poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Bezwstydne pragnienie -zmartwychwstać
Dekada Literacka 2003, nr 7-8 (199-200)

Nikołaj Kolada, „Merylin Mongoł”(„Murlin Murło”)

Teatr im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, Scena Miniatura. Przekład Jerzy Czech. Opracowanie tekstu i reżyseria Rudolf Zioło. Scenografia Andrzej Witkowski. Muzyka Bolesław Rawski. Premiera 13 września 2003.



Nikołaj Kolada (1957), rosyjski aktor, prozaik, dramatopisarz i reżyser, autor około 70 sztuk granych w Europie, Kanadzie i Australii, urodził się w kazachskim sowchozie, a szkołę teatralną w Swierdłowsku ukończył z nadzieją, że aktorzy to ludzie bogaci. Wyrzucony z teatru, studiował zaocznie w Instytucie Gorkiego - dostał się na seminarium prozy, jednak sławę zdobył utworem dramatycznym „Gramy w fanty” i w ten sposób dość niespodziewanie dla siebie wrócił do teatru. Rozgłos światowy przyniosła mu „Proca”, „pierwsza radziecka sztuka o tematyce gejowskiej”. Przebywał na stypendium w Niemczech, pracował nawet jako aktor w Hamburgu, wrócił jednak do Swierdłowska (obecnie Jekaterynburga), gdzie dziś cieszy się uznaniem. W 1994 roku zorganizowano tam festiwal KOLADA - PLAYS, w którym uczestniczyło 18 rosyjskich i zagranicznych teatrów. Kolada prowadzi w telewizji własny program, a w Jekaterynburskim Państwowym Instytucie Teatralnym jedyną w Rosji poza Instytutem Gorkiego klasę dramaturgii. Jego sztuki przedstawiające życie rosyjskiej prowincji, ludzi baraków, blokowisk, poniżanych, nieszczęśliwych, pozbawionych szans, określono jako „czernuchę” (1).

W zamieszczonym w programie przedstawienia wywiadzie, jaki przeprowadziła z dramaturgiem Diana Poskuta-Włodek, Kolada mówi: „Nie potrafię pisać o ludziach szczęśliwych. Być może dlatego, że w życiu prawie takich ludzi nie spotkałem”. Bohaterowie „Merylin Mongoł”: chora Olga, widująca Pana Boga, jej siostra, alkoholiczka Inna, kochanek Olgi Misza, swój chłop, co żonę wciąż bija, i jej wymarzony mężczyzna Aleksiej, kandydat na wielkiego rosyjskiego pisarza, bezlitośnie katowany przez rywala - szczęśliwi z pewnością nie są. Co prawda jakieś wyobrażenie tego szczęścia mają, ale jego nieosiągalność doprowadza ich do furii. Wszystkie te postacie pragną swojemu koszmarnemu życiu nadać sens. Ten sens to realizacja pragnień, nieprzyzwoicie trywialnych lub nierozsądnie wzniosłych. Albo po prostu naiwnych. Olga marzy, by zdobyć Aleksiej a, mężczyznę, który nie jest tylko bezmyślnym osiłkiem, jak Misza. Misza zaś zdecydowany jest zachować za każdą cenę Olgę, która ma fajne ciało i niezaprzeczalną zaletę jako kochanka - mieszka obok. Dodatkowo Misza musi także obić jajogłowego gryzipiórka, który babom zawrócił w głowie. Wiecznie pijana Inna chciałaby uciec przed sobą, przed życiem, niczym Czechowowskie trzy siostry, do Moskwy, najlepiej z wrażliwym Aleksiejem. Aleksiej zaś pragnie napisać książkę, która przemieni ludzi. Wszyscy marzą, by być innymi niż są.

Zanim osiągną ten nieosiągalny błogostan, kobiety słuchają wróżek i oczekują, aż świat „pierdyknie”. Mężczyźni zaś walczą ze sobą o terytorium. Wołanie o niebyt wyznacza metafizyczny plan sztuki, wołanie o miłość jej plan obyczajowy. Wydaje się, że sklejenie i wątków me może się udać, a jednak Kolada ożywił te ludzkie szkielety. Brutalność sytuacji bójki, gwałt, pijackie awantury, choroba nadają temperaturę tym poziomie nieskomplikowanym i prymitywnym perypetiom i pragnieniom. Kolada tworzy przedziwny świat gruboskórnych wrażliwców, prymitywnych półludzi, którym ból życia pozwala stawiać najprostsze i najbardziej podstawowe pytania.

Zasługą przedstawienia Rudolfa Zioły jest zbudowanie spektaklu, który pokazuje tę tajemniczą dwoistość postaci Kolady, ich okrucieństwo podszyte czułością, prymitywizm przeniknięty zrodzoną z bólu nadświadomością. Aktorzy nie boją się krzyczeć i ten krzyk brzmi na ogół prawdziwie.

Mieszkanie Merylin, rozrzucone po całej widowni, zdaje się być sceną, teatrem życia. Niezindywidualizowane wnętrza, nijakie i brzydkie, duszą bohaterów. Nawet kwiaty nie dodają im uroku. Bohaterowie „Merylin Mongoł”, snując się między pokojami, przewalając się z łóżka na tapczan, toczą codzienny bój z beznadziejnością. Fakty są prymitywne i oczywiste. Olga (Barbara Kurzaj) chciałaby opuścić prymitywnego kochanka; on bije i ośmiesza nieopierzonego literata. Olga i czuje, że staruszek Bóg, który ją nawiedza gniewa się na nią. Spoza agresywnych gestów Miszy (Marcin Kuźmiński) wyziera zazdrość i strach przed samotnością. Kto z nim opije narodziny syna? Od kogo będzie lepszy, jeśli nie od swojej kochanki, głupiej i brzydkiejMerylin? Nie może przegrać, musi bić. Wyrzuty sumienia Olgi rozpoznać można tylko w coraz dramatyczniejszych opowieściach o staruszku Bogu. Jeszcze bardziej niejednoznaczna jest postać Aleksieja. Błażej Wójcik najpierw gra delikatnego chłopca, przerażonego prymitywnymi zaczepkami, daremnie chroniącego swój czas i spokój, siłą wciąganego w dziwne sprawy Merylin. Traktuje dziewczynę jak obiekt literackich badań, trochę się jej boi, trochę zachwyca go jej nawiedzenie. Jej prymitywne odczuwanie świata wydaje mu się poetyckie. Czy jednak tylko z literatury zrodzony jest jego protest wobec zezwierzęcenia Miszy? Jego donkiszoteria jest oczywista: nie ma szans, aby przeciwstawić się rozwścieczonemu osiłkowi. Kiedy coraz ciszej puka, a właściwie skrobie, do mieszkania znęcającego się nad żona brutala, jest śmieszny ale i na swój sposób heroiczny. Literacki. Wójcik tę „literackość”, nieżyciowość, obnaża, rzec można, z upodobaniem. I to chyba jedyny błąd w budowie postaci, którą autor napisał zbyt schematycznie. Aleksiej jednak nie chce być śmieszny; świat upodobnił go do Miszy, więc staje się na swoją chuchrowatą miarę Miszą - gwałci Olgę, bo Olga jest rzeczą, która może do niego należeć. Przewraca ją, chwytając za nogi jak sztywną lalkę. Potem teatralnym gestem wciska jej cukierki i gładzi czule. Zawstydzony, chyba prawdziwie, ukradkiem znika. Zapewne zapisze w dzienniku to doświadczenie obok tych wierszy, które recytował nie chcącej go słuchać Innie. Czy jest literackim bubkiem, czy też w ten sposób i chciał Oldze udowodnić, że myliła się co do niego i uwolnić ją od złudzeń?

To przedstawienie trzeba koniecznie Zobaczył dla niezwykłej, pięknej i prawdziwej roli Marty Konarskiej, grającej pijaczkę Innę, która czeka na koniec świata i na okazję, aby uciec. A najbardziej czeka na pretekst, aby się wygadać wypluć wreszcie nienawiść do świata, Natarczywa, zadziorna, zbuntowana i skrachowana. Agresywna - nieustannie coś lub kogoś zdobywa i traci. Bystra i inteligentna, usiłuje zachować swój sekret wśród potoku słów, którymi się dusi. Tysiąc razy powie o sobie wszystko i zawsze w tym będzie jakaś tajemnica, coś, czego nie zdradzi nawet sobie. Jak w scenie, kiedy prawie trzeźwa, prawie elegancka, prawie pewna siebie przychodzi, by wyjechać z Aleksiejem, i udaje przed sobą, Olgą i Miszą, że zostaje, ponieważ siostra nie chce jej puścić. Dawno nie widziałam roli tak dynamicznej i precyzyjnej równocześnie. Każdy pijacki, agresywny gest, każdy chichot jest kontrolowany, niezbędny. Każdy opowiada dramat samotności. Olga Barbary Kurzaj to na pewno najtrudniejsza rola w spektaklu. Aktorka (i chyba reżyser też) zanadto obdarzyli ją świadomością Soni Marmieładowej. Olga jest tak delikatna, że rozumie wszystko i natychmiast. Swoją chorobę, a właściwie swoje niepełne rozumienie świata tak upoetycznia, że staje się sumieniem i świadomością wszystkich postaci sztuki. Nie tyle je sądzi, ile rozpoznaje. Symboliczny jest gest niszczenia kwiatka, a rozsypywanie ziemi staje się gestem pogrzebania nadziei, autodestrukcji. Scena pożegnania Olgi z Bogiem, epileptyczny atak rozegrany na stole z bezwstydną i łzawą dramatycznością (to komplement) wyraża paniczny lęk przed światem pozbawionym sankcji metafizycznej. „Boziu, nie odchodź”, krzyczy, wijąc się w drgawkach, jakby w przeczuciu śmierci. Olga reaguje na wszystko jak czuły sejsmograf. Przylepiony do jej ust uśmieszek znika i pojawia się, sygnalizując uczucie niepewności, zagubienia. Kiedy krzyczy do Boga, „Boooże, przyjdź do mnie”, kiedy wyje na balkonie swojego bloku, jest to wycie zrozpaczonego dziecka Bożego i Bóg musi odpowiedzieć muzyką piorunów, To oczywiście jest niesmaczna, czarna sztuka, ale ten okrzyk rozpaczy może zapowiadać zmartwychwstanie albo tylko jego pragnienie. Merylin zbuntowała się i jej krzyk jest czymś więcej niż błaganiem, aby wszystko już raz na zawsze się skończyło.

Myślę, że to pragnienie zmartwychwstania ocaliło spektakl w „Miniaturze” przed ostatecznym pesymizmem.

Małgorzata Ruda

(1) Jerzy Czech, „Cholernie Was Wszystkich Kocham”, „Dialog”, nr 12/2001.

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas