poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ASTA PÕLDMÄE
Odwilż
Dekada Literacka 2003, nr 9-10 (201-202)

1.

Gdy klucz w „abloy” krótko i bezszelestnie obróci! się, a kobieta w zaśnieżonym płaszczu weszła do pokoju, oni byli akurat razem. Tak razem, że nie było już nic do dodania. Zostali przyłapani.

Łosoś, płynąc pod prąd, stracił czujność.

Zapomniał o wszystkim w iskrzącym, rwącym potoku.

Oślepł.

Zapomniał o czasie.

A przecież wszystko tak dobrze się układało. W zgodzie z przyrodą, z naturą.

Przyrodzie nie można nic zarzucić.


Żona, powracająca do domu - to też było naturalne.


Po prostu stanęła w drzwiach, a płatki śniegu topniały na jej płaszczu jak aktorka, która w niewłaściwej odsłonie weszła na scenę! - zaróżowione policzki, oczy okrągłe ze zdumienia. To, co zobaczyły, nie mieściło się w nich, nie potrafiły uświadomić sobie tego, co właśnie oglądały: wielki, białoskrzydły ptak – trudno pojąć od razu.

Przed oczyma przesunęło się prawie całe osiemnaście lat ich współżycia. Jaan, który urodził się bez stopy. Matka, która pozostała w lesie lak zapaliły się włosy i jak oszczędzali każdy grosz na budowę domu domu! Cichy jęk wyrwał się z jej ust i ręce bezwiednie szukały w pustce jakiegoś oparcia.

Za oknem padał śnieg i pokój wypełniały szare, ruchome cienie. Na rozbebeszonej pościeli leżały jakieś nieznajome, brązoworude kudły, przypominające śpiącego setera. I skądś stamtąd, zza pleców mężczyzny, dobiegł ją opanowany młody głos:

- Gdyby pani zechciała na chwilę wyjść, to mogłabym się ubrać!

Oboje byli odwróceni tyłem. Nie sposób rozmawiać z potylicami.

Żona wyszła.

Nie od razu, dopiero po chwili, ale wyszła.

Wyszła w rzeczywistość, która smagnęła ją jak elektryczny bicz, którym w rzeźni ogłuszają bydło. Coś jak uderzenie hakiem, który oderwał się od skalnej ściany. Jak grom z jasnego nieba. Pokryte piegami, miarowo poruszające się plecy męża. Cała reszta tonęła w czerni, jak gdyby nie wiadomo skąd przybyły retuszer zamazał ją na czarno jednym pociągnięciem pędzla. Jedno pociągnięcie i wszystko zniknęło. Zlało się z pustką. Tylko na początku i na końcu wszystko może być tak proste Zęby kobiety szczękały. Niestosownie do sytuacji zabrzęczały kluczyki, gdy otwierała drzwi samochodu. Bezsilnie opadła na siedzenie. Na złamanie karku pędziła do domu. W Halindze przekroczyła dozwoloną prędkość i przed mostem o mało co nie wyleciała na zakręcie - mokra pogoda, śliska droga. Dodomu, do swojego domu! No i proszę, co ją tu spotkało.

Oparła głowę na zimnej kierownicy. Uczucie żalu nad samą sobą ścisnęło jej gardło. Całe jej wnętrze powoli wypełniało płynne żelazo.


2.


 Ci dwoje, których pozostawiła w pokoju, nie zamienili ze sobą ani jednego słowa. Podnosząc się z łóżka, starali nic dotykać się nawzajem. Mężczyzna klął przez zęby. Zaciśnięte usta utworzyły wąską kreskę, dwie wyraźne linie ciągnęły się półkolem od nosa ku kącikom ust, jakby ujmując to wściekłe pomrukiwanie w nawias. Jednak w żadnym stopniu nie łagodziło to znaczenia słów. Obco i strasznie zabrzmiał jego głos, gdy rzucił ochryple:

- Ani słowa, nie chcę słyszeć ani jednego słowa! To rozkaz. Milcz. Rozumiesz!

Na jego pociemniałej twarzy białą miką błysnęły oczy. - Sam jej powiem, co trzeba. - Wzrokiem szukał przyzwolenia na jej twarzy. Ale czy ono tam było?

Sekundy biegły. Zegar stojący przy piecu odkaszlnął.

Wpół do trzeciej.

Oboje pośpiesznie wkładali ubrania na spocone ciała, nie spuszczając z oczu okrutnej smugi światła między framugą a drzwiami, które wychodząca zatrzasnęła za sobą. Kobieta była młoda, szczupła, przez jej chłopięco wklęsły brzuch ukośnie biegła jasnofioletowa blizna po operacji. Po omacku spięła grzebykiem rozsypane włosy. Do pokoju wślizgnął się kot, ocierając się o nogę pana, stanął na tylnych łapach, zanucił swoja piosenkę.

Mężczyzna ze złością, nagłym ruchem rzucił swojej towarzyszce pomięte rzeczy, jedną pończochę, bluzkę, pasek. Wszystko zmierzwione w jeden kłęb.

Nieruchomy wzrok utkwił przed sobą. Tym spojrzeniem mógłby rąbać drwa. Przez chwilę mierzył w myślach wysokość parapetu, rzucił okiem na poszarzałą, nabrzmiałą od kapiącej z dachu wody zaspę pod oknem, dotknął zasuwy. Machnął ręką.

Spojrzenia znienacka zaskoczonych spotkały się z brzękiem.


3.


 Żona weszła ponownie. Gdy otwierała drzwi wejściowe, z dachu zsunęła się mokra czapa śniegu, a odgłos jej spadania odbił się echem w pustej przestrzeni przedsionka. Ten dźwięk połączył na ułamek sekundy trzy osoby przebywające w domu.

Żona zdjęła ociekający płaszcz, zapominając o kapeluszu, który nagle wydał się zbyt duży dla jej dziwnie zmalałej postaci. Przygarbione plecy, opuszczone ramiona, tępo, jak narzędzia pracy, zwisające ręce. Powietrze, które wdychała, było pełne smutku.

Czy ona ma tu jeszcze cokolwiek do zrobienia?

Wydaje się, że nawet to, co zrobiła dotychczas, straciło sens.

Wszystko straciło sens.

Młoda, rudowłosa kobieta, w zielonym żakiecie zapiętym na wszystkie guziki, nagle nerwowo poruszyła ramionami. Natychmiast przytrzymały je ręce stojącego za jej plecami mężczyzny. Ręce, które proszą. Lecz ramiona czują się zaciśnięte w klamry. W kowalskie kleszcze! Okrutne i nieubłagane.

Są jednak posłuszne, ku swojemu zdziwieniu przesuwają się do tyłu. O jeden jedyny milimetr. On także się odsuwa. O ten sam milimetr. Ramiona płaczą, Nie mogą się powstrzymać. Wyczekują. Nic nie mogą na to poradzić, boi ten krajobraz skazany jest na zachowanie swojej geografii. NA POCZĄTKU BYŁ MĘŻCZYZNA, wdzięcznie myślą ramiona. Tak powinno być, i tak. Było. I nie mogą na to nic poradzić.

Niech się cofa o ten swój milimetr, myślą ramiona, najważniejsze, żeby nie cofnął się z pola widzenia. Niech cofa się o kilometr, jard, stopę, o morską milę! Nic mogłoby być inaczej, inaczej nie byłoby smaku zwycięstwa, nawet jeśli zwycięstwa w ogóle nie będzie. Nie mogłoby być, gdyby choć trochę liczyć się z boskim przeznaczeniem. Inaczej niech wszystko diabli wezmą.

Prawie jak żywa istota poruszyła się za oknem gałązka śliwy. Pod ciężarem jakiegoś ptaka a może śniegu. Prawie można było usłyszeć, jak sad wchłania zimną wodę z topniejącego śniegu. Coś w rodzaju stąpania z cichym szelestem tysięcy maleńkich paluszków dziecięcych nóg wokół domu.

- Może pani odejść! - odzywa się żona i sama się dziwi, że jej głos jest tak bezbarwny i niepewny. Głos, który wiruje przez pustą, ociężałą głowę, zabierając ze sobą resztę tego, co w niej jeszcze pozostało. Ręka żony otwiera na oścież masywne drzwi swojego domu, drzwi, które i tak były już otwarte.

- Nikt tu pani nie zatrzymuje, niech pani już idzie - powtarza. - Z Bogiem!

- Kim pani jest, żeby mi rozkazywać! - głucho, lecz stanowczo brzmi głos młodej kobiety.

Lecz mąż, gdzie jest mąż? Co to, czyż w domu nie ma już gospodarza? I dlaczego mężczyzna nic nie mówi?

Nie, nie można tego tak ująć, że nic nie mówi.

Pierwsza sylaba ostatniego słowa, które wypowiedziała rudowłosa nieznajoma, zostaje zagłuszona, bo ręce, ułożone jak do modlitwy, pośpiesznym ruchem zamykają niepokorne usta. Ściskają wargi jak szpony kondora koźlątko, i czują -z przerażeniem czują, że usta całują te dłonie. Tak - tak! Mężczyzna traci głowę, jego dłonie są gotowe, niechcąco oczywiście, zdusić te usta. Ci dwoje są teraz jak turyści, którzy są na samym szczycił- diabelskiego kula, i nie mogą stamtąd zejść, bo koło stanęło. Ani w przód, ani w tył. Za to jaki widoki Mój Boże, jaki zapierający dech widok!

Tak naprawdę, to dłonie przede wszystkim się; boją.

Tak samo, jak boją się zawieszeni wysoko pod niebem turyści.

- W tym domu ja jestem - dolatują do niego słowa żony od rozkazywania i...

- Chwila zakłopotania, zmieszania i zaraz potem bardzo cichy głos dodaje... -zabraniania.

- Być może, ale to i tak niewiele znaczy...

- A co według pani znaczy? Może mi pani łaskawie wyjaśnić, co znaczy? -Żona popycha drzwi, które otwierają się jeszcze szerzej. Ech! Czyżby te drzwi były obrotowe! Takie, które nie pytając, dadzą ci kopniaka w plecy. Przecież sami wybierali te drzwi, budowali ten dom, oni sami, we dwoje, i nie zauważyli, przeoczyli tak oczywisty błąd konstrukcyjny?

-Won!

Ten okrzyk, gwałtowny i nagły, zabrzmiał po jej dotychczasowym opanowanym zachowaniu, jakoś niezręcznie i bezradnie. Gospodyni poczuła się po nim zawstydzona. Szukając poparcia, spojrzała w stronę męża, nie zwracając uwagi na obecność nieznajomej. Mąż, nazbyt wysoki, wydawał się być jakby obramowaniem dla tej prawie dziewczęcej, rudowłosej osoby. Zarys jej postaci  widać było wyraźnie na jego tle. Obie kobiety są niskie, prawie tego samego wzrostu i nic- musiały podczas rozmowy podnosić wzroku powyżej poziomu swoich oczu, i oto teraz ona, żona, chcąc - nie chcąc zmuszona była rzucić w stronę męża owe prostolinijne, z powodu braku doświadczenia i rozpaczy, słowa, słowa, które w rzeczywistości odnosiły się do nieznajomej. Były jak pocisk z pistoletu, który nie mógłby bez uszkodzenia tła przeszyć oprawionego w ramę obrazu. I razem stanowili ów obraz. A jej wzrok, gdyby był lufą karabinu, nie musiałby nawet zmieniać kierunku. Przy takiej odległości i w takiej sytuacji, gdyby o celowała w biała, plamę nieznajomej twarzy, w aureole puszystych, rudo-kasztanowych włosów, niechybnie celowałaby wprost w pierś męża.

Słowa, jakiekolwiek by nie były pozostają tylko słowami, wypowiedziane nie dadzą się złapać. Więc zwleka jakby żywiła jeszcze jakąś nadzieję.

Dom, ta mała przestrzeń, był przecież tylko widoczną częścią czegoś większego, wewnątrz czego obecnie wszyscy troje się znajdowali A owo większe musiało z kolei się zawierać to dzisiejsze było tego potwierdzeniem w jeszcze czymś bardziej samoistnym, co można sobie tylko wyobrazić, czymś takim, o charakterze, o granicach, bezbronności czy obronności, czego żona mogła się tylko domyślać. I jakby nie była gorzka ta prawda, to uświadomienie sobie tego, tej części, którą można było sobie wyobrazić, należało do tych tam dwojga, którzy stali we wzajemnym obramowaniu. Czy ta przestrzeń byłaby aż tak niewielka, że w inny sposób nie mogliby się tam zmieścić? Być może. Ale mogło być równiej odwrotnie, zresztą tak naprawdę nie miało to już żadnego znaczenia. Cały ten dom, ogród z drzewami owocowymi i sadzawką, całe to rozciągające się po brzegach rzeki przemoknięte miasto mogło okazać się nie większe od ziarenka maku, kroplą w utajonej - a teraz nagle odkrytej - kosmicznej przestrzeni zbliżenia się.

Mogło tak być, lecz w dalszym ciągu nie było to oczywiste.

Wszystko, chociaż układało się w jakieś ramy, ukrywało coś w zanadrzu i nie okazywało dowodów. Należące do rudowłosej, krótkie, nie nowe już futerko z tchórzy, wisiało na wieszaku w pełnej zgodzie obok mokrego od śniegu jej płaszcza. Długie mokre palto wzięło pod swoje skrzydło maleńką kurteczkę. Samo przez się zrozumiałe.

Żeby dotrzeć do okrycia, dwie kobiety musiały jakoś się minąć w drzwiach, ale gospodyni nie ustąpiła miejsca w drzwiach, czy to z przekory, czy z roztargnienia

Stali. Przyglądali się sobie. Przecież mąż nie mógł odstawić stojącej na progu.

Ale nie mógł też nie powiedzieć nic.

4.

Niezliczone ilości razy jako żona przyglądała się mężowi - jakże krótki wydawał się teraz ten czas! Widziała go w zadowoleniu i zakłopotaniu, kapryśnego i triumfującego. Zamkniętego w sobie. Niewyspanego i nieogolonego, z zapaleniem oka. Przyjmującego komunię świętą. Jeżdżącego na nartach. Tracącego wątek podczas mowy pogrzebowej. W morzu. W lesie. Oprawiającego kozia. W samochodzie podczas zamieci. A dzisiaj zobaczyła go po raz kolejny.

Młoda kobieta nagle pręży się i przywiera plecami do mężczyzny. Tak nagle i mocno, że mężczyzną aż zachwiało. Jest zdziwiony. Nie potrafi nic przedsięwziąć. Ma tylko dwie puste ręce, no chyba że jeszcze coś ukrywa w duszy. O ile w ogóle ktokolwiek cokolwiek może o tym wiedzieć. O tej półmrocznej, tajemniczej, ukrytej za kulisami, głębi sceny.

- Niech pani się nie łudzi, że uda się pani go poniżyć - wygarnia młoda kobieta i mężczyzna nie może się nadziwić, że to o niego chodzi. To fakt, że jest wysoki, ale nigdy przecież nie miał o sobie wygórowanego mniemania. Lecz nadal tylko słucha.

- Nie mogę do tego dopuścić - słychać od dołu, spod podbródka. - Ostatecznie nie jest to specjalnie trudno zrozumieć, chyba że ma pani aż tak marną wyobraźnię, pod warunkiem, że kiedykolwiek ktokolwiek coś dla pani znaczył...

- Znaczył czy nie, nic pani do tego, co panią to może obchodzić - słyszy mąż w odpowiedzi. Dziwne, że słowa te zostały wypowiedziane głosem jego żony. Głos ten dochodzi jakby z odległej pustyni, z drugiego krańca świata.

- Myli się pani. Właśnie że obchodzi. – I znowu krok bliżej. Znowu w obramowanie mężczyzny. Z tą tylko różnicą, że wypowiadająca te słowa jest zdeterminowana, tak, jakby jej plecy chroniły ją. Wąskie kobiece plecy chronią również szeroką klatkę piersiową mężczyzny. Ignorując całkowicie strwożony pomnik mężczyzny, głos młodej osoby kontynuuje spod męskiego podbródka.

- Pani dobrze wie, że wszystko, i o teraz pani zrobi, najpierw uderzy w niego, a dopiero potem ta wypuszczona strzała, przytępiona i pozbaw łona trucizny, dosięgnie mnie.

-W końcu jednak dosięgnie – zauważa żona. -I to się teraz tylko liczy.

- Sento - odzywa się wreszcie mąż - cokolwiek się tu wydarzyło, nie daje to nikomu prawa do stracenia poczucia umiaru.

Lecz żadna z kobiet go nie słucha. Nawet nie pamiętają o jego obecności.

-Zbyt zawęża sobie pani cel -wykrzykuje namiętnie młody głos. -Ale już jest za późno, więc niech się pani nie trudzi. Już nie jest pani w stanie nic zmienić. Już - nic nie jest w stanie niczego zmienić.

Na co za późno? Na co za wcześnie? Późno. Wcześnie. W głowie mężczyzny huczy. Te słowa są tak wielkie, a ich znaczenia tak ciężkie, że czuje się nagle kompletnie wyczerpany.

Kobieca wyobraźnia jest w swojej majestatyczności niepojęta. Wyobraźnia kobiet. Dlaczego ja takiej nie posiadam, zastanawia się mężczyzna. Ona jest jak gotycka katedra. Jak katedra w Kolonii. Gdzie jest jego miejsce? Co on może? Klarowne powietrze, które przepływa pod nawą tej budowli, zapiera dech i sprawia, że robi się senny. Nagle jakaś zniszczona i wytarta staje się jego marynarka z metalowymi guzikami, która tak nieporadnie zwisa z jego przygarbionych ramion. W ogóle piecze go w gardle. Miałby ochotę pójść do kuchni i wypić łyk wyciągu z siemienia lnianego, ale jakoś nie wypada. Pozostawić te kobiety same w pokoju wydaje mu się jednak nierozsądne.

Nie przychodzi mu nic lepszego do głowy, jak stanąć pomiędzy obiema kobietami. Żeby nie widziały nawzajem swoich twarzy. Twarzy, których dotąd nie znał, i które dopiero uczy się poznawać, czując gorzki smak soku żołądkowego w ustach. - Proszę...

Chce kontynuować, ale żona wpada mu w słowo:

- Ty prosisz, w swoim domu! - Zdziwienie na twarzy i w głosie żony jest tak szczere, że mąż spogląda na nią z zaciekawieniem.

Dzwoni mu w uszach w rytm uderzeń serca, a gdzieś za szczęką pulsuje groźnie jakaś tajemnicza żyłka. Położyć się! Usnąć! A potem obudzić się bez tego koszmaru. Gdyby to możliwe! Gdyby to tylko było możliwe!

Ale na to nie ma czasu. W międzyczasie znowu sytuacja zrobiła się napięta. Kiedy to się stało? Gdzie wtedy był? Coś jednak w międzyczasie puściło i pękło. Może iluzja, może serce, a może szary, przepełniony sterowiec cierpień? W każdym bądź razie wydarzyło się to gdzieś blisko, całkiem obok, a fala uderzeniowa wstrząsnęła tym małym pomieszczeniem.

- Niech pani nie myśli - mówi rudowłosa nieznajoma z takim błyskiem w oczach, że aż dziw bierze. - Niech pani nie myśli, że pani źle zrozumiała to, co pani zobaczyła, chociaż tak byłoby zapewne najwygodniej pomyśleć. Że jutro znowu wszystko wróci do normy i będzie jak dawniej. Nie. Ja kocham pani męża. I to od tak dawna, że dzisiaj już nic nie może pani zrobić. Już nikt nie może nic zrobić.

Mężczyzna nad jej wysoko uniesioną głową głośno przełyka ślinę. On również najchętniej by źle zrozumiał. Przynajmniej dzisiaj, przynajmniej z początku, ale na to nie ma już czasu. Dlaczego żadna z kobiet nie rozumie tak prostej sprawy: im bardziej słowa oddają rzeczywistość, tym mniej nadają się do wypowiedzenia?

- Czy nie podejmuje pani decyzji zbyt pochopnie? - błyskawicznie dolatuje pytanie z przeciwnej strony. - A w dodatku za wszystkich troje!

Wyczuwa się, że miało być: za n a s wszystkich troje.

Ale nie można.

Nie może być niczego, co by ich połączyło! Absolutnie niczego!

- Tak jak w centrum trąby powietrznej zdarza się czasem całkowicie bezwietrzny tunel, tak samo obca tu młoda kobieta przygląda się sobie spokojnie z boku. -Pamiętaj, należy ufać tylko własnemu sercu, to jest jedyne, na czym można polegać- często powtarzał mężczyzna, a ona nie zapomniała tych słów. Przyglądała się, upewniała się w swoim przekonaniu. Ale nigdy nie podejrzewała, że to może być możliwe nawet na sekundę od momentu, gdy spadnie topór. A teraz patrzy znowu, i nic innego jej nie pozostaje - a to, co widzi, napawają radością. Ma nieodpartą chęć podzielenia się tym odkryciem, tą prawdą z innymi. Więc mówi ostrożnie:

- Po raz pierwszy mówię o nim w trzeciej osobie. Specjalnie dla pani. Ponieważ pani także jest trzecią. Nawet nie myślę o nim w trzeciej osobie, nie. I nawet nie myślę o nim po imieniu. A to dlatego, że nie ma takiej potrzeby, bo nie ma między nami pustki, którą musielibyśmy wypełnić. Jesteśmy jedną duszą w dwóch ciałach.

- To aż tak! - dziwi się gospodyni i nawet uśmiecha się. Lecz jej głos, który miał zabrzmieć ironicznie, jest niepewny. Spojrzenie piwnych oczu, które miało być ostre, jest raczej smutne. Pieprzyk na górnej wardze drży, zdradzając niechcąco drżenie warg. Pośrodku odsłoniętych górnych zębów widać szeroką szparę, co wygląda jakby w szeregu wojowników z”tarczami jeden został ugodzony i padł.

Dlaczego ktoś żeni się z takimi rzadkimi zębami? Z osobą, która ma zbyt wysokie, łysiejące jak u mężczyzny, czoło? W młodzieńczym zaślepieniu młoda kobieta nie znajduje odpowiedzi na te pytania. A zapytać nie ma kogo, chociaż chciałaby znać odpowiedź. Tym bardziej, że palce znowu zaciskają się na jej zbyt dociekliwych ustach - gryzie je lekko! - ale to są wciąż te same piękne, długie palce, które tak cudownie pachną, są tak upojnie delikatne, i są takie... I nie zmieniły się ani trochę. W ogóle, ani na jotę. Czego więcej można by sobie życzyć! Położyć się na ziemi i gryźć żwir i kamienie. Jest wdzięczna swojemu niesfornemu sercu, a ono, pozostając w swoim wygodnym gniazdku, patrzy na nią z nadzieją.

Z nadzieją, której powinno wystarczyć dla wszystkich.

Troje ludzi w szarej pustce wiruje jak płatki śniegu za oknem, jak rybak w czasie sztormu, który unosząc latarkę wyżej, na wysokość twarzy, stara się cokolwiek dostrzec przez burzę, tak żona spogląda ku mężowi. Ze strachem pyta swoją pamięć: kiedy, kiedy to się stało, że też nic wcześniej nie zauważyła, czy może przeoczyła coś bardzo ważnego? Kiedy się na to wszystko zgodziła? Przecież coś już trwało, ten obecny tu świat został stworzony już dawno, Przez chwilę, która i pusta, bezbarwna i bez historii, patrzą oboje na siebie z przerażeniem i troską, patrzą tak, jakby nigdy przedtem się nie spotkali.

- Zdążymy jeszcze porozmawia odprowadzę... - rzuca mężczyzna. Jego głos dobiega jakby przez te wszystkie tata świetlne, które w tak zwyczajny sposób minęły w Ich domu, In, skąd wysyłali dzieci do szkoły, skąd wynoszono trumny rodziców i gdzie każdej jesieni patrzyli w mroczną listopadową noc.

- O wszystkim? - z niedowierzaniem powtarza żona.

Ale póki co, w tym domu przebywa jeszcze osoba, która także wiele wie. Trzeba więc zapytać, zanim nie będzie za późno. Żona musi dowiedzieć się o najważniejszym: - Od jak dawna to trwa?

Pytanie jest skierowane do obojga.

Młoda kobieta otwiera usta, żeby udzielić odpowiedzi. Znowu unosi się dłoń mężczyzny. Znowu zęby gryzą palce ręki, lecz tym razem dłoń mocniej zaciska usta. Tak mocno, że twarz pod dłonią odruchowo odwraca się w bok - nagle zaczyna brakować powietrza. Dłoń zna ten ruch głowy, głowa zawsze tak robiła, gdy pocałunek był zbyt długi, a prawie zawsze tak było, że brakowało jej powietrza.

Branka z siłą odtrąca rękę, próbuje złapać oddech; gospodyni była już prawie gotowa rzucić się jej na pomoc, ale nagle doznaje olśnienia: to, co zobaczyła, o czymś świadczy. I to coś działa jak lodowato-zimne żelazo na jej rozpalone wargi, przez które nieomal nie padło pytanie.

Z siłą, ale zarazem czule ręka została odepchnięta. Ta czułość musiała pochodzić skądś z wnętrza, to był odruch, i nie miało już większego znaczenia, czy jest to odpowiedni, czy nieodpowiedni moment. Ten ruch nie znaczyłby nic bez owej czułości. Za każdym razem, gdy ich ciała się dotykały, musiało następować iskrzenie. Oślepiająca jasność, która nie mogła przemknąć niezauważalnie, ta jasność odkryła to, przed czym umysł chronił ją do tej pory. W oczach żony przez chwilę rozbłysnął ogień, ale natychmiast zgasł. Tak jak w czasie Wigilii gaśnie w źrenicach dziecka odblask zimnych ogni. Gdyby to ona mogła być tą niewolnicą! Niczego więcej w tej chwili nie pragnęła. Niczego więcej. Ból uderzenia przemienia się w szelest na ustach żony, gdy nieznajoma powtarza jej pytanie:

- Jak długo to już trwa? I sama odpowiada:

- Sto lat.

Mężczyzna przeciąga się tak, że aż trzeszczą stawy. Po raz pierwszy rozpacz opuszcza go na milimetr. Jego spojrzenie łagodnieje o ułamek wdzięczności. Bezkres metafory stwarza jakąś możliwość pojednania, ale może również wszystko nasilić.

Jednak bardziej godzi.


5.


Jeśli pojawia się zbyt wiele pytań, to wszystkie pytania jakby tracą, sens. Nieistotne, czy drzwi są otwarte czy zamknięte. Czy są otwarte na oścież. Może nawet lepiej, gdyby pozostały tylko uchylone... Właśnie przez niedomknięte drzwi wśliznął się do pokoju zupełnie niezauważalnie smagły, ruchliwy, niski człowiek o ostrym podbródku i badawczym spojrzeniu. Prawie bez powitania usadowił się za biurkiem, trzymając w ręku jakiej formularze koloru serwatki i podłużne, poliniowane arkusze papieru.

Zapada oszołamiająca cisza, którą pierwszy naruszył gospodarz domu.

- Kim pan jest? - pada wprost niezbyt uprzejme pytanie.

Pytanie, które w tym pokoju jeszcze nie padało, chociaż powinno było paść. Kobiety wycofują się w głąb pokoju. Tak nie na miejscu, wprost niewiarygodne, jest pojawienie się akurat w tej chwili i w tym domu kogoś obcego

- No, chcę wiedzieć, kim pan jest?! - gospodarz ponownie okazuje stanowczość i w nagrodę otrzymuje zaciekawione, z odrobiną wdzięczności, spojrzenia obu kobiet: przynajmniej jakieś zdecydowane słowo, co z tego, że owo słowo pozostaje w sprzeczności z całą sytuacją i jest skierowane w całkiem inną stronę.

- Jestem Maryjczykiem, Czeremisem, i byłym sternikiem - odpowiada niski mężczyzna z lekkim ukłonem. - Wiktor Jakowlewicz Mosin.

- I co z tego, że jesteś pan Maryjczykiem - dopiero teraz wybucha gospodarz. -Ja jestem Estończykiem, i co z tego! Jak pan tu wszedł?

Okazuje się, że to ostatnie pytanie było całkiem niepotrzebne. Nawet kobiety wymieniają ze sobą neutralne spojrzenia. Tylko po to, aby zaraz potem odwrócić wzrok.

Mały człowiek starannie czyści nos, używając czystej, żółtej chusteczki, i grzecznie odpowiada:

- Drzwi ma pan szanowny otwarte na oścież. Ale jak trzeba to wejdę i przez zamknięte, o ile zmuszają mnie do tego moje obowiązki.

- Jakie obowiązki? - odzywa się teraz gospodyni. Na jej twarzy maluje się ulga, duszą i ciałem broni swego domu - czegoś, co jest jej bliskie i zrozumiale. Jest prawie wdzięczna Wiktorowi Jakowlewiczowi Mosinowi.

Przy stalowoszarym piecu stoi wyprostowana, młoda, rudowłosa kobieta. Na moment o niej zapomniano. Przygląda się z zaciekawieniem to mężczyźnie, to znów kobiecie. Maryjczyk jakoś jej nie przeszkadza.

- Jestem bezrobotny, jeśli to coś wyjaśnia. Ale realizuję pracę na umowę z Centrum Badań Demograficznych i musze przeprowadzić wywiad środowiskowy-wyjaśnia obcy, a jego przepraszający wzrok wędruje po twarzach znajdujących się w pokoju osób. - Muszę niepokoić ludzi pytaniami o narodowość, stan cywilny i wykształcenie. I kto z kim utrzymuje kontakty, jaka narodowość z jaką - na tej ulicy mam właśnie swój rewir.

I nie czekając na pozwolenie, Maryjczyk wcisk.i wszystkim swoje ankiety i każdemu wręcza ogryzek ołówka.

- Proszę wygodnie usiąść i wypełniamy pierwsze trzy linijki, drukowanymi literami!

- Do diabła! - przeklina głośno gospodarz. Jako pierwszy rzuca swoją ankietę na stół, ołówek wypada mu z rąk i uderza Maryjczyka w czoło. Po chwili dłonie gospodarza mną arkusz papieru, który ląduje na podłodze. Kobiety także odkładają ankiety.

- Na co pan sobie pozwala? Jakim prawem wtargnął pan do cudzego domu i wtrąca się do cudzych spraw... ?

- Cudzych spraw - powtarza słabe echo głosu gospodyni.

- I zadaje pan jakieś pytania, interesuje się gdzie, co, kto z kim, co to ma znaczyć, co to za zawód? Kogo pan chce przekonać swoimi sztuczkami?
- Przecież to nie są sztuczki - wzdycha ciężko Mosin, lecz nie pozwala mu się skończyć wypowiedzi.

- Wkrada się pan do domu, węszy, co kto ma, a potem wraca pan z wytrychem, atakuje gospodarz, który wreszcie poczuł się w swojej roli.

To zdanie przeraża przybysza. Jego twarz blednieje na taką zniewagę. - Oczywiście, nie jest to prawdziwa praca - tłumaczy ma pan racje, proszę pana. To jest dodatkowe zajęcie. Moja prawdziwa praca to budowanie uli. Buduję je a potem wysyłam do domu, do Maryjskiego Kraju. Ale ludzie uciekają ze wsi do miast. A do miasta ula nie zabierzesz. Ludzie się rozwodzą, a ula nie przepołowisz. Rój pszczół, jeśli odleci, to odleci w całości, gdy dojdzie tam druga, obca matka. Można je chochlą zbierać z drzewa. Pszczoły nie są jak ludzie, z których każdy idzie w swoją stronę. No i właśnie, już nie potrzeba tylu uli. Tak spawy wyglądają. A jeśli nie ma zapotrzebowania na ule, to pozostaje demografia...

- Właśnie, jeśli nie ma rodziny, pozostaje demografia - zgadza się gospodyni.

- Niech pyta! Właśnie, niech pyta. Odpowiemy - wtrąca nagle młoda kobieta, która do tej pory stała cicho przy piecu. - Może wtedy sami się dowiemy! - Jest pełna radosnego, odważnego zdecydowania.

Ale ten pomysł podoba się tylko jej.

- No to może zaczniemy od córki - rzetelnie stawia sprawę Maryjczyk, zwracając się do stojącej przy piecu.

W pokoju zapada niedobra cisza.

- Skoro pan wie, że to akurat córka, to proszę bardzo - mówi uszczypliwie gospodyni.

- Dobra, dość tego przedstawienia - ucina zdecydowanie gospodarz. Chwyta z biurka wilgotną czapkę uszatkę, wciska ją byłemu sternikowi na głowę, drugą ręką wciska mu do ręki teczkę. - No już, żebym tu za chwilę pana nie widział!

Maryjczyk wstaje.

Żona spogląda z przerażeniem, ale i z zaciekawieniem na swojego męża, na dwie gniewne zmarszczki na jego czole. Taki się jej właśnie podoba, jednocześnie trochę jej żal owego Maryjczyka. Pyta więc ostrożnie:

- Pan nie ma pracy... a czy ma pan rodzinę?

- Syna. Też na morzu. Żona od trzech lat jest sparaliżowana. Ale jakoś sobie radzimy. Dzięki pszczołom. Zawsze miło jest je obserwował. Na przykład, jak ul brzęczy. Wtedy choćby wojna, nic to. Niedługo wiosna. Marzec. Czasem spacerujesz sobie w sadzie, ziemia pachnie. Wychodzi senna pszczoła z ula, kawka pilnuje przy ulu -łaps i ma słodki kęs. W ten sposób ta zaraza potrafi zjeść wiele pszczół.

Gospodarz kiwa głową, składa wargi w trąbkę. Słucha, słucha z niedowierzaniem. Na jego twarzy wciąż leży cień niezadowolenia, lecz w oczach zabłysnął marzycielski blask. Nawet w pokoju zrobiło się jakby przestronniej, policzki chłodzi świeży powiew wiatru. Gospodarz chce, żeby rachmistrz zniknął, ale nie wie, co począć z kobietami i nagle przyłapuje się na myśli - być tym rachmistrzem! Przyjść z ankietami i wyjść, a niechby nawet zostać wyrzuconym, jeśli tak trzeba! Być tym, który zbija ule, te wzory życia rodzinnego, i byle wszystko było w porządku. To zadowoliłoby go całkowicie. Żadnych rachunków, żadnych krzywd i bólu sprawianego komukolwiek. Tylko jak wytłumaczyć to tym kobietom, tym pięknym, wylęknionym i zranionym kobietom, że to właściwie wszystko, na co go stać? Że to wszystko... One w to nigdy nie uwierzą. One, które stworzyły go dzięki swym wzniosłym wyobrażeniom o miłości, które w swoich subtelnych duszach wymyśliły sobie ideał i z całą mocą mu się poświęcają - one nigdy by się na to nie zgodziły. Nie zrobiłyby tego za nic w świecie. Nie uwierzyłyby w to.

Maryjczyk wyszedł, słychać, jak schodzi po schodach. Dopiero za bramą zdobywa się na to, żeby się obejrzeć. Potem naciąga porządnie czapkę uszatkę, przez co wydaje się jeszcze niższy, i znika między krzewami tawuły.

Wykorzystując dogodną chwilę, młoda kobieta również znalazła się w przedpokoju i wydobywa spod płaszcza swój krótkie futerko. Gdy sięga po kapelusz, ręka mężczyzny wyprzedza ją. Milcząco podaje jej kapelusz. Czapka-niewidka byłaby tu bardziej przydatna, ale trzeba zadowolić się tym, co jest.

Na progu rudowłosa odwraca się i przez chwilę jeszcze patrzy. Nie, nie czuje się uciekinierką, ale musi zapamiętać wszystko, co tu pozostawia - nikt inny nie może tego zrobić za nią! Poważna i spięta, nie żegnając się z nikim, stoi w przeciągu, milcząco, z wysoko uniesioną głowa. Jak napięty do ostateczności łuk skoncentrowała w sobie całą energię. A w kogo została wycelowana strzała, nie wie nikt z obecnych. Tę spokojnie, w wyciągniętej dłoni, trzyma przyszłość...

Oto już znalazła się. na podwórku I jej małe buciki, zapięte na guziki, zostawiają cienką, kropkową czarną linię na ścieżce, prowadzącej do bramy. Linia nie przerywa się. W zaczarowanym pejzażu bez cieni, pośród mokrego śniegu i krzaków żywotnika jej niewysoka postać staje się coraz mniejsza i mniejsza, ale jeszcze przez dłuższy czas nie znika z pola widzenia, tak długa i prosta jest ta aleja. Jak długo mąż i żona nie patrzyliby w tym kierunku, jej mała postać pozostaje widoczna. Może w końcu zleje się z czymś - ostatecznie jest przecież odwilż! Zleje się z czymś, co istnieje od dawien dawna. Kiedyś... Zleje się z czymś, na co nigdy nie zwracamy uwagi, bo jest codziennie cały czas obok nas.

Mąż i żona wracają do pokoju i siadają naprzeciwko siebie, za stołem, prostują plecy. Przedstawiciele dyplomatyczni, posłowie różnych światów. Światów, które jeszcze siebie nie poznały, które jeszcze dymią i jeszcze nie wystygły, bo zaledwie pół godziny temu wyłoniły się z morza.


Asta Põldmäe
Tłumaczył Aarne Puu


 

ASTA PÕLDMÄE (ur. 1944), prozaik, krytyk literacki, tłumaczka i
redaktorka. Opublikowała m. in. wybór nowel „Me” (1977, „My”),
„Linnadealune muld” (1989, „Ziemia pod miastami”), „Wini plika” (1999,
„Wiedeńska dziewczynka”). Przekłady z języka fińskiego (M. Haavio) i
hiszpańskiego (E. Sábato, O. Paz, J. R. Jiménez, J. L. Padilla Corral).

Asta Poldmac. „Sula”, „Loomins”, 1996

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas