poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JAAN KAPLINSKI
Lód i „Tytanik” (fragmenty)
Dekada Literacka 2003, nr 9-10 (201-202)


Jaan Kaplinski „Jää ja Titanic” („Lód i >>Tytanik<<”), Tallin 1995; tłumaczenie na język rosyjski Tatiana Teppe; z języka rosyjskiego Anatol Roitman.


94.

Lubię pod wieczór posiedzieć sobie w domu, tak po prostu, w ciszy, nie robiąc nic, żegnając dzień, patrząc, jak zapada zmrok. Nie chce mi się zaciągać rolet, dopóki nie stanie się całkiem ciemno i w mieście nie zapalą się światła. Oddalający się dzień jest mi bliższy niż dzień nadchodzący, napełniający się zmierzchem pokój wydaje mi się bardziej przytulny niż w pełni dnia, kiedy jest pełen światła i krzątaniny. Większość swoich wierszy, zdaje się, też napisałem wieczorem. Kiedy uświadomiłem to sobie, zatytułowałem jeden z moich zbiorów „Wszystko powraca wieczorem”. Na północy zmierzch jest długi, na południu słońce schodzi pionowo, ciemność zapada raptem. Dlatego wydaje mi się, że jestem człowiekiem północy - gdyby tylko nie doskwierało zimno. Dokładnie tak samo, jak nie chce mi się zamykać za firankami-roletami w oświetlonym elektrycznością ciasnym pokoju, nie chce mi się też wychodzić na zimno. W Tallinie zimno jest szczególnie odrażające: przenikający wiatr niesie od strony morza wilgoć, chłód przenika przez ubranie do kości. W centrum miasta, zwłaszcza obok hotelu „Viru”, wiatr jest szczególnie ostry: hotel - to jest swego rodzaju rura, w której rodzą się powietrzne prądy i nasila się oddziaływanie wiatru.

Najmilsze są dla mnie ciepłe jesienne i wiosenne wieczory, gdy dni są jeszcze nie za długie, dla zmroku i ciemności jeszcze wystarcza przestrzeni. Dzień i noc - to niezupełnie mój czas. Życie nocne - światła miasta, restauracje, kawiarnie, teatry mają dla mnie o wiele mniejsze znaczenie niż chwile medytacji przy oknie, widok z okna, spojrzenie w stronę oddalającego się światła. Także i w tym jestem człowiekiem pogranicza, przynależę nie do światła i ciemności, lecz do zmierzchu, do świata przejściowego, który trudno uchwycić, określić i opisać.

95.

Wczoraj obok zamku Toompea stał brodaty starzec z plakatem, na którym było napisane, że jest on człowiekiem z lasu, który się nie poddał niewoli. Gdyby to uczynił, odsiedziałby swoje, otrzymałby uprzywilejowaną emeryturę, a teraz nie dostaje nic. Jeden z moich kolegów rozmawiał z nim, i w tym momencie podeszła kobieta, która powiedziała po rosyjsku, że nie rozumie, co jest napisane na plakacie starca, ale widzi, jak źle jest ubrany. Wsunęła coś starcowi do kieszeni, być może, owinięty w papier kęs wędzonej kiełbasy. Czy przyjął starzec kiełbasę, czy nie, nie wiem.

96.

Kiedy obudziłem się rano i podszedłem do okna, wydało mi się, że w nocy do ramy wstawiono matowe szkło: wszystko było we mgle, przez którą widniały tylko sylwetki drzew w parku, mała część ulicy oraz światła samochodów. Za kilka godzin mgła opadła, najpierw zarysowały się hotele, potem kościół Niguliste, sobór Aleksandra Newskiego i katedra Domska. Mgła tymczasem przekształciła się w szron, gałęzie drzew posrebrzyły się, ulice stały się śliskie. Przechodząc ulicą Kunderi, pośliznąłem się i niemal nie upadłem. Asfaltowa alejka w parku pobielała od szronu, ludzi było mało, na trawie bawiły się dwa psy - erdelterier i doberman. Na ulicy Viru wpadło mi w oko jedno z nielicznych ocalonych graffiti, powiadamiające, że najlepsze leki na wszystkie choroby - to samotność, bezpłatne jadło i radio, sprawdzono.

97.

Takie graffiti tymczasem setkami pojawiały się na ścianach estońskich miast. I o ich autorze w dziennikach ukazało się kilka artykułów, została napisana nowela i wydrukowana brutalna karykatura: człowiek, złapany na miejscu popełnienia zbrodni, wleczony jest do wariatkowa. Zdaje się, miał na imię Ülo Kipie, podobno studiował w Akademii Rolniczej, później zbzikował, sądząc, że przekazany mu został przez kogoś, jakoby z innej planety, ważny komunikat, od czasu do czasu siedział w wariatkowie, potem znów wydostawał się na wolność. Wszystkie swoje pieniądze wydawał na farby, żeby przekazać ludziom komunikat z innych planet. Pisał graffiti w czterech językach - estońskim, rosyjskim, fińskim i angielskim, niemal zawsze z błędami. Właściwie, komunikatów było kilka. W najprostszym mówiło się o tym, jak leczyć choroby, ale były też komunikaty adresowane do państw i rządów. Raczej nikt z czytających nie przyznawał się ani sobie, ani innym, że warto zastanowić się nad tymi komunikatami albo potraktować je poważnie. Jednak autor graffiti ściągnął uwagę na swoją reklamową akcję. W jakimś sensie pozostaje po dzień dzisiejszy czołowym działaczem reklamy w Estonii. Pamięć o nim nieprędko zetrze się z naszych ścian i ze wspomnień końca lat osiemdziesiątych. Gdyby Kipie jeszcze żył i działał dalej, może jakiś sprytny dyrektor firmy mógłby mu wyjaśnić, że nieodłączną częścią leczenia każdej choroby są również papierosy konkretnego gatunku, szampon albo odbiorniki radiowe „Sony”. Jestem pewny, że reklama odniosłaby sukces. Nieudolne zdania i błędy w pisowni nawet przyciągają uwagę i pomagają lepiej zapamiętać tekst. Tak mówią fachowcy.

Tak więc, możemy uważać, że Kipie był geniuszem od reklamy, którego doniosłości naród nasz do końca jeszcze sobie nie uświadomił. We wczesnym postradzieckim społeczeństwie, w którym ludziom obrzydzono hasła, dewizy i propagandowe klisze, zdołał wyjść z komunikatem, który utkwił w pamięci większości Estończyków i przebywa tam, na krawędzi świadomości i podświadomości, dłużej niż hasła 1988 roku o odrodzeniu narodowej substancji. Kipie odpowiedział szaleństwem na szaleństwo. W owym czasie, pod koniec lat osiemdziesiątych, w taki sposób postępowali i inni, wielu innych, w tym dziennikarze i politycy. Z zetknięcia się szaleństwa z szaleńcami zrodziło się niemało, w tym Republika Estońska.

98.

Czy szaleńcem jest ten, kogo nie rozumiemy, czy ten, którego nie chcemy zrozumieć? A nawet odwrotnie - jeżeli nie chcemy kogoś zrozumieć, czy nie nazywamy go szaleńcem? Szaleństwo to jest, raczej, pojęcie społeczno-psychologiczne, aniżeli indywidualno-psychologiczne. W grupie, w której wszyscy rozumieją wszystkich, nie ma wariatów; w grupie, w której nikt nikogo nie rozumie, wszyscy są wariatami. Społeczeństwo, w którym żyjemy, świat, w którym żyjemy, są na wpół, jeżeli nie więcej, nienormalne. Szaleństwo - to jest coś, co nas dzieli; szaleństwo - to demon Machiavellego, zniekształcający nasze stosunki, pożerający i przeżuwający informację, w wyniku czego nie dociera już ona od człowieka do człowieka w zrozumiałym kształcie.

99.

W rzeczywistości szaleństwo oznacza mnóstwo różnych rzeczy. Istnieją szaleńcy, którzy nie pojmują, że ich komunikat nic dociera do innych, albo, w najlepszym wypadku, nie pojmują, dlaczego nie dociera. Oni nie pojmują, że są wariatami. Czasem można ich zrozumieć, ale oni nas nie pojmują. Są również szaleńcy, którzy pojmują, że nie są w stanie obcować z innymi, wyrażać swoich myśli; myślą oni normalnie, ale nie umieją przełożyć swoich myśli na słowa. Jestem przekonany, że początkowo myślimy nie słowami, a przekładamy swoje myśli na słowa. Jest to trudny proces, wielu ludzi źle sobie z tym radzi, a niektórzy w ogóle nie dają sobie rady. I wtedy są uważani za wariatów albo głupców, chociaż niekoniecznie nimi są. Pewnego razu rozmawiałem z takim człowiekiem. Lubił bywać tam, gdzie rozmawiają o literaturze, i czasem sam zabierał głos, ale za każdym razem źle mu to wychodziło. Natomiast mnie się wydawało, że w rzeczywistości nie jest taki głupi, na jakiego wygląda, więc zapytałem go, czy sam rozumie, że nie jest w stanie wyrazić swoich myśli i że dlatego jest wyśmiewany. Odpowiedział, że tak właśnie jest, i jeszcze trochęśmy porozmawiali. Moje przekonanie, że jest mu trudno nie myśleć, ale oblekać swoje myśli w słowa, znalazło potwierdzenie. Po tym spotkaniu nie widziałem go więcej i nie wiem, czy żyje. Był dość stary.

100.

W połowie listopada niespodziewanie ustaliła się zimowa pogoda. Nad Europą Wschodnią rozpostarło się wysokie ciśnienie, do nas wciąż idzie i idzie zimne powietrze z rosyjskich przestworów. Niebo jest jasne, raz tylko padał śnieg, i teraz ziemia już nie jest goła. Temperatura, jednak, stopniowo się obniża, zbliżając się do rekordowych dla listopada mrozów, wynoszących, zdaje się, 24 stopnie. Na wsi zapomnieliśmy zamknąć właz do piwnicy. Wyszło to wczoraj, ale było już za późno: część jabłek i ziemniaków zamarzła. Dzisiaj rano nie udało mi się zapalić samochodu, możliwe, że akumulator się rozładował. Albo zapomniałem wyłączyć świateł, albo gdzieś było krótkie spięcie. Z techniką jestem na bakier: printer odmówił drukowania, dwa komputery zostały uszkodzone, nie wiem, czy da się je naprawić. Telewizor włącza się tylko za pomocą szpikulca albo śrubokrętu, bo przycisk się odłamał. Ciśnienie powietrza jest bardzo wysokie, w prognozie pogody podano, ze wynosi 780 milimetrów. Ciekawe, czy to daje się we znaki ludziom i oddziaływuje na sprzęt, a jeżeli tak, to w jaki sposób? Nie wiem dlaczego, ale z wiekiem coraz gorzej znoszę chłód. W zeszły poniedziałek jechałem do Tallina lodowatym autobusem. Dotarłszy do hotelu, cały drżałem. Nie miałem czasu by wejść pod prysznic, więc przez parę minut trzymałem ręce pod gorącą woda, i pośpieszyłem do miasta na zebranie. Tam też było zimno. W soboty i niedziele ministerstwo odłącza ogrzewanie, ale w naszym lokalu były włączone elektryczne grzejniki. Potem zrzuciliśmy się na butelkę koniaku i jak wypiliśmy, odczuleni, ze tym razem chłód i przeziębienie mnie nie pokonają. To było tydzień temu, i od tamtej pory chłód ciągle się wzmaga.

101.

Jakieś dziesięć lat temu napisałem wiersz po angielsku, który w tłumaczeniu brzmi następująco:

Coraz bliżej zima, i tak jak zawsze
przyfruwają do domu szkarłatne motylki
i zasypiają zimowym snem
gdzieś tam w piwnicy w kupie węgla.
Ciepło czasem przebija się do ich schronu,
i wracają do życia, krążą przed oknem i obok lampy,
ale wkrótce umrą bo nie mają nic do jedzenia -
lato, kwiaty i nektar
są daleko. Dni stoją ciemne,
lampa pali się od rana do wieczora. Na moim biurku
BBC World Service i RFE opowiadają
o konfliktach, konferencjach, układach i sojuszach
i milionach ludzi, umierających z głodu w Etiopii,
a niekiedy o uchodźcach, przeprawiających się łodziami
i umierających z pragnienia albo z rąk piratów
gdzieś na Południowo-Chińskim morzu.

102.

Co się tymczasem zmieniło? Być może teraz w Etiopii ludzie nie umierają z głodu, natomiast umierają w Sudanie, gdzie nowi władcy usiłują wprowadzić prawa Koranu. Moi znajomi muzułmanie opowiadali w Strasburgu o pewnym sudańskim teologu, który przeprowadził podstawową filologiczną analizę Koranu i wyodrębnił dwa teksty - natchnione prorocze orędzia o Wszechmogącym oraz pouczenia i zarządzenia miejskiego władcy skierowane do poddanych. Doszedł do wniosku, że to są dwie zupełnie odmienne części świętego pisma. Za to odkrycie został powieszony. Zdaje się, Koran nie uznaje takiej kary, jak zamorzenie człowieka głodem, o tym nie ma mowy i w Biblii. Jednak w naszym stuleciu to jest jeden z najbardziej rozpowszechnionych sposobów strącania. Mój ojciec umarł z głodu we więziennym łagrze pod Kirowem, tak jak umarły z głodu tysiące Estończyków, miliony Rosjan i Ukraińców, dziesiątki milionów Chińczyków, Ten sam los może spotkać tej zimy wielu ludzi w Bośni i Kurdystanie, gdzie trudno nieść pomoc wysyłając żywność, i gdzie ludzie dość często już nie mają normalnego domu, w do mach nie ma normalnych drzwi i nie ma okien. W całym Sarajewie zachowało się bardzo mało całych okien. Otwory okienne zakryte są papierem, błonką. Najbardziej szczęśliwi są ci, którym udało się zdobyć szkło organiczne, wytrzymujące falę uderzeniową - pewnie, że nie bezpośrednie uderzenie.

To naprowadza na myśl, że w niebezpiecznych regionach naszej planety miałoby sens oszklenie okien materiałem przystosowanym do warunków wojennych, co zmniejszyłoby ilość ofiar wśród ludności cywilnej Mieszkańcom Sarajewa łatwiej byłoby przeżyć zimę, gdyby mieli więcej trwale;:” materiału okiennego. Na Bałkanach zimy są również surowe, w Sarajewie, powiadają, jesienią dość częste są mocne wiatry. W zimie w górach Kurdystanu czasem leży głęboki śnieg, gruby na dwa metry. Tak opowiadali kurdyjscy uchodźcy, przebywający w Manniku pod Tallinem.

103.

 Większa część terenu irackiego Kurdystanu jest zrujnowana: rządowe oddziały wojskowe zniszczyły tu niemal wszystkie osiedla. Słyszałem nadaną przez fińskie radio opowieść pewnego człowieka, który razem z setkami innych ludzi w czasie obławy znalazł się w rękach oddziału egzekucyjnego Saddama. Przyprowadzono ich na rozstrzelanie, ale człowieka tego cudem kula nawet nie drasnęła. Wydostał się spod trupów i uciekł. Wśród dokumentów irackiego dowództwa wojskowego, jakie trafiły do rąk kurdyjskich powstańców, są i takie, które potwierdzają, że ludobójstwo było planowane skrupulatnie i bezwzględnie: mężczyźni - od malców do sześćdziesięciolatków - mieli zostać zabici, a kobiety, dzieci i starcy - zesłani. Teraz Kurdowie mieszkają na terenie, który jest broniony przez samoloty sojuszników przed oddziałami egzekucyjnymi Saddama, ale przed śniegiem, chłodem i głodem nikt ich nie broni. Ponieważ formalnie Kurdystan wciąż pozostaje częścią Iraku, podlega on wprowadzonym przeciwko Irakowi sankcjom ekonomicznym, które Bagdad, ze swojej strony, jeszcze bardziej nasilił. Powstaje wrażenie, jakoby ONZ i państwa zachodnie broniły Kurdów przed śmiercią wojskową tylko w tym celu, by umarli oni z głodu i chłodu. Społeczność światowa jedną ręką broni Kurdów, drugą zaś ich karze.

104.

W jednym z przeczytanych ostatnio przeze mnie artykułów o „Tytaniku” stwierdza się, że stalowe płyty kadłubu parostatku były za cienkie i łamliwe, w wyniku czego po zderzeniu z górą lodową w burcie utworzyła się szczelina długości około dziewięćdziesięciu metrów. Jeżeli tak, to stąd wniosek: w okrętownictwie ścierają się dwa wymagania - z jednej strony, prędkość, oszczędność i okazałość, a z drugiej niezawodność, Jak to często bywa, przegrywa niezawodność. Jak się rzecz ma z planowaniem państw? Neoliberalizm w ogóle nie chce się tym zajmować, państwa mają się kształtować tak, jak to odbywało się dotychczas -w sposób ewolucyjny, bez wszelkich planów, drogą prób i pomyłek. Jakież kryteria rządzą w takim razie ewolucją państw? Co jest ważniejsze, niezawodność czy korzyść ekonomiczna, stabilność czy szybki rozwój, maksymalny zysk czy możliwość przetrwania w przyszłości?

Ewolucja jest podobna do labiryntu z mnóstwem ślepych uliczek, i nie wiadomo, jak się stamtąd wydostać. Ptak nigdy nie stanie się jaszczurką, zwierzę ziemnowodne rybą, człowiek małpą. Nie ma powrotu do średniowiecza, neolitu i paleolitu. Jeżeli zniknie nowoczesna kultura, barbarzyństwo w żadnym razie nie powtórzy się w pierwotnym kształcie. Staniemy się neobarbarzyńcami, żyjącymi wśród odpadków i ruin, pozostałych po cywilizacji, w żadnym wypadku nie będzie nam dostępna informacja z czasów minionych. Jednym słowem, jest mało prawdopodobne, byśmy mogli porzucić tę cywilizację, zamienić jeden statek na inny albo na łódź ratunkową. Nawet jeżeli powietrze stanie się zimne i w radiu zaczną mówić o górach lodowych.


105.

Od chwili, gdy „Tytanik”opuścił port Southampton, Ameryka zsunęła się dziesiątki centymetrów w stronę zachodu. Nowoczesna aparatura laserowa pozwala ocenić szybkość ruchu kontynentów i te pomiary potwierdzają Wegenerowską teorię dryfu kontynentów, modnie przemianowaną dzisiaj na „nową globalną tektonikę”, albo tektonikę płyt. Profesor geofizyki z Oulu Swen-Erik Hjelt pisze, że litosfera, zewnętrzna sfera Ziemi, składa się z wielkich płyt, przesuwających się po na wpół odtajających skamieniałościach. Powierzchnia skorupy ziemskiej jest ograniczona, i płyty zderzają się, rodzą się grzbiety górskie, a część płyt znów pogrąża się w głębinę, w taki sposób w skorupie ziemskiej dokonuje się stały ruch. W pobliżu środkowo oceanicznych grzbietów górskich odtajające kamieniste formacje powstają z pęknięć w głębi ziemi - w taki sposób nadstawia, formuje się skorupa ziemska. Czytałem, że główna część wulkanów mieści się na oceanicznych głębinach, tam, gdzie rodzą się nowe płyty, które, nasuwając się i twardniejąc, wyruszają na wędrówkę wokół ziemi. Nowy świat rodzi się stale, stopniowo, nowa ziemia rodzi się w oceanie, jak i życie.

106.

Robi się coraz zimniej. Akumulator jest naładowany, ale korzyści z tego niewiele, zdaje się, że w silniku naprawdę było krótkie spięcie. Printer zaczął funkcjonować, natomiast zepsuła się golarka elektryczna. Noc jest cicha. Samochodów przejeżdża niewiele. Ta zima stała się próbą dla samochodów przywiezionych z zagranicy: pozostaną te, które się dostosują, słabe wymrą albo po prostu ich nie uruchomisz. Obawiam się, że surowa zima wyrządzi szkodę drzewom w naszym parku i ogrodzie. Nie wiem, co się stanie z ludźmi: być może najbiedniejsi - ci, którzy nie są w stanie płacić za mieszkanie i ogrzewanie, skazani zostaną na wymarcie. Możliwe, że najpierw odejdą żebracy z bulwaru Estonii obok domu towarowego albo z Toompea. Stąd, gdzie tak często na stopniach gmachu biura Partii Narodowej Niezależności Estonii siedzi kobieta z małą dziewczynką i gra na harmonijce. Przechodnie wrzucają pieniądze w futerał. To niedaleko od tego miejsca, gdzie dość dobrze jeszcze zachowało się jedno z graffiti Kipie: „AMBASADOROWIE” DYPLOMACJI GŁOWA PAŃSTWA ALBO PARTIE PRZYWOŁUJCIE DO PORZĄDKU 10KROTNYM WOJSKIEM PRZY POPARCIU WŁADZY ŚWIATOWEJ PRAWDĘ DAJĄCĄ WSZYSTKIM PAŃSTWOM WOLNOŚĆ I GOSPODARCZY ROZKWIT WOLNOŚĆ I

107.

Nie wiem, kiedy ten tekst został napisany i dlaczego nie ma zakończenia. Być może, skończyła się farba albo autorowi nie starczyło czasu, ale najprawdopodobniej, ktoś na niego natrafił, zatrzymano go albo zdołał uciec. Może był to fałszywy alarm. Nie wiem przecież, czy autor był człowiekiem odważnym czy płochliwym, czy zawsze uciekał, gdy był przyłapywany na pisaniu. Nie wiem również, czy pisał własne teksty gdzie popadło, wybierając miejsca bardziej ustronne, czy też miał jakieś plany strategiczne. Na przykład, obok zacytowanego przeze mnie orędzia przechodzili deputowani do Rady Najwyższej, a teraz chodzą deputowani do parlamentu. Przywódcy państwa, członkowie rządu jeżdżą częściej, niż chodzą, przecież mają mniej czasu na chodzenie obok czegokolwiek. A o istocie władzy, wolności i rozkwicie gospodarczym na Toompea mówiło się zawsze i mówi się dzisiaj. Dla bogów i ich prawdy, czy jest ona bliska prawdzie władzy światowej czy nie, na Toompea zarezerwowane są dwie duże cerkwie, obok których wałęsają się tłumy turystów, nędzarzy i stoją samochody o zagranicznych numerach.

108.

Czuję, że nadszedł czas na podsumowanie. Można byłoby powiedzieć, że powiedziałem wszystko, co chciałem powiedzieć, ale kiedy zaczynałem pisać tę historię, nie wiedziałem przecież, co chcę powiedzieć. Ciężko mi było na sercu, pisałem i piszę najczęściej, żeby stało się lżej, żebym mógł znów żyć, spać i jeść. Może chcę, pisząc, przyjść do czegoś, ale to coś jest bardzo nieokreślone i nieistniejące. Pisać - znaczy to samo, co wyruszać w nowy świat, jak i tworzyć nowy świat. Nie sposób pisać, wzorując się na Baedekerze albo Berlitzu, bo ani pierwszy, ani drugi nie opisują kontynentów i płyt, dopiero co powstających na dnie oceanu. Wszystko to może opisać teoria chaosu i, być może, teoria katastrof, do której podobno zwracają się obecnie badacze zjawisk sejsmicznych i wulkanizmu. Na pewno ta teoria może być wykorzystana przy opisie narodzin i losu gór lodowych. Nie wiem, czy teoria chaosu i katastrof byłaby szczególnie pomocna do opisu tego, co się dzieje dzisiaj w Kurdystanie lub Bośni. W każdym razie, dzieci, które tracą tam siły z głodu i chłodu, lub te, których trafiają pociski Serbów, nie mają z tych teorii żadnego pożytku. Jak i z tego, co ja tu piszę. Ale kto wie, może tam teraz jakieś dziecko myśli o „Tytaniku”, a nawet stara się skleić z papieru model „Tytanika”, taki sam, jak ten, który kupiliśmy kiedyś naszemu synowi. Być może, tam teraz jakiemuś dziecku śnią się wyspy Morza Południowego, ciepłe morze, gdzie nie ma zimy i głodu, i gdzie nie trzeba chować się do schronu przeciwbombowego. Być może, kins opowiada mu w tej chwili o tych wyspach, o „Tytaniku”, o tektonice płyt albo jeszcze o czymś, co mnie oczarowywało w dzieciństwie. Możliwe, że przeżyje te zimę i następne zimy, wyrośnie i kiedyś przeczyta w jakimś języku tę historię, którą pisałem ponad dwa lata, nie wiedząc, czym mam ją skończyć.

 W nocy znów było minus szesnaście. Okna autobusu okryły się szronem, przejeżdżam przez Tartu, jadę przez Estonię i wjeżdżam do Tallina, jak w trumnie ze szkła matowego. Docieram do hotelu wcześniej/niż zaczyna zapadać zmrok. Przez okno widać zaśnieżony park, ulice, pokryte gołoledzią, po mieście nie sposób chodzić normalnie.

W fińskiej telewizji pokazano fragmenty zaśnieżonego Sarajewa. Powszechnego głodu tam nie ma, nawet elektryczność i gaz są włączane od czasu do czasu. Ale w Mostarze zmarli już z głodu pierwsi ludzie.

Siedzę przed oknem. Przez nieszczelnie zaciągnięte story widać światła aut i neonowe litery na dachu hotelu „Viru”. Piszę, żeby na sercu stało się lżej, ale nie jestem pewien, że stanie mi się lżej. Z natury rzeczy jestem maksymalistą: chciałbym pisać czarodziejskie słowa, słowa, pomagające uwolnić się od biesów, czarnoksiężników, pocisków, szaleństwa i dyktatorów, a ukazują się słowa zwyczajne, zwykła literatura, która chyba w niczym nie pomoże. Ale i tego dokładnie nic wiadomo. Tak, że lepiej spróbować, bo inaczej mogę być obwiniony o to, o czym Jezus naprawdę powiedział w Ewangelii według Mateusza 12. 36). Interpretowano to i rozumiano jako „każde bezużyteczne słowo, które wypowiedzą Ludzie”. Niektórzy teologowie, tłumaczący zdanie z greckiego na aramejski i odwrotnie, uważają, że w oryginale było „za każde prawe słowo, które nie będzie wypowiedziane przez ludzi”, o tym mówił kiedyś Uku Masing.


110.

Moje dzieciństwo też zaczynało się w schronach przeciwbombowych. Ale to były czasy lepsze, kiedy ludność cywilna miała nie mniej szans na przeżycie wojny niż wojskowi. Żeby zrozumieć człowieka, trzeba rozpoznać w nim dziecko. Żeby człowiek ciebie zrozumiał, trzeba rozmawiać z nim jak z dzieckiem. Ot, i rozmawiam z dziećmi, z dziećmi, które wyrosły na okręcie wariatów i od których oczekuje się, że staną się takimi samymi normalnymi wariatami, jak ich ojcowie, matki, dziadkowie. Że nie będą pamiętali tego, że trafili tutaj z jakiejś dalekiej dali. Rozmawiam sam ze sobą, przemawiam do siebie samego, żeby usłyszało mnie dziecko we mnie i żeby wiedziało, że nie zapomniałem go, nie zapomniałem siebie, nie zapomniałem „Tytanika”, tego okrętu wariatów pośród ciemnego zimnego morza, nie zapomniałem zimnej fali, która przetoczyła się niespodziewanie przez Europę Wschodnią, przez Tallin i Tartu. Ale nie zapomniałem również wiosny i lata, kwitnących rajskich jabłoni, kiełkującej na grządkach sałaty, zapachu ziemi i gnoju, na-pchanego sianem strychu, maluteńkich pajączków, które uczą się latać, i wodnego koła, które mój syn zbudował na grobli. Oś koła była zgięta. Przy każdym obrocie uderzała z brzękiem w pudełko starego rowerowego dzwonka. W zaciszny wieczór ten dźwięk niósł się na podwórze z odległości dwustu metrów - razem z piosenką kosa i dalekim ledwie słyszalnym krzykiem chruściela. Dziecko we mnie było szalenie szczęśliwe, kiedy nareszcie usłyszało chruściela, szczęśliwe, że chruściel jeszcze żyje, szczęśliwe, że i samo istnieje, że ma dom, ogród, las, staw, zdrój i wodne koło, które przez całą noc bije w dzwonek w pobliżu olszyny. Diń. Diń. Diń. Diń. Diń.

Veskimõisa - Tartu - Tallin
1991-1993

Tłumaczył z języka rosyjskiego Anatol Roitman 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas