poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
[Camera obscura (DL 2002, nr 3-4 (185-186)]

O. Henryk Pietras pisze („Dekada Literacka” 2001, nr 11/12, s. 56), że filmowcy musieli umieścić walkę Ursusa z bykiem w Kolosseum, „gdyż co by to było za »Quo vadis«, w którym Ursus nie walczyłby z bykiem w Kolosseum”, choć „Kolosseum nie istniało jeszcze w czasach Nerona”? Odpowiedź na to retoryczne pytanie jest taka: właśnie „Quo vadis” bez Kolosseum byłoby wierne powieści Sienkiewicza. Pisarz dobrze wiedział i expressis verbis napisał, że „Kolosseum wznieśli dopiero Flawiusze” (t. III, rozdz. 13); walka Ursusa z turem (nie z bykiem!) odbywa się w jakimś innym, specjalnie wzniesionym po pożarze Rzymu amfiteatrze. (hm)

Janusz Tazbir („Nowe Książki” nr 8) pisze, że minęły na szczęście czasy, kiedy obowiązywała metoda marksistowska, a stosując ją Adam Ważyk „dopatrywał się związków pomiędzy kryzysem zbożowym a... pesymizmem »Sonetów krymskich«”. Marksiści wypisywali wiele głupstw, ale ten akurat przykład należy włożyć między bajki. A początek tej bajce dał niechcący Adam Schaff, pisząc w swoim „Wstępie do marksizmu” (1947, II, 2), że wulgaryzowaniem marksizmu byłoby np. „Wyjaśnianie »Pana Tadeusza« podwyżką cen zboża na Litwie”. (hm)

Marian Stępień przypominając „Nieznany wiersz Mariana Hemara o klęsce wrześniowej 1939 r.” („Po ziemi”, nr 14), tj. utwór zatytułowany „Do generała”, pisze, że ani w zagranicznych, ani w krajowych wydaniach wierszy Hemara go nie znalazł. Nie wszystkie zbiory — widać — przeglądał, bo wiersz ten figuruje w tomie „Kiedy znów zakwitną bzy” (Wydawnictwo Literackie, Kraków 1991, s. 105-107), opracowanym przez Tadeusza Szymańskiego. (hm)

Przyzwyczailiśmy się do tego, że hetmanowi Żółkiewskiemu przez roztargnienie nadaje się imię redaktora „Kuźnicy”, nazywając go Stefanem. W książce Marii Hirszowicz „Pułapki zaangażowania” pojawił się błąd odwrotny: czytamy tu, że wśród uczonych autorów, sławiących pracę Stalina o językoznawstwie znalazł się również Stanisław Żółkiewski (s. 128), jakkolwiek na sąsiednich stronach występuje on z właściwym imieniem. (hm)

„Żeby przypomnieć bodaj Słonimskiego: quousque będziemy tolerować tę pluskwę” — pisze w liście do „Tygodnika Powszechnego” (nr 41) Ignacy Rutkiewicz. Przypomnieć tu jednak trzeba nie Słonimskiego, lecz Boya, bo z jego „Słówek” ten cytat (niedokładny) pochodzi. (hm)

Piotr Wierzbicki dawno chyba czytał „Lalkę”, skoro twierdzi („Gazeta Wyborcza” — Magazyn, s. 39), że Wokulskiego ciągnęła do Rosji „szansa wielkiej kariery”. Tymczasem bohater powieści Prusa trafił tu jako zesłaniec za udział w ruchu konspiracyjnym przed r. 1863. (hm)

Zygmunt Kałużyński („Polityka” nr 42) ma złe Andrzejowi Wajdzie, że „prawiczka Tadeusza” przemienił samowolnie w kochanka Telimeny. Widocznie nie przeczytał dokładnie „Pana Tadeusza”, bo ze wzmianki o kluczu i kartce w ks. VI, a potem z wyrzutów Sędziego w ks. VIII wynika wyraźnie, że Telimena i Tadeusz mieli z sobą nocną schadzkę. A chyba nie spędzili jej na rozmowie o „niebach krajów włoskich” i „Cezarów ogrodach”. Zresztą sama Telimena w ks. V twierdzi, że Tadeusz zawdzięcza jej „pierwsze miłości słodycze” i ma już wobec niej „obowiązki”. (hm)

„Mateusza Bigdy nie przeczytam nigdy” — pisał kiedyś Jerzy Paczkowski. Powieści tej nie czytał także Jacek Głomb, dyrektor teatru w Legnicy, skoro w wywiadzie udzielonym „Gazecie Wyborczej” (nr 238) mówi, że „Juliusz Kaden Bandrowski napisał dramat na podstawie życiorysu Wincentego Witosa.” (hm)

Zbigniew Florczak („Plus-minus” nr 3) przytacza za Andrejem Sacharowem „patetyczny aforyzm” rosyjskiego emigranta, Władimira Maksimowa: „Ten kraj trzeba zabierać na podeszwach butów”. Ale aforyzm ten jest tylko odwróceniem słynnych słów Dantona wypowiedzianych przed aresztowaniem 30 III 1794: „Ojczyzny nie zabiera się z sobą na podeszwach butów”. (hm)

Jeszcze raz o Staszku Dutce, który w „Gazecie Wyborczej” uprzystępnia licealistom ich szkolne lektury. Omawiając „Wesele” (nr z 29 I) pisze, że inteligent „biega tu na bosaka po parkiecie, w wiejskich gaciach”. Dla interpretacji „Wesela” nie ma to znaczenia, niemniej jednak trudno nie zauważyć, że w chałupie wiejskiej nie było parkietu, Pan Młody na pewno „pod spód sobie nic nie wdziewał”, a Panna Młoda zapewne go pouczyła, że „trza być w butach na weselu”. Prof. Dutka twierdził też, że „witraże Wyspiańskiego zdobią okna w Kościele Mariackim” - co sprostował już jeden z czytelników „Gazety Wyborczej”. (hm)

Zawiodła Ludwika Jerzego Kerna pamięć, gdy w wywiadzie umieszczonym w ostatnim krakowskim numerze „Przekroju” powiedział, że „Medaliony” Nałkowskiej powstały na zamówienie Mariana Eilego. Pisarka publikowała teksty składające się na ten cykl w „Głosie Ludu”, „Lewym Torze” i „Kuźnicy”. W „Przekroju” natomiast ogłosiła w r. 1947 nową serię swoich „Charakterów”. (hm)

Wydziwia Bronisław Łagowski, gdy w „Przeglądzie” (nr 5) protestuje przeciw używaniu słowa „Państwo” w funkcji zaimka „wy”. Pisze nawet: „Na wymioty się zbiera, już łatwiej przyzwyczaić się do »kurwy« niż do tego »Państwa«”. Jeśli więc Łagowski chce się ustrzec wymiotów, niech, k… nie czyta „Pana Wołodyjowskiego” („Patrzcie państwo, co ja mam z tą dziewczyną!”), „Przedwiośnia” („Nie macie państwo pojęcia, co to za cudo”), ani „Nocy i dni” („proszę państwa do stołu!”). Wszystkie przykłady ze Słownika Doroszewskiego. (hm)

W obronie Ligi Polskich Rodzin: Stefan Bratkowski („Plus-minus” nr 6) z właściwą sobie apodyktycznością twierdzi, że w nazwie tej występuje składnia rosyjska, bo „po polsku byłoby Liga Rodzin Polskich”. Nie ma racji: jeśli chce się uwypuklić ważność przydawki, można umieścić ją przed rzeczownikiem. Chyba Bratkowski wie o wierszyku, który się nazywa: „Katechizm polskiego dziecka” i o hymnie, w którym słowa: „Polski my naród, polski lud, królewski szczep Piastowy”? Liga Polskich Rodzin jest więc w zgodzie z polską składnią, tak jak były z nią w zgodzie paxowskie odezwy z marca 1968 skierowane „Do polskiej młodzieży”. (hm)

W „Kwestionariuszu Herolda” („Wysokie Obcasy” z 2 lutego) Antoni Wit wymienia jako pierwszą ważną książkę „Dziada i babę” Puszkina. Ze streszczenia wynika, że chodzi tu o znaną bajkę Kraszewskiego. Wit mógł się pomylić, bo książeczkę tę czytał, mając pięć lat, ale Józef Herold powinien o właściwym autorstwie wiedzieć! (hm)

W wiadomościach o filmowanej właśnie „Zemście” i jej twórcy, i dziennikarze (np. Katarzyna Zając w „Przeglądzie” nr 6) podkreśla ją jako novum, że „zamiast tradycyjnej XIX-wiecznej scenerii na ekranie zobaczymy bohaterów w kostiumach z XVIII w.”. Tymczasem wystarczy obejrzeć zdjęcia umieszczone w wydawnictwie Stanisława Dąbrowskiego »Fredro na scenie«, by przekonać się, że prawdopodobnie od samego początku, a na pewno od drugiej połowy XIX w. Cześnik i Rejent występowali w strojach staropolskich. Także Podstolina i Papkin nosili często osiemnastowieczne peruki. (hm)

„Plus ratio” - tak głosi tytuł pisma krakowskiej Bratniej Pomocy Akademickiej im. Św. Jana z Kęt. Łacinę znajdujemy i w środku numeru 4/52. Agnieszka Lasota zapytuje uczenie: „Quo vadis, studentes”. Ani autorka, ani redakcja nie wie widać, że 2 osoba liczby pojedynczej „vadis” nie może łączyć się z liczbą mnogą „studentes”, nie wie także, że „studentes” to znaczy nie „studenci”, lecz tylko „gorliwie się przykładający” - i należało tu użyć wyrazu „studiosi”. Disce, puella, latina! (hm)

Felietonista Abe żali się w „Twórczości” (nr 2), że Alfred Łaszowski „nie przestał być w niełasce pewnych kręgów opiniotwórczych”. Nie wiadomo o jakie kręgi chodzi i na czym ta niełaska miałaby polegać. O krytyce międzywojennej w ogóle pisze się u nas niedużo. (Niedawno ukazały się w „Bibliotece Studiów Literackich” wybory pism Skiwskiego i Troczyńskiego. Prasa literacka, w tym także „Twórczość” w ogóle ich nie zauważyła). Poglądy Łaszowskiego omówił zresztą niedawno Maciej Urbanowski w książce o polskiej krytyce nacjonalistycznej. Dziwi jednak w felietonie Abe'go co innego: pisze on o Łaszowskim jako o klerku. Jeśli wierzyć „Nowej Encyklopedii Powszechnej PWN”, klerk we współczesnym znaczeniu tego słowa to „intelektualista”, uczony, artysta, wyznający zasadę nieangażowania się w życie polityczne i spory ideologiczno-światopoglądowe, broniący autonomicznych wartości rozumu i sztuki wobec świata współczesnych doktryn i instytucji życia zbiorowego”. Otóż o Łaszowskim - najpierw młodzieżowym działaczu i publicyście skrajnej lewicy, potem - członku ONR - Falangi, entuzjaście totalizmu i faszyzmu, wyjątkowo napastliwym antysemicie (kajał się z tego powodu w wiele lat po wojnie), wszystko można powiedzieć, tylko nie to, że był klerkiem. On sam, co prawda, tak się określał, ale był to jaskrawy przykład nowomowy - avant la lettre. (hm)

Leopold Unger z kolei („Gazeta Wyborcza” nr 41) mniema, że „Zdrada klerków” w tytule książki Juliana Bendy z r. 1927 oznaczała „ucieczkę intelektualistów od życia i polityki”. Było akurat przeciwnie! „Zdrada klerków” według Bendy polegała na tym, że porzucili oni bezinteresowną wierność ponadczasowym wartościom na rzecz pragmatycznego politykowania. (hm)

Czarno na białym czytamy w „Zemście” Fredry (a. I, sc. 7), że Papkin bezskutecznie prosi majstra i jego murarzy, by przerwali budowanie muru, ze słów Śmigalskiego i Rejenta („Kończcie śmiało przyjaciele”) wynika, że robota ich była bliska końca, didaskalia informują, że bójka za murem się odbywa, Rejent jest z niej zadowolony, borna nadzieję, że winnego jej Cześnika wsadzi do więzienia... Zapewne, reżyser filmowy może od tych danych tekstowych odstąpić. Dlaczego jednak Krystyna Zachwatowicz wmawia Tadeuszowi Nyczkowi i czytelnikom „Przekroju” (nr 7), że w „Zemście” „w ogóle nie dochodzi do żadnego murowania. Rejent niby wysyła ludzi do naprawy muru, ale tak naprawdę jest to tylko prowokacja pod adresem Cześnika! Nawet do żadnej bójki nie dochodzi”. Gdyby to nie była Krystyna Zachwatowicz, chciałoby się powtórzyć za Cześnikiem: „A bezbożny ty języku...” (hm)

Co się nie zmieściło w „Camerze”?

Coś złego się stało w piśmiennictwie polonistycznym. Raz za razem wpadają mi w ręce książki firmowane przez szanowane nazwiska, a urągające zasadom poprawności faktograficznej. Oto praca Wacława Sadkowskiego „Odpowiednie dać słowu słowo. Zarys dziejów przekładu literackiego w Polsce” (Prószyński i S-ka, Warszawa 2002, s. 191). Zaskakują tu rażące luki: autor odnotowuje tytuły niezbyt ważne (np. spolszczenie „Qulistanu” pióra Samuela Otwinowskiego, przekład „Rozbójników w Wenecji” Washingtona Irvinga czy „Bajek murzyńskich”), a pomija rzeczy tak wybitne, jak przekład „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, dokonany przez Edmunda Chojeckiego, „Luzjad” Camoensa, pióra Zofii Trzeszczkowskiej, „Oniegina”, sporządzony przez Leo Belmonta, działalność przekładową Antoniego Sygietyńskiego i Antoniego Langego, „Komedie” Plauta w przekładzie Przychockiego, tragedie Eurypidesa w tłumaczeniu Jerzego Łanowskiego... Boyowi poświęcił Sadkowski 8 stron, ale omawia na nich tylko to, co w jego dorobku najbardziej wątpliwe - tłumaczenie Prousta. Całkowicie przemilcza fenomenalną działalność translatorską Ireneusza Kani.

Co gorsze, książka roi się od błędów. Wbrew temu, co twierdzi Sadkowski, „Myszeida” nie jest parafrazą ani pastiszem żadnego utworu (s. 56), „Pieśń Lotty nad grobem Wertera” to utwór nie Goethego, lecz K. E. Reitzensteina (s. 64). Wspomniany już przekład „Rozbójników w Wenecji” ogłoszony anonimowo, Estreicher przypisuje nie Czeczotowi, lecz Ksaweremu Bronikowskiemu (s. 65). Absurdalne jest twierdzenie, że „Pani jeziora” Waltera Scotta w przekładzie Karola Sienkiewicza zawdzięczała swój późniejszy rozgłos temu, że dokonane przez tegoż Sienkiewicza tłumaczenie „Warszawianki” weszło w skład kanonu polskiej pieśni patriotycznej (s. 65). Kniaźnin nie mógł tłumaczyć „Pieśni Osjana” w r. 1828, bo umarł w obłędzie w r. 1808 (s. 70). „Król-Duch” nie zawiera „najważniejszych parafraz staroruskich kronik” (s. 72). W twórczości Słowackiego nie tylko „Książę Niezłomny”, lecz także „Iliada” i „Makbet” (oczywiście tylko fragmenty) reprezentują działalność przekładową (s. 72). Siemieńskiego przekład „Odysei” nie nosił nigdy tytułu „Odys słowiański” i nie ma w nim mitologii starosłowiańskiej (s. 71). Józef Paszkowski nie mógł wystąpić z przekładem „Fausta” w r. 1882, bo zmarł w r. 1861 (s. 78). Ani „Świat”, ani „Chimera” nie lansowały Bergsona, Stefana George, Unamuna czy Jimeneza (s. 82), „Bieda kłamcy” Grillparzera to nie komedia, lecz dramat (s. 84), a „Nadzieja” Heijermansa to nie powieść, lecz dramat (s. 84). Zegadłowicz nigdy nie opublikował przekładu „Małgorzaty”, tj. „Urfausta” (s. 103). Stefan Srebrny nie mógł „stworzyć podstaw współczesnego rozumienia” dzieł Eurypidesa, bo ich nie tłumaczył (s. 107). Florian Sobieniowski nie należał do „badaczy” literatury angielskiej (s. 107). „Kongenialne” przekłady songów Brechta zawarte w „Powieści za trzy grosze” są dziełem nie Marcelego Tarnowskiego, lecz Władysława Broniewskiego (s. 108). „Ladacznica z zasadami” to nie satyryczna komedia, lecz dramat (s. 122). Otto Axer nie był współtłumaczem powieści „Moll Flanders”, lecz ją ilustrował (s. 307). „Bajki murzyńskie” tłumaczyła z Janem Józefem Szczepańskim nie Wanda Marokani, lecz Morokini (s. 130). Antologia „Poeci języka angielskiego” obejmuje nie dwa, lecz trzy tomy (s. 134). „Zagubione w przekładzie” Ewy Hoffman to nie powieść, lecz pamiętnik (s, 154). Pieśni Alkaiosa i Safony tłumaczyła nie Jadwiga, lecz Jerzy Danielewicz (s. 158).

Prawdziwą zagadkę stanowi informacja, że „z tłumaczeń opublikowanych w r. 1830 w »Rysach moralności literatury« pewną wartość miały prace Konstantego Gaszyńskiego i Adam Asnyka” (s. 66). Bibliografie nie notują ani czasopisma, ani wydawnictwa zbiorowego pod tą nazwą. Z Estreichera można się dowiedzieć, że taki tytuł miało w polskim anonimowym przekładzie dzieło Washingtona Irvinga, ale jakim cudem mogły się tam znaleźć tłumaczenia Asnyka, który urodził się osiem lat później? Nie wiem też, na czym opiera się informacja, że Siemieński opracował adaptację noweli Cervantesa „Szklany człowiek”; nie znajduję jej w polskich bibliografiach obu tych pisarzy. Taki tytuł nosi natomiast opowiadanie Jana Lama, ale ono nie ma nic wspólnego z Cervantesem.

Przy okazji dwa drobiazgi. Autor ma za złe Arturowi Sandauerowi, że w przekładzie poematu „Dobrze” użył wyrażenia „swobodny trud”, bo w oryginale rosyjskim jest także „swobodnyj trud”. Dziwna pretensja. Zarówno „swobodny”, jak i „trud” to rdzennie polskie wyrazy i nie wiadomo, dlaczego miałby ich tłumacz unikać. „Zamieć mgłami niebo kryje / Wichrów śnieżnych kłęby gna” - tak tłumaczył Tuwim i nikt chyba nie krytykował go za ten przekład, mimo że u Puszkina występują także wyrazy „mgła”, „niebo”, „wichry”, „snieżnyje”.

Sadkowski pisze, że z „Mistrza i Małgorzaty” przeniknął do języka polskiego zwrot „jajeczko częściowo nieświeże” (s. 136). Tymczasem geneza jego jest inna: to żart z angielskiego pisma humorystycznego „Punch”, jeszcze z 1895 r. Z „Mistrza i Małgorzaty” pochodzi inne wyrażenie: „jesiotr drugiej świeżości”. Niestety, parafrazując, można by powiedzieć o tej książce Sadkowskiego: popularyzacja drugiej jakości.

Henryk Markiewicz


*

To nie metodologia...

Hm w „Camerze obscurze” („Dekada Literacka” nr 1/2 2002) karci mnie za złe maniery: że kpię z wyglądu Kierczyńskiej i Ważyka, przypominając, jak pastwili się nad Konwickim, osądzając jego miłosne opowiadanie „Godzina smutku” na sekcji prozy ZLP w czasach socrealizmu. Otóż - by się usprawiedliwić - powtórzyłem tylko nieudolnie jeden z ulubionych numerów popisowych Tadzia Konwickiego przy stoliku „czytelnikowskim”. Tadzio był oczywiście o wiele subtelniejszy ode mnie. To, co ja usiłowałem wyrazić nieudolnym słowem, genialnie sugerował odpowiednią mimiką i niedopowiedzeniami. Antoni Słonimski mawiał, że bardzo nieładne są kpiny z nazwisk, ale jakżeż trudno czasem nie ulec pokusie... Przykład hm z Leśmianem - raczej chybiony. Z wierszy miłosnych Ważyka (który nb. poezji Leśmiana nie znosił i ostro ją atakował) nigdy bym nie kpił, zwłaszcza gdyby były równie piękne jak erotyki Leśmiana. Ale czy hm wyobraża sobie Leśmiana pouczającego młodych poetów, jak mają pisać erotyki? I jeszcze jedno: to nie „metodologia”, panie profesorze, tylko żarcik, od którego trudno było powstrzymać się komuś, kto daną scenkę widział na własne oczy. A jeżeli niesmaczny, to przepraszam wszystkich, którzy tak to odczuli oraz cienie szanownych mentorów. Niech im ziemia lekką będzie.

Ryszard Matuszewski

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas