poezja proza esej rozmowy recenzje felietony
 
filozofia
teoria literatury
socjologia
psychologia
antropologia
poczta literacka
sztuka
muzyka
teatr
film
wydarzenia
okno na świat
polska z zewnatrz
ksiazki_nadeslane
MICHAŁ GŁOWIŃSKI
Mój Kraków
Dekada Literacka 2002, nr 3-4 (185-186)

Zacznę od pewnej, dość oczywistej zresztą, refleksji językowej. Kiedy używam zaimka dzierżawczego „mój”, nie zawsze mówię o swoim stanie posiadania, nie zawsze występuję w roli właściciela. Bo „mój ołówek” to całkiem co innego niż na przykład „mój Jan Sebastian Bach” czy „mój Juliusz Słowacki”. W drugim typie użyć mówię o swoim osobistym stosunku do danego człowieka i jego dzieł, do określonych miejsc, do różnego rodzaju wytworów i zjawisk, mówię o pewnych wyborach, których – świadomie bądź nieświadomie – dokonuję. W takich okolicznościach zaimek ten nie aspiruje do ogarniania całości, przeciwnie, raczej wskazuje na to, że myśli się o jej wydzielonych w ten lub inny sposób fragmentach czy wyselekcjonowanych z pewnego punktu widzenia aspektach. Mogę powiedzieć „mój Paryż”, bo przebywałem w nim kilkakrotnie i wiele rzeczy mnie w nim fascynuje, mogę powiedzieć „mój Pruszków”, bo to moje rodzinne miasteczko. Mogę też powiedzieć „mój Kraków”, choć nigdy w nim nie mieszkałem, a moje pobyty – w pewnym roku co dwa tygodnie – były z reguły pośpieszne i trwały krótko. Mimo to Kraków odegrał i odgrywa w moim życiu wielką rolę, zaimek „mój” nie będzie zatem oznaką przywłaszczenia, ale też nie stanie się uzurpacją w sensie drugim. Nikt mi przecież nie zabroni „mieć” („mieć” też w specyficznym znaczeniu) mojego Krakowa, nawet najświetniejsi obywatele tego miasta i jego w demokratycznym trybie wybrani rajcy nie są w stanie mnie z niego wydziedziczyć.

Ale gdy pierwszy raz w nim się zjawiłem, niczego mojego jeszcze tu nie było. Mogę ustalić, kiedy to się stało, bo pamiętam, że prasa pisała wówczas o samobójstwie Jana Lechonia, wystarczy zatem zajrzeć do pierwszej z brzegu encyklopedii, by stwierdzić, że chodzi o czerwiec pamiętnego roku 1956. Byłem krótko po studiach, nikogo w Krakowie nie znałem, ani żywej duszy, nie skłaniały mnie do podróży żadne konkretne sprawy. Po prostu uznałem, że muszę to sławne historyczne miasto wreszcie zobaczyć. I w ciągu dwu dni obejrzałem, co się dało. Najpierw powstał problem zakwaterowania. Wynajęto mi łóżko w zbiorowej sali w Hotelu „Pod Różą”, który – dzisiaj elegancki – wówczas był ruiną, prawdopodobnie jednym z tańszych w mieście punktów, w których przyjezdny mógł spędzić noc. Sąsiednie łóżko należało do mężczyzny trochę ode mnie starszego, który zapytał mnie w pewnym momencie, czy też robię w skórach. Z początku nie zorientowałem się, o co chodzi, ale po sekundzie powiadomiłem go zgodnie z prawdą, że ze skórami niewiele mam wspólnego. Był rozczarowany, bo chciał pogadać na tematy zawodowe, a pracował w przemyśle garbarskim, przyjechał z jakiegoś podkarpackiego miasteczka na szkolenie, czy może nawet – na kursokonferencję. To była bodaj jedyna rozmowa, jaką wówczas w Krakowie odbyłem.

Zwiedzałem miasto w samotności. Chciałem, co zrozumiałe, zobaczyć jak najwięcej, ale robiłem to po omacku; wciąż trwały przejściowe trudności, nie można było kupić planu miasta, nie mówiąc już o przewodniku. Błądziłem, co pogarszało samopoczucie, bo nie byłem jeszcze wówczas świadom, że błądzenie to najlepsza, najbardziej skuteczna forma poznawania rejonów nieznanych, a miast nade wszystko. Nie taję, czułem się zagubiony i nieco przerażony, mimo że znalazłem się w mieście pięknym i historycznym, przez wypadki wojenne oszczędzonym, mieście, które mnie fascynowało i wciągało, ale jednak nie pozwalało przezwyciężyć poczucia obcości. Nie wiedziałem jeszcze, że samotnie promenując po nieznanym mieście, niejako praktycznie realizuję topos często pojawiający się w powieści XX wieku, topos sfrustrowanego młodzieńca, włóczącego się po obcej, nie przyswojonej ani mentalnie, ani emocjonalnie przestrzeni.

Następne moje kontakty z Krakowem miały już całkiem inną postać – z rozmaitych powodów, także dlatego, że w pewnych przypadkach nie wiązały się z podróżami. Jesienią roku 1958 rozpocząłem pracę w Instytucie Badań Literackich, a to dało mi od razu szansę kontaktów ze znakomitymi krakowskimi uczonymi. Poznałem profesor Marię Dłuską, poznałem Henryka Markiewicza, zaledwie o dwanaście lat ode mnie starszego, ale już wówczas profesora i sławnego badacza, a przede wszystkim znalazłem się w sferze oddziaływania profesora Kazimierza Wyki, naszego ówczesnego dyrektora. To było promieniowanie Krakowa na Warszawę. Myślę o nim z wdzięcznością. Nie mogę wpisać się na listę uczniów Kazimierza Wyki, byłaby to uzurpacja, choć to on właśnie – obok Czesława Zgorzelskiego – był recenzentem mojej pracy doktorskiej. Jeśli jednak miałbym wymieniać osoby, które zaważyły na mojej intelektualnej biografii, właśnie jego nazwisko znalazłoby się na jednym z pierwszych miejsc. I to z różnych powodów. Pierwszy jest oczywisty, czytałem jego książki, rozprawy, eseje jeszcze jako student – i nie mogły na mnie nie robić wielkiego wrażenia. Zafascynował mnie wówczas ten kierunek w badaniach literackich, który wywodził się z rosyjskiego formalizmu i praskiego strukturalizmu, ale to w niczym nie ograniczało podziwu, jaki miałem – i mam do dzisiaj – dla tego uczonego, krytyka, pisarza. A był on – jak wspomniałem – dyrektorem, to zaś sprawiało, że każdy pracownik znajdował się w orbicie jego oddziaływania. Oddziaływania różnorakiego. Bo Kazimierz Wyka uczestniczył w większości IBL-owskich konferencji i decydował o ich charakterze jako ten, który je projektował i współtworzył, ale też jako referent i dyskutant. Wspominam go jako dyrektora, który wraz ze swymi bliskimi współpracownikami – przede wszystkim Stefanem Żółkiewskim i Marią Renatą Mayenową – sprawił, że Instytut od drugiej połowy lat pięćdziesiątych zapewniał swym pracownikom pełną swobodę: można było robić to, co się robić pragnęło. To właśnie dzięki staraniom i mądrości Kazimierza Wyki mieliśmy przywilej w Polsce Ludowej uderzająco rzadki: udziałem naszym stał się dar wolności. Nie należy o tym zapominać, tym bardziej, iż wolność myślenia, badania, pisania, bynajmniej nie była z góry założona, przeciwnie, należało o nią nieustannie zabiegać. Nie były to zabiegi łatwe.

Jako pracownik Instytutu wielokrotnie stykałem się z Profesorem osobiście, do dzisiaj mam w uszach jego wysoki głos tenorowy o lekko nosowym zabarwieniu, nie czuję się jednak w żadnym razie upoważniony do przedstawiania wspomnień osobistych. Pragnąłbym jednak opowiedzieć o spotkaniu ostatnim. Miało ono miejsce na tym korytarzu w Pałacu Staszica, przy którym mieści się nasz Instytut, w poniedziałek, w ostatnim tygodniu jego życia. Staliśmy we trzech – Roman Zimand, Janusz Sławiński, ja – i o czymś rozmawialiśmy. W pewnym momencie pojawił się Kazimierz Wyka, bo ogłoszono przerwę w zebraniu, w którym uczestniczył. Przyjechał z Krakowa rannym pociągiem i opowiadał nam z parodystycznym rozmachem – najwyraźniej rozbawiony – o swojej lekturze w podróży. Czytał „Sen nocy letniej”. Nie, nie Shakespeare’a, chodziło o powieść pewnego uczonego badacza romantyzmu, który poczuł beletrystyczną wenę i zaczął publikować romanse o nader wykwintnych tytułach. Nikt z nas trzech książki tej nie czytał, Kazimierz Wyka mówił o niej z wigorem i z humorem. Wydawało się, że jest w świetnej formie. Nie można było przypuszczać, że jest to widzenie ostatnie, bo za sześć dni nastąpi katastrofa. Pamiętam do dzisiaj telefon Zofii Stefanowskiej w niedzielne południe z tą straszną, żałobną wiadomością. Pamiętam pogrzeb, na który my – pracownicy Instytutu – wyruszyliśmy autokarem jeszcze nocą w ponury, zimowy czas.

Kazimierz Wyka w różnych okolicznościach podkreślał swą krakowskość, często wspominał o swym przywiązaniu do miasta. W perspektywie, w jakiej go postrzegałem, stał się właśnie częścią mojego Krakowa, o którym tutaj opowiadam. Muszę wszakże nieco cofnąć się w czasie, by przedstawić to, jak ów Kraków, z początku obcy, a potem stopniowo oswajany, wpływał na moje życie – i z dużą szczodrobliwością obdarzał mnie swoimi wspaniałościami. Przybierają one rozmaitą postać – i trwają niemal nieprzerwanie. W roku 1969 zaproponowano mi kursowy wykład z teorii literatury na Uniwersytecie Jagiellońskim – dla drugiego roku polonistyki. Zaproszeniem poczułem się zaszczycony, ale ono też z oczywistych powodów mnie zdumiało. Byłem świeżo po habilitacji, uznałem je przeto za formę uznania dla moich kompetencji zawodowych. Propozycja była kusząca, stawiała przede mną wszakże zadanie szczególnie trudne, bo miałem już wprawdzie doświadczenia dydaktyczne, ale wykładu nigdy nie prowadziłem. Podjąłem się, w pełni świadomy, ile wysiłku ten wykładowy debiut będzie mnie kosztował. I rzeczywiście, w tym roku akademickim skoncentrowałem się na jego przygotowywaniu, niczego nie pisałem – poza skazanymi na szufladową wegetację notatkami o języku oficjalnej propagandy. Ale kiedy tu mówię o zdumieniu, jakie to pochodzące z najstarszego i najświetniejszego polskiego uniwersytetu zaproszenie wywołało, myślę nie tylko o niespodziewanym uznaniu dla moich kompetencji w zakresie teorii literatury. Myślę także o czym innym. Rzecz działa się w czasie ponurym, kiedy wciąż hulały pomarcowe wiatry, może nie tak silne jak przed rokiem, ale jednak nadal złowrogie. W owym czasie wiele osób o podobnej do mojej kondycji pakowało swą chudobę i opuszczało kraj z dokumentem podróży, w którym zaznaczono, że nie upoważnia on do powrotu i łączy się z utratą obywatelstwa Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Ci, na ogół nie całkiem dobrowolni, emigranci udawali się na warszawski Dworzec Gdański, by z owym upokarzającym dokumentem podróży wyruszyć w szeroki świat, jadącym do Wiednia pociągiem o pięknej nazwie Chopin. W tym samym okresie ja co dwa tygodnie biegłem o świcie na inny stołeczny dworzec, by dotrzeć na czas do Krakowa, gdzie miałem mówić do studentów drugiego roku filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Różnica zaiste zasadnicza. Do dzisiaj myślę o takim biegu wydarzeń z wdzięcznością. To zaproszenie zmieniło w dużej mierze moją egzystencjalną sytuację. W okresie marcowym i w czasie, jaki bezpośrednio po nim nastąpił, samopoczucie miałem marne, raczej liczyłem się z rugami niż z wyrazami uznania i z tak wysoce prestiżowym zaproszeniem na wykłady, choć o emigracji nigdy w zasadzie nie myślałem, nie sposób wszakże było wykluczyć, że w pewnym momencie stać się ona może koniecznością. To niespodziewane zaproszenie, jakim obdarzył mnie Uniwersytet Jagielloński, utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie stanę się kimś w rodzaju człowieka z lochu, zastraszonym i doznającym nieustannego poczucia wyobcowania. To była dla mnie wielka sprawa.

Trudno mi oceniać ten mój pierwszy cykl wykładowy. Przygotowywałem się do niego solidnie, myślę, że udało mi się prowadzić go na niezłym poziomie. Po latach stykam się czasem z osobami, które mi mówią: a ja chodziłem na pana wykład w Krakowie. Rozmawiałem niedawno z panią Antoniną Lubaszewską, która mi powiedziała, że dobrze go pamięta, a nawet zachowała notatki. Na brak słuchaczy narzekać nie mogłem, sporych rozmiarów sala była pełna. Niestety, pozostali oni dla mnie anonimowi i bezosobowi, bo tak dzieje się z zasady wówczas, gdy wykładowca nie prowadzi ćwiczeń czy seminariów. Nie miałem żadnych możliwości, by ze słuchaczami nawiązać kontakt o charakterze bardziej personalnym. W tym czasie jednak świat krakowskiej polonistyki, a przynajmniej jej części, stawał się realnością, poznawałem osoby, które znane mi były jedynie z lektur. Zanim o tym opowiem, wspomnę, że z Krakowem z roku akademickiego 1969 – 1970 wiąże się jeszcze jeden mój debiut – jako recenzenta rozprawy doktorskiej. Opiniowałem (obok Czesława Zgorzelskiego) pracę nieco starszego ode mnie Tadeusza Kłaka (obecnie profesora Uniwersytetu Śląskiego) o Czechowiczu, promotorem był Kazimierz Wyka. Dzisiaj, po tylu latach, recenzowanie prac doktorskich nie wiąże się z żadnymi emocjami i stresami, wtedy jednak byłem przejęty i stremowany co najmniej w tym samym stopniu co doktorant.

Mój Kraków jednak to nie tylko miejsca i sytuacje związane z pracą, to przede wszystkim znakomite osoby, które miałem szczęście poznać, w pewnych przypadkach czuję się uprawniony do mówienia o relacjach przyjacielskich. Mogę powiedzieć, że w ciągu lat nieustannie on się zapełniał. Wspomnę o niezapomnianym Jerzym Kwiatkowskim, wspomnę o Marii Podrazie-Kwiatkowskiej, nie mogę pominąć Jana Prokopa i Tadeusza Bujnickiego, ale także Wiesława Pawła Szymańskiego, który w owych dawnych latach był sympatycznym kolegą, bo jeszcze nie zapanowały nad nim demony agresji i nienawiści, nie mogę zapomnieć o przedwcześnie zmarłym Michale Sprusińskim, z którym – paradoksalnie – częstsze miałem kontakty, gdy mieszkał w Krakowie (po przeniesieniu się do Warszawy niemal całkiem zniknął mi z oczu). I mam – oczywiście – w polu mojego widzenia monumentalną postać Jana Błońskiego, którego pisanie niezmiennie od lat podziwiam.

Nawiązałem także miłe kontakty z młodszymi kolegami. Pamiętam, że przerwy między wykładami często spędzałem na rozmowach z młodziutkim Andrzejem Borowskim, który w tym właśnie czasie pełnił dyżur w bibliotece. W tych mniej więcej latach (albo nieznacznie później), poznałem – przeważnie w trakcie konferencji teoretycznoliterackich, które odbywały się co roku – Stanisława Balbusa, Jerzego Jarzębskiego, Martę Wykę, Teresę Walas, Mariana Stalę, Jacka Balucha. Kiedy mówię o znakomitych osobach z mojego Krakowa, na szczególnym miejscu wymienić winienem Ryszarda Nycza, najwybitniejszego bodaj polskiego teoretyka literatury w swoim – średnim już – pokoleniu. Jest on zresztą w pewnym sensie darem Krakowa dla Warszawy, bo pracę zawodową zaczął przed ćwierćwieczem w Instytucie Badań Literackich – i od lat łączy ją z profesurą na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mój Kraków zaludniony jest przez indywidualności należące do różnych generacji.

W obrębie mojego Krakowa mieszczą się także wydawnictwa, z którymi współpracowałem i współpracuję. Pierwszą książkę wydałem w Wydawnictwie Literackim w roku 1976 (był to zbiór studiów zatytułowany „Style odbioru”), po niej poszły następne. Od kilku lat kolejne swoje książki publikuję wyłącznie w tej oficynie – i bardzo sobie to chwalę. Autor spotyka się tu z życzliwością i świetną fachowością, zawsze ze zrozumieniem, a jego racje wysłuchiwane są z uwagą i respektowane. Nie mogę tu nie wymienić dwu znakomitych pań, z którymi, publikując w Wydawnictwie Literackim, stykam się najczęściej – pani Małgorzaty Nyczowej i pani Barbary Górskiej. Kraków jednak to nie tylko świetne Wydawnictwo Literackie, jest on prawdziwą potęgą w zakresie książek z nauk humanistycznych, przy której nasza dzielna stolica może co najwyżej zabiegać o pozycję ubogiego krewnego, plasującego się gdzieś na krańcu stołu. Jestem nieustannym beneficjentem tego faktu, albowiem krakowscy wydawcy są dla mnie niezmiernie łaskawi.

Pewnego dnia przed kilku laty zadzwonił do mnie jakiś pan (nazwiska jego nie usłyszałem) i powiadomił, że wydawnictwo Universitas zamierza wydać w pięciu tomach wybór moich prac. Zapytał, czy się na to zgadzam. Odpowiedziałem ze spontanicznym zachwytem, ale nie byłem pewien, czy nie jest to żart któregoś z moich kolegów, nigdy bowiem nie myślałem, że coś tak nieoczekiwanego mi się przytrafi, mimo że moje książki wydawane w miniaturowych nakładach w poprzednich dziesięcioleciach od dawna były wyczerpane, do niektórych podobno było nawet trudno dotrzeć w bibliotekach, bo uczyli się z nich studenci. Z początku nie wierzyłem w realność tego projektu, nie przypuszczałem, że słowo, jakie padło w rozmowie telefonicznej, w ciągu paru lat przemieni się w pięć całkiem pokaźnych woluminów, ułożonych przez Ryszarda Nycza i przez niego przedmową opatrzonych. A dzwonił do mnie jeden z twórców wydawnictwa Universitas i jego znakomity dyrektor, pan Andrzej Nowakowski. To dzięki jego inicjatywie stało się coś, o czym nawet marzyć nie mogłem. I w istocie nie marzyłem, bo taka edycja wykraczała poza moje wyobrażenia. Kraków jest dla mnie nieustannie tak wspaniałomyślny i łaskawy, że w życiu moim w realność przekształca się to, co w ogóle było dla mnie nie do pomyślenia.

Przychylne są mi zresztą także publikowane w Krakowie czasopisma. Jako bardzo młody człowiek w drugiej połowie lat pięćdziesiątych ogłosiłem kilkanaście recenzji w „Życiu Literackim”, w którym działem krytyki literackiej zajmowali się w owych dawnych czasach: Leszek Herdegen, wówczas jeszcze chyba nie aktor, i Włodzimierz Maciąg, wówczas chyba jeszcze nie profesor. A w „Tygodniku Powszechnym” debiutowałem w roku 1964, zatem w czasie, w którym przyznający się do światopoglądu agnostycznego autorzy publikowali w nim niezmiernie rzadko. To właśnie w „Tygodniku Powszechnym” w połowie lat siedemdziesiątych ogłosiłem swój pierwszy artykuł na temat języka propagandy, niemiłosiernie zresztą pocięty przez cenzurę.

Jako wielkie wyróżnienie odczułem to, że Polska Akademia Umiejętności tuż po swym odrodzeniu powołała mnie na członka – najpierw korespondenta, a wkrótce potem – członka czynnego. Była to dla mnie wielka sprawa – i zarazem kolejne poszerzenie mojego Krakowa. Największym wszakże i najwspanialszym zaskoczeniem stała się dla mnie wiadomość, że Uniwersytet Jagielloński umieścił moją skromną osobę wśród jedenastu uczonych wyróżnionych godnością doktora honoris causa z okazji wielkiego jubileuszu. I znowu mój Kraków okazał się szafarzem wspaniałych niespodzianek. Kiedy doszły do mnie słuchy, że mam zostać w tak niezwykły sposób uhonorowany, sądziłem, że to niesprawdzone opowieści, pochlebne dla mnie, ale mające niewiele wspólnego z rzeczywistością. Ponownie okazałem się niewiernym Tomaszem, nie doceniającym nie tyle siebie, ile krakowskiej wobec mnie wspaniałomyślności. O pewnych wydarzeniach i sytuacjach powiedzieć można, posługując się potocznym idiomem, że w głowie się nie mieszczą, a więc w ogóle na myśl nie przychodzą. Były nie do pomyślenia, ale jednak w pewnych przypadkach stają się ciałem. I oto w czasie jednej z jubileuszowych uroczystości Jego Magnificencja Rektor Franciszek Ziejka wręczał mi zaszczytny dyplom.

Po uroczystości na Uniwersytecie Jagiellońskim rozmawiała ze mną dziennikarka z krakowskiego radia. Zapytała, jak się czuję po tak ogromnym wyróżnieniu. Odpowiedziałem trochę żartem, trochę na odczepnego, ale też ze szczyptą autoironii, że poczułem się człowiekiem sukcesu. Nie lubię tej formuły, wydaje mi się w istocie śmieszna – zwłaszcza, gdy mówiący odnosi ją do własnej osoby. W tym przypadku jest wszakże coś na rzeczy. Mój Kraków, ów wspaniały i hojny mój Kraków, sprawił, że miałem prawo tak powiedzieć. I sprawia nadal – czego dowodem dzisiejsza uroczystość. Przyznanie nagrody imienia Kazimierza Wyki, znakomitego uczonego, krytyka literackiego, pisarza, to wyróżnienie o wadze szczególnej dla kogoś, kto zajmuje się nauką o literaturze. Dziękuję jurorom, ale też dziękuję pięknemu miastu, które darzy mnie swoimi urokami, gdy doń – z reguły na czas krótki – przyjeżdżam, ale też w swej nieogarnionej życzliwości nieustannie na różne sposoby wyróżnia. Nie pozostaje mi nic innego, jak kornie mu się pokłonić. Z radością i wdzięcznością to czynię. Bo jak inaczej dziękować za te hojne dary?

Post scriptum – po uroczystości napisane. Muszę dorzucić, że jako szczególny krakowski dar dla mnie i szczególne wyróżnienie traktuję to, że na uroczystość tę zechciała przybyć Wisława Szymborska, poetka, której wiersze podziwiam od dziesięcioleci. Słowo „dar” należy tu rozumieć zresztą w sensie dosłownym, obdarowany bowiem zostałem wspaniałym prezentem: filiżanką z wizerunkiem dwu małp podających sobie ręce i z napisem „Od Wisławy”.

Michał Głowiński

Przemówienie wygłoszone podczas uroczystości wręczenia Autorowi Nagrody im. Kazimierza Wyki (luty 2002).

 

 

FOKK PZU

 

dekada literacka
prenumerata
sprzedaz_wysylkowa
numery_archiwalne
napisz do nas