poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MARTA WYKA
Wjazd na wielorybie, albo Gałczyński dziś
Dekada Literacka 2003, nr 3-4 (195-196)

1.

W pół wieku po śmierci poety zainscenizowane zostały wielkie uroczystości; Sejm ogłosił rok 2003 jego rokiem, wydano dzieła oraz wymyślono przeróżne obchody. Akademia trwa, bohatera ma jednego, choć nie od rzeczy będzie przypomnieć, iż w tym samym roku i miesiącu co Gałczyński odszedł Julian Tuwim, mistrz jego poetyckiej młodości.

Związki ich obu z powojenną Polską nie trwały długo, były krótkie, liczą bowiem niespełna 10 lat, byli więc w tej literaturze meteorytami raczej niż stabilnymi punktami. Gałczyński napisał dużo, Tuwim niewiele. Obaj wrócili, jeden z Ameryki, drugi z Europy, na obszary potencjalnej sławy literackiej, nie mając chyba jasnej świadomości, jak dalece muszą się one okazać polityczne. I takie się faktycznie okazały, co zapewne skróciło ich życie.

Tuwimowi skróciło również twórczość, Gałczyńskiemu - nie. Pierwszą zwrotkę wiersza „Wjazd na wielorybie” napisał podobno w roku 1939, tytuł też był gotowy.

Co mógł napisać w strofkach następnych, gdyby wojna nie wybuchła? Nie jest trudno się domyślić. Zamiast „Przekroju” i „Tygodnika Powszechnego” byłoby dalej „Prosto z Mostu”, katedra Notre-Dame mogłaby pozostać, Zielona Gęś dołączyłaby do powołanego już do życia wcześniej Porfiriona Osiełka, Bacchus demokracji przypominałby przedwojennego szarlatana.

A jaki byłby witający tłum? Właśnie.

2.

O tyle warto się nad tym zastanowić, że Gałczyński, jak mało który polski poeta dwudziestowieczny, okazał się częścią masowej kultury, niezbywalną, a także jedyną w swoim rodzaju. Zaś to uczestnictwo nie wyczerpuje bynajmniej jego twórczości - skoro bywał, okresami, wybranym i akceptowanym pisarzem inteligencji. Mówił bowiem dwoma językami. Jakie one są, te języki?

Publiczność Gałczyńskiego odznacza się chwalebnym zróżnicowaniem. W pierwszym szeregu witają go pensjonarki oraz zakochane pary kilku generacji, walentynkowy tłumek. Na znak identyfikacji z lirycznym bóstwem powiewają emblematami: księżycem z papieru, gitarą z tektury, kolorowymi wstążkami, podobiznami narzeczonej, pieskami, kotkami, ślubnymi welonami. Mają odkryte i pogodne twarze. Czasem co prawda przebiegnie po nich łza, ale to mija, łza wysycha i można dalej patrzeć w księżyc.

„Twarz twoja jest jak słoneczko” - to jeden z najbardziej znanych wersów, zapisanych w wierszu „Sanie”. To ona rozświetla „noc jak bas”, i to zestawienie pokazuje dobrze zasadę chwytów lirycznych poety; w tunelu ciemności widać zawsze jakieś światło, „co się łzą oświeciło... to słońcem wschodzi” - „za pagórkiem cicha woda” („Niobe”).

Więc czytelnicy, którzy pragną emocjonalnego wsparcia, są zadowoleni. Poeta nigdy ich nie zawodzi, Zielony Konstanty i Srebrna Natalia pozostaną na zawsze w zbiorowej wyobraźni, jak Romeo i Julia, jak Tristan i Izolda jak Heloiza i Abelard, a może również, stosownie do swojej epoki, jak Kawik i Joanna, jak Marlena i Gary Cooper z filmu „Marocco”, jak Bogart i Bergman z „Casablanki”.

W spetryfikowanym języku krytycznym związanym z Gałczyńskim często powtarza się określenie Mistrz Konstanty. Kiedyś wymyślił je oczywiście sam poeta, licząc na stosowny odzew. I nie pomylił się. Żartobliwy epitet stał się rychło częścią krytycznego języka związanego z tą twórczością i z poetą samym. Krytyka posługuje się nim chętnie, nie wdając się w arkana mistrzostwa. To zdaje się dowodzić trafności samego językowego pomysłu, odwołującego się, być może, do źródeł kulturowo odległych, do jakichś rozmów średniowiecznych mistrzów ze śmiercią na przykład, słowem, do form nie wymagających w pewnym sensie uzasadnienia.

Współczesna kultura masowa (powróćmy do niej jeszcze...) jest taką domeną psychospołecznych gier, która doprowadziła do perfekcji posługiwanie się maskami. Mistrz Konstanty pełni funkcję kulturowej maski, nakładanej w stosownych okolicznościach. Poeta zdaje się mieć tego świadomość.

We „Wjeździe na wielorybie” gromadzi tych masek wiele: arcyapostoła cywilizacji „Przekroju”, Bacchusa demokracji (powracającego z Indii), pirotechnika, organisty, czarodzieja.

Gałczyński magiczny dlatego, między innymi, wciąż jest w cenie, bo magia stanowi jeden z elementów współczesnych dzieł kultury masowej (jeżeli w takim wypadku o dziełach można mówić...). Magik i małpiszon - to również jego powiedzonko, dobrze dziś konsumowane.

Właśnie - konsumowane. Wszystko, lub prawie wszystko, co mistrz wyprodukował, nadaje się do współczesnej konsumpcji. Ale jego poetycka produkcja tym się od innej wyróżnia, iż rzemieślnik był bardzo utalentowany. Warsztat nie krępował go, wręcz przeciwnie: budził w nim żywiołową radość tworzenia i pobudzał wyobraźnię. Magia Gałczyńskiego to bez wątpienia swoista konsekwencja jego rozmyślań oraz intuicji związanych z warsztatowym, formalnym aspektem twórczej aktywności.

Bowiem praca nad ekspresją poetycką pasjonowała go. Wiemy teraz na ten temat nieco więcej.

3.

 W najnowszym wydaniu dzieł znalazł się nieznany dotąd „Notatnik” poety, prowadzony w obozie w Altengrabow. Dokument przeleżał w rodzinnych kufrach blisko 60 lat. I ten dokument coś nam w fenomenie Gałczyńskiego odkrywa, a raczej odmiennie niż wcześniej oświetla.

Poeta, uważany za prześmiewcę programowego, unikający poważnej autorefleksji, jest w tych zapiskach zupełnie inny. Okazuje się historiozoficznym pesymistą, nie ma złudzeń co do faktu, iż dawna Europa upadła nieodwołalnie, zaś nowa jest wielką niewiadomą. Rozmyślając nad swoją ludzką kondycją w sytuacji odosobnienia, żyje dzięki wsparciu religii, i jest to życie bardzo poważne. Otacza go kulturalne pobojowisko, Europa jest przede wszystkim obszarem chaotycznych wędrówek ludów, wędrówki te nie posiadają żadnego jasnego celu. Gałczyński w niczym nie różni się od rówieśników, również wtedy zapisujących swoje dziejowe doświadczenia: Miłosza, Andrzejewskiego, Wyki, Micińskiego. Każdy w swoim punkcie myślał o tym samym i zadawał sobie analogiczne pytanie: czym zajmować się po klęsce?

Gałczyński odpowiadał tak: warsztatem, formą, językiem. Wydaje się, iż już wtedy powstawały intuicje kompozycyjne, które wprowadził do wielkich poematów powojennych - przede wszystkim analogie z muzycznymi strukturami. I wreszcie - w „Notatniku” - poeta jest czytelnikiem. Czytelnikiem poważnym, nie parodystą, kalamburzystą, bądź bezkrytycznym wyznawcą i panegirystą. Czyta zaś Gibbona, wspomina inne przedwojenne lektury, chce swój świat książek odbudować i poszerzać. Czytając, chce dojść do formy indywidualnej -i przyszłej. Takiego poety nie znaliśmy.

Wielokrotnie próbowano mu zedrzeć maskę. Uchylił jej sam i ten gest wydaje się najbardziej autentyczny. Bowiem nawet trafny psychologicznie portret, jaki sporządził Miłosz w „Zniewolonym umyśle” jest na dobrą sprawę literacki. Trafnie rejestruje gry, dotyka psychologicznych węzłów, ale pozostaje w strefie „dworskości”, dworak autora interesuje, bo dobrze przylega do całej układanki.

Może dałoby się teraz napisać portret artysty, którego kunszt nie polegał tylko na umiejętności zamiany wszystkiego, co go otaczało, w złoto.

Portret w tonacji ciemnej nie musiałby służyć żadnej tezie. Chociaż? W ostatnich latach poetę gnębił problem zdrady. I powiedziałabym, iż w równym stopniu własnej, co naznaczonych nią uciekinierów z ludowej demokracji.

4.

 Nie odpowiedziano tutaj - do końca - na pytanie, które postawiono gdzieś na początku: więc jaki byłby ten tłum witający arcyapostoła na wielorybie? Ten zabawny obraz wywołuje zresztą inny: Jonasza w brzuchu wieloryba. Nasz poeta zawsze na zewnątrz przebywał i nie pozwoliłby się zapewne zamknąć w izolowanej przestrzeni.

Dlaczego polscy inteligenci, tak wyszydzeni przez poetę, nie poczuli się urażeni, co równałoby się odrzuceniu jego języka? Dlaczego tak wiernie, aż po dzień dzisiejszy, cytują go i powtarzają? Inteligenci nostalgiczni, zapomniani, nie tak witalni jak po październiku. Inteligenci, wyszydzani, bronią się wciąż stylem Gałczyńskiego.

Ustąpili co prawda pensjonarkom miejsca w pierwszym szeregu, ale dla siebie zachowali hermetyczne, absurdalne dowcipy. Tego nie odbierze żadna nowa klasa, ani nowa publiczność oczekująca igrzysk innych niż absurdalne.

Tematem powyższego nie był więc, na dobrą sprawę, wjazd na wielorybie, choć to wiersz z dobrym, aby tak rzec, pretekstem. Zaczęty przed wojną, dostosowany do okoliczności, zaświadcza o wyższości sztuki wobec aktualności. Udana strofka nie może zginąć. Udana strofka jest bowiem najważniejsza.

Bluźnierstwa Gałczyńskiego już dawno przestały być bluźnierstwami. Ekscesy przeszły do historii artystycznych obyczajów, bo nie takie skandale inscenizują współcześni. Prowokacja

społeczna przestała być zrozumiała. Niegdysiejsi przeciwnicy okazali się sprzymierzeńcami. Nie ma cywilizacji „Przekroju”, ona też przeszła do historii.

Na tej opustoszałej przestrzeni, jak na pustej scenie, pozostał język. Rozlega się dobitnie, wiadomo, do kogo należy. Pozostały jego intonacje, zbitki wyobraźniowe, emblematy.

O Gałczyńskim wypada zakończyć żartem. Nie mamy jednak odwagi wymyślać żartu, więc wyręczymy się naszym autorem:

„Thomas Mann zaczynał w „Simplicissimusie”, a skończył jako laureat Nobla. Ja zacząłem w >>Cyruliku<<”, a skończyć mogę na szubienicy. Różne bo są drogi, jakimi za nos wodzi człowieka opatrzność”.

Siebie w roli wieszcza III Rzeczpospolitej przewidzieć nie mógł. Czy polubiłby tę publiczność?

Marta Wyka

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas