poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
GRAŻYNA STACHÓWNA
„Stara Baśń” w kinie
Dekada Literacka 2003, nr 7-8 (199-200)

„Stara baśń”, reżyseria: Jerzy Hoffman,
scenariusz: Józef Hen, Jerzy Hoffman,
zdjęcia: Paweł Lebieszew, Jerzy Gościk,
muzyka: Krzesimir Dębski; Polska 2003, czas: 95'.

Po przejrzeniu kilku recenzji, jakie się już ukazały, poświęconych „Starej baśni. Gdy słońce było bogiem”, filmowi Jerzego Hoffmana - którego krakowska premiera odbyła się w kinie „Kijów” 20 września z udziałem reżysera, aktorów, realizatorów i licznie zgromadzonej publiczności - stwierdziłam ze zdumieniem, że w odróżnieniu od ich autorów przeczytałam ponownie „Starą baśń, powieść z IX wieku”(wydaną po raz pierwszy w 1875 roku) Józefa Ignacego Kraszewskiego bez przymusu, z ciekawością i nawet sporą dozą przyjemności. Kraszewski to oczywiście nie Sienkiewicz, a „Stara baśń” nie „Potop”, ale ostatecznie ile książek podobnych do „Potopu” u nas napisano?

Autorzy recenzji filmowych deklarowali zaraz na wstępie, że Kraszewski napisał 220-233 powieści (w istocie 223 - jak podaje „Literatura polska. Przewodnik encyklopedyczny”, 1984), tworzył „literaturę antyfilmową, pozbawioną efektownej fabuły, nie miał za grosz dramaturgicznego wyczucia, język powieści zestarzał się tak bardzo, że przebrnięcie dziś przez >>Starą baśń<< (wycofaną na szczęście z listy lektur szkolnych) wymaga wielkiego samozaparcia” (Justyna Kobus, „Harry Hoffman”, „Wprost” 2003, nr 1086). Nie odniosłam takiego wrażenia. „Stara baśń” jest dziś powieścią przyjemnie staroświecką, całkiem sprawnie napisaną, a jej język nie nastręcza czytelnikowi jako tako władającemu mową ojczystą najmniejszych trudności. I gdyby ją wiernie przenieść na ekran, mogłaby wypaść całkiem dobrze, a może - któż to wie? - nawet efektowniej niż w wersji „Kiedy słońce było bogiem”.

Uznanym prawem adaptatorów jest napisanie nowego scenariusza na podstawie starej powieści, dlatego też Jerzy Hoffman i Józef Hen stworzyli swoją wersję zdarzeń, ukształtowali nowych bohaterów i wykreowali własne przesłanie, mające wpisać się w pamięć widzów. Zbudowali adaptację „Starej baśni”, zawieszając ją na dwu wspornikach: Szekspirze i poprawności politycznej.

Mówi Hen –„reżyser zaraz podsunął interesujący trop: opowiedzieć tę historię poprzez >>Makbeta<<. Wtedy zrobiło się ciekawie. Hoffman uwiódł mnie Szekspirem” („Scenarzysty nic nie broni”, „Kino” 2003, nr 9). I rzeczywiście, to Makbet stał się podłożem filmowego konfliktu, a na plan pierwszy wysunęli się Popiel i jego żona (u Kraszewskiego - Chwostek i Brunhilda), prowadzona przez nich walka o władzę i zapewnienie sukcesji ich synowi, zbrodnie popełniane przez słabego, starego mężczyznę szczutego przez silną, młodą i piękną kobietę - „Idź [zabić] ja tę krew biorę na siebie” - wyrzuty sumienia Popielą, szaleństwo jego żony, klęska zadana występnej parze przez myszy i obrażonych bogów. Poprawność polityczna - praktykowana już przez Hoffmana przy okazji „Ogniem i mieczem”(1999) -narzuciła zaś dalsze przekształcenia fabuły powieści, aby pasowała ona do współczesnych sojuszy sąsiedzkich, sporów wewnętrznych i dominującej religii: wrogich Niemców zastąpili Wikingowie, prasłowiańscy kmiecie są skłóceni niczym współczesny Sejm, a Piastun musi przywodzić ich do opamiętania, pogańska wiara w Świętowita już wkrótce, po chrzcie Mieszka I - potomka Ziemka Piastowica (u Kraszewskiego - Domana) i Dziwy - zostanie zastąpiona wiarą w Jezusa Chrystusa.

Naczelnym założeniem reżysera było uczynienie ze Starej baśni filmowego widowiska dla wszystkich i osiągnięcie sukcesu komercyjnego. Ostatecznie to nic złego, kino jest przemysłem dochodowym, ale ten rodzaj autorskiego zamiaru dominuje czasem nad dziełem i staje się przyczyną jego klęski, bo narzuca mu nadmierną ilość kompromisów. Mimo więc odwołań do Szekspira film Hoffmana jest tylko komiksem z Kraszewskiego, z którego zapewne nie będą zadowoleni ani widzowie starsi -infantylność opowieści, wideoklipowośćwielu scen (szczególnie nocy Kupały), nadmiar okrucieństwa, ani młodsi -brak jednego wyrazistego bohatera, inscenizacyjnego rozmachu i efektów wizualnych (księżyc i piorun z komputera to dziś stanowczo za mało).

„Stara baśń”, niestety, nie niesie ze sobą przyjemności, której zwykle widz oczekuje od tego rodzaju filmów. Nie ma oszałamiającej inscenizacji - wszystko jest bowiem małe, szare i ubogie: nieefektowna scenografia, mało statystów, wyjątkowo brzydkie kostiumy, niezauważalna muzyka. Nie ma porywającej batalistyki - bitwy nie imponują rozmachem, pojedynek Ziemka z przywódcą Wikingów jest krótki i niezbyt efektowny, mimo użycia przez walczących różnej broni, w tym łuku (!). Nie ma napięcia erotycznego - Popiel i jego żona są lodowaci w swych miłosnych porywach, romans Ziemka i Dziwy dokładnie wyprany z romantycznego wdzięku, a staraniom Mili o zdobycie uczuć Ziemka, przekonujących w scenie rzucania uroków, nie dane jest się rozwinąć. Nie ma lekcji historii - bo któż traktowałby serio film z baśnią w tytule i rozpoczynający się baśniową inwokacją. Nie ma wreszcie działania na wyobraźnię widzów - bo wszystko jest w nim dosłowne i mocno prostackie.

Hoffman obsadził swój film bardzo dobrymi aktorami, sprawdzonymi już w jego wcześniejszych filmach. Nie przekonuje mnie opinia Zdzisława Pietrasika („Makbeta zjadły myszy”, „Polityka” 2003, nr 38), że „wyglądają jakby zostali wyjęci żywcem z tamtych filmów”. To powszechna praktyka kinowa: dzieła, które mają zdobyć popularność, obsadza się gwiazdami, aktorami znanymi i lubianymi, nie szuka się do nich „nowych twarzy”. Problem w tym, że w „Starej baśni” – z wyjątkiem Popiela i jego żony- pozostali wykonawcy nie dostali tzw. zadania aktorskiego do zagrania, wszystkie postaci są banalne, mało wyraziste, motywowane jednym dominującym uczuciem, a karkołomne tempo opowiadania sprawia, że bohaterowie nie mogą się rozwinąć, ich działania usprawiedliwić, a emocje wybrzmieć.

Bohdan Stupka, grający w staroświeckim, teatralnym stylu Popielą (a może Makbeta?), oraz Małgorzata Foremniak, bezradna w roli jego żony (komiczne udawanie lwicy w scenie szaleństwa), po prostu zawodzą. Pozostali aktorzy budują role w oparciu o jeden rys charakterów swoich bohaterów: Daniel Olbrychski (Piastun) jest zatroskany i wiecznie niezadowolony, Michał Żebrowski (Ziemek) - szlachetny i dzielny, Jerzy Trela (Wizun) - hieratyczny, Anna Dymna (Jaga) - macierzyńska, Maciej Kozłowski (Smerda) - okrutny, Wiktor Zborowski (tłumacz Wikingów) - komiczny. Jest też Marina Aleksandrowa (Dziwa), która w ogóle nie próbuje grać, ale po prostu jest sobie śliczna, Katarzyna Bujakiewicz (Mila), która -jako jedyna - czyni ze swej bohaterki postać z nieco innej bajki, oraz Ewa Wiśniewska (Jarucha) i Andrzej Pieczyński, którzy wyraźnie bawią się koszmarną charakteryzacją i możliwością prezentowania szokujących min. Wszystkich pozostałych aktorów i statystów cechuje wyszukana brzydota: sylwetki nieatrakcyjne, twarze odstręczające, usta szczerbate, włosy (wyjątkowo ohydne peruki) kłaczaste, kostiumy brzydkie i szpecące.

Jacek Szczerba, pisząc w „Gazecie Wyborczej” (2003, nr 219) o „Starej baśni”, chwali „godziwe rzemiosło, trochę w starym stylu”. Że w starym - chętnie się zgodzę: film Hoffmana został zrealizowany w bardzo tradycyjnej poetyce i nie rozwiewają tego wrażenia ani zawrotne tempo montażu, ani wideoklipowe efekty. Że godziwe - zgodzić się trudniej z wyżej opisanych powodów i gdy finał filmu wieńczy ujęcie przypominające upiorne ślubne portrety wieszane jeszcze czasem nad małżeńskimi łożami: pochylone ku sobie twarze Ziemka i Dziwy z głupimi minami udającymi szczęście.

Problem leży nie w tym, że w Hollywood wydaje się na takie filmowe przedsięwzięcia jak „Stara baśń” 100 milionów dolarów, a w Polsce 3 (przy średnim budżecie filmu 650 tysięcy). Powodem klęski filmu Hoffmana jest niedopasowanie wyobraźni reżysera do wyobraźni odbiorców kształconej na hollywoodzkich wzorcach oraz zatrważające rozminięcie się filmu z oczekiwaniami publiczności. „Stara baśń” nie zachwyca i nie bawi, nie wzrusza i nie uczy, nawet nie informuje, krótko mówiąc: nie sprawia przyjemności. A od takich widowisk kinowych oczekuje się przede wszystkim przyjemności, która ma usprawiedliwić wydanie wcale niemałej sumy na bilet i poświęcenie 95 minut życia na oglądanie.

Podobnie jak Joanna Wojnicka („Czy adaptacja klasyki musi być grzechem?”, „Dekada Literacka” 2001, nr 11-12) ja także „uparcie wierzę w literaturę na ekranie, w Sienkiewicza na ekranie” i w Kraszewskiego na ekranie. I dokładnie pod tymi samymi warunkami:

- że nie dowiem się zaraz na wstępie, iż to (powieść) jest takie staroświeckie, antyfilmowe i nikt już tego nie czytuje - skąd więc nadzieja, że widzowie będą chcieli to (film) oglądać;

-że reżyser nie będzie deklarował konieczności daleko idących zmian oryginału ze względów koniunkturalnych;

- że jako widz będę traktowana serio i z szacunkiem, a to znaczy, że w czasie seansu zadba się, jeżeli już nie o mój intelekt, to przynajmniej o sprawienie mi przyjemności, bo kino popularne – o czym polscy reżyserze zdają się zapominać - na przyjemności stoi;

- że siedząc w kinie, nie będę odbierać wyraźnych sygnałów płynących z ekranu, które świadczą, iż sam twórca nie traktuje swego dzieła poważnie i profesjonalnie, że je lekceważy jako odkurzoną ramotę i mruga znacząco, by mnie w tym upewnić;

- że wreszcie jaka powieść, taki film, bo to nieprawda i w historii kina znaleźć można wystarczającą ilość przykładów, aby to udowodnić.

Tak więc nie namawiam Szanownych Czytelników do oglądania „Starej baśni” Hoffman i według Kraszewskiego. Ale jeśli macie Państwo ochotę na prawdziwą starą baśń - mądrą, przepiękną, aktualną, dającą wiele niezwykłej przyjemności i skłaniającą do głębokich przemyśleń - wybierzcie się na chiński film „Hero”(2002) Zhanga Yimou. Sami dostrzeżecie różnicę.

Grażyna Stachówna

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas