poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MAŁGORZATA RUDA
Śmierć i opowieść
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

Lidia Amejko, „Nondum”, Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie, Scena Miniatura.
Reżyseria: M. Łazarkiewicz, scenografia: K. Sobańska, muzyka: St. Radwan, Prapremiera: 24 III 2002.

Debiut literacki Lidii Amejko był równocześnie mistyfikacją. Autorka sprzedała „Odrze” własne opowiadanie jako utwór Borgesa. Jej małe formy dramatyczne: „Gdy rozum śpi, włącza się automatyczna sekretarka”, „Męka Pańska w butelce”, „Dwadrzewko”, „Farrago”, „Nondum”, drukował „Dialog”. Grano je w teatrach: warszawskim, wrocławskim, opolskim i w Teatrze Telewizji. Wobec takiego zainteresowania jej bardzo literackimi tekstami, autorka dawno powinna była zapomnieć, że w 1992 r. przegrała konkurs na słuchowisko ogłoszony przez radio w Katowicach. Najwyraźniej jednak nie zapomniała i nota biograficzna w programie Teatru im. Słowackiego do polskiej prapremiery „Nonduma” (reż. Magdalena Łazarkiewicz) powtarza tę informację nie bez ironicznej satysfakcji.

Teksty Amejko żywią się językiem; rozsadza je roztrajkotany dialog, postaci cierpią na słowotok. Przejrzystość fabuły jest zamazana, wydarzenia nieomal się nie wydarzają i tracą na znaczeniu; ściślej mówiąc, są ważne o tyle, o ile można o nich opowiedzieć, zinterpretować je, dopowiedzieć ich sens. A kiedy już ich mglisty zarys się pojawi, to okazuje się, że mogą zaistnieć raz jeszcze, w innych okolicznościach, powtórzyć się, lub przynajmniej zasugerować powtórzenie. Ta fabuła jest wątła, ale nie ma z niej wyjścia ani ucieczki. Adam, bohater (?) utworu „Gdy rozum śpi, włącza się automatyczna sekretarka”, śni w dniu swych urodzin serię telefonów. Kiedy się budzi, słyszy ponownie pierwszy telefon, który odebrała automatyczna sekretarka. Może zacząć odbierać następne. Horror może się powtórzyć. Sen bohatera nasycony jest cierpieniem, którego przyczyn szukać należałoby nie tylko w rozdygotanym, rozgadanym do nieprzytomności świecie. Nie tylko w życiu obciążonym nieudanym małżeństwem, w sumieniu freudowsko naznaczonym chęcią zabicia ojca, znieważanego przez świat. Gdy głosy mówią, terkocą, krzyczą, bohater śni? A może tylko milczy? Jest więźniem swojej wyobraźni. Krzyczeć, protestować potrafi tylko we śnie. Jest zatem więźniem swego życia.

Pan Dwadrzewko z dramatu pod tymże tytułem opowiada chłopcu historię domu, który był miejscem zbawienia żydowskiego dziecka i miejscem kaźni tych, co je zbawili. Chłopiec przestaje się bać, ale, gdy jako mężczyzna wraca do szpitala, z wnętrza jego gardła, z wnętrza jego pamięci kamera wydobywa pamięć pana Dwadrzewko, a z niej, pamięć domu, który ich obu ocalił. Na chwilę. Bo to wszystko może się powtórzyć. Jak ból gardła. Bo pamięć daje siłę, ale jest także raną.

Ze znanych mi bohaterów, powołanych do życia w dramatach Amejko, tylko „przeklęty” marran Uriel Da Costa („Męka Pańska w butelce”) wchodzi w nowe życie. W XX wieku, po trzystu latach chce odwołać swój traktat o śmiertelności duszy i napisać nowy: o jej nieśmiertelności. Uriel idzie w nowe życie ze starą Gumejką, babą śmietnikową, która jego duszą zamienioną w przedmiot, jak holenderskim pogrzebaczem grzebała w śmieciach. Teraz Gumejka zmienia imię, staje się Reginą. A obdarzony nieśmiertelną duszą Uriel, znowu przemyśliwa o zmianie imienia. Ta nowa droga zjawia się przed Urielem, gdy Gumejka wypija butelkę. A w tej butelce Męka Pańska się znajduje i dwaj jej stróże, gotowi urielową duszyczką-pogrzebaczem przebić Najwyższego. Na Zmartwychwstanie nie pozwolą, bo nie chcą być uwięzieni w jednej prawdzie. Co tu jest prawdą: czy nawrócenie Uriela? Czy sprzeciw stróży wobec jednej prawdy? A może wszystko to tylko pijana wizja Gumejki?

Krótkie sztuki Lidii Amejko chętnie żywią się Biblią i przerabiają Biblię na literaturę. W „Farrago” Bóg nosi w sobie kompleks synobójcy i stworzyciela zła. Więc skoro nie ocalił Syna od męki, pozwoli na zmartwychwstanie aktora. Z kolei w „Nondum” ludzkie dusze to odpryski słowa Bożego – muszą więc do niego wrócić.

Cechą charakterystyczną teksów dramatycznych Amejko jest ich samowystarczalność interpretacyjna. Zawierają w sobie tak finezyjny i precyzyjny komentarz, że można je bez trudu wyjaśniać, cytując pełne samowiedzy monologi postaci lub streszczając niemal symboliczne fabuły. Szczątkowość fabuł, powtarzalność motywów pogłębia wrażenie, iż mamy do czynienia z postaciami-esejami lub postaciami-aforyzmami, z wydarzeniami-przypowieściami. I byłyby to pewnie po prostu tylko zbiory inteligentnych myśli, gdyby nie umiejętność, rzadka we współczesnej dramaturgii polskiej, stawiania bohaterów wobec tajemnicy cierpienia, śmierci, nieśmiertelności, samotności.

Równocześnie jednak nieostrość wydarzeń, niejasność fabuł sprawiają, że bohaterowie pogrążają się w tajemnicy – groteskowej lub tragicznej. Czytelnik/widz musi wiec wciąż zadawać pytania, zagubiony, niepewny odpowiedzi. Może nieśmiertelność Uriela tylko się przyśniła samotnej, pijanej żebraczce? Może historia zawsze będzie tkwić ością – przepraszam – łyżką w gardle mężczyzny, który obcował z panem Dwadrzewko? Może pamięć jest chorobą, przekleństwem a nie wybawieniem, a ci, którzy od niej uciekają, mają rację?

Nondum, tytułowy bohater najnowszej sztuki Amejko, to – jak nazywa go autorka – „dziwotwór”. Nie może umrzeć. Wzywa śmierci, wyczekuje jej, bada cudze umierania. A śmierć wciąż do niego „jeszcze nie, jeszcze nie” przychodzi. Chociaż Nondum zaciska pętlę na szyi, chociaż wisi nad łóżkiem, chociaż przez posługaczkę jest układany na śmiertelnym barłogu, wytrwale ćwiczy ostatnie tchnienie: oczy przymyka, usta otwiera – wciąż jest żywy. Nondum nie może umrzeć od wieków, a z tego nasłuchiwania śmierci, słabo słyszy odgłosy życia. Więc wokół niego wciąż coś musi brzęczeć, skrzypieć, dźwięczeć, tylko bowiem dźwięk jest dlań przekonującym świadectwem życia. Kiedyś słuchał orkiestry, ale orkiestra pomarła, więc Nondum skazany jest na jazgot niby-zegarów, niby-telewizorów. Ten hałas jest dla niego dowodem, że on sam żyje.

Na scenie krakowskiej Miniatury scenografka Katarzyna Sobańska wybudowała całą ścianę z owych niby-zegarów bez tarczy, niby-maszyn-kół-zębatych, które nie wytwarzają nic prócz dźwięku, z ekranów, które martwo świecą i niczego nie pokazują. Pełno tu tajemniczych szklanych rur, pustych, połyskujących zielonkawą wodą zbiorników. Dwie poprzeczne ściany to lustra same siebie krzywo odbijające. Czasem majaczą w nich pomniejszone, niewyraźne, zdeformowane postacie, czasem jakiś cień widza. Świecą mrocznym światłem, w którym mocniej błyszczy odrealniona lina. Na niej wieszać się będzie Nondum.

Barbara Kurzaj grająca Emilię, sługę Nonduma (Marcin Kuźmiński), zbudowała tę postać z jazgotu sługi. Z pracowitej krzątaniny, z lubości gadania o tym, kto, gdzie, jak i dlaczego pomarł. Ale ta sługa umie się też zdobyć na gest tragiczki. Jakimś ruchem niedbałym a delikatnym wskazać niebiosa, a zaraz potem splunąć z odrazą. Intonacją wzniosłą zaznaczy Emilia swoje za pan brat obcowanie z duchami, swoją tęsknotę za cudem. Staje się wtedy nagle poetycka, przejęta i zachwycona śmiercią. Historie o duszyczkach- słowach bożych smakuje, cała nie tylko zasłuchana, ale i zapatrzona w swoje opowiadanie. Nic więc dziwnego, że duszyczki – w bieli i kwiatach – zjawiają się, materializują, stając w niszy sceny. Pomilczą chwilę i znikają. Energia i uniesienie, z jaką Emilia mówi o ostatnich chwilach i słowach duszyczek, są tak wielkie, że godzą ze śmiercią, czynią ją częścią życia, czymś naturalnym, pięknym. Więc Nondum te opowieści zamiast życia przeżywa, przez chwilę szczęśliwy. Emilię jednak pociąga i uwodzi prawdziwe życie. Chciałaby je sobie ułożyć, wyjść za mąż za ostatniego żyjącego muzykanta z orkiestry. Rozeźlona niemożnością skonania Nonduma, opuszcza go, powierzając opiece Psychopompa (Jerzy Światłoń). Psychopomp (w inscenizacji Magdaleny Łazarkiewicz wyraziściej niż w tekście Amejko) jest nie tylko handlarzem metafizyczną galanterią; nie tylko „udrażnia Przejście”, ale drażni i kusi. To raczej diabeł i zwykły wymyślacz opowieści niż jej duch. Chce wyprawić duszę Nonduma w zaświaty sposobem prostym lub krzywym. Ofiarowuje Nondumowi historię o jego narodzinach, bo tylko to, co opowiedziane istnieje, a tylko to, co istnieje, może przestać istnieć. Oto Nondum jest owocem krótkiego romansu wiejskiego debila z księgą lekkich obyczajów „Luizą z Audin”. Skoro w ten sposób słowo stało się ciałem, Psychopomp chce ten proces odwrócić. Opowieść dokona losu niedokonanego Nonduma. Usensowni go i pozwoli mu umrzeć. Nondum znów zmieni się w słowa. Już Emilia głosiła, że ludzkie życie to gadanie, a dusza to słowo, które, będąc odbiciem słowa Bożego, do Pana wrócić musi. Psychopomp w spektaklu Łazarkiewicz kusi tylko wiecznością. Jest w jego propozycji jakiś podstęp. O ile Nondum Marcina Kuźmińskiego za sprawą Emilii i jej opowieści o śmierci zbliża się do tajemnicy i odczuwa zazdrość wobec tych, którzy zaznali w niej ukojenia, o tyle wobec Psychopompa wpada we wściekłość i panikę. Przeraża go opowieść o nim samym, irytuje absurdalną literackością. Uwierzywszy w opowieść, chciałby ją teraz smakować, nie umierać. Dopiero w zaświatach, otoczony duszyczkami, o których opowiadała Emilia, i słuchając pięknego kwartetu, jest w świecie, który zna. Nic się nie zmieniło, Nondum istnieje w swojej historii, zdobył wieczność. Ponad semantycznymi zabawami i interpretacyjnymi zawikłaniami, Kuźmiński gra Nonduma jako człowieka pragnącego śmierci i śmiercią przerażonego.

Przedstawienie Magdaleny Łazarkiewicz jest proste i piękne. Reżyserka nie boi się ani naiwności, ani dosłowności. Całe sekwencje przedstawienia buduje na współistnieniu słowa i obrazu. Aktorzy najpierw mówią o czynności, a potem wykonują ją , tworząc klimat poetycki i naiwny zarazem. Przywołane słowem dusze wyłaniają się z ciemności. Psychopomp pracowicie zawiązuje pętlę, mówiąc o zawęźlaniu końca. Nondum w zachwycie odgrywa pantomimiczną scenę czytania „Luizy”. Zwielokrotniony huk mechanizmów wybucha, by dowieść istnienia świata. Tylko w śmierć Emilii trudno uwierzyć, a ściślej w to, że jej duszyczka spodobała się Panu jako zrobiona z ciszy.

Świetne przedstawienie. Niełatwe zadanie oswojenia widza ze współczesnym dramatem udało się wykonać ze zdumiewającym powodzeniem.

Małgorzata Ruda 

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas