poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Pisarz jak coca cola
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)
 
Na początku roku 2004 Jerzy Pilch wydał kolejną powieść „Miasto utrapienia”. Okazało się, że - faktycznie - jest z tą książką spore utrapienie. Z jednej strony, wzbudziła ona duże zainteresowanie czytelników, mediów i krytyków. To akurat nie dziwi, bo przecież autor „Innych rozkoszy” jest już pisarzem uznanym (zdobył Nagrodę Nike), powoli wyrasta na telewizyjną gwiazdę, której życiem prywatnym interesują się brukowce i kolorowe pisemka dla pań, a do tego jeszcze nie tak dawno zmienił „barwy klubowe”, porzucając Wydawnictwo Literackie i przechodząc do drużyny Berthelsmanna, co wiązało się z bajońskim, jak na nasze warunki, kontraktem. Z drugiej jednak, „Miasto utrapienia” zebrało wyjątkowo dużo negatywnych recenzji. Przy tym w niektórych recenzjach i omówieniach powieści dało się zauważyć bezradność piszących, którzy nie za bardzo wiedzieli, jak potraktować Pilcha i jego nową książkę (pomijam już fakt, że recenzenci zauważali z rezygnacją, że niezależnie od tego co napiszą, to i tak powieść sprzeda się w gigantycznym nakładzie; oczywiście, mieli rację). Czy to „poważny” pisarz i „poważna” literatura, czy też gwiazda mediów i komercyjna literatura, skrojona na miarę wcześniej rozpoznanych czytelniczych potrzeb? Koniec końców, mieszano Pilcha z błotem albo wynoszono pod niebiosa. Na łamach „Gazety Wyborczej” dyskutowano nawet krótko w „sprawie nowego Pilcha”. W obronie pisarza poniewieranego przez niektórych recenzentów stanął Witold Bereś (1). Odpowiadał mu Dariusz Nowacki (2). Mniejsza o szczegóły, interesuje mnie jedna kwestia poruszona przez Nowackiego. Otóż, krytyk uznał autora „Miasta utrapienia” za pierwszego „nowoczesnego pisarza” polskiego, stwierdzając: „Jerzy Pilch jest prawdopodobnie pierwszym u nas nowoczesnym pisarzem działającym w świecie, w którym przeciwstawianie drogi Płatonowa drodze Gorkiego nie ma najmniejszego sensu” (gwoli wyjaśnienia: „droga Platonowa” oznacza tutaj los pisarza autsajdera, „droga Gorkiego” - pieszczocha dominującego w danym czasie „układu”). Czy Pilch rzeczywiście jest u nas „pierwszym nowoczesnym pisarzem” i jakie są cechy takiego pisarza? Można się oczywiście o to spierać. Ja wracam do interesującego mnie problemu, który wypłynął przy okazji „sprawy Pilcha”, mianowicie do niełatwego pytania, kim pisarz jest - albo: powinien być - obecnie, jakie są jego rola i miejsce w kulturze w dużym stopniu zdominowanej przez rynek i media.

Funkcjonujący w przestrzeni społecznej wizerunek pisarza zaczął się rozmywać po roku 1989. Wcześniej role pisarza były wyraźnie rozpisane. Mógł on być - ujmuję rzecz całą w uproszczeniu - nauczycielem i przewodnikiem czytelników, autorytetem zaangażowanym w sprawy całego społeczeństwa, albo też odklejonym od rzeczywistości artystą, skupionym na zmaganiach z mniej lub bardziej oporną formą. Po roku 1989 pisarz zyskał wolność (mógł ostentacyjnie ogłosić, że nie poczuwa się do obowiązków wobec czegokolwiek i kogokolwiek), ale stracił za to pewność, kim właściwie ma być w ewoluującej w przyspieszonym tempie rzeczywistości. Niepewność potęgowało jeszcze systematyczne kwestionowanie statusu literatury, spychanej z roku na rok coraz mocniej na margines. Literatura polska przestała być istotna dla zdecydowanej większości Polaków, a głos pisarza stawał się coraz słabszy, mniej pewny. W takiej sytuacji zaczęto mówić o - wedle określenia Przemysława Czaplińskiego - „kryzysie mitu pisarza” (3). Inaczej być nie mogło, ponieważ rozpadły się wszelkie fundamenty tego mitu. Po roku 1989 nadrabialiśmy intensywnie kulturowe i cywilizacyjne zaległości, zderzyliśmy się - pisząc obrazowo - z ponowoczesnością, czego efektem było zdekonstruowanie „wielkich opowieści” modernistycznych czy awangardowych (a także romantycznych, bo przecież historia sprawiła, że elementy kodu romantycznego były u nas wyjątkowo trwałe), które uprawomocniały ów „mit pisarza”. Poza tym straciła na znaczeniu inteligencja humanistyczna (4), z której nie tylko rekrutowała się wcześniej liczna grupa odbiorców współczesnej literatury, ale której opinie pozwalały się pisarzowi dookreślić, umiejscowić na mapie teraźniejszości.

Inna sprawa, że ani upadek autorytetu pisarz (i literatury oczywiście), ani „kryzys mitu pisarza”, samych autorów nie pobudzał do walki o stracone pozycje. Problemy te nie wywołały szerszej wymiany zdań, nie mówiąc już o dyskusji czy sporze. Zastanawiające jest, jak mało uwagi poświęcano tym kwestiom w ciągu ostatnich kilkunastu lat. Jakby sprawa nie była warta w ogóle zachodu, albo była zbyt oczywista. Podobnie rzecz się miała z krytykami i literaturoznawcami. Właściwie jedynie Czapliński pokusił się o nakreślenie nieco bardziej rozbudowanego „portretu twórcy w czasach przełomu” (5). Poznański krytyk, analizując książki i wypowiedzi pisarzy aktywnych po roku 1989, doszedł do wniosku, że przyjmują oni trzy role: rzemieślnika, kpiarza albo immoralisty.

A jak wygląda sytuacja obecnie, siedem lat po wydaniu „Śladów przełomu” Czaplińskiego? O „przełomie” nikt już nie pisze, określeniami: rzemieślnik, kpiarz czy immoralista w odniesieniu do pisarzy mało kto się posługuje, a wizerunek pisarza jest chyba jeszcze bardziej mglisty, niż był kilka lat wcześniej. Wrócę jeszcze do przywoływanego już tekstu Nowackiego. Krytyk pisze: „Z jednej strony - nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że hierarchia literacka oparta na kryterium rynkowego i medialnego sukcesu jest faktem, z drugiej zaś strony - nadal żywotny pozostaje wizerunek pisarza narodowego będący zgrupowaniem takich cech, jak: olimpijskość, autorytet, powaga, głębia czy zatroskanie”. Więc kto to jest pisarz? Ktoś kto wydał książkę? Autor popularny, zauważony przez media? A może ktoś, czyja książka wydana została w wielotysięcznym nakładzie? Autor książek cenionych przez krytyków? Ktoś, kto żyje z pisania? Laureat którejś z nagród literackich? Ktoś, dla kogo pisanie jest misją? Na pytanie: kim jest pisarz, można udzielić rozmaitych odpowiedzi. Właściwie każdy z autorów na własną rękę próbuje określić, czym jest dla niego pisanie oraz literatura, ustalić zasady, na których chce uczestniczyć w życiu literackim. I zazwyczaj podkreśla przy tym, że jest to jego indywidualny punkt widzenia. A że trudno te, często przeciwstawne, wizje literatury i pisarskiego fachu jakoś uspójnić, sprowadzić do wspólnego mianownika... Cóż, chcieliśmy różnic, to je mamy, chcieliśmy wielości konkurujących ze sobą dyskursów - oto one. W końcu ponoć zanikła „literacka centrala”.

W rzeczywistości sprawy mają się zdecydowanie gorzej Szeroko komentowany swego czasu „zanik centrali” okazał się jedynie kolejnym mitem czasu „przełomu”, a różnice stały się albo pozorne, albo też trudne do zauważenia. Ukonstytuowało się nowe „centrum” życia literackiego: mass media. To do nich należy obecnie realna „władza” kształtowania obrazu literatury i pisarza. Sami pisarze czy krytycy, nawet jeśli próbują dokonywać w nim korekt, są w porównaniu z mediami zbyt słabo słyszalni, mają zbyt małą siłę przebicia, więc ich wpływ jest z natury rzeczy ograniczony. I choćby Czapliński czy inny krytyk pokusił się o stworzenie uwspółcześnionej, najsubtelniej nawet wycieniowanej galerii pisarskich typów, to i tak o tym, jak pisarz będzie postrzegany w życiu publicznym, zadecydują materiały ukazujące się w mediach. Ci, którzy nie zgodzą się na medialny lifting wylądują w literackim getcie, gdzie będą mogli pocieszać się twierdzeniami o wielkim znaczeniu dla kultury jej „ruchomych marginesów” (6).

Jak wygląda kreowany przez media obraz pisarza? Jest przecie wszystkim niespójny i niekonsekwentny. Ale też - dodam - inny być nie może. Dla mediów najważniejszy jest przecież news, im bardziej wyrazisty i sensacyjny, tym lepszy. Pogoń za newsami prowadzi do spłaszczenia i spłycenia obrazu literatury i pisarza; w działającym na wysokich obrotach młynie informacyjnym nie ma przecież czasu i miejsca na dzielenie włosa na czworo i zastanawianie się nad niuansami. Media ustawiają najczęściej pisarzy w jednej płaszczyźnie, w której zacierają się różnice między debiutantami a pisarzami ze sporym dorobkiem, autorami pisarskiej konfekcji a autorami ambitniejszymi. W tej przestrzeni odległość między - dla przykładu - piętnastoletnią Magdą Michałowską, która ostatnio wydała powieść „Trzeci naiwny człowiek”, a Jerzym Pilchem, który właśnie opublikował kolejną swoją książkę, nie jest wcale duża. Oboje zasługują na uwagę mediów (oczywiście, z nieco innych powodów, Michałowska jako swego rodzaju kuriozum, a Pilch jako uznany autor), oboje przedstawiani są w nich jako pisarze. Poza tym najbardziej popularni pisarze stopniowo zrównywani są z innymi gwiazdami mediów - na tym chyba przede wszystkim polega „nowoczesność”, o której pisał Nowacki - prezenterami telewizyjnymi czy aktorami. A to sprawia, że zaczynają „istnieć” w przestrzeni publicznej na nieco innych zasadach: mniejsze znaczenie ma to, co piszą, większe natomiast - z kim pokazują się „na mieście” albo jakie mają w domu zwierzątko.

Można by rzec: tak już jest, rynek i media dyktują warunki, nie można tego zmienić, trzeba się więc z taką sytuacją pogodzić. I dodać: sama w sobie medialna popularność to nic złego, właściwie wyzyskana może nawet przyczynić się do popularyzacji literatury. To wszystko prawda, nie można jednak zapominać o ciemniejszych stronach „władzy” mediów nad literaturą. Media nie tylko urabiają gusty czytelników, ale również w dużym stopniu wpływają na wydawców. Media, poświęcając uwagę pewnym zjawiskom literackim albo wręcz je kreując, dają wydawcom wyraźny sygnał: na ten rodzaj literatury należy stawiać. A to prowadzi do rozwijania się rynku wydawniczego w rytm zmieniających się mód, a w konsekwencji do jego homogenizacji, wykasowywania różnic, wypierania marginesów. Media interesują się „polskimi Bridget Jones”, więc wydawcy zasypują rynek dziesiątkami tego rodzaju tytułów. Medialną gwiazdą staje się Dorota Masłowska, więc zaczyna się wyścig wydawców, kto wyda najmłodszego i najbardziej skandalizującego debiutanta.

Zrobię na koniec jedno zastrzeżenie: wcale nie uważam, że media to samo zło, coś w rodzaju paskudnego smoka dybiącego na niewinną literaturę. Nie podoba mi się jedynie sposób w jaki literatura i pisarze są obecnie prezentowani w mediach.

Można to robić lepiej, sensowniej, z większym pożytkiem i dla literatury, i dla mediów. Czemu tego się nie robi, czemu w mediach wciąż straszy widmo wymyślonego przez speców od marketingu „zwykłego czytelnika”, czytaj -lekkiego idioty, do poziomu którego chce się dopasowywać większość mediów? Właściwie, nie wiem. Może brakuje pomysłu na prezentowanie literatury (czy w ogóle - kultury), może działa tu siła bezwładu? Na razie jest, jak jest. Pisarze, których wizerunek kreowany jest przede wszystkim przez media, upodabniają się do innych bohaterów masowej wyobraźni, czy nawet - traktowani są jak produkt. Ten produkt jest najlepszy, który sprzedaje się w największych ilościach, który niczym coca cola kupowany jest przez dzieci i dorosłych, ludzi prostych i wykształconych. W tym sezonie coca colą naszej literatury jest Pilch.

Robert Ostaszewski

 (1) W. Bereś, „W obronie Pilcha”, „Gazeta Wyborcza'^ 12.02.04, s. 13.

 (2) D. Nowacki, „Jerzy Pilch - pisarz nowoczesny”, „Gazeta Wyborcza” z 16.02.04, s. 17.

 (3) P. Czapliński, „Ślady przełomu. O prozie polskiej 1976-1996”, Kraków 1997, s. 167.

(4) Na ten temat zob. chociażby artykuł K. Uniłowskiego w tym numerze „Dekady Literackiej”.

(5) Zob. rozdział zatytułowany „Wobec powinności: Portret twórcy w czasach przełomu”, w: „Ślady przełomu”.

(6) Zob. P. Czapliński, „Ruchome marginesy. Szkice o literaturze lat 90.”, Kraków 2002.
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas