poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
PIOTR SAWICKI
„Hiszpańskie lata” Pani Gabrieli
Dekada Literacka 2003, nr 7-8 (199-200)

Trudno jest mi powiedzieć, czy rzeczywiście wszystko tak było, jak ja to pamiętam, czy na te moje dawne dni czy ślady osypał się śnieg przeszłości...” - pisała we wstępie do swej ostatniej książki, luźno skomponowanej z utrwalonych jej wrażliwym i sprawnym piórem zapisów chwil, miejsc, spotkań, a nade wszystko działań na rzecz zbliżenia dwóch narodów, Polaków i Hiszpanów, tyleż sobie bliskich, co rozdzielonych i oddalonych od siebie wskutek politycznych zawirowań współczesnej historii Europy. „Wracając do lat hiszpańskich” (1992), w swej warstwie faktograficznej stanowi dopełnienie, o kolejne półwiecze, jej wcześniej wydanego, przebogatego i jakże inspirującego do dalszych badań przewodnika po stosunkach, jakie łączyły Polskę z Hiszpanią na przestrzeni dziesięciu stuleci („Po drogach polsko-hiszpańskich”, 1984), jest też swoistym autoportretem samej autorki, profesor Gabrieli Makowieckiej, zmarłej 8 kwietnia 2002 roku w Madrycie, w dziewięćdziesiątym siódmym roku życia. Niech więc i nam posłuży do przypomnienia nestorki polskich hispanistów, owej drobnej, lekko przygarbionej, zawsze uśmiechniętej i wszystkim życzliwej Pani, której młodzieńcze rysy i dumne, ciekawe świata spojrzenie uchwycił swą kredką sam Witkacy; do przywołania paru momentów z jej niestrudzonego, promieniującego energią życia.

Urodziła się jako Gabriela Rudnicka 18 lutego 1906 roku w Zakopanem; w tamtejszym gimnazjum poznała swego przyszłego męża, rodem z Besarabii, Stanisława Makowieckiego, późniejszego inżyniera i konstruktora. Po studiach romanistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim -Staś, jak o nim czule pisze w swych wspomnieniach, doskonalił w tym czasie swe wykształcenie techniczne w Belgii - osiedla się wraz z nim w Paryżu. W lipcu 1933 roku „młoda, jasnowłosa, przestraszona cudzoziemka” po raz pierwszy przekracza hiszpańska granicę, wysiada z wagonu trzeciej klasy w Barcelonie i idzie przejść się na Ramble, ubrana w brązową, aksamitną sukienkę z długimi rękawami (w lipcowym Paryżu było zimno i deszczowo). „Pocąc się niemożliwie, sztampo owych Ramblach, śmieszna w tym zimowym prawie stroju, przyciągając ironiczne i rozbawione spojrzenia mijających mnie kobiet, ubranych w pełne wdzięku lekkie suknie i, co gorsza, także mężczyzn [...]. Nigdy nie widziałam tylu mężczyzn bez zajęcia, śmiałych, narzucających się, którzy gestykulowali i nie przestawali mówić do mnie, nie wiem, po hiszpańsku czy po katalońsku. O Boże, ileż mówili! Nie rozumiałam nic z tego, ale dźwięk ich słów otaczał mnie nieustającym i nieznośnym szumem”. Takie było pierwsze hiszpańskie wspomnienie - i pierwszy szok kulturowy: zderzenie z „piropos”, komplementami, jakimi Hiszpanie zwykli obsypywać przechodzące, samotne kobiety- późniejszej iberystki.

Wówczas jeszcze Pani Gabriela nie mogła przypuszczać, że osiądzie na stałe w owej zapirenejskiej „połaci Europy, która miała się stać naszą druga ojczyzną” - tam jednak, w Gualbie (Costa Brava) kupić mieli w 1935 roku małą posiadłość i wybudować dom, „Casa Mak”, do którego po latach zapraszać będą gości z Polski. Przyśpieszone przesiedlenie do Hiszpanii następuje w dramatycznych okolicznościach - w 1941 roku, po całkowitym zajęciu Francji przez Hitlera, gdy jako Polacy woleli ten kraj opuścić. Remontują splądrowane dwa lata wcześniej przez republikańskich uciekinierów zabudowania, kupują niezbędne sprzęty, urządzają ogród, cierpią - jak wszyscy wokół - głód („kartki żywnościowe dawały prawo do pół kilo chleba od czasu do czasu”). Pomaga im barcelońska placówka PCK („skromna zapomoga dla apatrydów”), a Pani Gabriela odwdzięcza się wkrótce, współpracując przy przerzucaniu polskich uciekinierów z Francji przez Hiszpanię i Portugalię do Anglii, akcji po cichu wspieranej przez frankistowskich urzędników, w miarę postępu niemieckich klęsk na froncie.

Mijają lata, państwo Makowieccy przeprowadzają się do Madrytu (gdzie Stanisław znajduje stałe zatrudnienie), wynajmują mieszkanie przy ul. Velazqueza (tak dobrze znane wielu polskim hispanistom...). Pani Gabriela zostaje nauczycielką francuskiego w prywatnym liceum, ale posada ta nie odpowiada jej ambicjom; zapisuje się na kurs języka i kultury hiszpańskiej, by wkrótce - za sugestią wykładowców - podjąć pracę nad rozprawą doktorską; sfinalizowana w 1962 roku doczekała się późniejszej edycji książkowej („Luzán y su >>Poética<<”, 1973). Obronienie na konserwatywnej Universidad Complutense doktoratu przez kobietę i to cudzoziemkę było już samo w sobie zdarzeniem wyjątkowym, jego bohaterka postanowiła wszak pójść dalej; rok później wymogła zgodę dziekana na otwarcie fakultatywnego Curso de Lengua y Cultura Polacas, otwartego dla wszystkich zainteresowanych, o precedensowym charakterze w skali całej Hiszpanii, dostała też pomieszczenie na seminarium i przyszłą Bibliotekę Hiszpańską.

W międzyczasie, uparta i nieustępliwa, otrzymuje pozwolenie na pierwszy po 20 latach wyjazd do Polski, z którą nie utrzymywano żadnych stosunków; trafia jako tłumaczka do hiszpańskiego stoiska na targach poznańskich („Proszę pani, czy ten Franco taki zły jak mówią?”), udaje się jej też odwiedzić rodziców w Krakowie. Pierwsza pogadanka o zabytkach rzymskich na Półwyspie Iberyjskim, wygłoszona na Uniwersytecie Jagiellońskim, daje początek regularnym, październikowym wizytom w Krakowie, Warszawie, a od roku 1967 również we Wrocławiu (jako student trzeciego roku słuchałem jej wykładu „Kordoba, miasto Seneki” ilustrowanego przeźroczami i pamiętam jak bardzo mnie zafascynował). Kolejne cykle tematycznie sprofilowanych wykładów z literatury hiszpańskiej miałem zaszczyt kilka lat później sam współorganizować, podobnie jak propagujące kulturę materialną Półwyspu odczyty towarzyszącego zwykle pani Gabrieli inżyniera Makowieckiego (w pamięci utkwił mi szczególnie ten o „bursztynie kamiennym i bursztynie żywym”, poświęcony kulturotwórczej roli boskiego trunku, jerezu - czemu oczywiście towarzyszyła degustacja jego różnych odmian...). Państwo Makowieccy dostarczali, ściśle według naszych zamówień, paczki z hiszpańskimi książkami dla biblioteki Instytutu, za co my odwdzięczaliśmy się polskimi słownikami i podręcznikami; wiem, że podobną wymianę organizowały też inne polskie uczelnie.

Hispanistka, badaczka stosunków polsko-hiszpańskich, szperająca nieustannie w trudno dla nas dostępnych bibliotekach i archiwach rozsianych po całej Hiszpanii, była pani Gabriela dla samych Hiszpanów przede wszystkim slawistką (jakże długo - pierwszą i jedyną w ich kraju). Z czasem stała się tam prawdziwą instytucją, żywą sprężyną współpracy między swą drugą a pierwszą ojczyzną. Obie kochała równie gorąco, wznosząc się ponad różnice dzielących je tak długo systemów politycznych i współpracując z tymi władzami, które realnie działały i podejmowały decyzje w sferze kultury; przyjmowała bez sprzeciwu PRL-owskie odznaczenia, co znacznie od niej oddaliło „niepodległościową” madrycką Polonię związaną z rządem londyńskim (który do lat 70. utrzymywał za Pirenejami swe poselstwo). Jak sama pisze, „odkąd Polska przestała być postrachem w Hiszpanii, korzystałam z różnych okazji [...], aby dawać odczyty gdzie tylko się dało [...], zawsze na tematy polskie i polsko-hiszpańskie”. Pisywała hasła z literatury polskiej do encyklopedii, wstępy do rozmaitych antologii i wydań polskich klasyków, artykuły naukowe i popularyzatorskie. Wraz z mężem opracowała bogatą informacyjnie, choć nie wolną od propagandowych serwitutów wobec krajów „obozu socjalistycznego”, księgę „La cultura eslava” (1981), obejmującą całość dziejów, literatury, sztuki, a także szkice o tradycjach, obyczajach, osiągnięciach cywilizacyjnych i naukowo-technicznych narodów słowiańskich, w której nie zabrakło nawet rozdzialiku „Los eslavos conquistan el Vaticano”; tłumaczyła też literaturę piękną choć raczej sporadycznie „(Idzie, skacząc po górach” Jerzego Andrzejewskiego). Ze swych podróży do Polski, dokąd była coraz częściej zapraszana przy rozmaitych okazjach, przywoziła setki książek - wszystkie one wraz z prywatnymi zbiorami i dokumentami trafiły do Sekcji Polskiej madryckiej slawistyki; dla jej studentów i profesorów wygłosiła w 1994 roku swój pożegnalny wykład - o Cervantesowskich echach w polskiej literaturze.

W ostatnich latach rzadko udzielała się publicznie, choć nikomu, kto przybywał z Polski, nie odmawiała spotkania. Myliły się jej twarze rozmówców i osoby, które w rozmowie wspominano; z wolna traciła pamięć i bała się sama wychodzić z domu, choć nie rezygnowała ze spacerów do parku i wyjść do kina w towarzystwie stałej opiekunki (nie ominęła na przykład żadnej z kolejnych premier Almodóvara, którego migotliwa sztuka wyraźnie trafiała w jej gusta). Choć nie zawsze wiedziała z kim mówi, zaskakiwała nieraz wyrazistością szczegółów wspominanych przez siebie chwil z własnej młodości czy dzieciństwa. Kiedyś przeszła w rozmowie ze swymi młodszymi przyjaciółmi, rodem z Zakopanego, na niemiecki - bo przecież ten język obowiązywał w jej czasach szkolnych pod Giewontem...

Gdy dalszy pobyt w jej własnym (choć jedynie wynajmowanym) mieszkaniu, nawet pod najtroskliwszą kuratelą indywidualną nie był już możliwy, przewieziona do podmadryckiego ośrodka intensywnej opieki zdrowotnej zgasła cichutko po paru tygodniach. Na pogrzebie, o którym co prawda nie wszyscy wiedzieli, pojawiła się tylko garstka najbliższych. Rodziny nie pozostawiła żadnej - poza dalekimi krewnymi w Polsce (w ich rękach - ale nie wiadomo dokładnie w czyich -jest oryginał jej młodzieńczego, zakopiańskiego portretu autorstwa Witkiewicza).

„I oto zbliżyłam się do końca zapisków z kawału życia spędzonego w Hiszpanii”- napisała pani Gabriela w zakończeniu swej cytowanej tu książki. „Coraz częściej patrzę w stronę madryckiego wzgórza za rzeką Manzanares; [...] spoczywa tam Stanisław, pod płytą szarego granitu, jakby z zakopiańskich gór przywiezioną, z miejscem na moje także imię i nazwisko. Czy jest tam smutno lub pusto ? Na pewno nie, bo [...] za murem chroniącym stary cmentarz San Justo y Pastor rozciągają się tak dobrze mi znane i przez nas oboje lubiane páramos, kastylijskie, szerokie, przeważnie suche pola, gdzie między olbrzymią kopuła pogodnego zwykle nieba a człowiekiem nie na nic, żadnych drzew ani innych ozdób ziemskich, ale jest wiara i nadzieja”.

Piotr Sawicki

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas