poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
JAN PROKOP
Krytyk na wieży Babel
Dekada Literacka 2003, nr 3-4 (195-196)

Chwalony jest w sytuacji patowej. Jeśli się wykręca, mówi, że nie zasłużył na miłe słowa, pomyślą, że hipokryta i obłudnik, jeśli powie, tak, dobrze, dziękuję, słusznie mnie chwalą, wyjdzie, że zarozumialec i pyszałek. Nabrać więc wody w usta?

Ale, jak już się ma mikrofon, za silna jest pokusa, żeby nie ponarzekać na okropne czasy. Kazimierz Wyka, ongiś mój szef w IBL, patron tej nagrody, wyrastał w ostatnich latach Polski przedwojennej, w atmosferze intensywnego życia literackiego i intelektualnego. Książki, które wtedy pojawiały się, były czytane i dyskutowane, spierano się gorąco, ale z pewnością była to epoka, gdy komunikowano się między sobą, można powiedzieć, że elity ówczesne żyły w czasach powszechnej komunikacji (nie idzie mi o tramwaje, ale o idee). Nawet wrogowie czytali się wzajemnie, polemizowali, kłócili, jak choćby Irzykowski i Boy. Wynikało z tego ożywienie intelektualne, wynikały wzajemne inspiracje, właśnie dzięki owym sporom i polemikom. Sporom „Skamandra” i „Awangardy”, „Kwadrygi” i „Wiadomości Literackich” (czym ongiś zajmował się Wiesław Paweł Szymański).

Potem przyszła wojna i PRL. O PRL-u napisałem i wydałem parę książeczek, nie wracam do tego koszmaru, czasem mi się śni, że towarzysz Jarowiecki w Komitecie Wojewódzkim i kapitan Knapik czy major Bratko w Urzędzie Bezpieczeństwa, będą orzekali o moim doktoracie, habilitacji, paszporcie.

Gdy nagle po Papieżu i Solidarności wybuchła Polska Odrodzona, wyśniona i wymarzona, żyliśmy przez czas jakiś w euforii. Otwarły się wrota raju. Wkrótce okazało się, że to była tylko normalność, szara i dokuczliwie zwykła. Cóż w tej normalności jest jednak zupełnie nienormalne i groźne? Kiedy za sto lat przyszły historyk naszych czasów natrafi, powiedzmy w Nairobi, na zeszyty krakowskiego „Znaku”(czy „Tygodnika Powszechnego”), nie domyśli się ani w ząb, że jednocześnie wychodził w Krakowie dwumiesięcznik „Arcana”. Z kolei inny historyk, powiedzmy w Kualalumpur, zajrzawszy do roczników „Arcan” również nie zgadnie, że podobne problemy dyskutowano w „Znaku”, że w ogóle wychodził „Znak”... Oba ośrodki są zamkniętymi, „izolowanymi monadami”, które nic o sobie nie wiedzą, nie chcą wiedzieć, nie piszą, nie wspominają, nie polemizują nawet, bo polemizować, to jakoś informować o istnieniu „wroga”... Niemcy mają na to zjawisko dobre określenie: „totschweigen”, a więc zamilczeć na śmierć. O przeciwniku się nie wspomina, żeby jego imię bez śladu wpadło w ową orwellowską „memory hole” (dziurę pamięci, a raczej całkowitej niepamięci). Taka blokada informacyjna bierze się ze skrajnej polityzacji, ze skrajnej ideologizacji życia intelektualnego. Rozróżnienia „swój” i „obcy”, „sojusznik” i „przeciwnik”, stały się kategoriami determinującymi. W rezultacie kultura rozpadła się na policentryczne rojowisko osobnych sekt politycznych, osobnych kapliczek ideowych, do których trzeba się koniecznie wpisać, aby zostać zauważonym.

Oto wieża Babel rozmaitych, niekompatybilnych języków, mnogość owych wyżej przywoływanych, zamkniętych monad (u Leibniza one się łączyły jeszcze za pomocą rozmaitych haczyków). A zatem rozpadło się owo niegdysiejsze, oparte na dialogu, „komunikacyjne uniwersum”, o którym wspomniałem zaraz na początku, uniwersum tak wyraźne, gdy zaglądamy do dokumentów przeszłości, do świadectw literackich sprzed wojny, z lat młodości Kazimierza Wyki. Ale zjawisko, o którym mowa - ów rozpad wspólnoty komunikacyjnej na poszczególne „soliloquia”, na poszczególne monologi - bierze się z coraz dalej postępującej komercjalizacji kultury. Książka staje się towarem jak tenisówki  czy t-shirty. Wiadomo, że „Tesco” nie będzie lansować produktów sprzedawanych przez „Carrefour” i odwrotnie. Każdy producent, każda firma, każdy supermarket prowadzi własną akcję promocyjną i nie troszczy się o merytoryczne walory tego, co jest promowane. Stąd powolny zanik krytyki, upadek krytyki w sensie merytorycznej prezentacji i oceny tego, co twórcze. Coraz rzadziej trafiamy na krytykę bezinteresowną, krytykę jako ciekawość nowych pomysłów, nowych odkryć literackich, bez względu na ich przynależność do takiej czy innej „sekty”, do takiej czy innej „firmy” lub „holdingu”. Dzisiaj krytyka staje się zwykłą reklamą produktu, po prostu promocją nowej generacji lodówek albo telefonów, albo telewizorów, albo kuchenek mikrofalowych. Krytyk pisze tylko o tym, co decydent-inwestor zechce mu podsunąć do wypromowania, jest dyżurnym dostarczycielem tekstów reklamowych czasem bardziej dowcipnych, czasem mniej... Dyskutuje w telewizji o tym, co mu zasugeruje redaktor prowadzący, z rzadka udając bezinteresowność, obiektywizm, ciekawość... Zna dokładnie granice swojej wolności, wie co ma pochwalić, czego nie dostrzec.

Te patologie dokładają się do innych. Przede wszystkim ułatwiają powstawanie gigantów. Gdyż ponad policentryzmem, rozdrobnieniem, izolowanymi „monadami” - paradoksalnie - wyrastają monopolistyczne monstra, które są rozprzestrzenieniem, zgeneralizowaniem, rozrostem partykularności. Przyczepiłem się tutaj do „Znaku” i „Arcan”, ale to drobiazg w porównaniu z niby-państwową telewizją, z imperium „Gazety Wyborczej” Adama Michnika, z radiowym królestwem ks. Rydzyka. Żaden z tych ośrodków czwartej władzy nie budzi zaufania, każdy jest bowiem wyrazem partykularnych interesów, obsesji, urazów - a nie rzecznikiem „dobra wspólnego”. Uporczywie jednak wierzę w taką wspólną płaszczyznę, wspólny teren, na którym tocząc spory, negocjując, współpracując, mogliby się spotykać różni z różnymi... Daj Boże, aby do tego, choćby chwilami, dochodziło...

Jan Prokop


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas