poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT OSTASZEWSKI
Dla kolegów z klasy?
Dekada Literacka 2003, nr 3-4 (195-196)

Zwróciłem się ostatnio, wypełniając redaktorskie obowiązki, do krytyków średniego i starszego pokolenia z prośbą o wypowiedzenie się na temat twórczości poetów urodzonych w latach 70. Pomysł wydawał się dobry: pokazać młodą poezję z nieco innej perspektywy, niż czyni się to zwykle. Do tej pory przecież zajmuje się nią głównie krytyka towarzysząca, młodzi krytycy piszą o tomikach swoich rówieśników, a często zdarza się, że poeci recenzują siebie nawzajem; wszak żyjemy w czasach, w których młodzi, chcąc zaistnieć, chwytają kilka srok za ogon i wcale nie należy do wyjątkowych sytuacja, że poeta jest jednocześnie krytykiem, prozaikiem, redaktorem, a często nawet wydawcą (bywa że własnych tomików). Okazało się jednak, że poszukiwania nowej perspektywy oglądu młodej poezji zakończyły się fiaskiem. Po prostu większość zaproszonych przeze mnie do współpracy krytyków nie chciała pisać o wierszach młodych poetów. Nie byłoby w tym może nic dziwnego - w końcu nie każdy ma czas i ochotę produkować teksty typu ankietowego - gdyby nie fakt, że krytycy stwierdzali, że młodą poezję znają słabo, nie potrafią ogarnąć tego zjawiska, albo wręcz nie interesują się nim wcale.

Rzecz całą można zapewne uznać za oczywistość. Starsi krytycy wolą czytać Miłosza czy Różewicza, a nie - Siwczyka czy Pluszkę. Cóż, zdarza się, widać poeci-nestorzy wciąż są w lepszej formie niż „młodziaki”. Poza tym skończyła się koniunktura w państwie literatury. Na początku lat 90. odbywało się nieomal polowanie na młodych, szukano na siłę nowych nazwisk, próbując znaleźć dowody na potwierdzenie tezy o przełomowym dla literatury znaczeniu roku 1989. Szybko stało się jasne, że wielu młodych było jedynie sezonowymi gwiazdami. W efekcie już w drugiej połowie lat 90. przyglądano się debiutantom o wiele krytyczniej, a z czasem, kiedy literatura III RP jako tako okrzepła, przestano w ogóle zwracać na nich większą uwagę. Cóż, widać takie mamy czasy, młodość nie daje w literaturze żadnego handicapu, co więcej, staje się czymś w rodzaju wstydliwej przypadłości, której jednak nie można się szybko pozbyć. Chociaż przyznać trzeba, że to dosyć osobliwa sytuacja. Media trąbią przecież, że żyjemy w czasach terroru młodości, że siwowłosi tracą autorytet, a młodzi panoszą się bez umiaru, a tymczasem w świecie literackim młodość zdaje się być w całkowitym odwrocie (wyjątkiem jest tylko urocza nastolatka Dorota Masłowska). Cóż w tej sytuacji mogą zrobić młodzi poeci? Wydaje się że raczej niewiele, uzbroić się w cierpliwość i pisać, czekając na szansę, która być może nigdy nie nadejdzie, albo dać sobie spokój z wierszo-pisaniem i zatrudnić się w agencji reklamowej do wymyślania sloganów reklamujących proszki czy jogurty.

Ale czy faktycznie mamy w tym przypadku do czynienia z oczywistością? Czy normalne (to jedno z ulubionych ostatnio słówek krytyków) jest, że młodzi poeci tworzą właściwie jedynie dla kolegów z klasy, funkcjonując w niszy, do której prawie nikt poza ich rówieśnikami nie zagląda? Moim zdaniem - nie. Warto zastanowić się, dlaczego młodzi poeci znaleźli się na odległych marginesach literatury, które nie są -jak chciałby Przemysław Czapliński (zob. tegoż, „Ruchome marginesy. Szkice o literaturze lat 90.”, Kraków 2002) - „ruchome” i nie współtworzą przestrzeni społecznej komunikacji, bo w niej nie uczestniczą, albo inaczej - nie są do niej dopuszczane. Po części przyczyn tego zjawiska należy szukać w zmianach, które nastąpiły w literaturze i sposobach jej funkcjonowania po roku 1989. Zniesienie cenzury i centralnego rozdawnictwa dóbr służących kreowaniu kultury, uaktywnienie się społeczności lokalnych, stosunkowa łatwość druku, upowszechnianie nowych mediów takich jak Internet - to wszystko razem wzięte spowodowało, że wyłoniły się nowe środowiska literackie, powstały setki mniej lub bardziej efemerycznych pism i instytucji zajmujących się animacją kultury. Życie literackie stało się heterogeniczne, różnorodne, poza tym rozbite zostało na kilka rozwijających się równolegle, niezależnie od siebie, poziomów i obiegów. Wprawdzie ukształtowało się jego nowe centrum, które tworzą masmedia (pisał o tym już w roku 1998 Krzysztof Uniłowski w tomie „Skądinąd”), ale nie doprowadziło to do jakiegokolwiek hierarchicznego uporządkowania literackiego świata. Wiadomo przecież, że masmedia interesują się niewielkim wycinkiem literatury, czyli twórczością z jednej strony wielkich, uznanych pisarzy, z drugiej - autorów głośnych, których książki sprzedawane są w dużych nakładach; reszta literatury stanowi dla wysokonakładowych pism, radia czy telewizji właściwie sferę (pod)kultury (określenie Piotra Mareckiego, zob. tegoż, „0.00 PLN + VAT. Młoda polska (pod)kultura”, w: „Frustracja. Młodzi o Nowym Wspaniałym Świecie”, Kraków 2003). Życie literackie nabrało charakteru gettowego, toczy się głównie w zamkniętych grupach czy środowiskach, które niezbyt interesuj,i się działaniami innych, co więcej, często nawet nie wiedzą - i to w czasach, kiedy mówi się wciąż o informacyjny m nadmiarze i ogromnej dostępu wszelkich informacji! - co dzieje się w sąsiednich gettach. Nic więc dziwnego, że wiele inicjatyw wydawniczych ma charakter mocno ograniczony, lokalny, co oczywiście powoduje problemy z „zaistnieniem” autorów poza kręgiem „krewnych i znajomych królika”. Te problemy najbardziej dotykają młodych prozaików i poetów (tych drugich chyba jednak bardziej), których nazwiska nie są jeszcze „markowe”. Publikują w małych oficynach wydawniczych albo w seriach uruchamianych przez czasopisma, nakłady ich książek są niewielkie, promocja i dystrybucja prawie żadna; a często zdarza się, że tomiki młodych poetów w ogóle nie trafiają na półki księgarń. Cała ta aktywność wydawnicza, ilościowo nawet imponująca -rocznie takich tomików wychodzą przecież setki, jeśli nie tysiące - przynosi w gruncie rzeczy niewielki efekt. Wygląda to trochę tak, jakby poeci wrzucali swoje książki do dziupli. Ci, którzy stoją blisko drzewa, w którym jest owa dziupla, pewnie to zauważą, ale inni, skupieniu wokół sąsiedniego drzewa - nie mówiąc już o tych, którzy buszują w innym lesie - nie zwrócą na to najmniejszej uwagi.

Wydaje się, że w czasach „dzielnicowego” rozbicia literatura ważna rola przypada w udziale krytyce, która powinna monitorować całość literatury i spełniać rolę przekaźnika zarówno „czystej” informacji, jak i ocen oraz interpretacji tekstów, pomiędzy twórcami ,i czytelnikami. Tak się jednak nie dzieje. Nie będę w tym miejscu wyjaśniał, jak „zewnętrze” modeluje standardy komunikacyjne literackiego świata. Nie od dziś przecież mówi się o toksycznym wpływie mediów i ukształtowanej u nas machiny promocyjno-marketingowej na krytykę literacką (inna sprawa że krytycy oddali swoje pozycje dziennikarzom bez walki, łudząc się, że uda im się jakoś oswoić i ucywilizować media jedynie siłą własnego autorytetu, ale to już temat na inny tekst). Przyczyny braku zainteresowania młodą poezją leżą również w specyfice samej działalności krytycznej uprawianej ostatnimi laty, rodzaju wykorzystywanych przez nią strategii krytycznoliterackich i specyfice celów. Rozmycie zasad wartościowania tekstów literackich, kontestowanie pojęcia kanonu, podważanie wszelkich prób hierarchicznego porządkowania literatury doprowadziło do tego, że większość krytyków zrezygnowała z kreślenia obrazów całości literatury. Niewielu mamy już krytyków, którzy - jak zwykło się mawiać - „czytają wszystko”, dokonują selekcji tekstów, odsiewając ziarna od plew, i starają się porządkować naszą literacką współczesność, wyznaczając w niej nurty, tendencji i linie rozwojowe. Takich „projektantów” krytycznoliterackich jest właściwie tylko dwóch: Czapliński i Karol Maliszewski. Nastąpiła daleko posunięta specjalizacja, podział już nie tylko na „tych od prozy” i „tych od poezji”, ale na ludzi zajmujących się pojedynczymi nurtami, środowiskami czy nawet pisarzami. Nic więc dziwnego, że niektórzy krytycy czują się zwolnieni z obowiązku zajmowania się młodą literaturą, specjalizują się przecież w innych obszarach literatury, nie muszą znać się na wszystkim. I nie znają się, tym bardziej że „oswajanie” młodej poezji coraz częściej wymaga otwartości na nowe i ciągłego wzbogacania krytycznoliterackiego instrumentarium o całkiem nowe narzędzia, nawet takie spoza sfery literatury. Najnowsza poezja wykorzystuje przecież nowinki technologiczne (poezja sieciowa, czyli tworzona w Internecie), łączy słowo z obrazem i dźwiękiem, tworząc widowiska z pogranicza muzycznego show, teatru i happeningu. Trudno jest więc czytać i interpretować najnowszą poezję, a przynajmniej jej część, bez choćby podstawowej wiedzy na temat bieżących trendów w kulturze. Poza tym zanikła instytucja krytyka-mistrza, który skupia wokół siebie grupę młodych pisarzy, próbując jednocześnie ukierunkować ich twórcze poszukiwania i wprowadzić do literatury. Spowodowane to zostało z jednej strony niechęcią wobec wszelkich autorytetów, charakterystyczną dla współczesnego społeczeństwa, z drugiej - rezygnacją krytyków z prób kreowania, „projektowania” literatury, które zaczęły być postrzegane jako coś dwuznacznego, a nawet nagannego.

Postępująca w krytycznoliterackiej branży specjalizacja sprzyja niestety utrwalaniu się i powielaniu stereotypowych opinii na temat młodej poezji, opinii, które nie mają wiele wspólnego z rzeczywistym stanem rzeczy. Przyjrzę się bliżej tym najczęściej powtarzanym.

Twierdzi się, że młodej poezji jest tak dużo, że nikt nie jest w stanie ogarnąć tego zjawiska, nie mówiąc już o wnikliwym opisaniu go. Stosunkowe niskie koszty druku i dostępność prostych komputerowych programów edytorskich sprawia, że wydać tomik wierszy jest bardzo łatwo. I faktycznie książek poetyckich wydaje się dużo, do sporej części z nich trudno jest dotrzeć z powodu trudności z dystrybucją. Jednak poetów znaczących, którzy współtworzą obraz nowej poezji, nie jest znowu aż tak wielu. Aby śledzić to, co dzieje się w getcie młodej poezji wcale nie potrzeba „nadludzkiej pracy w nieludzkich warunkach”. Wystarczy tylko trochę zainteresowania i dobrej woli. Istnieją antologie prezentujące tę twórczość, takie jak Romana Honeta, Mariusza Czyżowskiego „Antologia nowej poezji polskiej 1990-1999” (Kraków 2000) czy Piotra Mareckiego, Igora Stokfiszewskiego, Michała Witkowskiego „Tekstylia. O »rocznikach siedemdziesiątych«” (Kraków 2002), poza tym jest ona na bieżąco prezentowana, omawiana w licznych czasopismach i na festiwalach oraz spotkaniach. To zdecydowanie ułatwia poruszanie się po jej obszarze i wyszukiwanie ciekawych autorów i tekstów. A wreszcie, jeżeli rówieśnicy młodych poetów są w stanie ogarnąć i opisać ich dokonania, to tym bardziej powinni móc to zrobić starsi krytycy, dysponujący większym „wyczuciem” tekstów i doświadczeniem. I jeszcze jeden bałamutny stereotyp: uważa się, że młodzi poeci są nierozróżnialni, wszyscy piszą tak samo o tym samym, czyli uprawiają nudne życiopisanie podawane w zgrzebnej, sprozaizowanej formie. Naprawdę bardzo rzadko zdarza się w literaturze, aby cała duża grupa pokoleniowa wyrażała się tylko w jednej poetyce. Nie jest tak na pewno w przypadku poezji młodych. Odnaleźć można wśród nich autorów, których interesują klasyczne tematy poezji podawane w klasycznych formach (Wojciech Wencel), neolingwistów (Jarosław Lipszyc), wizjonerów wyobraźni (Honet), „poetów życia” (choćby cała szkoła śląska), „poetów sieciowych” (Michał Kaczyński). Różnorodność tej poezji jest więc spora, trzeba tylko chcieć ją dostrzec.

Być może walczę z wiatrakami. Może należy po prostu machnąć ręką, stwierdzić, że jest, jak jest, i inaczej nie będzie. Młodzi poeci próbują się jakoś wypromować - czasem uważa się, że nazbyt nachalnie mało kto poza kolegami z klasy zwraca na nich uwagę, trudno, taki los. Nie mogę jednak spokojnie zaakceptować takiego stanu rzeczy, bo - pisałem o tym już kilka razy, ale napiszę raz jeszcze- moim zdaniem literatura powinna powstawał ze zderzenia nowego ze starym, Innego z Jeszcze innym, nieustannej dyskusji, sporu nawet, wszystkich ze wszystkimi. Bez tej dyskusji tworzyć będziemy literaturę w wyizolowanych gettach, które już niedługo nie będą w stanie się porozumieć, bo mówić będą różnymi językami.

Robert Ostaszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas