poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
KATARZYNA TURAJ-KALIŃSKA
Kram z religiami
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

Na tym świecie wszystko jest towarem. Nawet religie. Takie właśnie wrażenie wynieść można z lektury książki Brandona Toropova i Luke’a Bucklesa „Religie dla żółtodziobów”, choć intencje autorów były z całą pewnością bardziej szlachetne.

Zacznijmy od tego, że dzieło powstało w świetlistym kręgu Konstytucji Stanów Zjednoczonych, której słynna Pierwsza Poprawka głosi, że „Kongres nie może stanowić ustaw wprowadzających religię albo zabraniających swobodnego wykonywania praktyk religijnych”. Ha! Bynajmniej nie jesteśmy gorsi, skoro odnośny artykuł Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej brzmi: „władze publiczne zapewniają swobodę wyrażania przekonań religijnych w życiu publicznym”, z drugiej zaś strony „nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawniania swego światopoglądu, przekonań religijnych lub wyznania”.

 Zaraz zobaczymy do czego może doprowadzić upojenie swobodami obywatelskimi. Najpierw jednak odnotujmy, że autorzy „Religii dla żółtodziobów” są zdeklarowanymi chrześcijanami. Albo inaczej, ostrożniej: deklarują, że są chrześcijanami. Brandon Toropov przedstawia nam się jako protestant i pisarz z zawodu. Luke Buckles – jako profesor teologii, w dodatku zakonnik, dominikanin. Dominikaninem jest też polski konsultant książki, o. Grzegorz Chrzanowski.

Te referencje powinny chwilowo uspokoić tych wszystkich, którzy najbardziej na świecie boją się sekciarzy i wolnomyślicieli.

Ale na tym nie koniec niespodzianek. Ta książka, mówiąc najkrócej, to swoisty podręcznik religijnego savoir vivre’u. W szczególności – dobierania odpowiednich słów. Otóż pragnąc doszlusować do czołówki światowej cywilizacji, powinniśmy przede wszystkim ocenzurować się na okoliczność takich brzydkich wyrażeń, jak: „kult, sekta, obcy, odmiana, nawracanie, herezja” czy nawet „grupa charyzmatyczna”. Takie określenia są niepoprawne politycznie, a do tego – po prostu niegrzeczne. Pierwszym przykazaniem kulturalnego człowieka XXI wieku bowiem jest: pamiętaj, abyś nie nawracał. Może w ten sposób będzie można zmazać częściowo hańbę wojen religijnych, płonących stosów, konkwisty, niewolnictwa i pieców krematoryjnych. Czy choćby tylko nietaktownych pytań w rodzaju: „Więc ty naprawdę w to wierzysz?” lub „Dlaczego nie jadasz wieprzowiny?”.

Prezentacji najważniejszych – to jest: najliczniej wyznawanych – religii świata poświęcono w książce osobne rozdziały. Wszystkie religie otrzymały mnóstwo uzasadnionych komplementów. Tak więc po lekturze zapamiętamy między innymi, że islam to religia „głęboko związana z judaizmem i chrześcijaństwem”, a „mieszkańcy Zachodu mają więcej wspólnego z muzułmanami niż potrafią sobie uświadomić”.

Jest w tym niewątpliwie sporo racji. „Stary” i „Nowy Testament” są obok „Koranu” uznawanymi przez mahometan źródłami Objawienia. Mojżesz i Jezus – prorokami poprzedzającymi Mahometa, któremu w dodatku objawił się archanioł Gabriel, co sześć wieków wcześniej „zwiastował Pannie Maryi”. To nas powinno raz na zawsze wyleczyć z lęku przed islamem jako religią „niezrozumiałą”, „obcą” czy „okrutną”.

 Religie bardziej odległe od chrześcijaństwa także mogą mieć z nim więcej wspólnego niż się wydaje na pierwszy rzut oka. O buddyzmie więc przeczytamy, że „prostota i klarowność jego najważniejszych idei poruszyły starożytnych chińskich filozofów, beatników, kontemplujących mnichów katolickich, by wymienić tylko kilka środowisk...” O hinduizmie, że bynajmniej „nie jest patchworkiem zszytym na chybił trafił z wielu wierzeń”, ale raczej – „natchnioną syntezą...”. Zaś „z przewodnią ideą taoizmu zgadza się Jezusowe nauczanie, że tylko ci, którzy staną się jak dzieci, wejdą do Królestwa Niebieskiego...”

To jeszcze nic dziwnego. W końcu chodzi o religie wielkie, starożytne, związane z potężnymi cywilizacjami. Jednak z równym pietyzmem i podziwem odnoszą się autorzy do pierwotnych wierzeń Afrykańczyków i Indian amerykańskich. Sugerują, że należy nazywać je „religiami rodzimymi” i zachować wobec nich „neutralną postawę badacza, wystrzegając się wszelkich etykiet”.

Z więcej niż stoickim spokojem Buckles i Toropov odnoszą się też do nowszych religii, które biorą sobie wyżej wymienione religie za punkt wyjścia. To się wprawdzie nazywa „neopoganizm”, ale w końcu słowo „poganin” pochodzi od łacińskiego „paganus” i znaczy tylko tyle, co „wieśniak”.

Konserwatyści mogą doznać prawdziwego szoku, czytając rozdziały o nowych ruchach religijnych. Po pierwsze, dowiedzą się z niego ze zgrozą, że „każda religia była kiedyś nowa”. A zaraz potem, że przedstawiciele New Age, którym straszą nas zewsząd tropiciele groźnych sekt, mają tak przyjemne cechy, jak: „dociekliwość, ciekawość, chęć eksperymentowania i rozstrzygania problemów nowoczesnego świata”.

O Międzynarodowym Towarzystwie Świadomości Kryszny, również wytrwale zwanym u nas „sektą”, także nie przeczytamy żadnych strasznych rzeczy, prócz tego, że propaguje ono „wiedzę duchową, głosząc imię Boga” i zachęcając do życia „bardziej zgodnego z naturą”.

Jeszcze bardziej atrakcyjnie na tej giełdzie zbawienia prezentuje się bahaizm, uznający za swoich proroków hurtem Mojżesza, Buddę, Jezusa i Mahometa. Ma on „wyznawców w 25 krajach” i został tu określony jako „pełna życia, otwarta i urozmaicona religia”, która „może wyłonić się jako najważniejsza w XXI wieku”. Tam, do licha! Kto właściwie w tym kotle miesza?

A jakie jest w tym wszystkim miejsce chrześcijaństwa?

Per saldo – bardzo skromne. Po pierwsze, autorzy przypominają, że „ono także wyrosło z małej sekty”. Po drugie, że jego - istotą jest „niewyczerpane miłosierdzie i przebaczenie” – o czym stanowczo zbyt wielu chrześcijan zdaje się nie pamiętać. I jeszcze – że najmniej kontrowersyjną postacią chrześcijaństwa jest św. Franciszek z Asyżu. Za to „wszystkie kategoryczne wypowiedzi na temat Jezusa powinny być objęte sceptycyzmem”.

Można się spodziewać, jakim sceptycyzmem będzie w naszym kraju objęta ta radosna wyprzedaż wierzeń. Ta sygnowana przez chrześcijan religijna lista przebojów, na której pierwsze miejsce zajmuje bahaizm, zaś katolicyzm przegrywa walkowerem. A to Ameryka właśnie, która puka do drzwi.

Na pocieszenie, autorzy mają dla nas jeszcze jedną maksymę. „Wszyscy płyniemy w tej samej łodzi”. Ciekawe tylko jak się ta łódź nazywa. Arka Noego, czy może raczej – Titanic.

Katarzyna Turaj-Kalińska 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas