poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ANTON NIGOV
Ćwiczenia (fragment)
Dekada Literacka 2003, nr 9-10 (201-202)

Rano przeczytałem wiersz Kaplinskiego z lat młodzieńczych, wiersz o królu, który nie miał kraju (i także nie miał korony). Wciąż jest tak, że niektóre wiersze z lat młodzieńczych rzucają światło na wszystkie inne wiersze, i to przez całe życie. Życie nie czyni nas wcale bardziej mądrymi, tylko obciąża zwątpieniami i przeróżnymi skargami. W młodości wiemy dokładnie, czym jesteśmy i czego pragniemy, i chociaż za żadne skarby nie zdradzilibyśmy tego sekretu (bo nigdy nie jest on dostatecznie dostojny), nie potrafimy go też ukryć. Mówiąc o czymś zupełnie innym, otwieramy swoje serce dla wszystkich wiatrów. A o czym lub o kim można jeszcze pisać z takim zaangażowaniem, jak nie o samym sobie? Ten król bez kraju to sam Kaplinski. W tym wierszu programuje siebie na poetę. Rzuca na siebie czary.

Poeta to król bez kraju. Jest większy od prawdziwych władców, ale nie rządzi nigdzie. Jednak istnienie władców przypomina mu nieustannie, że został pozbawiony kraju. Inni mają swoje życie, swoją prace, swoje pieniądze, swój honor, i swoich rodziców, swoją koronę i berło. On nie posiada nic. I chociaż wie, że to nic jest o wiele więcej niż nic, nie jest wolny od zawiści. Próbuje siebie sprzedać. Staje się posłem narodu i pisuje dla narodu mentorskie artykuły. Ale nigdy nie zakosztuje prawdziwego życia. Z tego powodu, że wybrał inne życie, stanął obok życia prawdziwego. Nie wiem, czy ów wybór można potem zmienić. Ten krok jest wyjątkowy i nieunikniony. I tysiące ludzi zazdrości jemu, poecie, bo to on jest królem w królestwie, którego oni z kolei nigdy nie zaznają, bo oni wybrali życie.

Cały Kaplinski to nic innego jak gorzka chęć do powrotu do życia. By zostać ponownie zwykłym człowiekiem, prawdziwym królem. Chociaż jest na tyle mądry, że wie, iż to się nigdy nie uda. Ale przynajmniej udaje. Nikt nie pisał tak pięknie o dniu powszednim, żonie i dzieciach, o prostym życiu i niepoetyckich sprawach. On jest Ojcem Rodziny, Chłopem, niekiedy Botanikiem, Oświeceniowcem Narodu, Posłem Narodu, we wszystkim większy niż w życiu. We wszystkim lepszym niż życie. Jednak jego prawdziwym życiem jest poezja, to znaczy, niestety, owo piękne kłamstwo. Kaplinski jest próbą przekłamania życia na powrót. Próbą przekonania siebie, że życie właśnie takie jest, że spokój i zgoda, jeśli nie są już osiągnięte, są w zasięgu ręki.

Kaplinski wie, że to wszystko jest tylko rozrywką, która skraca czas oczekiwania. Że kiedyś spotka się ze swoim narodem i krajem, ale już nie w tym życiu, bo zamiast tego życia on wybrał coś innego.


24 października


Piękny poranek i smutny nastrój. Idąc w bielejącym świetle słonecznym w dół po Champs-Elysées, pomyślałem, że nie chcę napisać żadnej książki. Dlaczego miałbym chcieć napisać jeszcze jakąś książkę. Wiem już, co to oznacza, Nie interesuje mnie rzeczywistość, interesuje mnie tylko próbowanie rzeczywistości, dowiadywanie się, co to jest. Może proces pisania jest metodą dowiadywania się, próbowaniem życia. Ale co do tego ma wydawanie książek? Nie mam nic do powiedzenia. Pisanie jest sposobem na patrzenie - ale czy jest to nieograniczony sposób? Jest tak samo ograniczony jak wszystkie inne sposoby. Najlepiej zdać się na własny sposób. Sprawa zasadnicza: skąd wziąć pieniądze na życie? To wydaje się stanowić zasadnicze pytanie wszystkich ludzi, i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jednak sposoby na życia są bardzo zróżnicowane. Im bardziej przyglądam się życiu ludzi, tym bardziej dziwaczne sposoby życia odkrywam. Większość ludzi tylko pozornie chodzi przykładnie do pracy i zarabia pieniądze. Ten obraz normalności należy za wszelką cenę zachować, nie ma on jednak żadnego związku z rzeczywistością. Czy naprawdę nie znajdzie się dla mnie gdzieś spokojna posada ogrodnika z darmowym mieszkaniem w oficynie? Nie wymagam wiele. Ale czy to jest, nawiasem mówiąc, prawdą? Codziennie wstawać i iść do swoich grządek, do cieplarni, do grabi i łopat. I w pozycji pochylonej grzebać w ziemi aż do wieczora. Nie wiem. Czy tacy ogrodnicy są jeszcze w ogóle potrzebni? Jednak zważając na okoliczność, że sposoby życia ludzi są w rzeczywistości bardzo zróżnicowane, powinna istnieć taka możliwość, że gdzieś istnieje zapotrzebowanie na takiego ogrodnika.

Wiem, że wszyscy prowadzimy takie życie, jakie sami sobie wybraliśmy, jak wstrętne by nam się ono nie wydawało. Raz sobie je wymyśliliśmy i według tego żyjemy. I temu nie możemy zaradzić. Niebezpieczne jest wymyślanie, niebezpieczne jest wymarzanie sobie życia, bo przecież potem trzeba je żyć. A to jest nudne. Nudne jak Paryż. Nie ma nic bardziej idiotycznego niż marzenia o życiu w Paryżu, a jednak robiłem to w Tartu, spacerując nocą nad rzeka Emajõgi, wałęsając się w dzielnicy Supilinn pomiędzy zgarbionymi i krzywymi domami, które wydawały się bardziej ludzkie niż ludzie. W Paryżu nie ma prawie ani jednego domu, do którego można byłoby się przywiązać. Istnieją pewne drzwi na wyspie Saint-Louis, z których złazi granatowa farba, ale tylko wtedy, gdy wieczorne słońce pada na nie przez liście drzew. Istnieją barki na rzece, ale to nie są prawdziwe domy. Te prawdziwe domy są w Paryżu przeważnie zbyt wielkie i nazbyt ciężkie. Owe piętrzące się na fasadach ozdoby kamienne doprowadzają mnie do rozpaczy. Owe niekończące się artystyczne balkony żeliwne, stojące w szeregu okna mansard. Umarłe dekoracje. Co mnie obchodzi ta parada przepychu i dostatku czasów Drugiego Cesarstwa? To jest nudne, nudne! Tu, w Paryżu, tęsknie za Tartu, za dzielnicą Supilinn z butwiejącymi domami i wszechobecna biedą. No i to wszystko, krąg się zamknął. A jednak, musi być jakieś wyjście z tego kręgu.

25 października
Co bym nie sądził o Kaplinskim, jestem jednak zmuszony uznać jego przewagę. Chociaż jego poezja, gdy czytam ją z tej książki, która jest gruba niczym Biblia, coraz mniej mnie przekonuje - chociaż coraz mniej mu wierzę - uznaję jego prymat. Kaplinski będzie przede mną już choćby tylko dlatego, że był wcześniej, że ja przychodzę po nim. On jest. Jest częścią mojej kultury, częścią moich dylematów wewnętrznych. Ach! Jakże zazdroszczę ostatnimi czasy starszym! W ogóle nie rozumiem ich zgorzknienia, o ile są zgorzkniali. Przeżyć większą część swojego życia, czyż nie jest to osiągnięcie, z którego należałoby co najmniej być zadowolonym? Już zostało pokonane wzgórze młodości, a i po zboczu starości większość drogi została przebyta, czy to nie powinno działać uspokajająco? Przecież najgorsze zostało już za nami, czyż nie tak? A jeśli nawet Iluminacja jeszcze nie nastąpiła, to przecież t o może przyjść, to może być jeszcze przed nami, do ostatniej minuty.

Uczyć się jednak życia z książek pisarzy wydaje się zbyt niebezpieczne. Pisarze potrafią pisać, a nie żyć. Z książek pisarzy można nauczyć się tylko pisania. A i tak to tylko rozrywka. Znam wielu pisarzy, którym zazdroszczę umiejętności pisarskich, a do tej pory nie znam żadnego pisarza, któremu zazdrościłbym sposobu, w jaki on żyje, ani też nie chciałbym żyć jego życiem.

Weźmy na przykład życie Hermana Hesse, owszem, jest do pozazdroszczenia zamek z ogrodem zimowym i cudownym widokiem na zboczu góry gdzieś we Włoszech (Szwajcarii?), którego zdjęcia oglądałem w książce „Domy pisarzy”. Można więc zazdrościć mu sukcesu lub szczęścia w zarabianiu forsy książkami. Ale poza tym nie dowierzam ani na jotę owej aureoli i masce starego „mędrca z gór”. Za tą maską wciąż domyślam się obecności owego dziecka, które zostało odesłane z domu do poprawczaka, gdyż miało zbyt bujną wyobraźnię, i które matka ukarała za okropne przestępstwo, a mianowicie za kradzież fig. Do końca swego życia będzie się ubiegał o matczyną i ojcowską miłość, będzie się starał być w ich oczach dobrym i porządnym dzieckiem (to słynne „uspokojenie”!), a zarazem pokazać, że ta jego niebezpieczna fantazja jest w gruncie rzeczy dobra, i w rzeczywistości płodna. A nawet gdyby owa fantazja okazała się zła i pełna herezji, to jego, Hermana, powinno się jednak kochać, bez względu na wszystko... Ta dziecinna i beznadziejna tęsknota spogląda swoimi wielkimi oczyma przez maskę starego mędrca nawet wówczas, gdy rodzice o surowych wyrazach twarzy będą już dawno umarli, a sam Herman również będzie starcem.

Ale dom, jego dom jest naprawdę piękny. Podobnie jego książki. Nawiasem mówiąc, czy to nie jest po trosze to samo? Przecież twórczość to także dom, drugie i lepsze ja, które pisarz sobie buduje, i w którym nie do końca będzie się dobrze czuł.

I wszystkie te prawdziwe domy pisarzy także wiele o nich mówią, weźmy chociaż to gospodarstwo Mutiku Kaplinskiego, jego miejsce wypoczynku w Estonii, która go jednak nie pojmuje i od której on zdaje się coraz bardziej stronić, przypomina mi ono piękne, duże i bezpieczne, zagrody górskie Thomasa Bernhardta. Miał ich chyba kilka w tej Austrii, która go, według niego, w ogóle nie rozumiała, do tego stopnia, że w swoim testamencie wręcz przeklął ową Austrię, zabraniając w jakikolwiek sposób łączyć swoją twórczość z państwem austriackim... A o swoich domach, i mieszkaniach, i marzeniach, i snach związanych z mieszkaniami i domami nie będę lepiej opowiadał, albo opowiem innym razem.


Przez parę kolejnych nocy kilka razy śniła mi się matka, widziałem ją jako młodą, kwitnącą kobietę, mniej więcej taką, jaka jest na tych zdjęciach, gdy miałem dwa latka. Na jawie nie pamiętam jej inaczej niż na zdjęciach rodzinnych, ale we śnie zdaje się, że pamiętam ją inną. W dzisiejszym śnie matka była zarazem pewną młodą estońską pisarką, a ja wyjaśniałem za zamkniętymi drzwiami pewnemu jej wielbicielowi, ilu miała mężów i kim byli ci mężowie (ta pisarka miała rzeczywiście kilku mężów). Potem poszedłem do kuchni, gdzie matka gotowała ziemniaki na sałatkę ziemniaczaną, bo ów chłopiec, któremu objaśniałem o tych mężach matki, był naszym gościem. Wydawało mi się, że matka usłyszała przez drzwi tę rozmowę i zachowywała się wobec mnie z jakimś dystansem, co mnie bardzo zabolało. Zapytałem, czy nie powinienem przed obiadem rozpalić pieca w saunie, i ruszyłem w kierunku naszej łazienki, skąd wiało wilgotnym chłodem. Matka powiedziała, że mogłaby pójść do sauny, ale do końca nie zrozumiałem, czy ona tego chce czy nie, więc również wahałem się.

28 października

Bytowanie i rozumienie życia to dwie odrębne sprawy. Zrozumienie życia nie pozwala prawidłowo żyć, a bytowanie nie pomaga w zrozumieniu życia. Bytowanie to bardziej odruchowa niż racjonalna czynność. Jedni żyją instynktownie prawidłowo, i nie potrzebują swojego życia. Inni zaś rozumieją życie, ale nie potrafią żyć. Wszystkim tym mistrzom żywota, którzy zjawiali się u mnie z opowieściami, jaką to powieść można byłoby napisać o ich ciekawym i burzliwym życiu, wszystkim tym osobom mówiłem obłudnie, by wzięli się do roboty i napisali swoją powieść: nic prostszego, skoro mają aż tyle materiału do opracowania. Wiem, że nigdy tego zrobią, a jeśli nawet zrobią, to biada im. Owszem, ci ludzie żyli, ale nie
oglądali swojego życia; nie mieli na to po prostu czasu. A do pisania wcale nie trzeba przeżyć życie pełnego wydarzeń, w życiu nie brakuje wydarzeń, inna sprawa, czy się je dostrzega czy nie. Pisanie to przede wszystkim problem widzenia, a żeby móc lepiej obserwować, należy raczej stanąć z boku, niż pędzić z tłumem. Może raczej ująć to w ten sposób, że ten, który już raz stanął z boku, pozostanie do końca obserwatorem. Nie wiem, jak to dokładnie jest. Dla jednych naturalną namiętnością jest życie, dla innych obserwacja życia jest nienaturalną namiętnością. Nie można mieszać tych dwóch spraw, ale i jedno, i drugie, dlaczego nie.

Publiczny komentator internetowy gazety „Postimees” na prawo wymyślać mi i pisać, że pisarze powinni zostać przy swoich książkach i nie zabierać głosu w życiowo ważnych sprawach. Nie jest przeznaczeniem gazety aby uczyła nas rozumieć życie, lecz jest przeznaczona do tego, abyśmy uniknęli tego zrozumienia. Można wpajać ludziom naturalną pewność siebie, że oprócz tego, że żyją, to jeszcze rozumieją życie, to znaczy, gazeta musi odzwierciedlać postawy i stosunek ludzi do życia. Szczególnie wskazane jest, by przy okazji powstało wrażenie dyskusji i różnorodności opinii. Gazeta produkuje na nowo przesądy, tym samym życie i zdrowie, i pisarze rzeczywiście nie powinni, jeśli chcą pozostać pisarzami, wtykać swego ryja do tej grządki.

Obiecuję, że więcej w sprawach bieżącej polityki nie będę zabierał głosu. Nie jest to pierwszy raz, gdy sobie to obiecuje. Nie wiem, jaki diabeł mnie do tego znowu skusił.

Rozsądną zdolność ludzi aby nie widzieć tego, co widzą, udowadniają wszelakie przewodniki turystyczne. Bez nich ludzie nie potrafiliby powiedzieć, co widzieli, i czy w ogóle cokolwiek widzieli. Ludzie najpierw czytają, a potem patrzą. W wypadku bardziej znanych miejsc turystycznych nawet nie potrzeba już przewodników turystycznych, Wieża Eiffla i Statua Wolności są już częścią twórczości ludowej, każdy, kto je widzi, wie, że widzi. I co widzi.
Widzenie nie jest oczywiście wyłącznie procesem wizualnym, jest to raczej zdolność wizualizowania wszystkiego. A potem wypowiedzenia tegoż. To już przychodzi samo.

Nie na darmo „piękno” kojarzy się przede wszystkim z widzeniem. Również w muzyce „widzi się” piękno.

Mania piękna Baudelaire'a i innych pisarzy. Chorobliwie wyostrzone odczucie estetyczne, którego nie należy mylić z dobrym smakiem.

27 października

Pewien student z Tartu zapytał mnie wczoraj o moje wczesne wiersze do jakiejś antologii ballad, co samów sobie jest dość śmiesznym projektem. Zarazem przepraszał, że zmusza mnie do zajmowania się swoją przeszłością. Ale ja nie mam nic przeciwko zajmowaniu się przeszłością. Przeszłość ma tę zaletę, że już nie przyjdzie...


Anton Nigov

Anton Nigov, „Harjutused”, Eesti Keele Sihtasutus, Tallinn 2002.

Tłumaczył Aarno Puu

TONU ÕNNEPALU (pseud. Emil Tode, Anton Nigov), (ur. 1962), poeta,
prozaik i eseista. Opublikował kilka tomików poezji, m. in. „Jõeäärne
maja” (1985, „Dom nad rzeką”), „Ithaka” (1988) i „Mõõt” (1996,
„Miarka”). Większe uznanie czytelników zdobył jako prozaik. Wydał m.
in. powieści „Piiririik” (1993, „Państwo graniczne”), „Hind” (1995,
„Cena”), „Printsess” (1997, „Księżniczka”), „Harjutused” (2002,
„Ćwiczenia”) i „Raadio” (2002).




 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas