poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
ŁUKASZ MACIEJEWSKI
Wenecja nas wszystkich
Dekada Literacka 2003, nr 7-8 (199-200)


„W poniedziałek rano” („Lundi matin”)

reżyseria i scenariusz: Otar Iosseliani,
zdjęcia: William Lubtchansky,
muzyka: NicolasZurabiszwili,
montaż: Otar Iosseliani, EwaLetkiewicz,
wykonawcy: Jacques Bidou(Vincent), Anne Kravz-Tarnavsky (jego żona),Rodoslaw Kinsky (ojciec Vincenta), NardaBlanchet (matka Vincenta), Otar Iosseliani
(markiz Enzo di Martino), dystrybucja GutekFilm, czas: 120'.



„W poniedziałek rano” - ostatni film pracującego od lat we Francji gruzińskiego reżysera, Otara Iosselianiego, pozbawia złudzeń. Puste codzienne rytuały są złudzeniem wolności, ale też wolność „saute” jest złudzeniem. Dojrzałość do wolności polega na zrozumieniu, że „ciągle to samo” nie znaczy „tak samo”.

Pamiętam najstarsze filmy Iosselianiego, realizowane jeszcze w Związku Radzieckim - choćby słynny „Był sobie drozd”(1970), pamiętam pierwsze filmy francuskie, „I stała się światłość” (1989), „Polowanie na motyle” (1992), pamiętam filmy najnowsze. Bohaterowie obrazów tego reżysera to bardzo często musilowscy „ludzie bez właściwości”: nie buntujący się, niemal pozamaterialni. Działają pod pręgierzem obowiązków, rytuałów, uzależnieni od przedmiotów, sytuacji. Obserwują raczej, niż przeżywają.

Własna egzystencja nie znamionuje dla nich wielkich zrywów, wysublimowanych uniesień. Jest raczej swoiście rozumianą drogą, na której stykają się ze sobą pytania podstawowe z błahymi. To właśnie jednak błahostki dla twórcy „W poniedziałek rano” urastają do wymiaru prawdziwych problemów egzystencjalnych, pytań o byt. Iosseliani sugeruje, że nie przez wielką siłę rażenia, ale przez uśpioną, z pozoru nieciekawą rozmaitość - skończoność życia ludzkiego, każde istnienie nabiera swojego dramatyzmu, swojej własnej wielkości.

Podobnie jak „starszy brat w sztuce” Iosselianiego - Jacques Tati, twórca „Polowania na motyle” umiejętnie łączy wnikliwą obserwację charakterów z delikatnym komizmem, widz z pewnością doceni te smaki, a z podlanej surrealizmem ironii odczyta poezję. Otwierająca „W poniedziałek rano” scena, kiedy Vincent odchodzi z pracy, przypomina „Mojego wujaszka” Tatiego, podróż do Wenecji - choćby „Wakacje pana Hulot”. To pokłon i wspólnota w podobnym widzeniu kina, także dosłowna - Tati, choć pracował we Francji, także był z pochodzenia Rosjaninem.

Główny bohater „W poniedziałek rano”, Vincent (w tej roli znany producent Jacques Bidou) mieszka z żoną, synem i matką na wsi. Jego dni są bliźniaczo do siebie podobne. Praca w fabryce (czytelna aluzja do biografii reżysera - Iosseliani pozbawiony przez radzieckie władze możliwości kręcenia filmów, pracował jako hutnik), potem proza domowego życia, która jest równie nieciekawa jak praca. Ucieczką od codziennych rytuałów mierzonych pobudka, o świcie, monotonią wykonywanej pracy, powrotem do domowej rutyny, są rzadkie momenty uszczęśliwiające Vincenta - wypalony wspólnie z kolegami papieros przed przekroczeniem fabrycznej bramy, zaduma nad sztalugą, efekt niespełnionych malarskich ambicji.

Nuda dobrych ludzi, mieszkańców miasteczka, ma swoje specyficzne kolory - tu dowcip Iosselianiego skrzy się najpełniej. Dziedziczący po ojcu malarski talent syn Vinonta zdobi miejscowy kościół „freskiem” przedstawiającym świętego Jerzego, a za model smoka służy mu... krokodyl, zostawiony w wiosce z premedytacją przez Cyganów. Uśmiechamy się pobłażliwie, oglądając niewinne grzeszki służącego, Murzyna, gardzącego nieco swoim panem, księdza podglądającego dziewczyny w dezabilu, listonosza rozklejającego nad parą cudze listy. Zwyczajne ludzkie słabostki. I nuda. Przewidywalność każdej chwili, każdego momentu. W końcu Vincent nie wytrzymuje. Z pokaźną sumą otrzymaną od ojca, nie mówiąc nikomu ani słowa, łamie rytm codziennych rytuałów i rusza w podróż życia: do Wenecji.

Ale Wenecja Iosselianiego w niczym nie przypomina turystycznych folderów. „Każdy początek to tylko ciąg dalszy” -jak w wierszu Szymborskiej. Są wprawdzie gondole, jest wspaniała wenecka laguna, są wreszcie podglądane przez Vincenta zakasujące sukienki zakonnice w kornetach, pielące przyklasztorny ogród; ale przede wszystkim oglądamy brudne trotuary, kieszonkowców, dziwaków, skretyniałego markiza - dawnego przyjaciel i ojca Yincenta (pyszny epizod samego Iosselianiego), dla którego „gra pozorów” od lat stała się jedynym możliwym modelem życia. Nawet wesoły kompan podróży, po wspólnej pijatyce, „w poniedziałek rano” także będzie musiał wstać o świcie i wyruszyć do swojej fabryki, żeby przed przekroczeniem bramy wypalić, jak wszyscy, papierosa. Kto zechce, odnajdzie w filmie odwołania do koncepcji LeCorbusierowskiej wizji miasta - doskonałej „maszyny do mieszkania”, albo kicz liryczny Kundery. To jednak nie Wenecja jest okrutna, tylko świadomość, że pozór wolności nie polega na szukaniu palcem po mapie własnego raju na ziemi. Taka świadomość przygnębia, bo tracimy złudzenia, ale dzięki niej jesteśmy też trochę mądrzejsi życiowo. Coś za coś.

Jest w najnowszym filmie Iosselianiego scena zupełnie magiczna: wenecki przyjaciel Vincenta zabiera go na dach jednego z budynków, skąd rozciąga się panorama miasta. Weneckie „genius loci”, już bez komicznej klamry, staje się „genius loci” całego świata, a aurealiuszowe „theatrum mundi” odczuwamy nieomal i fizykalnie.

Iosseliani ze swoim spokojnym rytmem, smutkiem i dowcipem, jest paradoksalnie buntownikiem kina. Działa w kontrze do większości obowiązujących standardów opowiadania. Nie zajmuje go zanadto anegdota, kompozycja jest kapryśna, a reżyser nie zawsze dba o równowagę w budowaniu charakterów - jednych wyróżnia, o innych szybko zapomina. Niewiele dialogów i zbliżeń, drobne (ale celne) mikroobserwacje, oszczędna praca kamery. Mądry, niespieszny off.

Iosselianiego nigdy też specjalnie nie interesowała polityka, może zresztą dlatego w rodzimej Gruzji był uważany za autora wywrotowego i został zmuszony do emigracji. Poszukujący wolności bohaterowie radzieckich filmów Iosselianiego nie pasowali do gotowych matryc, byli niebezpieczni, bo zwyczajni i z reguły sympatyczni. Nie chcieli zmieniać świata, chcieli tylko trochę zmienić siebie. W dążących do uniformizacji społeczeństwach - zbyt groźna to pokusa... Rozmawiając ze starymi ludźmi, słyszę zawsze, że kiedyś było inaczej. Zimy były mroźniejsze, a lata gorętsze. Wspomnienia uwznioślają pierwsze dwie pory roku życia. Zostaje tęsknota. Bohaterowie Iosselianiego tęsknią naprawdę. Ci z „W poniedziałek rano” tęsknią do wtorku, który ponoć ma być lepszy. Albo do środy. To także tęsknota za życiem, którego nie ma i nie będzie. Każdy tęskni za tym samym. Abstrakcyjne określenie „szczęście” - nierealne dla każdego, nieistniejące. Określenie, które boli. Życie na pokaz, życie pod pręgierzem wmówienia, że coś jest dobre, a coś złe, łączy się na końcu z przegraną. Przegraną? Nie, nadzieja na znalezienie miejsca, gdzie wino „nie pełni jedynie funkcji gastronomicznych” jest blisko. Vincent zostawia Wenecję bez żalu, wraca. Bogatszy o świadomość tego, że to, co było, trwa. A Wenecja na prowincji, w jego miasteczku, jest możliwa. Porzućmy tylko pragnienie doskonałości, spróbujmy życia jako kompromisu, wtedy odkryjemy swoją Wenecję.

Łukasz Maciejewski


 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas