyjaznych, mimo wszystko warto żyć. W powieści następnej, w której powracają wątki z książek wcześniejszych, np. „Gumy do żucia”, w której znaczącą rolę pełni dom na Mazurach, bohaterka, znów Ewa, 19-letnia dziewczyna, dojrzewająca z trudem do roli matki, bo ukształtowała ją kultura masowa, postanawia w końcu, po wahaniach i przełamywaniu stereotypowych wyobrażeń o świecie, urodzić dziecko jako akt wyzwolenia się z egoistycznej samotności. I przekonuje go do wyjścia na świat, „aby pobyć na nim choć przez chwilę”, bo może „świat będzie lepszy, jak ty się na nim pojawisz”. I dziecko wyrywa się zdała matki zanurzonego w jeziorze, „ nad woda niesie się głośny, wysoki krzyk dziecka witającego świat”.

Pozwolę sobie na małą dygresję: „Ono” zostało ukończone w domu na Mazurach w 2002 roku, Dorocie i Maćkowi dane było jeszcze raz spędzić tam wakacje, w roku 2005, ale smutne to były wakacje - w sierpniu zdechł Mrówa, ukochany pies, zakupiony przed 11 laty w sąsiedniej wsi. Po powrocie z wakacji rozchorowała się Dorota, zmarła na początku stycznia, Maciek, wycieńczony chorobą Doroty fizycznie i psychicznie, głęboko przeżywający rozstanie ze swym Największym i Najbliższym Przyjacielem, czule się nim opiekującym, zmarł niedługo potem, na początku lutego. Początek i koniec...


BYĆ RODZINĄ

Być sobą - w rodzinie. Tak można by streścić jedno z przesłań, które przewija się przez powieści Terakowskiej. A zwerbalizowane zostało dobitnie i rozwinięte w ostatniej książce, która została wydana jeszcze za Jej życia. Rozmawia w niej z Jackiem Bombą, psychiatrą i psychoterapeutą, zajmującym się m.in. problemami dorastania. Podtytuł książki: „Jak budować dobre życie swoje i swoich dzieci” w lapidarnym skrócie oddaje poruszoną w niej problematykę. Moim zdaniem książka ta stanowi też, do pewnego stopnia, odpowiedź, dlaczego Dorota Terakowska, dziennikarka i reporterka, kobieta, która mogłaby zrobić karierę w świecie mediów, zaczęła pisać książki najpierw dla dzieci, potem dla coraz starszej młodzieży. Dorota nieraz podkreślała, że pierwszym czytelnikiem jej kolejnych powieści była młodsza córka, która w połowie lat 80. była jeszcze podlotkiem. Podobno jej reakcja na lekturę była dla Doroty wyznacznikiem wartości książki. Dorota nie tylko była zawsze młoda duchem, ale bardzo ceniła sobie, i lubiła, towarzystwo młodzieży. Nieraz byłem świadkiem jej długich rozmów z koleżankami i kolegami Małgosi na rozmaite tematy, rozmów prowadzonych w formie luźnej, swobodnej dysputy. Miała rzadki obecnie dar dialogu - umiała słuchać i przyjmować cudze racje i poglądy, także wtedy, gdy się z nimi nie zgadzała i spierała. I takie też było jej pisarstwo - otwarte, uczące młodych czytelników życia.

Daleka od tradycyjnego rozumienia rodziny, bycie w rodzinie stawiała jednak wysoko w hierarchii wartości. W powieściach problem ten ujmowała w różnych kategoriach: mitycznych („Córka czarownic”), metafizycznych („Samotność Bogów”, „W krainie kota”), egzystencjalnych („Tam gdzie spadają Anioły”, „Poczwarka”, „Ono”). Zawsze jednak starała się doprowadzić do fabularnego zespolenia rodziny.

Podobnie postępowała w życiu. Rodzina Szumowskich dla postronnego obserwatora mogła wydawać się rodziną zwariowaną: każdy żył na własny rachunek, każdy zajęty był swoimi sprawami, rzadko spotykali się wszyscy razem. Ktoś mógłby uznać ją pod tym względem za typową dla naszych czasów - kiedy to wewnątrz rodziny zacierają się granice pomiędzy pokoleniami, rośnie krytycyzm dzieci wobec rodziców, upadają autorytety. Ale w przypadku rodziny Szumowskich tak to wyglądało jedynie na pozór. W istocie była to rodzina związana silnymi więzami emocjonalnymi i intelektualnymi. Autorytetem niewątpliwym był ojciec; a matka - mądrym partnerem, z którym można było rozmawiać o wszystkim i któremu można było ze wszystkiego się zwierzyć. Znamienne, że dzieci przejęły zainteresowania rodziców; Wojtek i Małgosia poszli w ślady ojca-filmowca, Kasia wybrała dziennikarstwo.

A Dorota i Maciek? Nieraz między nimi iskrzyło, bo z Maćkiem rozmawiało się na ogół trudniej niż z Dorotą, był bardziej apodyktyczny, bardziej broniący swoich racji, ale i bardzo uczuciowy.

Wspierali się jednak zarówno w momentach trudnych i ważnych dla ich biografii, jak i w codziennym życiu - co mogłem zaobserwować, spędzając z nimi wakacje na Mazurach przez kolejnych dziesięć lat.

Nigdy nie zapomnę długich, wieczornych rozmów z Maćkiem przy kuchennym stoliku - Maciek, trzymając w jednym ręku papierosa, w drugim szklankę z kawą (nie używał filiżanek), zwykle nieogolony, w niedbałym stroju, wypytywał, doradzał, opowiadał, żartował i wspominał. Z biegiem lat coraz częściej wspominaliśmy, co Dorotę, siedzącą w sąsiadującym z kuchnią pokoju, zwykle przy komputerze, lub na tapczanie z pismem czy książką w ręku, strasznie denerwowało. Dorota bowiem bardziej żyła teraźniejszością i przyszłością, snując plany swych nienapisanych książek i autorskich podróży.

Dom, czy raczej mieszkanie w Krakowie, w gierkowskim bloku z wielkiej płyty, rzadko zamykane w ciągu dnia na klucz, służyło rodzinie Szumowskich do spotkań krótkich, w codziennym zabieganiu i pracy po nocach - z wyjątkiem świąt, celebrowanych tradycyjnie. Ale dom z pruskiego muru, nad rozległym jeziorem, rozbudowany i powiększony przede wszystkim o werandę, na której spożywano posiłki, przyrządzane przez Dorotę i Maćka, specjalistę od zup, odpoczywano i prowadzono towarzyskie rozmowy, stawał się przez dwa miesiące przystanią dla najbliższej rodziny i przyjaciół. Stawał się prawdziwym DOMEM. Wymarzył go sobie ojciec Maćka, zwany „dziadziem”, i chociaż nie zdążył w nim spędzić ani jednych wakacji, to jakże pomógł Rodzinie.


MISTRZ

6 lutego br. na Cmentarzu Rakowickim żegnały Macieja Szumowskiego rzesze przyjaciół, kolegów, znajomych. Żegnano działacza „solidarnościowej” opozycji, bezkompromisowego dziennikarza, który - jak napisał w mowie pogrzebowej Stefan Bratkowski - przywrócił w latach 80. godność zawodu dziennikarskiego, żegnano twórcę niezapomnianych filmów dokumentalnych, żegnano Mistrza. Za mistrza uważali Go młodzi wówczas dziennikarze „Gazety Krakowskiej” w czasach, gdy był ich Naczelnym, przede wszystkim Tadeusz Pikulicki i Jerzy Sądecki, najbardziej aktywni, ruchliwi, posyłani przez Naczelnego do miejsc najważniejszych, informujący o sprawach najbardziej kontrowersyjnych i drażliwych, jak np. konflikt bydgoski czy wrześniowy Zjazd „Solidarności” w roku 1981. Za mistrza uważali Go też najbliżsi współpracownicy w branży filmowej i córka Małgosia, reżyser filmowy, i jej mąż, Michał Englert, operator filmowy.

Był dla nich mistrzem - bo zawsze znajdował czas na rozmowę o sztuce dziennikarskiej i filmowej, bo - jak podkreślał Pikulicki - był w życiu niejednego z nas człowiekiem najważniejszym, w swoim zawodzie - przykładem do naśladowania.

Bezkompromisowość i upór w obronie swych racji nic ułatwiały mu życia -ani w latach 1980-1981, gdy z organu KW PZPR w Krakowie stworzył najlepszy dziennik w kraju, rozchwytywany w innych miastach, narażając się na stałe konflikty z towarzyszami z ówczesnej ulicy Solskiego, obecnie św. Tomasza (gdzie mieściła się siedziba Komitetu Wojewódzkiego), ani po roku 1989, gdy nie ukrywał krytycznych uwag adresowanych do politycznego establishmentu. Dość szybko zatem usunął się w cień, ale dzięki temu mógł zachować niezależność sądu i działania. Mieszkanie przy Kapelance przestało być miejscem spotkań licznych znajomych, odwiedzali go w nim tylko najwierniejsi. Bywał rozgoryczony, to prawda, nie żałował jednak, że musiał zapłacić taką cenę, cenę pewnego osamotnienia, za swą niezależność. I doceniali to jego uczniowie, którzy nauczyli się od niego, że dziennikarstwo to w pierwszym rzędzie zobiektywizowana, rzetelna informacja. Tak też rozumiał swą twórczość filmową -docierał z kamerą do ludzi zagubionych w nowych czasach, wyrzuconych poza nawias rzeczywistości. Robił reportaże o ludzkich dramatach, przytaczał różne racje, potrafił w niezwykle subtelny sposób zarysowywać psychologiczne portrety bohaterów swych siermiężnych, można powiedzieć, reportaży. Daleki od stosowania „środków specjalnych”, daleki od stosowania efektownych ujęć, dbał jednak zawsze o tło swych dokumentów, z wielkim pietyzem odnosząc się do filmowanych krajobrazów i przyrody.

Największym jednak dokonaniem jego życia, bo najtrudniejszym, prawie nieprawdopodobnym do osiągnięcia, było redagowanie „Gazety Krakowskiej” przez 13 miesięcy i 13 dni. Pod takim tytułem jego najbliżsi współpracownicy napisali książkę, która ukazała się w podziemiu w roku 1986, czyli wtedy, gdy Dorota wydała swą „Gumę do żucia”.

We wstępie autorzy tak ujmowali swoją powinność dziennikarską i aktualnie realizowaną misję:

„Nie mamy aspiracji do proponowania programów opozycyjnych. Nie byliśmy i nie jesteśmy ideologami. Na własnej skórze doświadczyliśmy latami, jak druzgocącą jest dla jednostki ideologia - o jakimkolwiek znaku politycznym. Powinność naszą widzieliśmy w nieustannej próbie dialogu. (...) Dla dziennikarzy rzemieślników słowa, dialog musiał oznaczać po prostu rozmowę: zbliżenie człowieka z człowiekiem, a nie polityka z politykiem (...). Nam nic innego nie pozostało i niczego innego od nas nie można oczekiwać, jak ciągłej, nieustannej, intymnej rozmowy z czytelnikami, rzucania najprostszych nici solidarności między ludźmi o różnych poglądach i odmiennych doświadczeniach. Niezwykle potężna jest manipulacja słowem, jaką posługują się systemy totalitarne. Ale również potężna jest nadzieja, która rodzi się z poczucia wspólnoty duchowej nawet dwojga samotnych ludzi. I z tego obowiązku moralnego nikt i nigdy dziennikarzy nie zwolni. Ich powinnością będzie zawsze szukanie nadziei w tej tajemnej, a przecież prostej więzi, jaka rodzi się z pomocą dobrego słowa między człowiekiem a człowiekiem”.

Trudno się oprzeć wrażeniu, że autorem tej deklaracji jest Dorota Terakowska - to jej styl i jej myśli, przekazywane później wielokrotnie i w różnej formie.

Jak to się stało, że Maciek, niezbyt znany w partyjnych kołach, dziennikarz i twórca, został nagle redaktorem partyjnej gazety? Na pewno nie zostałby nim w innych czasach. Jak wiemy, pod koniec roku 1980 partia zaczęła prowadzić pewien, dość zresztą perfidny, jak się później okazało, flirt z „Solidarnością”, a Maciek w tym środowisku był dobrze postrzegany. Co więcej, razem z Dorotą zaangażowali się mocno w reformę polskiego dziennikarstwa. Pamiętne były dwa, ważkie dla tego środowiska, wydarzenia: burzliwe zebranie krakowskiego oddziału SDP w klubie „Pod Gruszką”, 11 września 1980 roku, oraz Nadzwyczajny Zjazd Stowarzyszenia Dziennikarzy, na początku listopada tego roku - oba zebrania prowadzone przez Maćka. Pierwsze zaowocowało listem otwartym do władz, który został wydrukowany w całości na łamach „Gazety Krakowskiej” pt. „Niech słowa zawsze oddają prawdę”, drugie - wybraniem w demokratyczny sposób zarządu SDP, ze Stefanem Bratkowskim na czele jako prezesem. Po powrocie krakowskiej delegacji, czyli na początku listopada 1980 roku, Maciek przejął pałeczkę redaktora naczelnego od Zbigniewa Reguckiego, dzięki któremu mogło dojść do tak zaskakującej zmiany. Regucki przyszedł do „Gazety” z Rady Okręgowej ZSP, w której był przewodniczącym na fali pogrudniowej odwilży ideologicznej (To on właśnie założył „Studenta” i na redaktora naczelnego powołał Maćka, stąd pewnie ich bliska znajomość). Był szefem lubianym przez zespół, miał talent do prowadzenia właściwej, z punktu widzenia dziennikarskiego warsztatu, polityki personalnej, przyjmując do pracy młodych, pozwolił też na stworzenie w „Gazecie” szkoły reportażu społecznego i akceptował do druku reportaże ostre, o ile to tylko było cenzuralnie możliwe. Przygotował więc grunt pod taką radykalną reformę „Gazety”, jaką przeprowadził jego następca. Ciekawe, że Regucki złożył wniosek o oddanie „Gazety Krakowskiej” Maćkowi po konsultacji z zespołem, co było w owym czasie ewenementem (sam otrzymał propozycję objęcia funkcji kierownika kancelarii I Sekretarza Partii, którym był wówczas Stanisław Kania).

„Aby móc redagować taką [zreformowaną] gazetę - czytamy we wspomnianej książce - nowy naczelny musiał usunąć tradycyjne i niedobre, długoletnie nawyki tkwiące w dziennikarzach, szczególnie starszych. Może dlatego właśnie taką wielka rolę w historii tej gazety lat 1980-1981 odegrali dziennikarze bardzo młodzi, mniej obciążeni złymi nawykami i strachem. Z wielkim trudem udało się M. Szumowskiemu przekonać np. depeszowców, że informacje PAP-owskie mogą być wyrzucane do kosza, jeśli dotyczą protokolarnych i niczego nie wnoszących spraw, nawet, gdyby chodziło o najwyższe władze. (...) Depeszowcy zrozumieli, że materiał agencyjny jest tworzywem do obróbki, a sposób eksponowania tekstu, kompozycji tytułów ma kapitalne znaczenie dla recepcji pisma”.

Szumowskiemu udało się przełamać prowincjonalność gazety. Wysyłał dziennikarzy na przysłowiowe krańce Polski, jeśli tylko działo się tam coś ważnego, coś, o czym czytelnicy gazety powinni być poinformowani bezstronnie. Sam znajdował czas zaledwie (?) na bardzo krótkie, lapidarne komentarze, refleksje, sentencje zatytułowane „W pół słowa”. Podobno wielu czytelników zaczynało lekturę od tych felietonów. Powiedział mi to nawet Jerzy Giedroyc w roku 1988, gdy po raz pierwszy wybrałem się z wizytą do Maisons-Laffitte.

Kiedy w październiku 1981 roku decyduje się opublikować „Macieja Szumowskiego list otwarty do wszystkich członków partii” w obronie wyrzuconego z partii Stefana Bratkowskiego, ówczesnego prezesa SDP, rzuca na szalę funkcję naczelnego. A jednak władze partyjne, w obawie przed reakcją szeregowych członków partii, nie zdecydowały się na wyrzucenie Szumowskiego z gazety. Dopiero po 13 grudnia nabrały pewności siebie.

W stanie wojennym Maciek nie zaprzestał uprawiać dziennikarstwa, choć drukować i robić filmy mógł tylko w podziemiu.

W kilka dni po pogrzebie Maćka przyjaciele, dzieci, koledzy po fachu postanowili utworzyć Stowarzyszenie Przyjaciół Macieja Szumowskiego, które co roku będzie przyznawało nagrodę młodemu dziennikarzowi. A najbliżsi przyjaciele umówili się, że 24 lutego, w dzień imienin Maćka, będą spotykali się, by uczcić Jego pamięć.

Bogdan Rogatko


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas