poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ROBERT KOZELA
Przegląd prasy [DL 2003, nr 7-8 (199-200)]

■ Nadmierne czytanie dla wszystkich było podstawową przyczyną pomieszania zmysłów. Miasteczkowy, łagodny i prostoduszny szaleniec, zwany przez mieszkańców Goszo Centrum, znał grekę i łacinę i podobno przeczytał wszystkie książki w tych językach. Nie dziw, że zwariował. Goszo Centrum to tylko jedno z imion bohatera opowiadania „Człowiek o wielu imionach” Georgi Gospodinowa („Opcje”, 2003 nr 2). Wcielał się on w Sokratesa, szczególnie w dzień targowy, i opowiadał ludziom różne gawędy. Niektórzy pamiętali, że kiedy był jeszcze normalniejszy, używał imienia Gaustin. Gdy pisał, mówił, że jest Platonem, gdy ktoś go zastał nad rzeką, kazał na siebie mówić Heraklit. „I dodawał, że nikt nie może wyciągnąć dwóch ryb z tej samej rzeki.” Koło Nowego Roku natomiast bywał Dziadkiem Mrozem lub Świętym Mikołajem. Utonął w rzece, nikt nie wie w jakich okolicznościach, niedługo po uczcie (sympozjum), które zorganizował w knajpce Homera. Zgromadzonym przy stole nadał imiona Eryksymach, Arystofanes, Agaton. Każdy miał opowiedzieć historię o swojej pierwszej konfuzji, katastrofie. Jako ostatni miał opowiadać Sokrates. Zamiast tego rozpłakał się i powiedział, że on nie ma żadnej osobistej historii, wszystkie, które zna, pochodzą z książek. „A nasze osobiste historie są jedynymi ruchami, tak powiedział, jedynymi ruchami, za pomocą których udaje nam się odłożyć na chwilę pewną partię, której koniec jest nieuchronny. (...) Parę dni później człowieka o wielu imionach znaleziono utopionego w rzece.”

W tym „bułgarskim” numerze „Opcji” oprócz prozy Gospodinowa warto przeczytać rozmowę Nikoły Georgiewa z Georgi Minczewem o współczesnej literaturze bułgarskiej („Literaturoznawstwo to z góry przegrana sprawa”). „Bez wątpienia w ciągu ostatnich trzynastu lat związek pomiędzy literaturą i rzeczywistością społeczną został naruszony. Nigdy bułgarska literatura nie była tak daleko od życia społeczeństwa, jak po roku 1989” - mówi profesor Georgiew, kierownik Katedry Teorii Literatury Uniwersytetu Sofijskiego. Bułgarscy pisarze jęczą, że nikt ich nie czyta, że czytają tylko siebie nawzajem, ale Georgiew wątpi, czy naprawdę to robią. Uważa, że czytelniczy horyzont oczekiwań w Bułgarii ma nadal charakter wybitnie społeczny. Jeśli literatura nie dostosuje się do takich wymagań, to wypadnie poza horyzont. (Widać, że Bułgarzy też oczekują na narodową epopeję po upadku komunizmu; niechby chociaż była to wielka powieść realistyczna.) „W porównaniu z czeską lub polską literatura bułgarska pozostaje zamknięta. Nawet jeżeli usiłuje dotknąć tematów uniwersalnych, jej wartość intelektualna i literacka pozostaje przeważnie lokalna.” Georgiew dodaje jednakże zaraz, że lekceważenie rodzimego wzorca nie jest szczęśliwym rozwiązaniem. Bułgarzy będą tłumaczeni i czytani za granicą, jeśli będą bułgarscy. Ale nie są i sam profesor mówi o bułgarskim kompleksie nieuczestniczenia w literaturze światowej. W dyskusji pojawia się jeszcze kilka ciekawych wątków, jak na przykład o sytuacji literatury bułgarskiej w czasach komunizmu, która doprowadziła do tego, że szuflady pisarzy po 1989 r. okazały się puste.

Kolejny tekst, który powinni przeczytać ci, którzy chcieliby choćby hasłowo dowiedzieć się czegoś o literaturze bułgarskiej to „Stosowalność i niestosowalność literatury bułgarskiej” Nikoły Georgiewa. Jest to wykład wygłoszony w 1993 r. na konferencji w Getyndze.

O wszelkich możliwych lingwizmach mówią teksty krytyczne zawarte w pierwszym numerze pisma polonistów z Uniwersytetu Warszawskiego. „Lite Racje. Projekt krytyki anamorficznej” (2003 nr 1) zawierają również praktyczne realizacje nowego lingwizmu, głównie warszawskiego. Przeczytałem pismo od deski do deski, aby tutaj polecić coś, co znalazłem dopiero na ostatniej stronie, ale o tym za chwilę. Chyba więcej czasu niż czytanie zajęło mi zastanawianie się, który tekst krytyczny (a wszystkie są mniej lub bardziej anamorficzne) krótko tutaj przedstawić. Nie wybrałem żadnego, co nie znaczy, że nie polecam młodej, zaangażowanej krytyki. Wybrałem wiersz „ogródek Jordana” Marii Cyranowicz, który wydrukowano właśnie na ostatniej stronie. W tym utworze lingwizm nie jest związany z nadmierną ingerencją w słowa, raczej wykorzystuje specyficzne konstrukcje języka dziecięcego, łącząc swoiste anakoluty z anachronicznymi cytatami z mowy dorosłych (książek). Fragment wiersza dla ilustracji: „bardzo bardzo nas tutaj / płacz i śmiech jeden nastrój / proszę państwa do piachu / chrzęści w zębach w rękawach / w butach nawet we włosach / łopatkami do nieba.” O zaskakujących efektach semantycznych tego języka pisze krótko Sylwia Omiotek w drukowanym również w „Lite Racjach” tekście „Nie?poważny lingwizm”. „Maria Cyranowicz pożycza język dziecka razem z okaleczonymi konstrukcjami gramatycznymi i zderza z nazwami rzeczy świata dorosłych, lub też język dorosłych zamyka w formie dziecięcej wyliczanki. Najczęściej daje to mieszankę brutalności z bezbronnością” - zdaniem Omiotek śmiech wywołany językiem dziecka szybko milknie, wywołując demony ze strefy mroku.

„Rzeka” Michała Walczaka („Dialog”, 2003 nr 6) przypomina trochę wprawkę, skrypt, w każdym razie dramat w fazie niedokończonej. Lub, żeby powiedzieć to dokładniej, dramat w trakcie tworzenia, które przenika się z rzeczywistością. „Rzeka” to przypowieść o życiu miasteczka. Przypowieść niedomknięta, bez łatwej do odczytania nauki. Rzeka płynie, potem przestaje płynąć, bez powodu (?) - podczas nabożeństwa na jej brzegu, które ma cofnąć plagę - zaczyna płynąć na powrót. A wszystko to w realiach współczesnej polskiej prowincji. „Nie, żebym komuny bronił, ale przynajmniej rzeki płynęły, jak należy. Nie, żebym komunę chwalił” - bełkocze Pijak II podczas rozmowy na moście z dwoma innymi Pijakami. Izydor, student, który przyjeżdża do swojego miasteczka, jest być może również (obok bycia wewnątrztekstowego) postacią na zewnątrz tekstu, tym, który tekst tworzy. Wskazówka autotematyczna jest nieoczywista, może również sygnalizować tylko rodzaj błazenady, „literackiego” stylizowania swojego pobytu na prowincji: „No, co jeszcze wymyślimy na koniec? Kończą mi się pomysły. Pożegnanie nasze ociera się o banał. Pocałować cię znaczyłoby może, że istniejesz, naruszyłoby strukturę rzeczywistości. Jakkolwiek brzmi to jak banał, ale to ona musi mnie pocałować. Wtedy to pożegnanie będzie wystarczająco nierealne, wystarczająco znośne.” Zwracam jeszcze uwagę na szybko następujące po sobie sceny, migawki z ostrym, satyrycznym (bardzo, bardzo dalekim echem wraca rozmowa między Panem, Wójtem a Plebanem) spojrzeniem na tak zwaną rzeczywistość. Burmistrz, Ksiądz, Prałat, Babcia, telewizor, seks, Sprzedawca Napojów i „Coca-cola! Coca-cola!”, plaża, niedowidzący fryzjer -a wszystko to w scenkach rodzajowych, chociaż wziętych w nawias (choćby tak: „Pijacy jako ministranci. Prałat mocno umalowany, demoniczny” - to w scenie 23, msza nad wodą). Prałat przywołuje nawet pogańskiego filozofa Heraklita. Można tu wymienić wiele znaczeń tego zatrzymania się wody, można jednak dojść do wniosku, że to nic nie znaczy. To znaczy - nic więcej niż to, że rzeka jest osią konstrukcyjną tej sztuki.

W oparach absurdu - brzmi banalnie, ale właśnie zanurzonym w takich oparach musi czuć się Uprzejmy ze sztuki „Ornitologia” Aleksandra Straganowa, drukowanej przez „Dialog”. Tym bardziej, że absurd z każdą chwilą jest coraz bardziej potęgowany przez grozę. Dwoje szaleńców (cokolwiek to znaczy), Tatiana i Lonieczka (rodzeństwo), budują dziwny spektakl, grę, w którą wciągają znajomego - Uprzejmego. Konstrukcja jest zaiste niebywała, oparta o ornitologię posuniętą do identyfikacji ludzi z ptakami oraz kiepskie malarstwo, wynikające ze zwariowanej teorii podglądactwa. Gra szalonych prowadzi do odkrycia grzechów Uprzejmego, więcej - do tego, iż żałuje, że chciał tylko uwieść Tatianę i w ogóle burzył szczęście tych dwojga. W końcu wzbudza w sobie coś na kształt żalu. Mówi do siebie: „Boja przecież jestem nieszczęśliwy. Jestem nieszczęśliwy i ukrywam to. Żyję jak automat. Żony już od dawna nie kocham. To przyzwyczajenie. Nienawidzę swojej pracy. Dla pieniędzy. Siebie? Pewnie tylko siebie kocham. A i to nie tak mocno, jak w młodości.”

Czerwcowy numer miesięcznika „Architektura & Biznes”(2003 nr 6) jest literacki bardziej niż zwykle. W różnych kontekstach przywołuje i omawia architekturę w PRL. Na okładce reprodukowana jest strona z rubryki „Budownictwo mieszkaniowe” w „Trybunie Ludu”, która ukazała się we wtorek, 18 stycznia 1977 r. Już sama lektura wyraźnie odbitych tekstów jest pasjonująca. „Przestrzenna wizja Polski do roku 1990, a nawet sięgająca poza ten próg czasu, stanowi tylko jeden, choć chyba najbardziej interesujący fragment książki prof. dr. Bolesława Malisza >>Przyszły kształt Polski<<”. To z recenzji książki sprzed dwudziestu sześciu lat. Oceny, próby opisu publikowane w miesięczniku są dobrze ilustrowane i w jakimś stopniu programowo subiektywne. Ewa Zamorska-Przyłuska pisze w artykule wstępnym: „Prosząc 25-, 30-letnich autorów o teksty, w których spróbowaliby (najczęściej po raz pierwszy) powrócić do architektonicznej rzeczywistości Polski Ludowej, nie zachęcałam do lekceważenia wspomnień, które mogą być wstępem do snucia refleksji bardziej zobiektywizowanych.”

„Architektura & Biznes” przywołuje film Janusza Zaorskiego z 1981 roku: „Dziecinne pytania”. Rzecz jest, przypomnijmy, o Misiu Nowaku, który pracował w zespole młodych projektantów, kierowanym przez Profesora. Ambitny plan osiedla zostaje zredukowany przez decydentów do minimum, zostają same bloki mieszkalne. Historię życia Nowaka poznajemy w więzieniu. Warto przywołać fragment sceny, po której trafia do więzienia. „Ubrałem się w wyjściowy garnitur i z rajzbretu Nadziei wziąłem największy karton. Napisałem na nim pędzlem: «ABSOLWENT WYŻSZEJ UCZELNI TECHNICZNEJ, LAT 35, DYPLOM Z WYRÓŻNIENIEM, DUŻE WYROBIENIE HUMANISTYCZNE, SKŁONNOŚĆ DO MARZEŃ - SZUKA ZAJĘCIA: CIĘŻKIEGO, ODPOWIEDZIALNEGO, POTRZEBNEGO INNYM, ale BEZ KONIECZNOŚCI POPADANIA W KOMPROMISY». U góry napisu zrobiłem starannie dwie dziurki, przewiązałem sznurkiem, powiesiłem na piersiach i wyszedłem na ulicę.” Tytułowe dziecinne pytania dotyczą istoty zawodu architekta, zderzonego z „wyzwaniami” czasów PRL-u. Podobnie dziecinne pytania chciałaby zadawać redakcja miesięcznika również dzisiaj.

Zasadniczą treść numeru stanowią artykuły o architekturze miast – „Socwizje we Wrocławiu” Szymona Brzezowskiego, „Miasto wyprodukowane” Krzysztofa Kozielewicza (rzecz o Stalowej Woli), „Blokowisko” Pawła Krausa (o Rzeszowie) - oraz artykuły bardziej ogólne. Polecam.

Robert Kozela

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas