poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
HENRYK MARKIEWICZ
Plewy w „Ogrodzie plewionym”
Dekada Literacka 2003, nr 9-10 (201-202)

Ukazała się niedawno książka prof. Wiesława Pawła Szymańskiego „Ogród plewiony. Opowieść autobiograficzna” (Księgarnia Akademicka, Kraków 2003). Nie zamierzam (nie potrafiłbym zresztą) oceniać tych bardzo subiektywnych i bardzo selektywnych wspomnień. Chciałbym jednak skorzystać z gościnności „Dekady Literackiej”, by ustosunkować się do uwag, które autor poświęcił mojej osobie i poglądom. Niestety, zajmie to sporo miejsca, bo ze względu na meandryczność myślenia i stylu Szymańskiego trudno jest krótko odpowiedzieć.
Zacznę od podziękowań za ciepłe słowa Wiesława Pawła Szymańskiego o „Moim życiorysie polonistycznym”. Ucieszyło mnie także zapewnienie, że Szymański czuje się teraz „kimś bliskim” autorowi tego życiorysu. Ale zaraz potem Szymański dodaje: „jeżeli pozostał jakiś drobiazg, to chyba, może tylko ta «historia».

Słowa te odnoszą się do naszego sporu z lat 90. o stosunek Juliana Przybosia do zbrodni katyńskiej. Nie jest to jednak „drobiazg”, skoro Szymański zdecydował się na umieszczenie w „Ogrodzie plewionym” swej nieogłoszonej dotąd kilkustronnicowej repliki na mój felieton „Gdzie ten największy, kto najdalej pluje” („Wiadomości Kulturalne” 1995, nr 13). Określił go przy tym jako „donos” i zaliczył do „kalumnii”, z którymi spotkała się książka „Uroki dworu”. Co więcej, właśnie tak chwalony „Życiorys polonistyczny” sprawił, że Szymański poczuł się zmuszony do opublikowania owej repliki. Znalazł w nim bowiem - czytając wzmiankę o „Projekcie reformy personalnej polonistyki uniwersyteckiej” Stefana Żółkiewskiego z roku 1950 - „maskowanie prawdy” i „przemilczanie rzeczy drażliwych”. Co więcej, w świetle „Projektu...” Żółkiewskiego dostrzegł teraz w moim felietonie taką samą co tam groźbę - groźbę usunięcia z uniwersytetu. Więc wbrew zapewnieniom autora, nie o drobiazg tu chodzi.

Cóż na to odpowiedzieć? Zarzut „maskowania prawdy” opiera się na tym, że pismo Żółkiewskiego nazwałem „memoriałem dla KC” a - pyta Szymański - skąd ma młody człowiek wiedzieć dla jakiego KC? Byłem i jestem lepszego zdania o wiedzy potencjalnych czytelników mojej książeczki. Ale gdybym nawet w tej kwestii się mylił, to trzeba sporej dozy złej woli, by dopatrywać się w owym skrótowcu intencjonalnego maskowania prawdy, zwłaszcza, że kilka stron wcześniej pisałem w swoim życiorysie o bytności w Komitecie Centralnym (bez skrótów) i rozmowie z zasiadającym tam Bolesławem Bierutem.

Zarzut „przemilczania rzeczy drażliwych” odnosi się - jak przypuszczam - do tego, że w „Życiorysie...” nie poinformowałem czytelnika o postulacie Żółkiewskiego, by usunąć niektórych profesorów od pracy dydaktycznej. Ale przecież nie pisałem ani biografii Żółkiewskiego, ani dziejów polonistyki, ani historii polityki naukowej Komitetu Centralnego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (wypisuję pełną nazwę, bo w razie zastosowania skrótu Szymański gotów mi znów zarzucić, że „maskuję prawdę”). Swój stosunek do „Projektu...” Żółkiewskiego chyba jednoznacznie określiłem, nazywając go „niesławnym”.

Jeszcze więcej złej woli dostrzegam w upodobnieniu mojego felietonu do owego „Projektu..”. Żółkiewskiego. Żółkiewski pisał go w roku 1950 dla wszechmocnych wówczas władz. politycznych, ja ogłosiłem swój tekst w roku 1995 w tygodniku, którego - jak twierdzi Szymański w swej replice - „nikt nie kupuje i nie czyta”. Żółkiewski postulował decyzję administracyjną, ja - nie kwestionując tytułu i stanowiska profesorskiego Wiesława Pawła Szymańskiego, zarzucałem mu tylko, że napisał o Przybosiu kilka znieważających jego pamięć zdań  - niegodnych, w moim mniemaniu, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Określając taka opinię jako „donos”, Szymański - jakby tu powiedzieć? - poczyna sobie dowolnie z semantyką tego wyrazu. Donos to poufna informacja o skrywanym przestępstwie, skierowana do władz. Mój felieton ani nie był poufny, ani nie był skierowany do władz, ani nie informował o jakimś skrywanym przestępstwie. Zarzut w nim zawarty muszę podtrzymać.
Wiesław Paweł Szymański przezornie nie przytacza w „Ogrodzie plewionym” ani tego co napisał w „Urokach dworu” o stosunku Przybosia do sprawy katyńskiej, ani mojego zarzutu - i czytelnik nie wie, o co właściwie tu chodzi. Przepisuję więc to, co wtedy, w roku 1995 napisałem w swoim felietonie: „W pewnym miejscu [s. 65 „Uroków dworu”] Szymański zadaje pytanie: «czy Przyboś wiedział o zbrodni w Katyniu?» Pytanie jest absurdalne, bo któż o niej w Polsce od r. 1943 nie wiedział? Ale mniejsza o to. Chodzi o zdania, które dalej następują: «Jeżeli prawdziwa jest jego chłopskość, ten rodzaj chłopskości pełen zawiści, o której pisał (i którą potwierdzał, pisząc np. o Baczyńskim, Czechowiczu - zawiść przeradzała się tutaj w nienawiść), to wiedząc, mógł się tylko ucieszyć, że tylu paniczyków w oficerskich butach przeniesiono do innego świata». Mniejsza o prostacką interpretację wypowiedzi Przybosia o Baczyńskim i Czechowiczu. «To wiedząc, mógł się tylko ucieszyć, że tylu paniczyków w oficerskich butach przeniesiono do innego świata». Czytam te słowa po wielekroć i wierzyć mi się nie chce, że tę potworną kalumnię, najbardziej obciążającą i hańbiącą, jaka spotkać może człowieka w Polsce - radość ze zbrodni katyńskiej - napisał profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, promowany przez kolegów z «Arki» na niezłomnego strażnika etosu naukowego i pisarskiego”.

Jak na to zareagował Wiesław Paweł Szymański w swojej replice? Pominę rozmaite zaczepki, insynuacje i pretensje nie mające związku z meritum sprawy - poza zaczepką jedną. Szymański, nie wiadomo dlaczego, w swojej replice upiera się, że potrzebne było jego pytanie, czy Przyboś wiedział o zbrodni w Katyniu, choć przecież niewątpliwie wiedział. (Być może Szymański miał na myśli pytanie inne - czy Przyboś wiedział, kto był rzeczywistym sprawcą tej zbrodni, ale i to pytanie jest - jak to się mówi - nierelewantne, bo jeśliby Przyboś rzeczywiście żywił śmiertelną nienawiść do polskich oficerów, to cieszyłby się z ich śmierci, niezależnie od tego kto był jej sprawcą). Otóż w związku z tym pytaniem Szymański dodaje: „Chciałbym wiedzieć, bo nie wiem, gdzie to Henryk Markiewicz ujawnił w swojej twórczości ową wiedzę? Czy w książce pt. »Tezy Stalina o językoznawstwie« (Wrocław 1952)”?

Zaspokoję ciekawość Wiesława Pawła Szymańskiego. Nie ujawniałem wiedzy o Katyniu w moich pracach, bo ze względu na ich tematykę, mieszącą się głównie w zakresie teorii literatury oraz literatury pozytywizmu i Młodej Polski, nie było ku temu powodu (tak samo jak nie było powodu, żebym pisał tu o innych zbrodniach XX wieku, od Holocaustu zaczynając). Gdyby powód taki zaistniał, nie mógłbym ze względów cenzuralnych nazwać prawdziwych sprawców zbrodni katyńskiej, podobnie, jak nie mógł tego uczynić Szymański, pisząc np. w swoim „Neosymbolizmie” z roku 1973 (s. 164) o „przedwczesnej i tragicznej śmierci” Władysława Sebyły. (Dodam nawiasem, że nie będę tu zarzucał Szymańskiemu „maskowania prawdy”, choć można było napisać o śmierci Sebyły trochę mniej enigmatycznie - podając albo datę 1940 bez miejsca zgonu, albo miejsce zgonu, bez jego daty - tak jak to praktykowano wówczas w Polskim Słowniku Biograficznym ).

Ale po co ja o tym wszystkim piszę? Przecież Szymańskiemu informacja o tym, czy ujawniłem kiedyś swoją wiedzę o Katyniu, do niczego w toczącym się sporze nie mogła być przydatna. Ośmielam się wysunąć hipotezę, że pytanie owo miało charakter pretekstowy - umożliwiało przypomnienie czytelnikom, że pisywałem kiedyś (mniejsza o to co) o Stalinie, a zatem z moimi zarzutami nic warto się liczyć. Jest to klasyczny przykład tzw. ,,argumentum ad personam”; „zachowanie takie to pogwałcenie nie tylko podstawowych reguł dyskusji, ale i dobrych obyczajów” - orzeka Krzysztof Szymanek („Sztuka argumentacji. Słownik terminologiczny”, Warszawa 2001, s. 52).

Poważniejszy jest zarzut inny - że interpretowałem tekst Szymańskiego „najdelikatniej mówiąc, bardzo tendencyjnie”. Cytuję Szymańskiego: „Nie, ja nie wmawiam Przybosiowi radości ze zbrodni katyńskiej. Piszę przecież wyraźnie: »jeżeli prawdziwe jest, to...«”.

I dalej: „Czy stawiając te pytania, wmawiam cokolwiek, czy tylko pytam?”. Biedaczek Szymański - on tylko niewinnie pytał, on niczego nie wmawiał, a tu go Markiewicz brutalnie flekuje! Panie Profesorze! Proszę dokładniej przeczytać własny tekst z „Uroków dworu”. Umieścił Pan w nim okres warunkowy złożony z poprzednika („jeżeli prawdziwa jest jego chłopskość...”) i następnika („mógł się tylko ucieszyć”). W zdaniu wtrąconym („ten rodzaj chłopskości, o której pisał i którą potwierdzał...”) informował Pan, że warunek wymieniony w poprzedniku został spełniony. Tym samym następnik należy uznać za prawdziwy (kategoryczność tego wnioskowania uwydatniała forma: „mógł tylko”). Tak jak w sylogizmie: „Staś na sukni zrobił plamę, to poniesie karę. Staś zrobił tę plamę, więc zostanie ukarany”. W tradycyjnej logice sylogizm taki nazywa się „modus ponedo ponens”; takiej mię uczono.

Jeśli Pan Profesor trzyma się logiki innej, należało czytelników uprzedzić. A zresztą, gdyby nawet stawiał Pan tylko pytanie, to i pytanie takie było obelgą. Dziwne, że „obywatel w sensie Norwidowskim”, jak o sobie pisze Wiesław Paweł Szymański, tego nie dostrzega.

Czyni mi on wreszcie zarzut nieuczciwości interpretacyjnej: gdybym był jako interpretator jego tekstów uczciwy, to zacytowałbym trzy dalsze zdania repliki: „Nigdy i nigdzie w wierszach Przybosia nie została zaatakowana istota totalizmu. A więc wiedział, czy nie wiedział? I który grzech jest cięższy? Wiedzy (przemilczanej) czy niewiedzy?”.

Nie przytaczałem tych zdań, bo nie chciałem zanudzać czytelników rozplątywaniem zawartych tam paralogizmów. Ale skoro Szymański przywiązuje tak dużą wagę do owych sformułowań - wyjaśnię na czym paralogizmy polegają. Tak więc pytanie o to, czy Przy-boś wiedział o Katyniu, uprzednio już Szymański postawił, powtarzam, że jest ono niepotrzebne. Z kolei, jeśli by przyjąć absurdalne założenie, że Przyboś o Katyniu nie wiedział, nie można mówić o jakimkolwiek jego grzechu, ciężkim czy lżejszym. Zarzut, że w wierszach swych nie atakował on istoty totalizmu, uważam za przejaw prymitywnego doktrynerstwa, porównywalnego z doktrynerstwem tych marksistów, którzy oceniali pisarzy w zależności od tego, czy podejmowali oni w swej twórczości „centralny problem epoki”. Przy tym demaskowanie istoty totalizmu nie znajduje się w związku koniecznym z ujawnieniem prawdy o zbrodni katyńskiej. Pisano trafnie o istocie totalizmu nie wzmiankując o Katyniu (Hanna Arendt) i pisano prawdę o Katyniu, nie atakując istoty totalizmu (np. propaganda niemiecka).

Wiesław Paweł Szymański miał do mnie jeszcze inną pretensję: nie dostrzegłem, iż „Uroki dworu” to książka o „zniewalaniu przez komunistów kultury i narodu w systemie peerelowskim”. Zapewniam Autora, że dostrzegłem to jej przesłanie. (Inna rzecz, że hipotetyczna radość Przybosia ze zbrodni katyńskiej z natury rzeczy zatajona, nie byłaby ani przejawem zniewolenia, ani ulegania zniewoleniu - tylko wyjątkowej nikczemności). Ale mój felieton był o czym innym - o tym, że bez względu na poruszaną sprawę nie należy posługiwać się oszczerstwem i insynuacją. I tylko jako jaskrawe „exemplum” takich praktyk został w nim Szymański wymieniony. Jego sąd o Przybosiu uważałem i uważam nadal za zdumiewający i oburzający - i są to najoględniejsze słowa, których tu mogę użyć. Piszę to z prawdziwą przykrością; nigdy bym do tej sprawy nie wracał, gdyby Wiesław Paweł Szymański jej nie wznowił.

Henryk Markiewicz

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas