poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MEHIS HEINSAAR
1983
Dekada Literacka 2003, nr 9-10 (201-202)


Wydarzyło się to w czasie mojego pobytu w Nowym Jorku. Byłem już ponad pół roku bezrobotny, gdy pewnego wieczoru, siedząc w kiblu, natknąłem się na jakąś zmiętą gazetę, którą zacząłem czytać. Znalazłem w niej króciutkie ogłoszenie, że poszukuje się kucharza dla czarowników. Co prawda, gotowałem nieszczególnie, musiałem jednak chwytać każdą najmniejsza okazję, żeby jakoś przetrwać.

Tego samego dnia udałem się pod wskazany adres na ulicy Bloomfielda 96, mieszkanie 12. Od zewnątrz budynek był dość zaniedbany i wyglądaj na opuszczony. Wszedłem po schodach. Drzwi były otwarte, w domu nie było nikogo. Mieszkanie było duże i zawilgocone, prawie nieumeblowane. Po podłodze pełzały wielkie pojedyncze ślimaki, pod sufitem brzęczały pszczoły. Spodobało mi się tam.

A że było już późne popołudnie, odszukałem kuchnię (odnalezienie kuchni wśród tak wielu pomieszczeń nie było łatwe) i zacząłem zastanawiać się, co by tu przygotować na kolację. Wtedy dostrzegłem na stole dużego, przekrojonego na pół, indyka. Ponieważ nie miałem większego pojęcia o gotowaniu, polałem indyka zimną wodą, dodałem wszystkie przyprawy, jakie znalazłem, i włożyłem go do pieca. Usiadłem przy oknie (ale było tak zakurzone, że nic nie było przez nie widać), i zacząłem rozmyślać na temat możliwości jednowymiarowego malarstwa.

Wreszcie, gdzieś około dziewiątej, zjawili się. Jedni przez drzwi, drudzy przez okno, aż w końcu zebrała się ich wokół stołu spora gromadka. Kłócili się i sprzeczali między sobą, walcząc o lepsze miejsca przy stole. W końcu, gdy już wszyscy się usadowili, zaczęli mi się uważnie przyglądać.

Chociaż trochę się bałem, zrobiłem bardzo poważną, trochę nawet znudzoną minę, wyjąłem indyka z pieca i położyłem na stole. Indyk z wierzchu był przypalony, a w środku surowy, ale wyglądało na to, że czarownikom smakował. Wyrywali sobie nawet zazdrośnie co lepsze kawałki mięsa, uśmiechając się przy tym złośliwie. Pozostając poza kręgiem światła lampy, przyglądnąłem im się odważniej. Niektórzy z biesiadników wyglądali rzeczywiście jak czarownicy, mieli duże, spiczaste uszy i jarzące się oczy. Inni zaś wyglądali raczej na inżynierów albo celników. Byli i tacy, którzy nie przypominali mi nikogo ani niczego. W mojej obecności niewiele mówili o swojej codziennej pracy. Ktoś nadmienił tylko, że „ależ dzisiaj wiało na Madagaskarze”, na co jeden łysy czarownik odparł, że „za to mnie dziś bardzo ładnie się udało”. (Trochę mnie rozczarowali.)

Po kolacji najbardziej niepozorny czarownik zwrócił się do mnie i rzekł: -Wygląda na to, że gotować umiesz. Tak więc od jutra pracujesz u nas. W przedpokoju zostawię ci jakieś buty, w których mógłbyś pójść do miasta na spacer. Dobranoc.

Odniosłem wrażenie, że właśnie tak marnego kucharza jak ja, który potrafi zepsuć dokładnie każdą potrawę, potrzebowali.

Zaraz po kolacji czarownicy udali się do drugiego pokoju i położyli się spać, a ja zostałem jeszcze w kuchni. Zza ściany dochodziły mnie ich szepty i chichoty, pomyślałem sobie, że życie właśnie takie jest.

Kiedy się obudziłem, już ich nie było. Włożyłem szlafrok i włóczyłem się przez jakiś czas po pustych pokojach. Spodziewałem się zobaczyć coś niewiarygodnego, ale niczego takiego nie dostrzegłem. Najciekawsze, co znalazłem, to papieros o zapachu róży i książka, z której nie zrozumiałem ani jednego słowa. W największym pokoju natrafiłem na buty, o których była mowa poprzedniego wieczoru. Pomyślałem, że mają dziwne wyobrażenie o przedpokoju. Buty okazały się trochę za duże i niewygodne, tym niemniej spodobały mi się od razu. Włożyłem je i natychmiast przyszła mi ochota wyjść do miasta. Do południa jeździłem metrem i oglądałem kolorowe wystawy, do tego zajęcia zdążyłem już przywyknąć przez ostanie pół roku. Potem wylądowałem w pewnej żydowskiej kawiarni, zamówiłem kieliszek koniaku i ciasteczka. Uświadomiłem sobie jednak, że nie mam czym zapłacić. Ciekawe, któż to w ogóle mnie zatrudnił, pomyślałem ze złością. Cholerni zasrańcy, za co wam gotuję, powiedziałem na głos. W dodatku odkryłem, że zapomniałem zdjąć szlafrok. Szybko ulotniłem się z kawiarni i zacząłem zastanawiać się, co robić dalej. Spacerowałem po wietrznych ulicach Nowego Jorku, przyglądałem się ludziom, a oni przyglądali się mnie. Potem przyglądałem się bardziej budynkom niż ludziom, zaczął kropić deszcz i wzbierała we mnie złość. Wreszcie byłem już tak rozzłoszczony, że nie potrafiłem z tej złości nic robić, więc zacząłem stepować. Ze zdziwieniem odkryłem, że nawet dość dobrze mi to wychodzi.
Ludzie przystawali i oglądali mnie.

Stepujący człowiek w szlafroku jest naprawdę całkiem dobrym chwytem handlowym. Można to zrozumieć dopiero wtedy, gdy ludzie zaczynają ci rzucać pod nogi całkiem spore pieniądze. Zacząłem stepować z jeszcze większym zapałem.

Wreszcie zmęczyłem się, pozbierałem więc pieniądze i poszedłem na bazar, żeby zrobić zakupy. Miałem teraz forsę. Kupiłem połeć bekonu, węgorze, kosz krewetek i różne przyprawy. Kupiłem nawet całe kilo cynamonu i pół kilo wanilii. Wróciłem do domu. Do swojego nowego domu.

Ktoś zapomniał chyba rano zamknąć okno, lub zostawił je celowo otwarte, ponieważ gdy wszedłem, mieszkanie pełne było gęstej mgły. Okoliczność ta zdecydowanie utrudniała mi odnalezienie kuchni i przyrządzanie kolacji. Powoli jednak oczy przywykły do mgły i mogłem zabrać się do roboty. Najpierw pokroiłem połeć bekonu na cztery kawały, posmarowałem majonezem, dodałem przypraw a potem włożyłem wszystko do pieca. Węgorze i krewetki wywaliłem po prostu na stół. Niektóre węgorze były jeszcze żywe i ześlizgiwały się ze stołu. A niech idą. Zdążyłem jeszcze uderzyć głową o framugę drzwi i wstawić do gotowania wiadro wody na herbatę, gdy zaczęli nadciągać czarownicy. Wchodzili przez drzwi i przez okno, w końcu cała gromada zasiadła przy stole. Zauważyłem, że paru wczorajszych czarowników brakowało, a na ich miejsce przybyli nowi, zacząłem nawet zastanawiać się, czy to jest jakaś sztuczka, czy to zwykli zastępcy czarowników. Tak samo jak poprzedniego wieczoru, kłócili się i popychali nawzajem, żeby naraz, jak na komendę, popatrzeć na mnie.

Patrzyli na mnie jak na kurę. Zrobiło mi się przykro. Toteż skrzyżowałem ręce na piersiach i specjalnie zacząłem chodzić wokół stołu, gwiżdżąc jakąś nudną melodię.

- Kolacja nie jest jeszcze gotowa, trzeba trochę poczekać, - powiedziałem.

Na to jeden z czarowników, taki z bardzo spiczastymi uszami, raptownie wstał i spytał, czy nie chciałbym być krzesłem. Odparłem, że nie chcę. Spiczastouchy usiadł z dość zawiedzioną miną. Podniosła się wrzawa. Przez dłuższą chwilę dyskutowali o czymś między sobą, potem zamilkli i znowu skierowali oczy na mnie. Na wszelki wypadek, nie chcąc ich więcej denerwować, wyjąłem boczek z pieca i położyłem na stole. Tym razem z wierzchu było niedopieczone, a w środku spalone. A jednak jedli z apetytem. Mnie by taki boczek nie smakował.

Skromne i zazwyczaj nieskazitelnie czyste garnitury czarowników po kolacji gęsto pokrywały plamy tłuszczu, ciekawe, kto te garnitury przez noc potrafi wyczyścić. Gdy tylko wstali zza stołu, od razu udali się do drugiego pokoju, żeby się położyć. Ciekawe, czy tak będzie codziennie, pomyślałem. I rzeczywiście! Właśnie tak to się wszystko dalej odbywało.

Moje stepowanie w szlafroku na popołudniowych ulicach Nowego Jorku cieszyło się przez całą jesień i zimę niesłabnącym powodzeniem. Szczególnie z dużym honorem zostałem przyjęty w dzielnicy Yonkers, gdzie za moimi plecami zebrała się mała grupa śpiewaków gospel. Oczywiście, trzeba było im za to zapłacić, ale i tak się opłaciło.

W Brooklynie bywałem rzadziej, bo niektórzy urzędnicy krzywym okiem patrzyli na moje przedstawienia, za to zarobki były tam dobre. W lepsze dni zbierałem ponad pięćset dolców i dzięki temu mogłem sobie pozwolić na małe co nieco. Gdy czarownicy z powodu moich bumelek zostawali bez kolacji, następowały zawsze bardzo nudne sceny. Byli bardzo zdenerwowani i wciąż dopytywali się, czy naprawdę nie chciałbym być krzesłem. Ale wiedziałem, co odpowiedzieć, i to ich zadziwiało. O swojej pracy nie lubili szczególnie opowiadać. Odniosłem wrażenie, że to temat tabu.

Minął prawie rok. Pewnego dnia wczesnym rankiem jeden z nich podszedł do mnie i wyszeptał: - Wstawaj. Teraz jesteś jednym z nas - za kwadrans wyruszamy w drogę.

Ta nowina momentalnie mnie rozbudziła. Dali mi skromny szary garnitur i obserwowali, jak go wkładam. Polem wyszliśmy bezszelestnie z domu. Metropolia spała jeszcze głębokim snem, oprócz wron, które bacznie obserwowały nas z koron drzew. Na kolejnych rogach ulic któryś z czarowników skręcał, aż zostałem całkiem sam. Jakżeż to, pomyślałem. Wlokłem się jednak dalej, gdzie mnie nogi niosły, aż dotarłem do starej, opuszczonej fabryki. Była ogromna. Zacząłem wchodzić po schodach, echo moich kroków dudniło w wielkiej hali budynku, aż moja głowa wychyliła się nad dachem.

Tam już mnie oczekiwano.



Tłumaczył Aarne Puu

MEHIS HEINSAAR (ur. 1973), poeta i prozaik. Wiersze publikował w
almanachach i prasie literackiej. Wydał zbiór nowel „Vanameeste
näppaja” (2001, „Wykradacz staruszków”).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas