poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
EWA HEARFIELD
Barbara Hepworth
Dekada Literacka 2003, nr 7-8 (199-200)

Dziesiątego stycznia 1903 roku w Wakefield, mieście położonym w górzystym Yorkshire w północno-zachodniej Anglii, urodziła się Barbara Hepworth. Gdyby żyła, skończyłaby w tym roku sto lat. Rocznica jej urodzin stała się w Wielkiej Brytanii okazją do przypomnienia życia i twórczości tej wybitnej rzeźbiarki, która, tworząc intensywnie przez pięć dekad dwudziestego stulecia, zmieniła oblicze sztuki współczesnej w Europie.

Kulminacją rocznicowych obchodów stała się wystawa zorganizowana przez filię Tate (londyńskiej galerii sztuki współczesnej), otwartą dziesięć lat temu w nadmorskiej miejscowości wypoczynkowej St. Ives. Tu właśnie osiedliło się w czasie drugiej wojny światowej wielu wybitnych artystów brytyjskich, wśród nich Barbara Hepworth, i to właśnie tutejsza filia zorganizowała wielką wystawę monograficzną artystki.

Wystawa została urządzona tematycznie i przedstawia głównie rzeźby wykonane w kamieniu i drewnie. Na kolekcję umieszczoną w kilku pierwszych salach składają się rzeźby, które we wczesnych latach działalności artystki przedstawiały figury ludzkie, w miarę zaś upływu czasu nabierały coraz bardziej abstrakcyjnego kształtu (nazywane były później przez Hepworth po prostu „pojedynczą formą”), rzeźby ukazujące macierzyństwo, późniejsze abstrakcyjne dzieła inspirowane krajobrazami (głównie skalistego wybrzeża Kornwalii), oraz nieliczne jej rysunki. Z tych sal przechodzi się na półpiętro, gdzie zgromadzono najbardziej chyba imponującą kolekcję na tej wystawie - rzeźby wykonane przez artystkę z pachnącego gatunku drzewa guarea, które przywieziono dla Hepworth jako podarunek z Nigerii. W kolejnych salach kamienie kolorowe i, jak nazywała je rzeźbiarka, „powiązane ze sobą masy” zamykają wystawę.

Wędrówka przez sale ułatwia prześledzenie i zrozumienie zarówno idei, jakie pochłaniały artystkę, jak i sposobu ich realizowania w praktyce artystycznej. Przemyślenia na temat tego, czym jest rzeźba, na czym polega stosunek rzeźbiarza do materiału, jaka jest rola sztuki w społeczeństwie, wyłaniają się z konsekwentnie realizowanych projektów. Hepworth szukała form abstrakcyjnych, ideałów formy, masy i linii, wierząc, że taki rodzaj sztuki potrafi oddziałać na społeczeństwo. Poszukiwaniom tym poświęciła całe swoje życie.

Zadziwiająca jest determinacja, którą Hepworth przejawiała od początku, i pewność co do tego, czym chciała się zajmować. Dla otoczenia tej dziewczyny z północy Anglii, która przyszła na świat w rodzinie, w której wcześniej nie było nikogo o zdolnościach plastycznych, decyzja o zostaniu rzeźbiarka - cóż to za przyszłość dla kobiety! - musiała być zaskakująca. Barbara spotkała się jednak ze strony swych bliskich z zachętą. Wyjątkowy wpływ na przyszłe losy artystki miała też dyrektorka szkoły średniej dla dziewcząt, do której uczęszczała Barbara. Od początku umożliwiła jej rozwijanie talentów plastycznych, a kiedy szesnastoletnia panna Hepworth rezolutnie oświadczyła, że na studia nie pójdzie, ponieważ już postanowiła, że zostanie rzeźbiarka - do czego wyższe wykształcenie nie było jej potrzebne - pani dyrektor nie tylko z entuzjazmem odniosła się do jej postanowienia, ale też zachęciła ją do starania się o stypendium do Szkoły Sztuk Pięknych w Leeds.

Barbara otrzymała stypendium i rozpoczęła zajęcia w Leeds, gdzie w tym samym czasie rzeźbę studiował też o pięć lat od niej starszy Henry Moor. Od początku zawiązała się między nimi serdeczna przyjaźń, która trwała aż do śmierci Barbary. Oboje ukończyli kurs w znacznie szybszym, niż był na to przewidziany, czasie i otrzymali stypendia na studia do Royal College of Art w Londynie.

W murach tej akademii obowiązywała wówczas zasada, iż rzeźbiarz musi nauczyć się przede wszystkim modelowania w glinie. Model następnie „przekładany” był na kamień przy pomocy specjalnej konstrukcji z drutu, często przez doświadczonego rzemieślnika. Zarówno Moore, jak i Hepworth odczuwali to jako nienaturalne i jeszcze na studiach zaczęli swe eksperymenty z rzeźbieniem bezpośrednio w ostatecznym materiale, czy to kamieniu, czy drewnie. Idea ta, nazwana później „rzeźbieniem bezpośrednim”, wpisywała się w ogólną, choć wciąż jeszcze nieśmiałą, tendencję ówczesnej sztuki zapoczątkowaną przez twórców takich jak Amadeo Modigliani czy Constantin Brancusi, tendencję, która odbiegała od akademickiej rzeczywistości londyńskiej.

W 1924 roku Barbara otrzymała dyplom Royal College of Art i roczne stypendium na podróże po Europie. Wybrała Włochy. Zdjęcia Barbary z tego okresu ukazują śliczną, młodą, smukłą i zamyśloną kobietę. Mocno zarysowany podbródek mógł świadczyć o sile woli, ale z pewnością nie ujmował jej wdzięku... We Włoszech spotkała innego studenta z Londynu, również rzeźbiarza, przebywającego na stypendium w British School w Rzymie, Johna Skeapinga. Znajomość szybko przerodziła się w romans i Barbara wyszła za niego za mąż w maju 1925 roku. Po ślubie nie zaprzestała swych studiów - przeciwnie, odbyła wraz z mężem intensywną praktykę w rzeźbieniu w marmurze u włoskiego mistrza Ardiniego.

Rzeźba, i to taka, jaką chciała uprawiać Barbara, gdzie artysta odkuwa, a potem wygładza twardy kamienny materiał, wymagała fizycznej siły. I to chyba musiało najbardziej zaskakiwać każdego, kto na nią patrzył, wyglądała bowiem raczej jak zwiewna nimfa niż umięśniona kulturystka. O tym, jak trudno było w ogóle przekonać konserwatywne środowiska o jej prawdziwym zaangażowaniu się w sztukę, świadczy nastawienie komisji, przed którą Barbara musiała zdać sprawozdanie po powrocie z Włoch. Zniechęceni brakiem widocznych efektów jej pobytu na stypendium oraz zgorszeni faktem, iż wyszła za granicą za mąż, członkowie komisji po rozmowie z Barbarą, która chłodnym tonem oświadczyła, że cała jej praca znajduje się w jej głowie, uznali, iż nie można jej traktować serio i postanowili już nigdy więcej nie przyznać stypendium kobiecie...

Po powrocie do Londynu Barbara i John urządzili wystawę swych prac w grudniu 1927 roku. Przez 14 dni nie pojawił się na niej nikt, ale pierwszy zwiedzający okazał się koneserem sztuki. Był nim George Eumorfopoulos, który od tej chwili został ich mecenasem, z miejsca kupując trzy rzeźby. Jego przyjaźń i opieka towarzyszyły Barbarze i jej przyjaciołom-artystom nieodmiennie aż do dnia jego śmierci.

Jeszcze kilka wystaw i małżonkowie przenieśli się do domu z ogródkiem w Hampstead, gdzie mieli też studio. Wśród sąsiadów i licznie ich odwiedzających przyjaciół-artystów znaleźli się Paul Nash, Roland Penrose, Piet Mondrian i Naum Gabo. Wakacje spędzano nad morzem w Norfolk, gdzie odnowiono stare znajomości i przyjaźnie, między innymi z Moorem. W lecie 1929 roku urodził się jedyny syn Barbary i Johna -Paul. „Był to dla mnie cudowny, szczęśliwy okres” - wspominała później Barbara. „Urodził mi się syn, Paul, i podczas gdy siedział w łóżeczku albo leżał na futrzaku u moich stóp, czułam jak moje rzeźbiarstwo rozwija się i wzmacnia”. Jedną z jej piękniejszych rzeźb z tego okresu jest wykonana w drewnie figurka dziecka.

Rzeźbiarstwo i syn Paul stawały się dla niej coraz ważniejsze, ale małżeństwo z Johnem już na początku lat trzydziestych zaczęło się rozpadać: jak gdyby małżonkowie zaczęli nagle podążać innymi drogami. W 1931 roku Barbara poznała o dziewięć lat starszego od siebie malarza Bena Nicholsona. Ten związek okazał się dla Barbary przełomowy emocjonalnie i znacznie bardziej inspirujący artystycznie. W 1933 roku jej pierwsze małżeństwo zostało rozwiązane. Barbara zamieszkała z Benem, którego poślubiła w roku 1938 (on również rozwiódł się ze swą dotychczasową partnerką, aby poślubić Barbarę).

Nicholson był jednym z wybitniejszych malarzy brytyjskich, który już w latach dwudziestych tworzył obrazy abstrakcyjne inspirowane kubizmem, „prymitywnymi” obrazami Henry'ego Rousseau i ludową sztuką angielską. Jego wpływ na rozumienie sztuki przez Barbarę był ogromny, podobnie jak wpływ Barbary na jego malarstwo. Fakt, iż tworzyli w odmiennych materiałach, był dla nich obojga nieustannym źródłem wzajemnych inspiracji. Barbara po latach wspominała ten okres swego życia jako czas wkraczania w dojrzałość artystyczną. Od początku jednym z najistotniejszych problemów dla niej, podobnie jak dla Moora, było dogłębne studiowanie materiału. Metoda ta nazywana była „wiernością materiałowi”. To kamień i drewno swą wewnętrzną strukturą narzucać miały ostateczny kształt dzieła; praca artysty powinna przebiegać w zgodzie z materiałem, a nie przeciwko jego woli. To naturalnie prowadzić musiało do zaniechania pełnego realizmu na rzecz poszukiwania wartości estetycznej i do coraz bardziej abstrakcyjnych kształtów rzeźby, która to tendencja wzmogła się u niej jeszcze bardziej pod wpływem dyskusji z Nicholsonem i innymi twórcami - przyjaciółmi z Hampstead.

Wraz z Benem Barbara zwiedziła Francję, gdzie spotkali się z Picassem, Brancusim, Sophie Tauber-Arp, która oprowadziła ich po studiu męża, i z Braquiem. W 1934 roku przyszły na świat trojaczki: Simon, Rachel i Sarah Hepworth-Nicholson. Ale już w roku 1935 Barbara i Ben byli z powrotem we Francji, gdzie nawiązali znajomość z Mondrianem i Kandinskym. Te podróże i spotkania zostawiły wyraźny ślad w icht wórczości, ale dla Barbary ważne było również przyjście na świat trójki dzieci. „Przyjaciele i krewni zawsze powtarzali mi, że rzeczą niemożliwą jest poświęcić się sztuce, a zarazem cieszyć się małżeństwem i dziećmi - wspominała później Barbara. - To nieprawda, ja przez prawie trzydzieści lat miałam wspaniale życie rodzinne. Lecz wyznam, że wymagania, jakie stawia praca, są jednakowo pochłaniające dla kobiety i mężczyzny”.

Nadciągająca wojna przyniosła zasadnicze zmiany. Ponieważ ich londyński dom był jednocześnie pracownią pokrytą szklanym dachem, lęk przed nalotami oraz troska o dzieci spowodowały, że wyprowadzili się ze stolicy i zamieszkali u przyjaciół w St. Ives, małym porcie w Konwalii. Barbara w pierwszym okresie musiała zrezygnować z pracy twórczej i, aby dopomóc w utrzymaniu rodziny, otworzyła małe przedszkole; zajmowała się też hodowlą warzyw. Jedynie wieczorami siadywała do rysowania, ze względu na brak czasu zarzucając rzeźbę. Jednak sytuacja polepszała się stopniowo i w 1942 roku rodzina przeniosła się do nowego, większego domu, co pozwoliło artystce na powrót do pracy nad rzeźbą.

Lata pięćdziesiąte przyniosły tragiczne zmiany w jej życiu. Małżeństwo z Benem rozpadało się powoli, wreszcie Ben opuścił ją i w 1951 roku doszło do rozwodu. Największe nieszczęście dotknęło ją jednak w roku 1953, kiedy jej ukochany syn Paul, inżynier, a od czasu drugiej wojny pilot RAF-u, zginął w katastrofie lotniczej na Malajach. W trakcie rozstania z Benem pojechała do Wenecji na biennale sztuki współczesnej, co było jej pierwszym samodzielnym krokiem - w życiu i pracy. Po śmierci Paula wyjechała do Grecji. Ten wyjazd stał się początkiem kolejnej fazy w jej twórczości. Znalazła się w Gracji, by przemyśleć narosłe wokół niej sprawy i zdarzenia, a także dlatego, że wyjazd do Grecji od bardzo dawna był jednym z jej marzeń. Przywiozła stamtąd notatniki zapełnione szkicami i przemyśleniami, nowe pomysły, nowy zapał twórczy.

Wkrótce zakupiła dla siebie nowy duży dom z ogrodem i warsztatem w St. Ives, dom, który stał się jej drugą duszą. Tu powstały najważniejsze jej dzieła, tu mogła nareszcie oddać się całkowicie swej ukochanej pracy. Kiedy pracowała nad nową rzeźbą, nie wpuszczała do domu nikogo, nawet gdy przychodziły w odwiedziny jej dzieci i wnuki. Zaangażowała się też w życie malutkiej społeczności St. Ives, miasteczka, które pokochała. Nie ona jedna zresztą. Wielu artystów przyjeżdżało tu i osiedlało się na zawsze, oczarowanych krajobrazem Kornwalii i przyjaznym nastawieniem mieszkańców.

„Żyjąc w dużym mieście trudno dostrzec te wszystkie cudowne rzeczy, które stają się takie ważne, gdy ktoś zaczyna żyć naprawdę, zapuszczać korzenie. To naprawdę wielkie szczęście, że mam tutaj ogród, miejsce dla siebie i warsztat, gdzie mogę tak strasznie nabałaganić i nikomu to nie przeszkadza” - pisała. „Tutaj nie jest się jakimś odmieńcem tylko kimś zwyczajnym, kimś, kto jak wszyscy wybiega pospiesznie w płaszczu do sklepiku na rogu, żeby kupić filety. St. Ives oczarowało mnie całkowicie, nie tylko dlatego, że jest tak piękne, ale dlatego, że żyje się tu w sposób naturalny. Uwielbiam, kiedy ludzie stoją na środku ulicy i opowiadają coś sobie i śmieją się, i wcale nie schodzą z drogi. Myślę, że poczucie wspólnoty jest bardzo ważną rzeczą w życiu artysty”.

Nie straciła jednak kontaktu z Londynem, dokąd regularnie jeździła pociągiem, zwłaszcza od kiedy została członkiem zarządu galerii Tatę. Jej rzeźby nabierały rozmachu, stawały się coraz większe i bardziej monumentalne. Odbywało się coraz więcej jej indywidualnych wystaw, sypały się nagrody, doktoraty „honoris causa” (między innymi z Oxfordu) i zamówienia. Jedna z jej wystaw przewędrowała w 1955 roku Stany Zjednoczone i Kanadę. W roku 1957 w uznaniu jej zasług dla sztuki współczesnej otrzymała odznaczenie Komandora Imperium Brytyjskiego, w roku 1965 została mianowana Damą Imperium Brytyjskiego, co równa się otrzymaniu tytułu szlacheckiego. W 1964 roku jej rzeźba stanęła przed Sekretariatem Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Yorku.

Wyczerpująca praca zaczęła jednak dawać się we znaki, .i rozstanie z mętem i śmierć syna pozostawiły ślad naje] psychice, siły powoli zaczęły |ą opuszczać, cierpiała na artretyzm i musiała i oraz częściej pomagać sobie laską przy chodzeniu. Kiedy zbliżyła się do siedemdziesiątki bywały i takie dnie, że nie mogła wstać z łóżka. Nie chcąc przerwać pracy, zatrudniła kilku oddanych asystentów, którzy wykonywali za nią najcięższe prace, jednak pod jej ścisłym dozorem. W 1965 roku okazało się, że cierpi również na raka języka. Jednak długo jeszcze nie poddawała się losowi.

Jeden z najwybitniejszych znawców jej sztuki, a także jej wieloletni serdeczny przyjaciel, profesor Hammacher pisał: „Ostatnia wizyta, jaką jej złożyłem w 1975 roku, kilka tygodni przed jej tragiczną śmiercią w pożarze, który strawił jej studio, była pierwszym spotkaniem, nad którym zaciążył mrok. Zwłaszcza gdy nadszedł wieczór, nastrój w pokoju robił się coraz bardziej ponury. Wyznała, że stan zdrowia nie pozwala jej już na podróże do Londynu i że dotknęło to ją znacznie bardziej, niż umiałaby to sobie wytłumaczyć. Było oczywiste, że jej tajemnicza siła życia, dar intensywnego przeżywania teraźniejszości, opuściły ją. Nagle zaczęła żyć przeszłością, w sposób, jakiego nigdy wcześniej u niej nie dostrzegłem”.

Barbara Hepworth zginęła w swoim domu w St. Ives 20 maja 1975 roku, w czasie gwałtownego pożaru, który został wywołany prawdopodobnie niedopałkiem papierosa. Choć pożar strawił książki, papiery i meble, to rzeźby ocalały. Zgodnie z życzeniem Hepworth w domu odremontowanym po pożarze otwarto wystawę jej dzieł. Zwłaszcza niezwykle piękny ogród, urządzony jeszcze przez nią samą, stał się najlepszym miejscem do eksponowania rzeźb artystki, które nie lubią zamkniętych pomieszczeń. Dlatego też wystawa w Tate, choć jest tak wspaniale przygotowana, stanowi jedynie część opowieści o sztuce i życiu Barbary Hepworth. Aby je w pełni zrozumieć, trzeba wraz z jej rzeźbami stanąć na zewnątrz, w otwartej przestrzeni.

Hepworth wierzyła w moc sztuki zdolnej przemieniać życie ludzkie: „Myślę, że sztuka z samej swej natury jest afirmatywna i jako taka odzwierciedla prawa ewolucji wszechświata - zarówno swą mocą, rytmem i strukturą, jak również nieskończonością idei, które ujawniają się, gdy jest się w zgodzie ze wszechświatem. Wtedy osobowość staje się wolna i może się rozwijać”. Mimo śmiałości swych estetycznych poszukiwań Hepworth nigdy nie zrezygnowała z humanistycznej wartości swej sztuki. To stanowi niewątpliwie o sile jej dzieła, a być może także o jego nieśmiertelności.

Ewa Hearfield


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas