poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
Z MARIUSZEM SIENIEWICZEM rozmawia ROBERT OSTASZEWSKI
Wbijanie siekiery w tyłek i inne pisarskie zajęcia
Dekada Literacka 2004, nr 1 (203)

*Czy Twoim zdaniem istnieje jeszcze obecnie coś takiego jak „etos pisarza”?

Wydaje mi się, że etos pisarza istnieje jedynie w społeczeństwach ideologicznych, w których ludzie i państwo wymagają wyrazistej i konkretnej postawy etycznej i światopoglądowej. A twórca ma do wyboru: albo wypełnia „etos wyuczony”, wyedukowany (i często wydedukowany) na drodze systematycznej afirmacji systemu i społecznego porządku, ma świadomość, co powinien czynić, co pisać, czego nie, albo jest wierny „etosowi intuicyjnemu”, który staje kością w gardle zarówno społeczeństwu, jak i państwu. To zazwyczaj kontra do wyznaczonych poprawności politycznych. Nasze społeczeństwo, po przemianach roku 1989, obywa się bez literatury pojmowanej czy to romantycznie, czy też pozytywistycznie, stąd i „etos” staje się sprawą jak najbardziej indywidualną. Chyba nawet nie jest ważne, czy pisarz go posiada. Istnieje tyle „etosów”, ilu jest twórców, więc kompletnie rozmywa się jego wartość i sens. O etos raczej nikt nie pyta, bo nikogo to nie obchodzi. Jest coś o wiele ważniejszego -wizerunek, sezonowa nośność i bezkonfliktowe poddanie się roli bycia „pisarzem”. Etos został zamieniony na „image”. To fatalne. Co gorsza, etos pisarza w dzisiejszych czasach jest praktycznie nie-weryfikowalny, no bo kto ma go weryfikować? Wobec świata można być bezkarnie raz nihilistą, raz komunistą, raz moralistą, raz cynicznym błaznem.

*Mówisz o „roli bycia »pisarzem«”, ale chyba owego „bycia pisarzem” nie można sprowadzić jedynie do takiej czy innej, mniej lub bardziej konwencjonalnej roli. Spytam może tak: co dla Ciebie znaczy bycie pisarzem (celowo bez cudzysłowu)?

W tym właśnie problem - między „byciem pisarzem” a byciem pisarzem istnieje ogromna różnica. Jeśli bowiem to pierwsze jest jasno, wręcz stereotypowo nacechowane, oznacza pisanie tekstów literackich, wydawanie książek, spotkania z czytelnikami, wieczory autorskie, promocje, funkcjonowanie w określonym mainstreamie, wypowiadanie się na tematy życia i literatury, tak druga jest przedziwną mgławicą, trudno uchwytnym, zmiennym stanem wrażliwości. Bycie pisarzem tłumaczę sobie jako umiejętność wstrzelenia się w chwilę, gdy zaczynasz funkcjonować w stanie podwyższonej gorączki, to znaczy podwyższona jest chorobliwie wrażliwość na świat i zarazem zdolność tresowania słów, fraz, obrazów. Na marginesie: pisarz jako treser słów... cyrkowa, choć pełna powagi koncepcja. Wszak słowa są czasem głupie jak cyrkowe osiołki, czasem nudne jak foki z piłkami, czasem groźne jak lwy ryczące. A i w cyrku zdarzają się rewolty, wtedy słowa przejmują nad pisarzem władzę. Mogą albo ośmieszyć albo zeżreć doszczętnie swojego tresera...

Wracając do sedna: gdy trafiasz w ten moment, raptem ujawniają się doświadczenia, zdarzenia, ludzie, emocje, których - z osłupieniem dostrzegasz! - nagromadziłeś jak jakiś kleptoman, gdy nie pisałeś. Trafiasz - piszesz i możesz sobie powiedzieć, jeśli chcesz: „dzisiaj rano przez cztery godziny byłem pisarzem”, nie trafiasz - to płodzisz grafomańskie, drętwe kawałki, siedzisz tygodniami przed telewizorem, wałęsasz się po knajpach, gotujesz obiadki, zarabiasz na chleb, jesteś jednym z wielu nie-pisarzy. Innymi słowy, skonwencjonalizowanym „pisarzem” się jest, pisarzem autentycznym się bywa. Czasami mam wrażenie, że jestem głąbem, czasami siebie strasznie podziwiam, czyli normalnie, jak u większości ludzi. To jedno odróżnia piszącego - owe chwile, gdy znienacka dopada cię jakaś niezrozumiała delira, która każe wydrapać, wykrzyczeć, wyśpiewać, wyrzygać fantastycznie na papier świat. A między takimi chwilami zewnętrzna nuda i wewnętrzne, podświadome ciułanie od nowa czegoś, co później nazywa się materiałem literackim.

*Czy pisarz powinien, mówiąc nieco górnolotnie, poczuwać się do jakichkolwiek obowiązków wobec społeczeństwa, albo chociaż czytelnika? A jeśli tak, to do jakich?

Powinien poczuwać się do jednego, podstawowego obowiązku - najpierw być wobec siebie bezlitośnie uczciwym, nie robić z własnej duszy budyniu, a z tytka wygodnego światopoglądu. Pisanie przypomina wbijanie siekiery w zasiedziały tyłek. Jak boli, to znaczy, że dobrze! A po to przede wszystkim - że pozostanę przy tej mało zgrabnej metaforze - żeby nie dawać tyłka. Zasiedzenie i dawanie ciała są największym niebezpieczeństwem literatury. Widać to szczególnie u starszych, uznanych twórców, którzy zmieniają się w płatnych gawędziarzy.

Prochu nie wymyślam - czytelnik powinien czuć, że pisarz nie ściemnia, że jest szczery, niepokojąco szczery, i ze swego pisania czyni swoistą ostateczność bez taryfy ulgowej. A wobec społeczeństwa?... Mówić mu bez ogródek, jakim jest - nie wyłączając siebie samego, a nie jakim być powinno, bo mówienie o powinnościach to rola kaznodziejów i kopirajterów. No i dostrzegać drobne gesty, zdarzenia, pojedynczych ludzi, wszystko, co społeczeństwo miażdży jak walec, a co domaga się wyrażenia. Poza tym, nie czuję żadnych obowiązków wobec społeczeństwa. Trudno z kimś rozmawiać, być wobec kogoś, kto odwraca się do ciebie plecami, kto mówi: albo się socjalizujesz wedle „naszej” miary, albo lądujesz na aucie. Nie pamiętam, żeby jakaś książka wywołała ostatnio choćby cień dyskusji światopoglądowej czy moralnej. Trwa zabawa w literackie arcydzieła skrojone na jeden sezon bądź okładkę ilustrowanych czasopism. Z ambon zieje potępienie, z mediów - dowolność, a ulice zmieniają się w rynsztok, więc moją powinnością jest być potępionym, mielonym medialnie i siedzieć w rynsztoku. I mówić, szeptać, wrzeszczeć i nigdy nie być „trendy” czy „cool”. „Stać po stronie przegranych” -jak mówi credo starych mistrzów, i dawać się powoli dublować w wyścigu szczurów. Gdy biorę pióro do ręki lub siadam przed komputerem, moją podstawową powinnością wobec drugiego człowieka jest jak najbardziej prawdziwie i intensywnie nazwać świat. Tylko tyle i aż tyle. Książki czytają ludzie, a nie społeczeństwa.

*W zeszłym roku krytycy obwieścili powrót prozy zaangażowanej. Uważasz, że jesteś autorem takiej właśnie prozy?

A zadaj inne pytania: czy wierzysz w Boga w tym świecie?, czy jesteś dobrym człowiekiem w tym świecie?, jak reagujesz na nędzę?, czy sypiasz spokojnie?, czy brzuch ci nie rośnie za duży?, czy nie robisz świństw, świństewek? Ile razy zaciskasz pięści, a ile razy wzruszasz obojętnie ramionami? Ile razy widzisz w lustrze małpę, a ile razy spoconą, przestraszoną mysz? - to są pytania, z których rodzi się zaangażowanie. Na własny użytek nazywam je zaangażowaniem egzystencjalnym i w tym sensie jestem, chcę, pragnę być zaangażowany w to, co mnie otacza, stwarza i co ja w jakimś sensie stwarzam swoją obecnością, a może o wiele mocniej - swoją pasywnością. Takie zaangażowanie nie ma nic wspólnego z neopozytywizmem, tendencyjnością, produkcyjniakami - jak nieraz słyszałem i włos od razu jeżył mi się na głowie. Nie ma, bowiem człowiek w tym zaangażowaniu jest najważniejszy, nie idea czy teoria. Jako autor ustawiam się w tym samym rzędzie, co moi bohaterowie pisaniem wystawiam rachunek najpierw sobie, potem światu. To walka z własnym samozadowoleniem, bo niewiele trzeba, żeby się zadomowić w dobrym samopoczuciu. Wtedy przydaje się ta siekiera w tyłek.

Mówiąc o zaangażowaniu, człowiek z miejsca naraża się na śmieszność. No bo to patetyczne, napompowane i psuje ogólną imprezę szpanerów, egoistów i twardzieli. A moim zdaniem młoda literatura zapomina o tych najprostszych pytaniach. Jeśli się pojawiają - wstydzi się ich albo je wyśmiewa. Trzeba być trendy, na dystans i na luzie, nie?! Lepiej walnąć banalistyczną scenkę na osiem stron, o wiele lepiej machnąć opowieść środowiskowo-imprezową na dziesięć z puentą: jesteśmy straceni i fajnie, świat jest do dupy i fajnie, „towar” się skończył i to bardzo niefajnie. Wtedy odpowiedzialność za proste pytania jest bez znaczenia. W moim zaangażowaniu nie tylko, nie przede wszystkim chodzi o zagubienie człowieka w świecie konsumpcji, pieniądza. Gra się toczy o chaos i ład wewnętrzny, o czucie drugiego człowieka, o zło i przemianę moich świętych nadziei w przeklęte dziwadło losu. Ktoś powiedział, że Czwarte niebo to materiał na kilka powieści, że dużo tropów, konwencji, tematów. I wybrzydzał, jak francuski piesek, podczas gdy ja z bigosem lecę. Bo oto chodzi! Ma być bigos, ma być dużo, wielowarstwowo, ma pęcznieć, wylewać się, znosić, dopowiadać lub stać w jawnym kontraście, to znów stygnąć na zbełtanej dygresji. Bo człowiek uczestniczy we wszystkim, sam jest wielowarstwowy, pęczniejący i sprzeczny. Zaangażować się to opisać każdy przejaw życia niczym główny i najważniejszy wątek. Jest więc sen, są fantomy, inicjacja, jest publicystyka, polityka, mała ojczyzna i poezja, dystans i szaleństwo, zło, Bóg i zwykły biznes. Niech to się warzy, kipi, wzajemnie znosi - nie dbam o powieściowe konstrukcje, proporcje i klarowności. Zaangażować się to przynajmniej w kilku, kilkunastu procentach oddać wielość i intensywność życia, zawsze z etycznym, moralnym, a nie estetycznym, mianownikiem. W zaangażowaniu estetyka służy etyce, jest jak merdający pies, który biegnie za swoim panem. Oczywiście mówię o etyce i moralności pojedynczego, poszukującego i wrażliwego człowieka, a nie o dogmacie czy społecznej sankcji. Poza tym, coraz rzadziej zakładam kurtkę w kolorze khaki, w diwersach nie chodzę, za to coraz częściej ktoś zupełnie niezwiązany z literaturą prostymi pytaniami zamyka mi gębę. I co? I wtedy okazuje się, że dupa ze mnie, nie pisarz.

*Często narzeka się na upadek autorytetów. Ujmując rzecz nieco inaczej, twierdzi się, że ludzie, szczególnie młodzi, wcale autorytetów nie potrzebują. Czy istnieje szansa, aby pisarz, który trafia ze swoim przekazem - przynajmniej teoretycznie - do tysięcy czytelników, mógł utrzymać autorytet?

Najpierw zastrzeżenie: jeśli ów pisarz chce być autorytetem tym specyficznym, literackim rodzajem chciejstwa - jest to wysoce podejrzane i niebezpieczne. „Autorytet” musi wynikać niechcący, ujawniać się poza istotą samego pisania. Przecież w pewnym sensie tworzenie literatury to właśnie rozpaczliwe szukanie autorytetu jedynego i niepodważalnego, jakim jest sama egzystencja.

Wracając do klasycznego pojęcia -moim zdaniem autorytety są wypadkową ludzi, którzy ich poszukują. Poszukiwanie związane jest nieodłącznie z pokorą potrzebną w rozumieniu świata. Chcę zrozumieć rzeczywistość, więc oprócz własnego doświadczenia, pokornie szukam odpowiedzi w innych tekstach, u innych ludzi. Młodzi ludzie nie mają dzisiaj w sobie - zastrzegam: generalnie rzecz ujmując - tej pokory. Zżera ich narcystyczne przeświadczenie o własnej samowystarczalności. Po prostu - onanizm duchowy. Bez autorytetów, to rozpoznanie jest zazwyczaj nihilistyczne, bo zawierzając tylko i wyłącznie własnemu doświadczeniu można nabawić się obsesji pustki. Stąd tak dużo agresji, gestów zaprzeczenia. Ustawiczna negacja jest strategią wciąż istniejącą od roku 1989. Ale z wiekiem człowiek pokornieje. Ja przynajmniej mocno, mocno spokorniałem.

Autorytet pisarza na pewno istnieje, tyle że w wąskiej ekstraklasie mistrzów, a wtedy nie do końca ujawnia swą moc. Nikt przecież nie weryfikuje swego życia po lekturze Miłosza, Szymborskiej czy Różewicza, raczej a priori zakłada, że to mądre, dobre jest, jednak bez konsekwencji dla własnego „ja”. No, ale Miłoszem czy Szymborską nie jestem, więc siedzę na trybunach, nawet nie na ławie. Jako jeszcze „młody pisarz” dostrzegam najczęściej wzajemną ciekawość, wzajemne obwąchiwanie, często oczywiście pełne szacunku: „O!, pisarz” - woła czytelnik. „O!, czytelnik” - wykrzykuję w myślach. Tak czy siak, „autorytety”, łatwe do skonsumowania i wyplucia, wyrastają jak grzyby daleko od bibliotek i księgarń. Uwagę przykuwa ten, kto daje szybki, jednoznaczny (choć zmienny w czasie) obraz świata, czyli na pewno nie pisarz.

*Mówisz z jednej strony o samowystarczalności młodych, ich „onanizmie duchowym”, ale z drugiej -o ciekawości, którą zauważasz u czytelników. Może więc z tej ciekawości wyrośnie coś istotnego dla literatury? Może nie stanie się ona od razu „nauczycielką życia”, ale przynajmniej będzie, ja wiem, katalizatorem myślenia chociażby. Choć, nie wiem, czy nie przesadzam, kontakty czytelnik-pisarz są przecież mocno zrytualizowane, często stanowią taką wydmuszkę formy bez treści. Co o tym sądzisz?

Istotnie, młody początkujący pisarz potrafi skrócić dystans do czytelnika, u starszych, uznanych jest to chyba niemożliwe. Przede wszystkim czytelnik nosi w sobie pewien stereotyp pisarza, pomnikowy stereotyp - człowieka nobliwego, mądrego, dostojnego, który wypowiada jakieś tam mądre prawdy życiowe, chodzi w marynarkach i jest dość hermetyczny. To jak z mszą, trzeba księdza uszanować, wysłuchać kazania, zadumać się, zachwycić, po czym wrócić do domu i skopać żonę. A tu proszę -dają nam na spotkaniu w sumie młodego człowieka, ubranego jak my, który mówi często takim samym językiem, a może i gorszym. Co więcej, to dziwne, żeby byt pisarzem w takim wieku. No i rodzi się ciekawość, jak piszesz, o c/y ni piszesz, no w ogóle jak to jest? I po owej ciekawości następuje otrzeźwienie z nabożnych kadzideł, a za nim - ośmielenie. Zaraz, zaraz, w końcu to nie pomnikowy mędrzec, i nie muszę się z nim zgadzać. Robi się sensownie: czytelnik zaczyna dyskutować, spierać się, podważać, dopowiadać. To wspaniała relacja, gdy odarci z tych ról zaczynamy się spierać jak równy z równym. Nie ma pisarza, nie ma czytelnika, jest dwoje ludzi, którzy widzą, doświadczają. Najczęściej do takich dyskusji dochodzi z ludźmi, którzy nie mają literaturoznawczego blichtru i odnoszą bezpośrednio książkę do życia. Dzięki temu sprawdzają jej wiarygodność egzystencjalną, a nie literacką, estetyczną. Można pisać autentyczne książki i jednocześnie zafałszowane życiowo, niestety. „Zaciekawiony” czytelnik jest niepodważalną weryfikacją, literatura przestaje znaczyć jedynie przeczytane stronice, jest bliżej krwiobiegu.

Myślę, że sprawa dotyczy jeszcze czegoś innego - kwestii życia literackiego i socjologii środowiska. Od „bruLionu” zaczął następować proces odbrązawiania literatury i twórców. Spotkania autorskie najczęściej odbywały się w knajpach, przypominały festiwale z występami kapel, działaniami happeningowymi, można było z pisarzem się napić, pogadać. Tyle że tamten czytelnik jeszcze czytał, a popijając piwko - chciał słuchać. Dzisiaj po tym została tylko otoczka - kapele, piwo, aura alternatywnej imprezy, a sama literatura odeszła na dalszy plan. Przychodzi się na imprezy literackie, ale nie dla literatury, tylko dla na trochę ambitniejszej imprezie. Na dziesięciu ludzi, siedmiu przychodzi dla snobizmu, trzech dla książki. Wydaje mi się, że aby podtrzymać ten sprzyjający grunt dla „ciekawości” tych trzech, należy dać sobie spokój z takim prezentowaniem literatury. Połowa lat 90. się nie powtórzy. Wróćmy do form wyciszonych, bardziej kameralnych, co oczywiście nie znaczy, że z ołtarzykiem z zielonego sukna pośród palących się świec.

*Po „urynkowieniu” literatury pisarze wciągnięci zostali w machinę promocyjno-marketingową. Czy można. Twoim zdaniem, być jednocześnie wiernym sobie, własnym poglądom, wizjom świata i konstruować skuteczny „wizerunek medialny”?

Nie rozumiem, gdy mówi się, że „zostali wciągnięci”. Sami się do tego wciągają!, myśląc, że ich geniusz wydoi wszystkich, a jest zupełnie na odwrót. Też swego czasu dałem się wydoić, siedząc i paplając coś bez sensu w „Rowerze Błażeja” jako „Mariusz”, kolega „Piotrka” i „Wojtka”, którzy piszą opowiadania, tak jak Kinga, Sandra i Beatka. Dałem ciała. W ogóle wpadliśmy w jakieś szambo, zapominając, że machinę promocyjno-marketingową należy odrzeć z jej szatańskich łaszków i widzieć w niej cel informacyjno-przedstawieniowy, a nie trampolinę gwiazdorstwa. Moim zdaniem, gdy się wybiera trampolinę (nie dość, że można spaść i dotkliwie się potłuc), to wierność jest niemożliwa. Dwa różne światy. „Skuteczne wizerunki medialne” opierają się na strategii, chwycie, kalkulacyjnej grze. Wierność idzie w parze z sumieniem, „wizerunek medialny” natomiast jest maszynką do strzyżenia, która sprawia, że wyglądasz inaczej niż w rzeczywistości, odklejasz się od samego siebie.

Gdy mówię o „Czwartym niebie” przed kamerą, do mikrofonu, powtarzam w myślach: mów o książce, szczerą i tylko szczerą prawdę, jak przed sądem, mów, nie kituj. Nikt nikogo nie zmusza do strojenia min - spustoszenie sieje nadgorliwość piszących i patrzenie na pisarstwo w kategoriach ilości sprzedanych egzemplarzy, recenzji i kasy. Wtedy twórca zmienia się w poprawną politycznie gadającą głowę i „wierność” szlag trafia. Nie zależy mi na „skutecznym wizerunku medialnym”. Moja ostatnia książka nie wpadła w studnię ciszy, dotarła do czytelników, czego więcej trzeba? Nigdy nie lubiłem się ścigać i ten wstręt pozostał do dzisiaj. Z drugiej jednak strony - łatwo mówić. Próżność - bardzo ludzka rzecz. To pasjonujący problem z dziedziny psycho-socjologii literatury, bo komuż się nie śnił choć raz koszmar niedocenienia. Każdy cierpi na mniejszą lub większą megalomanię. U jednych to jest jak katar, u innych jak nowotwór. I co? Świat się nie zmienia, a jednym katar przechodzi i piszą dalej swoje, innych nowotwór zabija i piszą, co ludzie chcą czytać. Każdy przytomny pisarz doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Moją wypowiedź też można wykorzystać do budowania „skutecznego wizerunku medialnego”... Można, ale nie trzeba.

Rozmawiał Robert Ostaszewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas