poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR ZETTINGER
Prozy
Dekada Literacka 2003, nr 3-4 (195-196)


Nagrody i kary

Studenci-żołnierze, będzie tu na was wykonywana czynność wzmożonej wymagalności! - grzmiał pułkownik Wawrzon ze zbitej z desek trybuny, ustawionej na skraju pola, gdzie nasze formacje tego przedpołudnia zgromadzono.

Dochodzące z chrapliwych megafonów przesianie nie brzmiało zachęcająco i powinno budzić niepokój, mogło przecież oznaczać, że nasza trwająca już od kilku tygodni żołnierska edukacja przyjmie teraz nowe, jeszcze mniej atrakcyjne formy. Dziś jednak żadne groźby nie były nam straszne, bo dzień zaczął się dobrze i nad niepewnym jutrem nie zamierzaliśmy biedzić sobie głowy. Po raz pierwszy od wielu dni nie padało, mogliśmy wreszcie wyschnąć i rozgrzać się w słońcu, uniknęliśmy też długiego marszu na odległy poligon, czołgania się w glinie i budowania okopów, a nawet pracy myślowej, która zgodnie z regulaminem poprzedzać miała wykonywanie bojowych zadań. Byliśmy wprawdzie głodni, bo wczesne, mizerne śniadanie na długo nie starczało, wiedzieliśmy też, że resztę dnia przyjdzie nam spędzić na żmudnym przygotowywaniu się do zbliżającej się lipcowej parady, doskonaleniu się w umiejętności chóralnego wydawania właściwych okrzyków i sztuce chodzenia w nogę z bronią na ramieniu, lecz w sumie mogliśmy być dziś z życia zadowoleni.

Ja zaś do zadowolenia miałem powody szczególne.

Nie byłem już dowódcą drużyny CKM-istów. Wyznaczono mnie do tej funkcji pierwszego dnia przez czysty przypadek, równie nieprzewidziany i przykry jak to, że trafiły mi się buty różnej wielkości i barwy - but lewy był czarny, a prawy, o numer większy, brązowy. O tym, kto w jakiej wylądował drużynie i jaką miał pełnić funkcję zdecydowało miejsce w dwuszeregu, który przebrani w mundury sformowaliśmy przed wspólnym namiotem naszego plutonu. Ja stałem w pierwszym rzędzie, w trzeciej dwójce od końca i to właśnie naszej szóstce, plutonowym chuchrom, powierzono pieczę nad ciężkim karabinem maszynowym; mnie przypadła rola dowódcy. Do niewygodnych, uwierających butów szybko przywykłem, moje stopy pokryły się w krytycznych miejscach ochronnym, grubym jak u nosorożca naskórkiem, opanowałem też trudną sztukę owijania nóg onucami. Rola dowódcy uwierała mnie bardziej niż buty, przyzwyczaić się nie mogłem, choć i chciałem, nie bardzo się po prostu do tego nadawałem, nie umiałem wydawać autorytatywnych rozkazów, ani podejmować szybkich i nieodwołalnych decyzji.

Dyrygowanie całym systemem opieki nad karabinem maszynowy m było zadaniem trudnym i niewdzięcznym, narażało mnie stal rodzaju konflikty i mnóstwo kłopotów. Już wcześnie rano musieliśmy CKM przygotować do wymarszu, rozebrać go na części, a potem donieść je, ciężkie i nieforemne, na odległy o ponad sześć kilometrów poligon. Rolę tragarzy dzielili z nami solidarnie koledzy z innych drużyn, była to jednak pomoc dobrowolna, musiałem o nią zabiegać, nie zawsze z dobrym skutkiem. Jeszcze trudniejsze zadania stały przede mną w drodze powrotnej, bo zmęczenie i głód wzmacniały ogólna niechęć i irytację, pomnażały wagę dźwiganych przez nas ciężarów i mozolny marsz, przedłużały. Nie było zresztą do czego się spieszyć. Na miejscu czekał nas nie odpoczynek, lecz żmudna praca, cały sprzęt należało bowiem bez zwłoki doprowadzić do należytego porządku, wszystko oczyścić, nasmarować i starannie wypucować, tak by móc sprostać wymaganiom stawianym przez sierżanta Sitka, który wyniki naszych działań skrupulatnie kontrolował. Sierżant był człowiekiem pedantycznym i bezkompromisowym, zaglądał w każdą szczelinę, sprawdzał każdy szczegół, braków nie przepuszczał, na ciężki karabin maszynowy zwracał zaś specjalną uwagę. Wydawać się mogło, że zła robota sprawiała mu większą radość niż dobra, w każdym razie nagany rozdzielał z większym zapałem niż pochwały. Szczególną satysfakcję dawała mu możliwość wydania oceny „czerwoniutka”, oznaczającej, że lufa nosi ślady rdzy i trzeba nad nią jeszcze popracować. Słowo to wymawiał z pewnym namaszczeniem, pieszczotliwie, przeciągając przedostatnią sylabę, tak jakby opowiadał o urokach pięknej dziewczyny. Dla opisu broni, którą gotów był zaakceptować, a więc wypucowanej i lśniącej od czystości, używał określeń zaczerpniętych ze świata anatomii zwierzęcej, bez porównania bardziej dosadnych. Walka o osiągnięcie takiego statusu dla naszego CKM-u kosztowała mnie każdego dnia wiele zachodu i czasu.

Dzień poprzedzający owo słoneczne i leniwe przedpołudnie był wyjątkowo uciążliwy, wróciliśmy z poligonu późno, przemoknięci, zziębnięci i okrutnie zmęczeni. Do pucowania wielkiego i skomplikowanego karabinu maszynowego nikt się nie palił, ja też się poddałem i namówiony przez kolegów zdecydowałem, że powinniśmy rzeczywiście wykorzystać chwilową nieobecność sierżanta i zabiegi oczyszczająco-konserwacyjne, tak je oficjalnie nazywano, skrócić. Nasz karabin maszynowy znalazł się więc w przechowalni broni w stanie być może nie czerwoniutkim, lecz jednak bardzo dalekim od obowiązujących wzorców czystości i połysku. Sprawa szybko się wydała i jako odpowiedzialny za tak niedopuszczalny stan rzeczy miałem się jeszcze tego samego wieczoru stawić u dowódcy kompanii, kapitana Niemczyka. Szedłem tam pełen niepokoju, obawiałem się bowiem nieprzyjemnej reprymendy, choć miałem nadzieję, że uniknę kary. Kapitan był w gruncie rzeczy człowiekiem rozsądnym i nam życzliwym, z jego miny wynikało jednak, że tym razem przebrałem miarę i sprawa na sucho mi nie ujdzie. Zapytał, czy nie rozumiem, że sprzęt bojowy, a zwłaszcza CKM, to rzecz dla żołnierza święta i czy zdaję sobie sprawę z powagi mojego przewinienia, a potem nie czekając na moją odpowiedź oświadczył ostrym tonem, iż musi mi wymierzyć odpowiednią karę. Widziałem się już w wilgotnej, samotnej celi, lub nocą, przy stosie kartofli, które do świtu trzeba będzie obierać, spotkała mnie jednak kara innego rodzaju - degradacja. Moje funkcje przejąć miał kolega z innej drużyny, ja miałem zająć jego miejsce i przemienić się w zwykłego żołnierza. Rozumiałem dobrze, że w pojęciu kapitana była to kara niezwykle surowa, bo w jego świecie degradacja oznaczała wielką życiową porażkę, utratę widoków na przyszłość, wstyd, hańbę i ostateczną dyskwalifikację. Nie zamierzałem z kapitanem dyskutować, ani podstaw jego życia podważać, nie chciałem go urazić, ani się z niego naigrywać, nie mogłem więc pozwolić sobie na pokazanie prawdziwego stanu mojego ducha. Surowy wyrok przyjąłem spokojnie i w milczeniu, choć nie przyszło mi to łatwo, bo wypełniały mnie uczucia wielkiej ulgi i niezmiernej radości. Nie kara mnie przecież spotkała, lecz najwyższa nagroda.

A kiedy tak wyzwolony od zmartwień i wszelkiej odpowiedzialności za ciężki karabin maszynowy stałem beztrosko w słońcu i jednym uchem słuchałem napomnień pułkownika Wawrzona, przypomniało mi się pewne zdarzenie z dzieciństwa, zdarzenie, w którym znaczenie i wartość takich pojęć jak nagroda i kara były równie pogmatwane i mało oczywiste jak wczoraj wieczorem, w namiocie kapitana Niemczyka.

Działo się to dziesięć lat wcześniej, w końcu 1949 roku. Byłem uczniem szóstej klasy, do szkoły chodziłem zawsze z przyjacielem, który mieszkaj w tym samym domu, dwa piętra niżej. Nie mieliśmy daleko, wystarczało nam wybiec z bramy na kilka minut przed ósmą. Tego grudniowego dnia spóźniliśmy się. Nie wiem, i o nas w drodze zatrzymało, może zagadali nas pijacy czekający od wczesnych godzin na otwarcie narożnego sklepu monopolowego, może zafascynowała nas jakaś awantura w kolejce do pobliskiego składu z węglem, a może pogwarzyliśmy sobie z długowłosym, obdartym staruszkiem, który chodził niekiedy wzdłuż naszej ulicy, pchał po kocich łbach swój koślawy wózek i wykrzykiwał „szmaty kupuję, szmaty”, albo z jego kolegą, noszącym na plecach warsztat do ostrzenia noży i zachwalającym swoje usługi donośnym, skrzekliwym głosem. Tak czy inaczej do szkoły na czas nie zdążyliśmy, a kiedy na miejsce wreszcie dotarliśmy, nie zastaliśmy tam żywego ducha, ani kolegów, ani nauczycieli, nie mogliśmy nawet znaleźć woźnego. Zdaje się, że nie bardzo się tym przejęliśmy. Powłóczyliśmy się po niedalekich polach, zmarznięci wróciliśmy do domu i zagnieździliśmy się w moim kołchozowym mieszkaniu, o tej porze zawsze pustym, bo i moja matka, i lokatorzy drugiego pokoju wychodzili do pracy jeszcze przed nami, a wracali dopiero późnym wieczorem. Spędziliśmy resztę szkolnych godzin grając w warcaby, pchełki i cymbergaja.

Następny dzień szkolny nie zaczął się dobrze. Już w progu naszej klasy natknęliśmy się na wychowawczynię, która z surową miną nakazała nam zgłosić się natychmiast u dyrektorki szkoły. Pani dyrektor, na ogół życzliwa i sympatyczna, przeobraziła się teraz w najgorszą jędzę, rozognioną, wrogą i napastliwą. Nie słuchała naszych nieśmiałych wyjaśnień, zaczęła nam wyrzucać podniesionym głosem, że wykazaliśmy karygodny brak dyscypliny, a przy tym popełniliśmy czyn w najwyższym stopniu niegodny, bo nie poszliśmy z całą szkołą do Muzeum Narodowego, gdzie właśnie wczoraj dana nam była okazja do obejrzenia wystawy prezentów, którymi polskie dzieci chciały obdarować wodza narodów, swojego największego przyjaciela i obrońcę w 70. rocznicę jego urodzin. Nie zdawaliśmy sobie oczywiście sprawy z politycznych implikacji naszego uczynku, zrozumieliśmy jednak, że sytuacja jest poważna, poważniejsza niż gdyby chodziło o jakieś zwykłe szkolne przewinienie, naigrywanie się z nauczyciela, ściąganie, wagary czy obicie kolegi. Staliśmy ze spuszczonymi głowami, skurczeni, przestępowaliśmy z nogi na nogę, coś tam bąkaliśmy, zdaje się, że trochę sobie popłakiwaliśmy. Dyrektorki to nie wzruszyło, rugała nas długo i porządnie, a w końcu zarządziła, że następnego dnia do szkoły mają przyjść nasi rodzice. I rzeczywiście przyszli, uznali widocznie, że sprawy bagatelizować nie można. Nie wiem, jakich użyli argumentów i czym panią dyrektor udobruchali, być może na jej ostatecznej decyzji zaważył fakt, że ojciec mojego przyjaciela miał dosyć wysokie stanowisko w ministerstwie, od którego szkoła była zależna. W każdym razie kiedy dyrektorka wezwała nas ponownie do swojego pokoju, nie była już tak zapalczywa, choć orzekła surowo, że kara ominąć nas nie może - mieliśmy przyłączyć się do jakiejś innej grupy, zwiedzić wystawę w Muzeum Narodowym, a potem napisać wypracowanie i przeczytać je na głos przed całą klasą. Instynkt podpowiedział nam, że powinniśmy narzucone nam zadania przyjąć pokornie, jako zasłużoną karę, choć w duchu cieszyliśmy się, bo od razu odkryliśmy, że w istocie obdarzono nas nieoczekiwaną nagrodą. Już wkrótce mogliśmy ją odebrać - zamiast siedzieć i nudzić się w szkole, wędrowaliśmy sobie przez cały dzień po muzealnych salach i podziwialiśmy piękne przedmioty, które polskie dzieci zrobiły dla swego ukochanego przyjaciela i obrońcy. Nagroda nie ominęła też naszych szkolnych kolegów, bo mogli się spokojnie zdrzemnąć, kiedy jąkając się opowiadaliśmy w klasie o zbliżającej się wiekopomnej rocznicy i o znanych już wszystkim malowankach, wełnianych robótkach i gipsowych figurkach.

Ze świata wspomnień wyrwał mnie głos sierżanta, wzywający do wymarszu na plac, gdzie mieliśmy ćwiczyć musztrę. Próbując iść w nogę, rozpamiętywałem korzystny rozwój mojej wojskowej kariery i pomyślałem, że los jest mi chyba przychylny, skoro kary, jakie mi wymierza, tak często wychodzą mi na dobre.
 


PIESKIE ŻYCIE

Taksówkarz wiozący mnie z moskiewskiego lotniska Szeremietowo do centrum miasta był człowiekiem towarzyskim i rozmownym.

- Wy tam na zachodzie - tłumaczył mi, żywo przy tym gestykulując - wy to zdaje się lubicie tego Gorbaczowa. A wiecie co on tu narobił? Zamknął połowę sklepów monopolowych, teraz nawet po wódkę trzeba siać w kolejce. A w restauracjach? Przed drugą nawet piwa, cholera, nie podaj,)! Pieskie życie...

Ja rzeczywiście czułem do Gorbaczowa dużą sympatię, teraz zrobiło mi się go żal, bo pomyślałem, że wpędził się w niezwykle kłopotliwą, może nawet beznadziejną, sytuację. Taksówkarze się go wyraźnie nie bali, nikt się go więc tu może nie bał i nikt go może nie kochał, gdyż utrudnił wszystkim dostęp do wartości nadzwyczajnej wagi.

W polu przemożnego działania tych wartości zdarzało mi się przebywać niejednokrotnie. Wykręcić się było trudno, odmowę traktowano jako niezrozumiałe dziwactwo, dowód absolutnej obcości, gruby towarzyski nietakt, akt podejrzany, wręcz wrogi. Piliśmy w restauracjach i hotelowych pokojach, w salach konferencyjnych i w saunie, jadąc pociągiem lub samochodem, jako lekarstwo lub dla rozgrzewki, z okazji powitania lub pożegnania, by uczcić sukces lub pocieszyć się po porażce, lecz przede wszystkim dla potwierdzenia, że należymy solidarnie do tej samej grupy, a nawet do tego samego człowieczego gatunku, gdyż „tolko sobaki żrut, a niepijut”, jak to ujął jeden z moich radzieckich kolegów, kiedy opowiadał o swojej dwudniowej rybackiej wyprawie, którą z przyjacielem postanowili przeżyć bez picia, lecz szybko uznali, że taki zamiar sprzeczny jest z podstawowymi ludzkimi prawami i potrzebami.

Jak prawdziwy człowiek z prawdziwym człowiekiem opijaliśmy więc spotkanie, jakie w samych początkach lat 80. urządzono nam w poważnym i znanym w świecie podmoskiewskim instytucie naukowo-badawczym. Budynek instytutu nie różnił się niczym od dziesiątków innych radzieckich budowli tego typu, był ogromny, ciemnoszary i zapuszczony, sprawiał wrażenie porzuconej od lat twierdzy. Jedynie rozciągnięty wzdłuż ostatniego piętra transparent głoszący chwałę pokojowej polityce CK KPSS świadczył o tym, że ktoś budynkiem nadal się interesował. Do obramowanego potężnymi kolumnami wejścia wiodły nadżarte zębem czasu, oblodzone schody. Prowadzeni przez naszego moskiewskiego opiekuna przecisnęliśmy się przez wąskie, niedomykające się drzwi i znaleźliśmy się w dużej, zimnej hali, ozdobionej gaśnicą przeciwpożarową, tablicą z fotografiami bohaterów pracy ostatniego miesiąca i obwieszczeniem zabraniającym spożywania tu napojów alkoholowych. W kącie stała gromada ponurych, młodych mężczyzn w zimowych, watowanych kurtkach i futrzanych czapach, a za koślawym biurkiem siedziała otulona w gruby szal recepcjonistka. Nuciła „Podmoskowskije wieczera” i robiła na drutach. Na nasz widok przerwała niechętnie swoje zajęcia i po chwili trudnych zmagań z pokręconym sznurem archaicznego telefonu gdzieś zadzwoniła. Zaprowadzono nas wkrótce na trzecie piętro, do ogromnej sali konferencyjnej z wielkim oknem przysłoniętym seledynową zasłoną, ułożoną w kształt teatralnej kurtyny z falbankami. Czekała tu na nas duża grupa pracowników instytutu i ministerstwa, powitano nas ciepło i serdecznie. Wielki stół w środku sali był bogato zastawiony półmiskami z kiełbasą, sałatkami, rybą i ogórkami, zaś między nimi pyszniły się wysmukłe butelki, niczym nowoczesne, oszklone wieżowce wśród niskiej i niedbałej zabudowy rosyjskiej wsi. Do stołu zasiedliśmy od razu. Nie ruszyliśmy się z miejsca przez następne dwie godziny, bez pośpiechu omawialiśmy dziwne w tym roku wybryki pogody, dyskutowaliśmy szansę różnych drużyn w zbliżających się mistrzostwach świata w hokeju na lodzie, jedliśmy i piliśmy za zdrowie wszystkich tu obecnych, za przyszłe sukcesy naszej współpracy, za naszą wzajemną przyjaźń, za przyjaźń między naszymi narodami i „mir wo wsjem mirje”. Nasyceni i w dobrych humorach ruszyliśmy na wycieczkę krajoznawczą po instytucie. Szliśmy długimi korytarzami, oświetlonymi migocącymi jarzeniówkami i wyłożonymi wybrzuszającym się tu i ówdzie linoleum w kolorze musztardy, minęliśmy wielu zaaferowanych, bladych mężczyzn w szarych garniturach, z plikami papierów pod pachami i kilka tęgich pań w obcisłych i przykrótkich spódnicach, także niosących jakieś papiery, zajrzeliśmy do kilku pokoi oddzielonych od korytarza drzwiami obitymi brązową ceratą, podaliśmy rękę kilku osobom i po godzinie wróciliśmy. Deko racja sali z seledynowymi firankami się nie zmieniła, tyle ze półmiski wypełniono nowymi porcjami jadła, a puste butelki za i pełnymi Do hotelu w centrum miasta odwieziono nas dopiero pod wieczór. Wyboje i smród spalin dokuczały nam teraz dużo bardziej niż rano, w drodze do Instytutu.

Nie ulegało wątpliwości, że wizyta była pomyślana jako gest  przyjaźni i dowód  zaufania, lecz także jako sprawdzian naszej towarzyskiej dojrzałości, a nade wszystko jako świetna okazja, żeby spędzić normalny dzień roboczy w przyjemnej, biesiadnej atmosferze. Choć w sztuce korzystania z darów stołu nie mogliśmy się równać z naszymi radzieckimi kolegami, wszystko wskazywało na to, że zaufania nie zawiedliśmy i przez próby przebrnęliśmy z honorem. Już wkrótce zaproponowano nam wizytę we współpracujących z podmoskiewskim instytutem wielkich zakładach przemysłowych, położonych na północnych krańcach półwyspu Kola.

Nasz samolot wylądował w Leningradzie o czasie, na drugą stronę przeszliśmy jednak z dużym opóźnieniem, bo paszporty i bagaże przyjezdnych sprawdzano tego dnia jeszcze staranniej niż zwykle. Oczekujący nas dwaj wysłannicy kolskiej fabryki, przejęci i zdenerwowani, przywitali nas hiobową wieścią, że na zaplanowany wieczorny pociąg pospieszny nie zdążymy. Pomysł, żeby przenocować w Leningradzie i jechać dalej następnego dnia, na przykład samolotem, wzbudził u naszych przewodników zdumienie swoją naiwnością, na takie ekstrawagancje nie mieliśmy przecież niezbędnego zezwolenia. Jedynym wyjściem było próbować znaleźć miejsce w odchodzącym o północy pociągu osobowym.

Byliśmy atrakcyjnymi klientami z dolarami i amerykańskimi papierosami w kieszeni, taksówkę znaleźliśmy więc bez trudu i na stację dojechaliśmy bez kłopotów. Leningradzka hala dworcowa tonęła w półmroku, jedynie zamykająca ją z lewej strony ściana, ozdobiona sztandarami i girlandami, z rodzajem kapliczki z ogromnym, gipsowym popiersiem W. I. Lenina, oświetlona była silnymi reflektorami. Kasy były zamknięte, biletów się tu nie kupowało, można je było dostać gdzieś na zapleczu, jeśli się okazało stosowne dokumenty. My takich dokumentów nie mieliśmy. Nasi opiekunowie wzięli swoje wypełnione anużki, nasze paszporty oraz kilka paczek Malboro i gdzieś zniknęli. Wrócili po godzinie, zadowoleni z rezultatów swoich zabiegów, podochoceni i radośni. Wystarczyło potem dać dwie paczki papierosów kierownikowi pociągu i już niedługo mogliśmy rozgościć się w naszej czteroosobowej kuszetce. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w dobrych rękach, więc spartańskie warunki i perspektywa 30-godzinnej jazdy nas nic przerażały. Nasi doświadczeni towarzysze podróży przyjechali dc Leningradu już dwa dni wcześniej, zdążyli zaopatrzyć się w niezbędne w drodze wiktuały i napoje, nie groził nam głód ani brak środków na zabicie nudy i ukojenie smutków.

Wnet okazało się jednak, że podróż będzie bardziej uciążliwa, niż się spodziewaliśmy, i że owe napoje będą potrzebne nie tylko dla podtrzymania ducha i humoru, lecz wręcz dla ratowania naszego życia. Temperatura w przedziale zaczęła szybko spadać i niewiele się wkrótce różniła od tej, jaka panowała w skutych zimą lasach, przez które się niespiesznie toczyliśmy. Grzejnik nie działał. Przydziałowe szare kocyki, szmatławe i cieniutkie, nie dawały żadnej ochrony, niewiele pomagały własne swetry i kożuchy, nie serwowano nam też, jak zwyczaj nakazywał, gorącej herbaty, bo odpowiedzialna za samowar dyżurna gdzieś się zaszyła, zapewne w jakimś cieplejszym wagonie. Marzliśmy niemiłosiernie. I tylko wódka ratowała sytuację, nieco mnie w końcu rozgrzała, udało mi się nawet na chwilę zdrzemnąć. Nadejście dnia przywitałem z radością, pojawiło się trochę ciepła, zadomowiliśmy się, zajadaliśmy chleb i kiełbasę, które nasi opiekunowie wydobyli ze swoich siatek, zjawiła się także dyżurna, dla rozgrzewki mogliśmy więc popijać gorący czaj. Fabryczni wysłannicy byli ludźmi delikatnymi i sympatycznymi, dzień minął nam szybko. Niepokój budził jedynie pogarszający się stan zdrowia mojego kolegi. Anton, doświadczony żeglarz i wytrawny turysta, do takich warunków przyzwyczajony jednak nie był, siedział markotny, pojękując, na pewno miał gorączkę. Nakarmiliśmy go, napoiliśmy i opatuliliśmy starannie na noc. Wziął aspirynę i wkrótce usnął. Także mnie sen w końcu zmorzył, choć przeszkadzało mi donośne chrapanie naszych kolskich opiekunów. Obudził mnie w środku nocy głos wagonowej dyżurnej, która stojąc w drzwiach naszego przedziału tłumaczyła, że do rozpalenia ognia pod samowarem potrzebny jest jej węgiel, a zapasy trzyma właśnie u nas, pod pryczą mojego nieszczęsnego kolegi. Musieliśmy go obudzić i zwlec z łóżka. Nic biedak nie rozumiał, mamrotał coś niewyraźnie, półprzytomny, rozogniony i wściekły. Długo potem nie mógł usnąć.

Na miejsce dojechaliśmy wczesnym ranem, ja i nasi radzieccy towarzysze podróży w niezłym stanie, Anton w stanie fatalnym. Położono go natychmiast do hotelowego łóżka i zwołano medyczne konsylium, w skład którego weszli główny technolog kolskiej fabryki, jego zastępca, szef działu rozwoju technicznego, kierownik laboratorium i kilku innych, ważnych inżynierów. Otoczyli łóżko chorego i zaczęli żywo dyskutować, jak go należy kurować. Utworzyły się dwie szkoły -jedna zalecała wódkę z solą, druga dowodziła, że wódka jest w tym wypadku rzeczywiście niezbędna, lecz należy ją podawać nie z solą, a z pieprzem. Po długich, intensywnych deliberacjach zdecydowano się na kompromis, wódkę i z solą, i z pieprzem, byle w stosownych proporcjach. Ktoś pobiegł do hotelowej kuchni po przyprawy, inny przyniósł z łazienki szklankę do mycia zębów, a zastępca głównego technologa wyciągnął z kieszeni butelkę. Biedny Anton w dyskusji nie uczestniczył, blady i bezwolny szybko wypił podaną mu miksturę, natychmiast potem wstał, z nieoczekiwaną energią rozepchnął otaczającą go gromadę i na chwiejnych nogach ruszył w stronę łazienki. Znawcy przedmiotu orzekli, że to zdrowa i obiecująca reakcja, i że kurację należy bezwzględnie kontynuować. Przy łóżku chorego zorganizowano dyżury i zadbano, by zabiegi powtórzył tego dnia jeszcze kilka razy. Podjęte środki przyniosły szybko zamierzony skutek i już następnego dnia Anton mógł uczestniczyć w naszych wspólnych fabrycznych wysiłkach, a wieczorem wziąć udział w uroczystej kolacji, w której Moskowskaja nie odgrywała już roli medykamentu.

Kolską fabrykę odwiedziliśmy ponownie kilka lat później, już w czasach, które ów moskiewski taksówkarz tak surowo oceniał. Tym razem na pociąg zdążyliśmy, dojechaliśmy szybciej i bez żadnych nieoczekiwanych przeszkód. Przyjęto nas serdecznie, jak starych przyjaciół, atmosfera była jednak inna, odpowiadała duchowi nowej epoki. Do obiadu podawano wyłącznie wodę mineralną, a nawet z okazji uroczystych wieczornych przyjęć ograniczano się do niemal symbolicznych ilości mocnych trunków. Nie ulegało wątpliwości, że naszych. gospodarzy to nie radowało, byli zakłopotani i jakby zawstydzeni, próbowali jednak dzielnie i z wielkim samozaparciem udawać, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, starannie przy unikając niestosownych żartów lub komentarzy. Za koło podbiegunowe głasność jeszcze nie dotarła. W dniu wyjazdu odprowadzało nas na dworzec spore grono pracowników fabryki, jej techniczny dyrektor i kilku jego bliskich, zaufa 1 podwładnych. Na polecenie dyrektora nasza furgonetka zajechała na otoczony wysokim płotem, pusty plac. Zaciągnięto firanki, ktoś wydobył z teczki dwie musztardówki, inny wyciągnął butelkę. Rozmowa się tym razem nie kleiła, toasty były wymuszone, nieśmiałe, piliśmy niemal w milczeniu, tak jakby w istocie cała uroczystość była rodzajem ciężkiej, niezasłużonej kary. Rozumiałem dobrze moich radzieckich kolegów. Wiele na pewno w swoim życiu przeszli, niejedno musieli zatajać i robić w ukryciu. Teraz musieli w ukryciu pić za zdrowie i powodzenie swoich gości, starych przyjaciół, którzy udawali się w daleką drogę. Było to dla nich doświadczenie wyraźnie nowe i niezwykle bolesne. Główny technolog wypił swoją porcję, obtarł ręką usta i zanim podał szklankę dalej, westchnął głęboko i powiedział: „wot, żyzń”. Dobrze wiedzieliśmy, co miał na myśli - pieskie życie...

Piotr Zettinger
 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas